Cel – Zell.

Wczoraj byłam w Zell.
Niewielkie miasteczko nad Mozelą.

Dla mnie miodzio, bo miasteczko kotami stoi. Gdzie się nie obrócisz – wszędzie koty – drewniane, metalowe, kamienne, na nalepkach, na ścianach. Na wystawach, pomnikach, do kupienia. Trzeźwe i narąbane.

Białe koty tylko dwa – jeden żywy a drugi drewniany, reszta czarna. Jakiś związek z miasteczkiem to ma, ale jeszcze się w to nie zagłębiłam, jak ktoś wie – proszę się podzielić.
Ale ja nie o tym chciałam.
Czekałam w poczekalni na wizytę u lekarza, współczekającą była ciemnoskóra, młoda kobieta opatulona od stóp do głów w jasnobrązową chustę, widziałam tylko twarz, dłonie i sandały a i to chyba przez przypadek, bo młoda kobieta była mamą i zajmowała się półtorarocznym może synkiem, równie ciemnym jak i ona. Zwracała się do niego w swoim języku, dla mnie nieznanym, nie po niemiecku.
Dzieciak się nudził, dokazywał, marudził, popłakiwał – bo jak nie, jak było gorąco a on był zniecierpliwiony. Chłopczyk śliczny, ubrany w dżinsy i niebieską bluzeczkę z krótkim rękawem. Pomyślałam, jak tej kobiecie nie jest w tym gorąco, ja w krótkich spodniach i bluzce bez rękawów, a i tak pot mi po … spływał.
Ale wracam do dziecka z czarnymi loczkami na głowie.
W pewnym momencie kobieta posadziła chłopca na krześle obok siebie i podała mu malutkie autko, które było w skrzyni w poczekalni – wśród zabawek dla znudzonych czekaniem dzieci.
Mały chwilę zamilkł, jeździł autkiem po dłoni matki i w pewnym momencie autko mu spadło.
Zgadnijcie co powiedział?!

– Mama buch.

Niby nic, ale popatrzcie, pod każdą szerokością geograficzną, niezależnie od koloru skóry, niezależnie w jakim języku – dziecko mówi tak samo.

– Mama buch.

Patrzyłam z rozczuleniem na tego malucha, na jego inaczej ubraną mamę. Moje dzieci też tak mówiły, kiedy coś lądowało na podłodze – mama, buch!

Na koniec dodam, że tam wcale z wizytami nie lepiej niż u nas. Wizyta była ustalona na 11.45, pani w rejestracji powiedziała, że jest godzina poślizgu, a lekarz wezwał o 13.20.
No, prawie jak w domu.

Tam właśnie siedziała młoda mama z czarnym chłopczykiem. Tak wygląda poczekalnia u niemieckiego specjalisty.

Krystyna

…niby biało-czerwony, a jednak w żałobie…

Zamiast komentarza 🙂

Mamy to!Słowo od najważniejszej komentatorki piłkarskiej w Polsce!!!💪⚽️❤️

Opublikowany przez Kabaret Nowaki Wtorek, 19 czerwca 2018

 

Pożegnanie…

Chyba z trzydzieści lat nie jadłam czereśni – choć je uwielbiam. Powód wiadomo, robale. Nie mogę zapomnieć widoku za przeproszeniem, kupy, mojego wówczas dwuletniego synka, w której bieliło się od wydalonych robaków.
Tu się przełamałam, każde mijane drzewo z czereśniami – to pełne garście i  pełny dziób. Bez mycia, prosto z drzewa. Bardzo chciałam wierzyć, że tu są owoce idealne, że tu czereśnie są bez protein.
Niestety nie są.
Oszczędzę Wam opowieści, jak się o tym przekonałam, wystarczy, że wyjęłam to białe paskudztwo z ust.

– Zobacz! – krzyczę – fuj!
– Jaaa… Das ist Fleisch. Gratis.

Pa, pa czeresieńki. Na kolejne (optymistycznie!) trzydzieści lat.

 

Krystyna

Kibicujemy!

– Co dziś jemy na obiad?
Dziś Niemcy mają święto, pierwszy mecz niemieckiej drużyny na Mundialu, a więc wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Różowe  wino w lodówce, pomarańcze do niego też.
– Kartoffelnsalat und Brust* – mówię, ale szybko się poprawiam – Hühnerbrust**.
Machnął ręką z udawanym poczuciem zawodu.
– Ich dachte Frauen***.

Ale nic nie pomogło.  Meksyk : Niemcy  1 : 0

*)Sałatka ziemniaczana i pierś
**)Pierś z kurczaka
***)Myślałem, że damska

 

Krystyna

 

 

Hasz…

Wieczór.
Oddaję się relaksowi, mam włączony komputer, herbatę truskawkową i orzeszki w cieście paprykowym. Milion kalorii, ale lubię, wpieprzam całymi garściami. Raz udało mi się nawet całą paczkę, 170g, pochłonąć na jedno, wieczorne posiedzenie, co przypłaciłam niemal całonocnym posiedzeniem w kiblu, niemniej niczego mnie to nie nauczyło.
No to siedzę i gapiąc w monitor wtryniam orzeszki. Słyszę, że podopieczny kończy długą rozmowę telefoniczną i natychmiast musi podzielić się ze mną wiadomościami.
– Kristina, w piątek mamy gości!
– Super, o której? – pytam przełykając rozgryzione orzeszki.
Zamiast odpowiedzi widzę węszenie nosem – w ten sam sposób ja obwąchuję męża, jak wraca od brata na bańce. Chucham więc…
– Haszysz! – słyszę.

Weźcie dobrego nauczyciela pod skrzydła to nic się przed nim nie ukryje…

Te zielone to niech szlag trafi z wasabi. Mieszam czasem, żeby nadeszło otrzeźwienie. Ostre jak brzytwa.

 

Krystyna

Wiem, pamiętam…

Czy jest ktoś, kto nie lubi smaku poziomek?
Są od chyba dwóch tygodni, może dłużej, jednak ciągle słyszę: nie jedz, możesz zarazić się tasiemcem, tu chodzą lisy.
Kilka spróbowałam, ale teraz już tylko będą do zdjęć pozować i przypominać starą piosenkę:

Wiem, pamiętam, Ty lubiłeś poziomki…

 

Krystyna

Żeby nie było…

Żeby nie było, bo niektórzy (Gabi!) każą mi wracać w trybie natychmiastowym, bo stanę się alkoholiczką – ja nie tylko degustuję wina.
No.
Bywam, raz bywnęłam na koncercie w kościele, w niedzielę.
Przede wszystkim kościół.
Wiecie, jak wyglądają nasze kościoły, kapiące złotem, haftami, frędzlami, bijące w oczy bogactwem. Tu nie. Co prawda, to kościół ewangelicki, mający jednego pastora, żonatego, mają psa, ale kościół piękny w swej prostej stylizacji, bez tego blichtru i kiczu.
Na siedziskach poduchy, na poduchach program koncertu.
Koncert z okazji 90-rocznicy założenia Orkiestry Straży Pożarnej.

Fajnie grali. Rozrywkowo. Prawie wszystkie utwory znałam, bo była i muzyka z filmu “Doktor Żywago”, i melodie rosyjskie z “Kalinką” i “Wołga, Wołga”, była melodia z filmu ” West Side Story” i “Somethin’ Stupid” Robbie Williamsa i Nicole Kidman.
Wracając do muzyki rosyjskiej, nie wiem, ale mnie się to wydawało faux pas, że zaczęto od hymnu narodowego byłego Związku Radzieckiego.
Potraktować hymn, nawet nie istniejącego już państwa jako muzykę rozrywkową? Nie wiem.
No nieważne.
Każdy utwór był omawiany przez pastora parafii, z dowcipem, uśmiechem, pomocą służył mu tablet.

W przerwie koncertu, na zewnątrz, na drewnianych ławach było, a jakże, wino, szampan, piwo, sok jabłkowy, woda mineralna i ponoć tradycyjna buła z parówą.
Nie za darmo, nie. Jedna lampka napoju kosztowała 2,50 euro, buła tyleż samo.
Ja podziękowałam, picie to pełny pęcherz a pewnych miejsc poza domem unikam jak ognia.

Po zakończonym koncercie, powtórka z rozrywki – napitki i buły z kiełbachą. Społeczność wsi, liczącej 700 mieszkańców, rozmawia ze sobą, stuka się szkłem i szturcha bułkami. Śmieją się, wspominają, rozmawiają.
Wino jest wszędzie, ale jakoś nigdy nikogo pijanego nie widziałam. Ot, jest wesoło, spokojnie, powolnie.

Jest fajnie.
Mam krótki filmik, ale niestety, zarejestrowałam go komórką pionowo a teraz filmik leży…
Jeśli uda mi się plik obrócić i zmniejszyć do rozmiaru, który da się wstawić – pokażę wam. Póki co, “Kalinki” mogę słuchać sobie sama…

 

Krystyna

Degustacja…

Palec do góry, kto brał udział w degustacji win.
Bo ja tak, w środę.
W mojej ulubionej piwniczce, z przesympatycznymi właścicielami, których poznałam w trzech pokoleniach.

Najpierw zostaliśmy oprowadzeni po wytwórni przez najmłodsze pokolenie w osobie przystojnego, młodego człowieka, który pokazał nam proces wytwarzania wina i związane z tym informacje, a potem…

Potem już tylko rozpusta.

Każda butelka otwierana na naszych oczach a gospodarz najpierw sam sobie nalewał, wąchał, próbował, a dopiero później rozlewał gościom.

Zaczęło się od win białych, wytrawnych, ciut inaczej zabarwionych, różowych, o różnych bukietach – poczułam nawet w pewnym momencie aromat lekko cytrynowy, mniej lub bardziej słodkawych, a skończyło na czerwonych.

Każde, każdziutkie było dobre, jednak ulubione, czerwone wytrawne stoi jako pierwsze z prawej. Nie, lewej. Mojej prawej, na zdjęciu mojej lewej… Kurka wodna… Pierwsze od ściany. Pierwsze od boazerii…

Nie odpuściłam ani jednej próby, wąchałam, kręciłam kieliszkiem i delektowałam się. Każde następne było lepsze od poprzedniego.

Degustacja zakończyła się sukcesem…

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna