Rammstein…

Jest tak piękna pogoda, że doprawdy, kto może wyrywa się na świeże powietrze. Mam tak samo, uwielbiam obserwować obsypane kwieciem czereśnie, które za chwilę stanie się śniegiem, a zamiast białych kwiatków będą zawiązki owoców. Opadły już płatki migdałowców, opadają na potęgę magnolie.
Uwielbiam okoliczne koty, które chyba czują do mnie jakąś chemię, bo łaszą się do nóg domagając głaskania i smakołyka.
Ludzie mają pootwierane okna, krzesła i stoliki powystawiane na zewnątrz, na tarasy. Słychać rozmowy, muzykę.
Z jednego z uchylonych okien leci chyba muzyka, takie łup, łup, łup… Błysk geniuszu rozpoznaje mocne uderzenie.
– Rammstein* – gwiazdorzę.
– Klopfen Kottleten* – słyszę.

No i po co ja się w ogóle odzywam?

 

 

 

 

 

 

 

 

*Rammstein  https://www.youtube.com/watch?v=StZcUAPRRac
https://www.youtube.com/watch?v=Rr8ljRgcJNM
*Klopfen Kottleten – klupanie kotletów schabowych

 

Krystyna

Nie tylko pod nogi…

Jesteśmy zagonieni, przepracowani, często smutni. Nie dostrzegamy pewnych rzeczy, dzięki którym życie, może nie będzie lepsze, ale być może ładniejsze, nieco sympatyczniejsze.
Zatem -idąc – nie patrzmy jedynie pod nogi, bo jeśli mamy się potknąć, to i tak się potkniemy, ale popatrzmy nieco wyżej, nieco szerzej.
Świąteczny spacer uświadomił mi, jak często bezmyślnie mijamy rzeczy przepiękne, godne uwagi.
Spojrzałam na pewną balustradę i wpadłam w zachwyt.
Popatrzcie, to wykuty w brązie proces wytwarzania wina. Od momentu cięcia i mocowania pędów, po użyźnianie, zbiory, przetwórstwo i delektowanie. Czyż nie jest to piękne?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Krystyna

Nie wracaj tu…

Odkąd pamiętam, Ola zawsze była jakaś dziwna.
Kiedy my fascynowałyśmy się Siesicką i Snopkiewiczową – ona przeglądała magazyny wędkarskie, kiedy my gadałyśmy o neonowych, ściągaczowych bluzeczkach, które docierały do nas z NRD, ona chwaliła się nową piłką do nogi, którą przysłał jej wujek z Teksasu. My spódniczki bananowe i pierwsze, nieśmiałe obcasy, a ona gacie i getry w biało-niebieskie, poprzeczne pasy.
My na przerwach w gumę skakałyśmy, a ona zawsze z chłopakami goniła.
Z nikim się nie przyjaźniła, rzadko kiedy wychodziła po szkole na podwórko i zawsze miała wymówkę, że musi brata w domu pilnować.
Czasem prosiła mnie o lekturę, czasem o kropelkę atramentu, kiedy jej w piórze zabrakło, bo my wtedy mieliśmy pierwsze pióra wieczne, z gumką, która pompowała atrament.
Po skończeniu podstawówki nasze drogi się porozjeżdżały, kontakty również.

Słyszałam tylko od znajomych, że po kilku latach, Ola wraz z rodzicami wyjechała gdzieś za granicę na stałe.
No i minęło kilka dziesiątek lat.

Robiłam zakupy w pobliskim markecie i zauważyłam, że przygląda mi się jakiś facet. Grzebałam w pamięci jak kura w ziemi, otwierałam wszystkie szufladki i nic. Czarna dziura. Pomyślałam, że może chce mnie ekhm, poderwać, ale patrzy na mnie inaczej, jakby chciał powiedzieć – no, nie poznajesz?
No kurna, nie!
Widziałam, że dyga w moją stronę, starałam się nie uciec z zawstydzenia.
– Krysia? – zapytał.
– No – odpowiedziałam trochę głupkowato.
On się uśmiechnął i stwierdził, że pewnie go nie poznałam.
Nosz na wszystkie pijawki świata, nie poznałam. Przecież taki przystojniak, szpakowaty, o nienagannej sylwetce, powinien mi zapaść w pamięć i to solidnie.
– Olek – wyciągnął do mnie rękę.
Olek? Olek? Z Olków to tylko Kwaśniewskiego jarzyłam. O, i Halla, i Bardiniego, ale ten już dawno w niebie.
Wzruszyłam ramionami i zakręciłam głową na znak, że bardzo mi przykro, ale nie wiem, z kim mam przyjemność.
On wybuchnął śmiechem, utwierdził w przekonaniu, że znamy się, i to nie z widzenia, zaprosił na kawę w galerii. Dobrze, że w galerii, bo może jakby gdzieś dalej, to by mnie zaciukał w ciemnościach, ale i tak miałam opory.
– Podstawówka, pamiętasz Olę?
Pamiętałam Olę, ale nijak mi do niego nie pasowała.
– To ja.
Gdyby nie to, że wziął mnie pod ramię i zaprowadził do stolika – chyba bym się przewróciła. Posadził na stołku i przyniósł dwie kawy, a ja dalej ani słowa z siebie nie umiałam wydusić. Patrzyłam tylko na niego jak cielę. Widziałam, że miał ochotę parsknąć gromkim śmiechem na mój głupkowaty wyraz twarzy, ale powstrzymał się kulturnie.
Poczekał, aż wreszcie łyknę powietrza i odetkam się.
Nie wiedziałam co powiedzieć, jak się zachować, ale skoro on(ona?) sam(a) mnie zaczepił(a), to chyba ma do tego dystans.
– Jak to? – to był jedyny bełkot, jaki wydukałam.
Olek zaczął opowiadać, jak od samego dzieciństwa nie czuł się dobrze w skórze dziewczynki.
– To akurat pamiętam – powiedziałam – zamiast z dziewczynami wolałeś zawsze chłopaków. W piłkę grałeś, na ryby chodziliście na Ształwajery…
– Do szkoły też poszedłem za mechanika samochodowego się uczyć, choć był problem, bo nie chcieli dziewczynki przyjąć.
Próbował, będąc jeszcze w Polsce, rozpocząć procedurę zmiany płci, miał oparcie w rodzicach i bracie, ale Polska robiła wszystko, żeby mu to zohydzić, wybić z głowy. Wtedy rodzice zdecydowali się wyjechać, mieli rodzinę w Stanach, a mnie przed oczami stanęła Anna Grodzka.
– To nigdy nie był kraj dla zwykłych ludzi – powiedziałam – tu tylko procedury i elity mają rację bytu.
Smutnawo przytaknął, ale zaraz przyznał, że rozważa możliwość powrotu.
– A po co!? – zapytałam chyba zbyt szybko, ale nie zamierzałam go zachęcać – tu nie ma do czego wracać, tu jest bagno i Rów Mariański mułu! Zero tolerancji, oranie kraju w każdym zakamarku, nawet w sypialni…
Nie wiem czy zrozumiał, ale posmutniał jakoś.
– Tak myślałem.

Przegadaliśmy dwie godziny, umówiliśmy się na ciąg dalszy. Przyleciał tu do rodziców, którzy po dziesięciu latach pobytu w Teksasie, zatęsknili za Polską i wrócili. Nie miał tyle odwagi, by wrócić z nimi, jeszcze wtedy nie. Teraz mówi, że dojrzał, ale za to tolerancja w kraju jest nie do przyjęcia.
– Nie wiem co robić.
Powiedziałam mu, że nie chciałabym być w jego skórze, bo zawsze jakimś kanałem ktoś komuś szepnie, potem jest “tylko nie mów nikomu” i już wiedzą wszyscy. Wytykaliby go palcami, pewnie przypłaciłby to zdrowiem.

Zobaczymy.
Nie wiem, jaką podejmie decyzję, ale cieszę się, że mogłam z nim pogadać. Dla mnie to była wspaniała podróż w niezbadane, w nieprzewidywalne czeluści przeszłości.
Życie jest jednak jedną, wielką niewiadomą.

Krystyna

Jaja!

Jaja jakieś!
Już było tak pięknie, kolorowo, śpiewająco, krokusy, przebiśniegi i żonkile w pełni porozkwitały, migdały się rozmigdaliły, łabędziom i dzikim gęsiom nilowym przychodziły do głów różne prywatne sprawy, koty wylegiwały się na słonku. Ludzie płaszcze i ciepłe kurtki rozpinali, cieńsze sweterki zaczęły być coraz częściej wietrzone.

Kwitnące drzewa migdałowe
Dzikie gęsi nilowe
Łabędzie

Prace wśród winogronowych badyli szły ku latu, jaja kolorowe już zawisły w różnych dziwnych miejscach, kiedy to spadł biały, zimny drań.


Otwieram rano oczy a ten pcha się, skubany, na taras, do kuchni.
Precz! krzyczę, ale nic sobie z tego nie robi.
O przepraszam, robi se, jaja, bo Wielkanoc pod śniegiem już była.

Dzisiejszy widok z okna

Krystyna

Jestem wściekła!

Dacie wiarę, że sama pisząc o niemoralności przy wymuszaniu wszelkich zgód na tzw. przetwarzanie danych osobowych, a tak naprawdę na handel nimi za duże pieniądze – sama pomyłkowo kliknęłam na zgodę.
Rozumiecie?
No i dupa blada, bo jak się z tego wycofać?

“Wyrażenie tej zgody jest dobrowolne i możesz ją dowolnym momencie wycofać, z tym, że wycofanie zgody nie będzie miało wpływu na zgodność z prawem przetwarzania na podstawie zgody, przed jej wycofaniem.” (Pisownia oryginalna, pogrubienie moje, żeby zwrócić szczególną uwagę.)

Jestem wściekła.

Krystyna

Tylko fb?

Starzeję się, czy jak…
Gdzie wlezę, tam wnerw.
Latam sobie po facebooku i szczerze mówiąc, coraz bardziej mnie przeraża.
Zapytacie dlaczego.
Staram się rozsądnie korzystać z profilu, nie wrzucam setek zdjęć, niewiele o sobie udostępniam. Jednak natknęłam się na coś takiego, że mogę zapoznać się z tym wszystkim, co fb chomikuje z moich danych. Pewnie, że się zainteresowałam, a wkurw przyszedł w momencie, kiedy doczytałam, że muszą to najpierw popakować a potem prześlą na maila. Przeczytałam też, co mogę tam znaleźć.

– Udostępnione przez Ciebie posty, zdjęcia i filmy
– Twoje wiadomości i rozmowy na czacie
– Informacje z sekcji “Informacje” z Twojego profilu
– I inne
Czyli wszystko.

Tak to wygląda

Najbardziej włos zjeżył mi się przy “Twoje wiadomości i rozmowy na czacie”, zresztą nie dziwota, nikt nie chce powrotu cenzury, a tym bardziej archiwizowania prywatnych rozmów, bez wyraźnej prośby.

Ale nic. Poprosiłam o przysłanie mi tego wszystkiego, co jest przechowywane przez fb. Czekałam do następnego dnia, potem jeszcze około 5 godzin, zanim wszystko się zapisało a ZIP-y rozpakowały.

I wiecie co?
Oni mają wszystko. Przysłali mi WSZYSTKO to, co od lat robię na fb. Każde zdjęcie, każdy filmik, każdy post – od samego początku obecności na profilu. Nie ma co się łudzić, że rezygnacja, ucieczka z mediów coś da, nic nie da, ponieważ jeśli coś raz jest wrzucone do internetu – zostaje tam na zawsze. No i pytanie – po jaką cholerę oni to zbierają? Po jaką???
Dlatego apeluję do rozsądku – nie wrzucajcie bezmyślnie zdjęć dzieci, wnuków – choćbyście kochali najbardziej na świecie, nie pokazujcie wszystkim wszystkiego co macie, nie chwalcie się, bo to wszystko może się kiedyś niestety, zemścić…
Ostrożności nigdy dość.

Krystyna

I tak nas rżną…

Już trochę obżarłam z cieńszego brzegu…

Zdarzyło się Wam kiedyś, że wracacie ze sklepu, rozpakowujecie świeżo kupioną wędlinę, a tam pośrodku, ukryty przez wzrokiem ludzkim – stary plaster , jakaś niedokrojona dupka, kawałek czegoś innego, albo wysuszonego?
Nie mówcie że nie, bo nie uwierzę.
Kiedyś zwróciłam na to uwagę obsługującej mnie pani, ale ta ofuknęła, że przecież ona musi coś z tym zrobić. Powiedziałam, że mnie nie interesuje co z tym zrobi, i że albo tą dupkę zabierze, albo dziękuję za zakup. Niestety, musiałam podziękować, bo ona nie ustąpiła.
Dziś byłam w niemieckim markecie, kupowałam 30 dkg. wędliny (pierś z kurczaka z warzywami), poprosiłam o pokrojenie. Pani pokroiła, ale niestety nie było 300 gram a jakieś 280. Została mała dupka.
Pani zważyła moje plasterki, wydrukowała cenę i uśmiechając się do mnie powiedziała, że tą resztkę dokłada bez ważenia. Grzecznie podziękowałam, ale za chwilę zbierałam koparę z podłogi.

Pierś z kurczaka z warzywami

Wracając na rodzime podwórko, czy mieliście kiedyś zamiast śledzi w zalewie z cebulą – cebulę w zalewie z niewielkim dodatkiem śledzia? Retoryczne pytanie, wiem.
Koreczki śledziowe w plastikowych, płaskich pudełeczkach, gdzie śledzikami obklejona ścianka pudełka, a w środku, zaklejonym zresztą nalepką, żeby nic nie było widać – była sama cebula?
Kupowaliście kiedyś mrożone krewetki?
Syn powiedział, że wybierając się po krewetki, trzeba iść kilka godzin wcześniej, włożyć do kosza, poczekać aż się roztopią i dopiero wtedy iść ważyć. Czemu? Ano temu, że wszystko co zamrożone, to 40 % wody! A nikt nie ma ochoty płacić za wodę.
Wpadł mi w oczy artykuł o jednym z marketów, gdzie w komentarzach czytelnicy dzielą się spostrzeżeniami na tenże temat. A więc o bombonierach, w których praliny są tak rzadko poukładane, że jest ich dosłownie kilka sztuk, że czekolada z orzechami orzechy ma tylko w okienku, że części kurczaka na tacce są tak porolowane, że dopiero jak się je otworzy, to widać, że mięsa niewiele, a za to skóry i tłuszczu nie brakuje. Że jogurty i serki mają takie cudaczne kształty i wklęśnięte dna, żeby do środka weszło jak najmniej zawartości, że ptasiego mleczka jest wagowo coraz mniej a czekolada na nim coraz cieńsza – za tą samą cenę. Że kiedyś kostka masła ważyła 250 g a dziś 200, albo i 180 a kosztuje tyle samo.
O sławetnych opakowaniach powietrza ze śladową domieszką chipsów – już nie wspomnę.
I tym, że to co chcą ukryć (np. datę przydatności do spożycia) najnormalnie zakleja się etykietą. Smutne to.
Człowiek człowiekowi świnią.

Wspomniałam, że byłam dziś w niemieckim markecie, potrzebowałam bowiem również drobne drewno na rozpałkę w kominku. Takie rzeczy zazwyczaj są na zewnątrz sklepu, tak było i tym razem, ale… Na jednym wózku były worki z małymi i dużymi kawałkami drewna, z tym, że te małe na dole i przygniecione dużymi. Żeby się do niego dostać, musiałabym zdjąć kilka dość ciężkich worków z góry. Nie zrobiłam tego, wjechałam do sklepu i poprosiłam młodego pracownika o pomoc. Zanim zrobiłam zakupy, moje drewienka, pięknie ułożone w worku, czekały na mnie przy kasie. Podziękowałam młodemu człowiekowi, a on się do mnie uśmiechnął i ukłonił. Czy to nie fajne?
Choć nie mówię, że i u nas nie ma w handlu ludzi z kulturą, bo są! Żeby nie było, że cudze chwalę! No.

Krystyna

Nie zgadzam się.

Ponieważ nie znoszę reklam – już telewizji nie oglądam ze względu na reklamy właśnie – wyłączam je, gdzie tylko się da. Kiedyś lubiłam wiadomości na Onecie, przy wyłączonych reklamach dało się je czytać, pomimo różnych artykułów plotkarsko-szambiarsko-beznadziejnych, które pomijałam. Modowe wpadki, kto, z kim i kiedy oraz umieranie na widok damskich pośladków najnormalniej mnie nie interesuje. Poczta i wiadomości, tyle.
Ale widać, za dużo chciałam.
Albo włączysz reklamy (które dla nich nie są takie złe, ale dla mnie to ogromna strata czasu i irytacja, bo często włączają się nawet na nie nie kliknąwszy – dlatego są bardzo złe), albo nie przeczytasz.
Nie to nie. Bez łaski. Nie odblokuję.

Przeniosłam się na Wirtualną Polskę. Co prawda, nie blokowałam reklam, jeszcze do tego nie doszło, choć zaczynały irytować, a tu znów:


Zwróćcie proszę uwagę na ostatnie zdanie:

“Wyrażenie tej zgody jest dobrowolne i możesz ją (Krystyna: w) dowolnym momencie wycofać, z tym, że wycofanie zgody nie będzie miało wpływu na zgodność z prawem przetwarzania na podstawie zgody, przed jej wycofaniem.”

Jednym słowem – dopóki się nie zgodzisz, będziemy ci tak uprzykrzać czytanie wiadomości, że w końcu z wściekłości ustąpisz i wyrazisz zgodę, a jak już wyrazisz to możesz sobie wycofywać, ale i tak gówno zrobisz, my mamy prawo handlować twoimi danymi – ponieważ się zgodziłeś przed wycofaniem. Jest ZGADZAM SIĘ i Nie teraz. A gdzie NIE ZGADZAM SIĘ? Ktoś myśli, że przed monitorem analfabeci siedzą, nie umiejący czytać?

Dla mnie to ewidentne robienie z ludzi durniów, pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Co mnie obchodzi, że oni na tym zarabiają? Przecież, żeby cokolwiek czytać – muszę mieć komputer, muszę za niego słono zapłacić, żeby mieć dostęp do internetu – muszę płacić abonament, też wcale niemały. Za prąd też płacę. Dlaczego jeszcze muszę znosić te pieprzone reklamy w internecie?
Nie jestem z tych, co są podatni na reklamy, o nie. Ja sama wiem najlepiej czego mi potrzeba i nikt nie musi się trudzić, ażeby dopasować reklamy do mnie, zgodnie z moimi zainteresowaniami. A wypchajcie się! Nigdy nie kupuję rzeczy reklamowanych, wprost przeciwnie, działają na mnie jak płachta na byka.
Nie wyrażę zgody na takie wymuszanie. Nigdy. Prędzej również z WP zrezygnuję tak, jak z Onetu.

Będąc na urlopie na Słowacji, dostawałam na komórkę prośby o wyrażenie zdania o miejscu, gdzie teraz jestem. Nosz kurna mać! Namierzyli mnie w termach Meanderpark w Vitanowej!
Albo: czy jest dostęp do ubikacji w kawiarni Leon, w maleńkiej, niemieckiej miejscowości, gdzie akurat byłam.
Globalizm. Totalna inwigilacja. Nie wiem, do czego to doprowadzi, ale ja czuję do takich sytuacji obrzydzenie.

Krystyna

Ratunku!

Jaś, po uśmierzeniu bólu spał 8 godzin.
Jaśko na parapecie, Michalina szafce.

W czerwcu ubiegłego roku, do moich trzech kotów dołączył czwarty – Jasiek.
Kluczowe było tu zdanie syna, ale on zadecydował – są trzy – wykarmimy i cztery.
Najpierw pomyślałam o domu na chwilę, do momentu znalezienia odpowiedniego, dobrego i empatycznego w stosunku do kociarzy, ale syn stwierdził, że kot to nie zabawka (ot! sama go tego uczyłam!) i że jak się już u nas znajdzie, to na zawsze, że nie pozwala na dalszą poniewierkę.
Pamiętacie moje koty? Pierwszy, najstarszy Slapmen (9 lat), druga Michasia (8 lat), Czarnulka (7 lat). Moja ukochana banda.
Doszedł Jasio – wypisz-wymaluj Michasia, i do tego w tym samym wieku. Różnica jedynie w pochodzeniu – Michalina wyrzucona i uratowana jako osesek, trafiła do mnie jak ważyła niespełna dwieście gram, a Jasio to owoc mezaliansu rodowodowej matki, leśnej norweżki i ojca NN, a z rasy dostał mu się jedynie charakter – jak powiedziała właścicielka Jasia, która mimo rozpaczy, musiała się z nim rozstać.

Jaś to chuligan, kradnie wszystko, tu z około półkilogramowym kawałkiem szynki drobiowej.

No. Cztery koty.
Wszystkie ukochane.
Ale sielanki nie ma. Wprost przeciwnie, są problemy i mam nadzieję, że ktoś mi podpowie co robić.

Otóż Michasia, zawsze najsłabsza psychicznie, mimo że z naszej strony nie spotkała jej żadna krzywda nie lubi być brana na ręce, przychodzi wtedy kiedy ona chce, dziwaczka trochę – nie akceptuje Jasia. Nie i już.
Mimo, że Jasiek jest z nami już 10 miesięcy, mimo, że były tygodnie lepsze i gorsze, ostatnimi czasy jest zdecydowanie gorzej.

Nikt nie zostanie niezauważony. Jaśko na posterunku.

Na początku dziwactwa Michasi polegały na prychaniu na Jasia, na posikiwaniu w różnych miejscach; a to na pralce w łazience, a to na wykładzinie w przedpokoju, a to na lodówce. Dopóki było to sporadyczne – dawaliśmy radę, no trudno, kicia ma cięższe chwile, jednak w pewnym momencie, na przełomie stycznia i lutego rozchorował się Jaś. Myślałam początkowo, że to fochy w stosunku do Michasi, ale potem zauważyłam, że Jasio kropelkuje, i że robi to w bólu, a więc coś z pęcherzem. W tym czasie instalował się w takim miejscu w mieszkaniu, żeby mieć widok na obie kuwety, wchodził do nich dosłownie co 5 minut. Tego Michasia już nie zniosła…
Jaś został wyleczony, ale jej się pogorszyło.
Sika gdzie popadnie…

Jedyny moment, kiedy jest porozumienie.

Nasikała nawet na szafce z chlebem, a siki poleciały na półkę z kaszami, ryżem i makaronem, bokiem spływając również do szuflady z apteczką.
My patrzymy na nią, ona na nas, usztywni ogon i wio, leje aż miło.
Nigdy na nią nie krzyczymy, po prostu od razu łapiemy mocz, ścieramy, dezynfekujemy, utylizujemy zapach, pierzemy. Póki co, udaje nam się widzieć gdzie to się wydarza, ale kiedyś nie zauważymy…
Kilka dni temu, nawet uszczęśliwiła syna kupą na pościeli.
Czasem są 2, 3 dni spokojne (albo nie zauważone), a czasem to dzieje się codziennie.
Co robić?

Mam wrażenie, że wojna toczy się o nasze względy – Jaś zajmuje mój fotel, moje kolana, w nocy przychodzi pod kołdrę a Michasia przychodziła na kołdrę..
Niektórzy mają więcej kotów, ale takie problemy są im obce. Moje pomysły ratunku są na wyczerpaniu.

Podsuwajcie porady, bardzo tego potrzebuję, ale jednak:

– nie akceptuję oddania żadnego kota
– nie ufam behawiorystom – odpadają
– nie działają feromony (ani do prądu, ani w aerozolu)
– nie działa obróżka uspokajająca
– nie działają kapsułki-pasty uspokajające od weterynarza
– nie pomogło przeniesienie kuwety w pobliże jej ulubionego miejsca, gdzie sikała na podłogę.

Chwilo trwaj! To Slapmen, 10 kg miłości.

 

 

 

 

 

 

 

Ratunku! Krystyna