Chcieć to móc?

Mikołaj łaził za Małgosią całe pół roku. Pół roku zachowywała się jak księżniczka obrażona na cały świat, dając Mikołajowi do zrozumienia, że ma sobie dać spokój, bo i tak ma go gdzieś.
Nie dał.
Aż raz nadarzyła się sposobność, bo lało, a on obserwował jak będzie z uczelni wychodzić, była bez parasola. Po prostu złapał ją w pasie, wziął pod swój parasol i zaciągnął do najbliższej kawiarenki.
Małgosia była śliczna, zresztą nie to ładne co ładne, ale to, co się komuś podoba. Dla Mikołaja była po prostu śliczna. Wiotka, długie nogi, włosy w lokach do ramion. Kończyła prawo, tak zresztą jak jej rodzice, miała po nich objąć dobrze prosperującą kancelarię.
Mikołaj postawił na zwierzaki i skończył weterynarię, bez dwóch zdań nieźle na tym wyszedł. Założył swój gabinet, póki co sam w nim nawet sprząta, ale pacjentów ma coraz więcej, bo i wieść o jego empatii dla zwierząt i ich właścicieli rozeszła się szybko. Zamierza zatrudnić jeszcze jedną osobę, bo przecież musi mieć czas dla Małgosi.
Zaczęli się spotykać i Mikołaj był jak w euforii. Nie zauważał, że ona jest ciągle nabzdyczona, wiecznie ma o coś pretensje. Ważne, że mógł wreszcie ją za rękę chwycić, odgarnąć loczki z oczu.
Kiedy Małgosia się obroniła na bardzo dobrą ocenę – świętowali. Właściwie świętował on, bo ona jakby wcale się z tego nie cieszyła.
Znów jakby z łaski siedziała razem z zaproszonymi przyjaciółmi, jakby myślami była zupełnie gdzieś indziej. Przypisywali ten stan zauroczeniem młodym, przystojnym weterynarzem, któremu nie przeszkadzało nic. Nic.
Nie przejrzał na oczy nawet wówczas, kiedy rodzice próbowali mu jakoś wytłumaczyć, że trwanie u boku kogoś wiecznie na coś nabuzowanego, na dłuższą metę nie ma sensu.
Nie dał się przekonać, nie widział, jak bardzo się o niego martwią.
Kiedy pojechał do Małgosi z pierścionkiem i kwiatami dla mamy, poprosiła o czas do namysłu i zastanawiała się przez dwa tygodnie.
Potem się łaskawie zgodziła, od razu zaznaczając, że gotować, sprzątać i prać nie zamierza.
Jemu to nie przeszkadzało.
– Ja lubię gotować, a prać się nauczę – powiedział ku rozpaczy mamy.
W dniu ślubu zakochał się w niej po raz drugi. Wyglądała zjawiskowo i chyba ona sama się sobie podobała, bo nawet się uśmiechała.

Kiedy miał ją już tylko dla siebie, kiedy zamieszkali razem, było nawet fajnie, ona traktowała związek jak dobrą zabawę, tym bardziej, że Mikołaj robił wszystko, żeby jej życie umilać. Kwiaty, kolacje przy świecach i takie tam. Jej zadaniem było być, niczego więcej od niej nie chciał.
Kiedy zaszła w ciążę Mikołaj całkiem oszalał, a znajomi i przyjaciele z bezradności kręcili kółka na czołach.
– Kiedy on wreszcie przejrzy na oczy – pytali sami siebie.

Małgosia ciążę znosiła źle, była słaba i właściwie sama nie wiedziała, czy się cieszy, czy nie. Przestała chodzić do pracy, początkowo Mikołaj przynosił jej papiery z kancelarii papy, ale potem już nawet nie chciała do nich zaglądać.
Zosia urodziła się siłami natury, była cudowną i podobną do mamy dziewczynką, a szaleństwo Mikołaja do, teraz dwóch kobiet – nie miało granic.

Jednak im bardziej kochający był Mikołaj, tym mniej kochała go żona, jednak na nim nie robiło to wrażenia, bo teraz miał Zosię.
Księżniczkę Zosię.
Ponieważ Małgosia do kancelarii już nie wróciła, ba, nawet z domu jej się wychodzić nie chciało, zabierał córeczkę w różne ciekawe miejsca, uczył empatii i poczucia piękna.
Im piękniej rozwijała się Zosia, tym bardziej gnuśniała Małgosia. Przestała o siebie dbać, przytyła, zapuściła się intelektualne.
– Co ty kurwa ze sobą robisz!? – przyjaciółka od dzieciństwa mało nie uderzyła jej w twarz – opamiętaj się wreszcie! On cię zostawi, dziecko zabierze i żaden sąd się za tobą nie ujmie. Czemu taka jesteś – to już powiedziała łagodniej.
Małgosia popatrzyła głęboko w oczy przyjaciółce i z miną skopanego psa, cicho powiedziała:
– Bo mnie jest właściwie wszystko jedno, ja zawsze chciałam tańczyć…
– Super! Czy ty się kobieto słyszysz? A kto ci tego broni? Mikołaj?

Kiedy rodzice Małgosi usłyszeli, że ich jedyna spadkobierczyni wszystkiego, czego się w ciągu życia dorobili chce, jak to powiedzieli – w rozrywce robić – postawili ultimatum – albo kończy studia prawnicze i jest adwokatem, albo znajdą kogoś, kto ich ciężkiej pracy nie roztrwoni. Dla nastoletniej wówczas Małgosi było jasne, że musi raz na zawsze pożegnać się z marzeniami, że musi, bo tak chcą rodzice – skończyć nielubiane prawo i być do końca życia marionetką tatusia i mamusi.
Nie była na tyle silna, żeby pokazać im, jak bardzo ją krzywdzą i popełnić samobójstwo – choć próbowała, bezwolnie poddała się ich woli i traktowała życie jak pokutę za grzechy niepopełnione.
– A ja chciałam tańczyć, traktować to jak sport, marzyłam o choreografii a nie prawie. Miałam predyspozycje, tak mi nauczycielka wuefu powiedziała.
– Gośka, jesteś dużą dziewczynką, nie karz Michała za to, że kocha cię jak wariat, co on jest winien temu, że rodzice zrujnowali ci życie? Czy kochasz go choć trochę?
– Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, jest to jest, tyle.
– To może czas wreszcie się nad tym zastanowić moja droga.

Ta krótka rozmowa sprawiła, że Małgosi zrobiło się jakoś lżej, żałowała, że nie wstrząśnięto nią wcześniej, o jakieś kilka lat, może wtedy inaczej spojrzałaby na Mikołaja i na ich wspólne życie.
Teraz go pożałowała, przecież on cały czas jest dla niej dobry! Cały czas ją kocha, tu nie miała żadnych wątpliwości.

Pewnego wieczoru, kiedy Mikołaj z Zosią przygotowywali kolację, weszła do kuchni i zapytała, czy może im się w kuchni przydać. Mikołaj od razu, jakby to było absolutną normalnością, polecił przygotować kieliszki i wino.
Kiedy tak sobie w trójkę siedzieli, jedli i rozmawiali, Małgosia zapytała Mikołaja, czy nie przydałaby mu się jakaś pomoc w gabinecie, bo jeśli tak, ona chętnie skończy jakiś kurs weterynarii i będzie mu pomagać, choćby sprzątać, bo bardziej lubi zwierzęta niż paragrafy. I że na jakąś zumbę się zapisze, żeby wrócić do formy, i że może Zosia chciałaby na balet się zapisać, bo to takie piękne dla dziewczynki…
– Mamusiu, tata mnie już dwa lata temu na balet zapisał, ja już umiem tańczyć!
Wstała i zademonstrowała kilka figur, nazywając je po francusku.

Wtedy Małgosia się rozpłakała a Mikołaj rozlał wino do kieliszków, jeden podał żonie, drugim wzniósł toast.
– Za to, że jesteś Małgosiu, i za naszą wspaniałą, podobną do ciebie córkę.

Krystyna

Cwaniara jedna na milion…

Gabrysię i Franka – tego od kawy z pianką na dwa palce, znacie.
Z nimi nudzić się nie można!
– Słuchaj co mi się przydarzyło, autentycznie – Gabrysia jest rozbawiona.
Emilkę też już poznaliście. Ta śliczna, młoda dama lat około 10, kilka dni temu, wróciła ze szkoły z koleżanką Olą, zresztą nie pierwszy raz, bo dziewczynki się kumplują.
Dziadek Franek w tym czasie pielęgnował swój ogródek (powiem to raz jeszcze, choć Gabi strasznie się buntuje) wielkości chusteczki do nosa.
Po jakimś czasie, postanowił podlać usychające co się da wokół domu, i po przeciwnej stronie ulicy. Jak na umówiony sygnał, w tym samym momencie, ujrzał, mieszkających przecież dobry kilometr od nich, rodziców Oli. Mama była zapłakana.

– Matko święta, co się stało, Ola przecież jest u nas, bawi się z Emilką!

Nie o Olę jednak chodziło. Po prostu uciekła im papużka, rudosterka żółtobrzucha, pupilka całej rodziny i teraz chodzą po całej okolicy w poszukiwaniu uciekinierki. A nuż ktoś, coś.
– Już na fejsbuk daliśmy ogłoszenie, w domu wydrukujemy i rozlepimy jutro ulotki – mówili zrozpaczeni.
Gabrysia i Franek obiecali, że oczywiście pomogą szukać, i że jak się czegokolwiek dowiedzą – zaraz zadzwonią, choć pierwsza myśl Gabrysi, to zapomnijcie, że mieliście papugę…
Niemniej poszukiwania  papużki ruszyły.

Następnego dnia, dziadek Franek znów pracował w swoim, no dobra, ogrodzie. Schylony dziabał gracką w ziemi i nagle coś poczuł i nie był to ból. Coś sporych rozmiarów usiadło mu na plecach!
Jasne, że najpierw się przestraszył, potem delikatnie rozprostował, a ciężar w tym czasie przemieścił się na jego ramię.
– W imię ojca i syna… Przecież to papużka Oli!
Tak naprawdę to powiedział całkiem coś innego, lecz choć, gdzie mi tam do Jurka Owsiaka, wolę nie cytować.
Wstał, powoli zaczął iść w stronę domu. Papużka jednak ani myślała uciekać! Spokojnie pozwoliła się zanieść do pokoju, pozwoliła pozamykać okna i dopiero wtedy Franek po raz pierwszy wypuścił wstrzymany oddech, który uszedł wszystkimi możliwymi drogami.
– Gabi, choć tu szybko!

Telefon do właścicieli, błyskawiczny przyjazd i taka radość, że właścicielka z pewnym smuteczkiem stwierdziła, że mąż nie cieszyłby się tak bardzo, gdyby ona sama zaginęła i się odnalazła… I trzydzieści ulotek wydrukowanych, z czego część już rozlepiona.
Kupa radości i śmiechu, bo cóż to za papuzia mądrość nakazała ptaszkowi odnaleźć dziadka Emilki, gdzie Ola przychodziła się bawić, i usiąść właśnie na jego plecach?
Mało domów, drzew, innych kręcących kuprami ptaków w okolicy?
A ona wiedziała! Ot, stwierdzili, że to najmądrzejsza papuga na świecie.
Pozwalam sobie jednak mieć inną teorię, ot, zwiała na balety, po jednej nocy miała dość, nie wiedziała jak wrócić do domu to poleciała na negocjacje do najłagodniejszego człowieka jakiego znała. Wielkie mi mecyje.

Ale czujecie, jaki to przypadek? Jeden na milion! Jak w totolotku.

To ona. Poszukiwana listami gończymi rudosterka żółtobrzucha.

Krystyna

Urocze rudzielce…

W czwartek mają wrócić afrykańskie upały. Nie ma się z czego cieszyć, jest sucho, mało co rośnie, zagrożenie pożarami duże, wody coraz mniej.
Nie chcę już powtarzać, że dla mnie takie ciepło to tylko umierać, bo ja z tych, co zimę, śnieg i mróz lubią. Nawet w styczniu byliśmy z rodziną w słowackich termach, gdzie na zewnątrz takie sobie minus pięć a nam na głowy śnieg sypał.
I przebieżki boso po śniegu z basenu do basenu – wedle zachcianki, temperatura wody od 28 stopni, przez 37, do 60. I sztuczna fala tylko dla nas, bo takich pomyleńców było tam niewielu.
Po prostu bosko. A na dodatek, siedząc w bąbelkach, mogłam obserwować trasy narciarskie.
W styczniu jednak trafił się nam także pogrzeb.
Bardzo smutna uroczystość, ale kiedy weszłam na teren cmentarza i zobaczyłam harcujące w zasięgu niemal ręki wiewiórki, nieco mnie poniosło…
No bo jak nie zrobić takich zdjęć, no jak?

 

Powiecie, że mam coś z głową.
I macie rację.

Krystyna

Co za gady…

Mam szczęście do ładnych miejsc. Niemieckie miasteczka są bardzo urokliwe, a sami Niemcy bardzo dbają o swoje domy i wszystko, co dookoła nich.
Trafiłam na piękny dom i ogród, który ma też mieszkańców.
Zresztą popatrzcie:

Cztery sztuki żółwich piękności mieszkają w ogrodzie.
Z radością dwa razy w tygodniu idę do nich w gości z sałatą.

Nie zawsze umiejętnie i z kulturą korzystają ze stołówki…

Bardzo je polubiłam, czyż nie są urocze?
Bywa, że pakują się nieproszone do pokoju. Bez pukania!

Rybki też tu mieszkają, złote. Może jak będę je rozpieszczać to kto wie…
Nenufary też rosną. Są piękne!

Te żółwie fajtłapy wbrew pozorom poruszają się wcale, wcale żwawo.
Uwielbiam, kiedy maszerują za mną jak pieski, no fajne są! Muszę o nich poczytać, czy przywiązują się do ludzi? Dziwne trochę, ale pozwalają na głaskanie główek.
Ale zadziwiające jest to, że nie są duże, ale kupy robią że ho, ho.

Krystyna

CYKORia…

Cykoria kojarzyła mi się z cykorem, wiecie jakim, pośladki zwarte i uciekać.
Wiedziałam, że jest gorzka i niedobra, dlatego unikałam jej jak ognia. Do czasu.
Kiedy zaprzyjaźniona Estonka, Elena, pokazała mi po raz pierwszy jak się to robi, jak przyprawia, a potem jak smakuje – po prostu zakochałam się w tym smaku.
Dodatkowo dowiedziałam się, i to z ust lekarza medycyny naturalnej, że to najzdrowsza sałata i ma nieskończenie wiele zalet. Nie będę Wam tu przynudzać jakich, wystarczy wpisać “cykoria” w Google i wszystko jasne.
Popatrzcie na zdjęcia i pomyślcie, że tak smakuje jak wygląda.

Cykorie przecinam wzdłuż na pół, wydrążam gorzki głąb, owijam szynką parmeńską, bekonem lub boczkiem wędzonym, spinam wykałaczką i na masełko.
Boczek się topi, cykoria puszcza sok. Zapach nieziemski!
Oto efekt końcowy. Niektórzy dorabiają sos – ciut wody i ser o zdecydowanym smaku, noże być z niebieską pleśnią. Nieco śmietany na koniec.

Proste jak drut.
Smacznego.

Krystyna

 

Deficyt zdrowego rozsądku…

Lubię fejsbuka głównie ze względu na akcje szukania bezdomnym i schroniskowym psom i kotom nowych, dobrych domów, domów tymczasowych, czy też ze względu na zbiórki pieniędzy i bazarki dla potrzebujących zwierzaków. Wśród zwierzolubów mam wielu przyjaciół. Czasem jednak włos jeży mi się na głowie, kiedy czytam, że za wszelką cenę trzeba ratować psa z wypadku, psa, który ma przetrącony kręgosłup, zmiażdżone organy wewnętrzne, połamane tylne łapy. Są tacy, którzy twierdzą, że taki piesek może sobie z wózeczkiem pobiegać, że on też chce żyć i być szczęśliwy z tym wózeczkiem.
To prawda, każda istota chce żyć, jeśli się da – trzeba ratować, ale jeśli się nie da – to sorry Winetou, trzeba czasem psa uśpić. To zawsze są niełatwe decyzje, podejmuje je zazwyczaj weterynarz, a więc ktoś, kto się na tym zna.
Nie lubię, kiedy ktoś mi zarzuca – mimo, że kocham zwierzęta, sama mam trzy koty, żadne rasowe, adoptowane bezdomniaki, za którymi wskoczyłabym w ogień – że jestem złym człowiekiem, bo jem mięso.
Bo jak można kochać kota a jeść mięso “zamordowanej” krowy. No kurde, jakoś można.
Ograniczam mięso, ale nie dlatego, że staję się wegetarianką, ale dlatego, że po prostu przestały mi smakować nasze obrzydliwe wędliny przyprawiane solą drogową i kilka razy odświeżane. Zresztą mało kto wie, ile jest mięsa w mięsie, i co tam właściwie jest.
Dziś natknęłam się na fejsbuku na post o mleku.

CO JEST ZŁEGO Z MLEKIEM?!Odstawienie mięsa może być jasne i logiczne- wiadomo, wiąże się z zabijaniem zwierząt. Ale…

Opublikowany przez Wyzwolenie Zwierząt Czwartek, 4 lipca 2019

W przypadku, gdyby tekst zniknął, kopiuję cały tekst, dodaję dołączone zdjęcie. Tylko komentarze daruję.

CO JEST ZŁEGO Z MLEKIEM?!
Odstawienie mięsa może być jasne i logiczne- wiadomo, wiąże się z zabijaniem zwierząt.
Ale mleko? Co w tym złego?

Zastanówmy się, skąd się bierze mleko. Wiadomo, z krowich wymion, ale pomyślmy głębiej. Co się musi stać, żeby krowa zaczęła dawać mleko?

To samo, co musi się przydarzyć suce, kotce, klaczy, słonicy, kobiecie- każdej samicy ssaka. Musi zajść w ciążę.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że okoliczności w których krowa z fermy przemysłowej zachodzi w ciążę nie są sielankowe- nie jest to romantyczne rendez-vous z seksownym byczkiem, na łące pod jabłonką. Jest to sztuczna inseminacja ludzką ręką ubraną w gumową rękawicę, podczas której krowa zamknięta jest w fikuśnym urządzeniu o zmysłowej nazwie rape rack- klatce gwałtu.

Po tym nieprzyjemnym doświadczeniu krowa zachodzi w ciążę, rodzi cielaka. Następnie cielak jest jej odbierany, i:
-jeśli to młody byczek: idzie na cielęcinę
-jeśli to młoda krówka: idzie na fermę jako kolejna maszyna do wyrobu mleka.

Tymczasem “szczęśliwa” matka faszerowana jest hormonami, które mają za zadanie jak najdłużej podtrzymać laktację; antybiotykami, które mają zwiększyć jej wydajność i spowolnić nieunikniony rozwój chorób nóg, wymion, kości etc. I tak w kółko.

Kiedy spada jej mleczność, krowa zostaje zabita i to najczęściej nie na mięso, bo jej zużyte ciało już się do tego nie nadaje- idzie na klej, nawóz, karmę dla kotów, albo po prostu na śmietnik.
TO NIE JEST TAK JAK WIDZISZ W REKLAMACH!

Post użytkownika: Wyzwolenie Zwierząt

* * * * *

W dzieciństwie jeździłam na wakacje na wieś i niech nikt mnie nie przekonuje – cytując klasyka – że, czarne jest czarne, a białe jest białe.
Tekst z posta jest totalną bzdurą i kłamstwem, prócz tego, że faktycznie inseminacja, nie jest rzeczą fajną ani dla krowy, ani dla inseminatora.
Żeby mieć pewność, że z moją głową jest wszystko w porządku, zapytałam o to moją przyjaciółkę Zosię, z którą te dziecięce, wiejskie wakacje spędzałam, i która się na tym zna.
A więc, krowa, która jest cielna, inaczej mówiąc – w ciąży, produkuje mleko gorzkie, nie nadające się do spożycia. Gorzka, niedobra jest z niego śmietana a więc i masło. Wiem, bo próbowałam.
Dobre, słodkie mleko daje krowa, która w ciąży nie jest! I nie jest to okradanie jej dzieci – jak to niektórzy nazywają, czyli cieląt.
Rozśmieszyło mnie sztuczne podtrzymywanie laktacji, krowa po prostu mleko ma i jeśli się jej 3x dziennie nie wydoi – będzie chorować! Wymiona staną się nabrzmiałe, zaczną się zapalenia i inne choroby. A nabrzmiałe wymiona to niesamowity ból!

Proponuję więc tym, którzy strasznie martwią się o okradanie krów z mleka, aby zajęli się czymś innym, pożyteczniejszym, albo douczyli, doczytali zanim takie pierdoły napiszą, robiąc sieczkę w głowach innym, równie nawiedzonym komentatorom.

Myślę, że w życiu potrzeba złotego środka, zdrowego rozsądku i pomyślunku.
Ostatecznie – nie przestanę tego powtarzać – MYŚLENIE NIE BOLI.

Krystyna

Polskie drogi…

Od jakiegoś czasu pokonuję trasy Polska – Deutschland dość regularnie.
Taka robota.

Pamiętam, że kilka lat temu moi synowie też tam jeździli. Była wściekła zima, sypało, wiało a moje dzieci musiały w drogę, zaraz po Świętach. Jeden świeżo upieczony kierowca, drugi prawka jeszcze nie miał. Moje serce było w strzępach z niepokoju, ktoś życzliwy powiedział – jak już miną Zgorzelec i będą w Niemczech, możesz spokojnie spać.

Przypomniały mi się te słowa. Dlaczego na polskich drogach jest niebezpieczniej niż na niemieckich? Może kierowcy bardziej odczuwają mandaty płacone w euro? Może wiodą lepsze, spokojniejsze życie i jest im ono milsze? Może mają lepsze, bezpieczniejsze auta? Może są mniej brawurowi?
Może, wszystko jest możliwe.

Kiedy podróżując, byłam już po zachodniej stronie Odry, zwróciłam uwagę na jedno: moja uwaga była skupiona na jeździe a nie na wszystkim innym, kolorowym, co stoi jak najbliżej dróg po polskiej stronie.
Tam przy drogach nie ma reklam! Żadnych reklam! Żadnych bilbordów, chorągiewek, żagielków, słupów, pokracznych figur.
Są tylko dobrze ustawione znaki, drogowskazy i tablice, a na każdym niemal moście przypominają o tworzeniu tunelu życia.
Mam wrażenie, że mimo iż droga jest bardziej monotonna bez cycatych barmanek na bilbordach zapraszających na piwo czy bigos do knajpy, to jednak wzdłuż dróg wybudowane są jakby ściany – być może zastępujące ekrany dźwiękochłonne, lecz są ukwiecone, utrawione i bardzo estetyczne.

Zdjęcie zrobiłam podczas jazdy, ale mam nadzieję, że jest do odczytania. Wiele razy stałam w korkach na gierkówce, na moich oczach z ciężarówki stoczyły się i rozpiździły ogromne, betonowe pierścienie, tarasując jedną stronę drogi. Nigdy żadnego tunelu ratunkowego nie było…

Jazdy na zamek błyskawiczny zresztą też nie…

Ciekawa jestem, kiedy do nas dotrą pewne niby oczywiste i normalne nawyki. Na świętego Nigdy, chyba że i u nas policja będzie wyrastać jak spod ziemi, tak jak u niemieckich przyjaciół.

 

Krystyna

P.S. Wczoraj wpis a dziś takie informacje znajduję na fb – miód na serce i biję się w piersi!
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=567211077142370&set=pcb.2331710267085064&type=3&theater

O tempora, o mores, o curva!

Choćby się człowiek nie wiem jak starał – nie ucieknie od polityki.
– Mamo, jak to możliwe? Czy ludzie naprawdę są takimi matołami, żeby wierzyć w to co on gada? – pytają mnie dzieci.
Najchętniej schowałabym głowę w piasek ze wstydu, zażenowania, żalu i złości.

– Zabiorą to, co myśmy dali – powiedział kilka dni temu.
Patrzcie państwo jacy filantropi, jakie ludzkie pany! Dali!!!

Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że oni dali. Dali? Co dali!? To co zabrali mnie, synom, mężowi z emerytury! Niczego nie dali ze swoich pieniędzy, rozdają (czytaj: kupują tępy i bezmyślny elektorat) pieniądze, które należą do nas wszystkich, tych którzy wpłacają swoje podatki i mam prawo wyrazić swój sprzeciw!
Nie żebym dzieciom żałowała, nie, ale do kurwy nędzy kurki paki, nie w ten sposób!
Nie może być tak, że niepracujący, żyjący jedynie z zasiłków i 500+ mieli więcej pieniędzy od tych, którzy pracują i są dojeni na pokrycie obiecanek zepsutego do cna rządu. Rządu? Prezesa, Naczelnika, Słońca Żoliborza, który uważa się za wszechwiedzącego, najmądrzejszego, mającego monopol na gwiezdny pył, uszczęśliwiający robactwo ludzkie u jego zdeptanych, brudnych butów. Temu, któremu wydaje się, że Polska to jego prywatne ranczo i robi w niej to, co mu się rzewnie podoba. A jak się to komuś nie podoba to jest gorszym sortem, podkategorią ludzi. Czy z niczym wam się to nie kojarzy? Był już taki jeden, co czyścił rasę.

Oszołom obieca wszystko, byle by utrzymać władzę, to człowiek chory na władzę.
– Zabiorą to, co myśmy dali…
Co za prostackie straszenie ludzi.
Dzieci powinny mieć zapewnione dobre warunki, ale nie tędy droga. Przede wszystkim to ich rodzice powinni mieć zapewnioną odpowiednią pensję za pracę, ulgi w podatkach z tytułu wychowywania dzieci. Jak rozdawnictwo – to niech to ma ręce i nogi, niech jest jakieś kryterium dochodowe, ale nie w dół a w górę! Czy bankowe glonojady zarabiające po ponad czterdzieści tysięcy miesięcznie też muszą ten socjal dostawać? Bez przesady.
Ale co tam, im się to przecież należy.

Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam i trzeba takich wytępić. Konstytucja? Dla PIS-u to nic nie znaczący papierek, który można z lekceważącym wzruszeniem ramion wrzucić do kosza, choć tak wiele o niej mówią.

Jednak nic nie wkurwiło wnerwiło mnie tak jak słowa:
Kto podnosi rękę na kościół i chce go zniszczyć – podnosi rękę na Polskę.

Czyli co, niewierzący, ateiści, innowiercy – podnoszą ręce na Polskę? Nic bardziej durnego, chamskiego, bezczelnego i obleśnego nie słyszałam.
Czy nie lepiej byłoby, gdyby zaczęto od upraszczania działalności gospodarczej? Od obniżenia mikro przedsiębiorstwom opłat z tytułu działalności? Żeby zaprzestano pompować pieniądze w pazernego księdza rodem z Torunia? Od wyprowadzenia religii i krzyża ze szkół, a przy okazji zaprzestanie płacenia katechetom i to więcej niż nauczycielom? I już są pieniądze na szpitale i dla dzieci.
Ups! Podniosłam rękę na Polskę.
Zasłużyłam na dożywocie…

O tempora, o mores, o curva!

Wejdą do historii.
Dzieci będą się o nich uczyć jako o warchołach, niszczycielach i najbardziej destrukcyjnym rządzie w historii Polski.
Tylko co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie niezależne sądy dobrały się im do tyłków? Długo mogłabym jeszcze podnosić sobie ciśnienie, tylko po co…

 

Krystyna

LOT-em bliżej… do zawału

Pamiętacie, jak Gabrysia, która spędziła Boże Narodzenie w Kuala Lumpur, powiedziała mi, że ma dla mnie temat na posta?
Wróciłam dziś do tego tematu.

Przed świętami mieli samolot LOT-u z Warszawy do Singapuru o 23.00, wskutek jakichś opóźnień wylecieli jednak kwadrans po północy.
W Singapurze wylądowali o 19.00 ichniego czasu.
Ponieważ ich syn miał przylecieć kilka godzin później, zarezerwowali sobie pokój w hotelu.
Kiedy czekali na bagaż okazało się, że z nimi jest tylko jedna z ich walizek… Druga, ważna, bo z lekarstwami gdzieś się zapodziała. Nie ma i już!
Mieli 24 godziny na poszukiwania, po tym czasie planowo mieli lecieć dalej, do Kuala Lumpur. Zaczęło się wydzwanianie do LOT-u, ale mimo ogromnej pomocy obsługi lotniska nic nie dało się zrobić, bo w Polsce, w LOT-cie nikt nie odbierał telefonów…
Kiedy się już dodzwoniono, nikt nic nie wiedział, obiecano pomoc, ale na tym się skończyło. Nie wiedzieli, czy ich walizka przyleciała z nimi i gdzieś czeka, czy leży gdzieś na Okęciu, czy też poleciała innym samolotem na drugi koniec świata.

Ponieważ leki – rzecz bardzo ważna a nie wiadomo było czy ich leki do nich dotrą, obsługa lotniska pomogła zorganizować wizytę u singapurskiego lekarza, gdzie zostali potraktowani jak prawdziwi goście, poza kolejnością, gdzie zostali zaopatrzeni w potrzebne im leki.
Zresztą oboje nie mogą nachwalić się obsługi singapurskiego lotniska! Gabrysia mówi, że tak naprawdę, to mogłaby na tym lotnisku rozłożyć leżak i spędzić całe wakacje, tak tam pięknie.

– Żeby mi choć powiedzieli, czy walizka została w Warszawie, czy pojechała gdzieś. Przecież każdy bagaż ma specjalny kod, naprawdę nie mogli go namierzyć? – Gabi do dziś nie kryje żalu – ale nie, nie dość, że dodzwonić się tam to jak trafić milion w totka, to jeszcze niemoty nie wiedzieli jak sobie z tym poradzić.

Ostatecznie obsługa lotniska w Singapurze stanęła na wysokości zadania i druga walizka, następnym lotem z Warszawy – bo tam zapomniana przez boga i ludzi, spokojnie czekała na ciąg dalszy – dotarła do właścicieli.

– Nigdy już nie wybiorę LOT-u, takiego olewania pasażerów, którzy jakby nie było są na drugim końcu świata i niekoniecznie znają języki – jeszcze nie widziałam a latam sporo – i dodała – jak latam LOT-em jestem wnerwiona i zlana potem.

 

Krystyna

Wyniki…

Medycznych perypetii ciąg dalszy.
Przed wyjazdem do roboty w Deutschland dostałam skierowania na cykliczne badania, miedzy innymi do ginekologa. Fajnie, nie?
Na szczęście tu akurat za długich kolejek nie ma, czekałam około dwóch tygodni, załapałam się na koniec stycznia.
Pamiętam czasy, kiedy idąc na badania ginekologiczne, już w gabinecie, po haśle – proszę się rozebrać – zostawiało się na krzesełku poskładane ciuchy, buty i torbę, a samej stało się koło łóżka ginekologicznego w samej bluzce, nie wiadomo było co dłońmi przykrywać, zamykało oczy ze wstydu i błagało boga, żeby już było po wszystkim.
Dziś jest inaczej.
Obok gabinetu jest pokój przygotowań, z ubikacją, bidetem, półką z krótkimi spódniczkami z włókniny, z jednorazowymi kapciami, ręcznikami i doprawdy nie pamiętam, co tam jeszcze było. No, ful wypas.

Po badaniu i pobraniu próbek na wymaz podziękowałam, usłyszałam, że wyniki będą za dwa tygodnie. Niestety, wtedy mnie już nie będzie, zapytałam, czy mogę odebrać po powrocie, oczywiście nie ma problemu.
Po powrocie, przed świętami, zadzwoniłam do – nie inaczej – rejestracji specjalistycznej, żeby zapytać, czy do wydawania wyników są jakieś wyznaczone godziny, czy mogę wpaść z marszu. Usłyszałam, że w godzinach przyjmowania lekarza, mogę przyjść i wynik odebrać.
Super. Jadę.

Jak myślicie, czy obyło się tym razem bez problemów?
Racja. Oczywiście, że nie.

Podchodzę do okienka, uśmiecham się, bo ja ogólnie rzecz ujmując sympatyczna persona jestem i mówię grzecznie po co przyszłam. Pani za szybą patrzy na mnie jakbym do niej po serbsko-chorwacku mówiła.
– No ale jak? Ja nie mogę wydać pani wyniku – mówi.
Tym razem ja zgłupiałam.
– Jak nie może pani wydać? Przecież to moje badanie i mój wynik.
A ona pyta czy mam umówiony termin wizyty u lekarza…
– Nie, nie mam. Ja nie chcę do lekarza, u niego już byłam, chcę tylko wynik, z którym muszę pofatygować się do lekarza rodzinnego.
– Niestety takie mamy procedury, z wynikiem musi pani pójść do lekarza i dopiero on go może wydać.

Zaczęłam pomstować, że teraz już wiem skąd takie dupne kolejki do specjalistów! Że to normalnie sztuczny tłok! Poprosiłam, żeby mi tylko powiedziała, że wynik jest dobry i już mnie nie ma.
Nic z tego.
Procedury to procedury, musiałam odczekać dwa tygodnie. Jednak postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji w pracowni obok zrobić kolejną – co dwa lata – mammografię. Przynajmniej tu nie było problemu, jak na wizytę po wynik wyznaczono mi godz. 12.10, tak do pracowni mammograficznej na ten sam dzień na godz. 13.00. I wszystkie poprzednie zdjęcia mam przynieść.

Kciuki trzymać proszę, bo to dziś.
Badajcie się, nawet jeśli czasem ręce opadają z bezsilności i beznadziejności systemu i procedur.
Życie jest piękne a widok i zapach majowych konwalii i bzów – bezcenny.

Krystyna