O tempora, o mores, o curva!

Choćby się człowiek nie wiem jak starał – nie ucieknie od polityki.
– Mamo, jak to możliwe? Czy ludzie naprawdę są takimi matołami, żeby wierzyć w to co on gada? – pytają mnie dzieci.
Najchętniej schowałabym głowę w piasek ze wstydu, zażenowania, żalu i złości.

– Zabiorą to, co myśmy dali – powiedział kilka dni temu.
Patrzcie państwo jacy filantropi, jakie ludzkie pany! Dali!!!

Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że oni dali. Dali? Co dali!? To co zabrali mnie, synom, mężowi z emerytury! Niczego nie dali ze swoich pieniędzy, rozdają (czytaj: kupują tępy i bezmyślny elektorat) pieniądze, które należą do nas wszystkich, tych którzy wpłacają swoje podatki i mam prawo wyrazić swój sprzeciw!
Nie żebym dzieciom żałowała, nie, ale do kurwy nędzy kurki paki, nie w ten sposób!
Nie może być tak, że niepracujący, żyjący jedynie z zasiłków i 500+ mieli więcej pieniędzy od tych, którzy pracują i są dojeni na pokrycie obiecanek zepsutego do cna rządu. Rządu? Prezesa, Naczelnika, Słońca Żoliborza, który uważa się za wszechwiedzącego, najmądrzejszego, mającego monopol na gwiezdny pył, uszczęśliwiający robactwo ludzkie u jego zdeptanych, brudnych butów. Temu, któremu wydaje się, że Polska to jego prywatne ranczo i robi w niej to, co mu się rzewnie podoba. A jak się to komuś nie podoba to jest gorszym sortem, podkategorią ludzi. Czy z niczym wam się to nie kojarzy? Był już taki jeden, co czyścił rasę.

Oszołom obieca wszystko, byle by utrzymać władzę, to człowiek chory na władzę.
– Zabiorą to, co myśmy dali…
Co za prostackie straszenie ludzi.
Dzieci powinny mieć zapewnione dobre warunki, ale nie tędy droga. Przede wszystkim to ich rodzice powinni mieć zapewnioną odpowiednią pensję za pracę, ulgi w podatkach z tytułu wychowywania dzieci. Jak rozdawnictwo – to niech to ma ręce i nogi, niech jest jakieś kryterium dochodowe, ale nie w dół a w górę! Czy bankowe glonojady zarabiające po ponad czterdzieści tysięcy miesięcznie też muszą ten socjal dostawać? Bez przesady.
Ale co tam, im się to przecież należy.

Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam i trzeba takich wytępić. Konstytucja? Dla PIS-u to nic nie znaczący papierek, który można z lekceważącym wzruszeniem ramion wrzucić do kosza, choć tak wiele o niej mówią.

Jednak nic nie wkurwiło wnerwiło mnie tak jak słowa:
Kto podnosi rękę na kościół i chce go zniszczyć – podnosi rękę na Polskę.

Czyli co, niewierzący, ateiści, innowiercy – podnoszą ręce na Polskę? Nic bardziej durnego, chamskiego, bezczelnego i obleśnego nie słyszałam.
Czy nie lepiej byłoby, gdyby zaczęto od upraszczania działalności gospodarczej? Od obniżenia mikro przedsiębiorstwom opłat z tytułu działalności? Żeby zaprzestano pompować pieniądze w pazernego księdza rodem z Torunia? Od wyprowadzenia religii i krzyża ze szkół, a przy okazji zaprzestanie płacenia katechetom i to więcej niż nauczycielom? I już są pieniądze na szpitale i dla dzieci.
Ups! Podniosłam rękę na Polskę.
Zasłużyłam na dożywocie…

O tempora, o mores, o curva!

Wejdą do historii.
Dzieci będą się o nich uczyć jako o warchołach, niszczycielach i najbardziej destrukcyjnym rządzie w historii Polski.
Tylko co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie niezależne sądy dobrały się im do tyłków? Długo mogłabym jeszcze podnosić sobie ciśnienie, tylko po co…

 

Krystyna

LOT-em bliżej… do zawału

Pamiętacie, jak Gabrysia, która spędziła Boże Narodzenie w Kuala Lumpur, powiedziała mi, że ma dla mnie temat na posta?
Wróciłam dziś do tego tematu.

Przed świętami mieli samolot LOT-u z Warszawy do Singapuru o 23.00, wskutek jakichś opóźnień wylecieli jednak kwadrans po północy.
W Singapurze wylądowali o 19.00 ichniego czasu.
Ponieważ ich syn miał przylecieć kilka godzin później, zarezerwowali sobie pokój w hotelu.
Kiedy czekali na bagaż okazało się, że z nimi jest tylko jedna z ich walizek… Druga, ważna, bo z lekarstwami gdzieś się zapodziała. Nie ma i już!
Mieli 24 godziny na poszukiwania, po tym czasie planowo mieli lecieć dalej, do Kuala Lumpur. Zaczęło się wydzwanianie do LOT-u, ale mimo ogromnej pomocy obsługi lotniska nic nie dało się zrobić, bo w Polsce, w LOT-cie nikt nie odbierał telefonów…
Kiedy się już dodzwoniono, nikt nic nie wiedział, obiecano pomoc, ale na tym się skończyło. Nie wiedzieli, czy ich walizka przyleciała z nimi i gdzieś czeka, czy leży gdzieś na Okęciu, czy też poleciała innym samolotem na drugi koniec świata.

Ponieważ leki – rzecz bardzo ważna a nie wiadomo było czy ich leki do nich dotrą, obsługa lotniska pomogła zorganizować wizytę u singapurskiego lekarza, gdzie zostali potraktowani jak prawdziwi goście, poza kolejnością, gdzie zostali zaopatrzeni w potrzebne im leki.
Zresztą oboje nie mogą nachwalić się obsługi singapurskiego lotniska! Gabrysia mówi, że tak naprawdę, to mogłaby na tym lotnisku rozłożyć leżak i spędzić całe wakacje, tak tam pięknie.

– Żeby mi choć powiedzieli, czy walizka została w Warszawie, czy pojechała gdzieś. Przecież każdy bagaż ma specjalny kod, naprawdę nie mogli go namierzyć? – Gabi do dziś nie kryje żalu – ale nie, nie dość, że dodzwonić się tam to jak trafić milion w totka, to jeszcze niemoty nie wiedzieli jak sobie z tym poradzić.

Ostatecznie obsługa lotniska w Singapurze stanęła na wysokości zadania i druga walizka, następnym lotem z Warszawy – bo tam zapomniana przez boga i ludzi, spokojnie czekała na ciąg dalszy – dotarła do właścicieli.

– Nigdy już nie wybiorę LOT-u, takiego olewania pasażerów, którzy jakby nie było są na drugim końcu świata i niekoniecznie znają języki – jeszcze nie widziałam a latam sporo – i dodała – jak latam LOT-em jestem wnerwiona i zlana potem.

 

Krystyna

Wyniki…

Medycznych perypetii ciąg dalszy.
Przed wyjazdem do roboty w Deutschland dostałam skierowania na cykliczne badania, miedzy innymi do ginekologa. Fajnie, nie?
Na szczęście tu akurat za długich kolejek nie ma, czekałam około dwóch tygodni, załapałam się na koniec stycznia.
Pamiętam czasy, kiedy idąc na badania ginekologiczne, już w gabinecie, po haśle – proszę się rozebrać – zostawiało się na krzesełku poskładane ciuchy, buty i torbę, a samej stało się koło łóżka ginekologicznego w samej bluzce, nie wiadomo było co dłońmi przykrywać, zamykało oczy ze wstydu i błagało boga, żeby już było po wszystkim.
Dziś jest inaczej.
Obok gabinetu jest pokój przygotowań, z ubikacją, bidetem, półką z krótkimi spódniczkami z włókniny, z jednorazowymi kapciami, ręcznikami i doprawdy nie pamiętam, co tam jeszcze było. No, ful wypas.

Po badaniu i pobraniu próbek na wymaz podziękowałam, usłyszałam, że wyniki będą za dwa tygodnie. Niestety, wtedy mnie już nie będzie, zapytałam, czy mogę odebrać po powrocie, oczywiście nie ma problemu.
Po powrocie, przed świętami, zadzwoniłam do – nie inaczej – rejestracji specjalistycznej, żeby zapytać, czy do wydawania wyników są jakieś wyznaczone godziny, czy mogę wpaść z marszu. Usłyszałam, że w godzinach przyjmowania lekarza, mogę przyjść i wynik odebrać.
Super. Jadę.

Jak myślicie, czy obyło się tym razem bez problemów?
Racja. Oczywiście, że nie.

Podchodzę do okienka, uśmiecham się, bo ja ogólnie rzecz ujmując sympatyczna persona jestem i mówię grzecznie po co przyszłam. Pani za szybą patrzy na mnie jakbym do niej po serbsko-chorwacku mówiła.
– No ale jak? Ja nie mogę wydać pani wyniku – mówi.
Tym razem ja zgłupiałam.
– Jak nie może pani wydać? Przecież to moje badanie i mój wynik.
A ona pyta czy mam umówiony termin wizyty u lekarza…
– Nie, nie mam. Ja nie chcę do lekarza, u niego już byłam, chcę tylko wynik, z którym muszę pofatygować się do lekarza rodzinnego.
– Niestety takie mamy procedury, z wynikiem musi pani pójść do lekarza i dopiero on go może wydać.

Zaczęłam pomstować, że teraz już wiem skąd takie dupne kolejki do specjalistów! Że to normalnie sztuczny tłok! Poprosiłam, żeby mi tylko powiedziała, że wynik jest dobry i już mnie nie ma.
Nic z tego.
Procedury to procedury, musiałam odczekać dwa tygodnie. Jednak postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji w pracowni obok zrobić kolejną – co dwa lata – mammografię. Przynajmniej tu nie było problemu, jak na wizytę po wynik wyznaczono mi godz. 12.10, tak do pracowni mammograficznej na ten sam dzień na godz. 13.00. I wszystkie poprzednie zdjęcia mam przynieść.

Kciuki trzymać proszę, bo to dziś.
Badajcie się, nawet jeśli czasem ręce opadają z bezsilności i beznadziejności systemu i procedur.
Życie jest piękne a widok i zapach majowych konwalii i bzów – bezcenny.

Krystyna

BardzoWażnaPani…

Początek lipca, upał niemiłosierny.
Nigdy nie ukrywałam, że nie lubię lata, że moją porą roku jest zima. Teraz moje odczucia się pogłębiły, bo lata już nienawidzę.
Mam ciepłolubnych przyjaciół, ale nawet oni mówią, że co za dużo to ani świnia nie chce.
Czuję się źle, siedzę jak ten kret w zaciemnionym pokoju, przy wentylatorze. Pogoda odbija się na zdrowiu, kilka dni temu normalnie straciłam przytomność, złe ekg, dostałam skierowanie do kardiologa.
W pierwszej poradni zaleconej przez doktor rodzinną okazało się, że kardiolog przyjmuje tylko prywatnie. W drugiej nie zapisywali na termin ze względu na przepełnienie do drugiej połowy 2019 roku.
W trzeciej kazali przyjść za pół roku, żeby zapisać się na pierwszą połowę 2020 roku, w czwartej było miejsce w styczniu, ale niestety, przez telefon niczego nie da się załatwić, usłyszałam, że trzeba przyjechać ze skierowaniem. Niekoniecznie osobiście, ale oni muszą skierowanie mieć.

Upał nie upał, słabości nie słabości – trzeba jechać. Nie autem – bo w centrum miasta miejsc do parkowania, nawet płatnych – ani na lekarstwo. Autobus na szczęście był klimatyzowany, ale zderzenie z rzeczywistością po wyjściu – masakra. Trzeba było wychodząc pokonać ścianę lepkiego, ciężkiego upału.

Przychodnia jak z początku XX wieku. Moloch z mnóstwem wąskich korytarzy, za mało miejsc na krzesełka. Jak już się zdobędzie miejsce siedzące to trzeba szłapy pod krzesłem trzymać, żeby się ktoś o nie nie potknął.
Muszę się dostać na drugie piętro do rejestracji. Matko, jaka tam była kolejka, ale jak już weszłam – duże pomieszczenie, drewniana lada, kilka szaf z kartotekami ustawionymi tak, że pracujące tam panie mają intymny kącik do picia kawy i nie są obserwowane przez pacjentów. Bo wchodzi się pojedynczo i zamyka za sobą drzwi. RODO.
Kiedy już weszłam i niemal pokornie poprosiłam o taki termin, by nie kolidował z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech, BardzoWażnaPani Rejestratorka popatrzyła na mnie jak na spleśniałą skórę z kiełbasy i powiedziała wyniosłym głosem:
– Proszę pani, to pani musi dostosować się do naszych terminów a nie my do pani.

A ja pinda głupia myślałam, że służba zdrowia jest dla mnie a nie ja dla niej…
Negocjowałam jednak, bo bardzo lubię swoje życie i kolorowy świat.
Udało mi się zapisać na termin za pół roku, na koniec stycznia. Super. Na koniec dostałam karteczkę-niezapominajkę z datą i numerem telefonu do tejże właśnie BardzoWażnejPani, która dodała:
– W wyznaczonym dniu wcześniej proszę zadzwonić i potwierdzić wizytę, a przy okazji sprawdzić czy i o której lekarz będzie przyjmował.
No tak, przecież lekarz też człowiek i może być na urlopie, albo na L4…
Kiedy termin nadszedł, rano dzwonię, żeby się upewnić co i jak. I co słyszę?
– Lekarz już przyjmuje, proszę natychmiast przyjść.

Poprosiłam o wyjęcie kartoteki, ale nic z tego, telefonicznie nie wyciągają, trzeba być osobiście, a ja jeszcze w domu, w piżamie… Dojazd autobusem to godzinne przebijanie się przez korki w centrum.
No to nie ma co – sprint godny Usaina Bolta.

Zdążyłam. W rejestracji, po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, byłam bardzo niemiła. Dałam upust swojemu niezadowoleniu, żeby nie powiedzieć wściekłości, BardzoWażnaPani nie pozostała mi dłużna. Ale dała mi skierowanie na EKG i do pracowni z aparatami Holtera. Nie miałam wątpliwości, że ciśnienie będzie kiepskie, na Holtera muszę czekać cztery miesiące, do maja, bo ogromna przychodnia ma tylko trzy aparaty, z czego jeden jest zepsuty…
Z wynikiem wizyta u kardiologa – 29-go maja. Może po jedenastu miesiącach czekania dowiem się, w jakim stanie jest moje serce, może dożyję, już tylko miesiąc.

A, zanim wyszłam z przychodni – molocha wróciłam do rejestracji i przeprosiłam BardzoWażnaPaną, że się tak uniosłam.
Spłynęło to po niej jak woda po kaczce i nawet na mnie nie spojrzała.

Teraz i po mnie to spływa.

Krystyna

Też na “wy…”

Ilustracja znaleziona w Google.

Jak ja się ucieszyłam, kiedy usłyszałam, że wreszcie nie będę musiała wypisywać uprzykrzonych PIT-ów. Odetchnęłam z ulgą, szepnęłam do siebie – nareszcie.
Ponieważ zawsze rozliczałam się z mężem, wypełnialiśmy PIT-37, bo było to dla nas korzystne rozwiązanie, zawsze był jakiś zwrot nadpłaconego podatku. Nieco infantylnie miałam nadzieję, że skarbówka, skoro ponad trzydzieści lat tak się rozliczamy – tak właśnie nas rozliczy.
Niestety.
Urząd Skarbowy rozliczył osobno męża, osobno mnie. Żadnych zwrotów, żadnych nadpłat, ot zabrali dokładnie tyle ile trzeba.
Postanowiłam więc rozliczyć się sama, bez łaski, tak jak robiłam to przez tych ponad trzydzieści lat – czyli wspólnie z mężem i wiecie co?

Należało nam się ponad pięćset złotych zwrotu.

Zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chcieli zrobić to za mnie.
Zrozumiałam, ile osób skorzysta z ich usługi, nie sprawdzając, wierząc w czyste intencje rządu, na polecenie którego dołożyli urzędnikom rozliczanie każdego płatnika z osobna.
No przecież skądś muszą brać pieniądze na tumanienie swojego elektoratu. Daruję sobie wymienianie tych wszystkich mniej i bardziej niesprawiedliwych przywilejów, ale wiem jedno – że jeżeli ci, którzy nie pracują dostają od państwa (które jak wiadomo swoich pieniędzy nie ma, ma tylko narodową ściepę) więcej pieniędzy niż ci, którzy chcą je uczciwie zarobić a rząd okrada ich z większości tego co zarabiają, by dać niepracującym – w takim państwie dobrze być nie może.
I nie będzie.

Dziękuję ci Urzędzie Skarbowy, że chciałeś mnie wyręczyć, ale ja zrozumiałam, że to co chciałeś zrobić też było na wy…
Wyruchać.

Ilustracja znaleziona w Google

Krystyna

Żeby chorować trzeba końskiego zdrowia…

Humor znaleziony w Google

Co to jest kolonoskopia chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, ale tak pro forma – wtykają w doopę kamerkę i od tamtej strony oglądają co lęgnie ci się w najgrubszym z flaków.

Czekało mnie to po raz trzeci.

Pierwszy raz spoko, zapłaciłam za możliwość uśpienia, pamiętam półmrok, zielone gacie z włókniny z dziurką w odpowiednim miejscu – jednym słowem szybko i bezboleśnie. Za drugim razem, w renomowanym szpitalu wykonali mi badanie bez znieczulenia, na żywca. Twierdzili, że nie mają na to warunków, cokolwiek to znaczyło. Musiałam się poddać, nikt mnie nie pytał o przebyte operacje, o możliwość pooperacyjnych zrostów, toteż badanie było kurewsko bolesne – im bardziej pielęgniarka wbijała mi swoje kolano w brzuch tym nieco mniej mnie bolało. Prosiłam, żeby robiła to jak najmocniej.

Na termin kolejnego badania miałam czekać kilka miesięcy, albo otworzyć portfel i zapłacić, a ponieważ nie mogłam czekać – zdecydowałam na badanie prywatne, gdzie czekałam “jedynie” dwa miesiące. Ceny wahały się w granicach 600 – 1300 zł.

Klamka zapadła, termin ustalony, kwota zabolała, płyny wypite, wnętrze wypucowane niemal do glancu, bo piłam bardzo skrupulatnie i dokładnie według wskazówek.

Syn zawiózł mnie godzinę wcześniej, bo tak go poprosiłam. Nie znałam miejsca ani poradni, nie wiedziałam, czy znajdziemy miejsce do zaparkowania. Szczęściem miejsce było.

Kiedy podeszliśmy do widocznej od wejścia rejestracji ogólnej, po odstaniu w kolejce skierowano mnie do rejestracji specjalistycznej na trzecim piętrze. Na trzecim piętrze, przesympatyczna pani po przewertowaniu kilku wielkich zeszytów stwierdziła, że nie ma mnie wśród dzisiejszych pacjentów. Jutrzejszych i pojutrzejszych zresztą też nie. Zaproponowała przejście na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety prywatne i zasięgnięcie informacji, czy tam mnie na liście nie ma.

Nie było.

Wróciłam na trzecie piętro, gdzie pani rejestratorka walczyła z systemem informatycznym, ale mnie ciągle na listach nie było, powiedziała, żebym zapytała jeszcze tam – i wskazała palcem białe drzwi. Weszłam, grzecznie, jeszcze grzecznie choć za 10 minut powinnam być już na badaniu – podaję swoje nazwisko z nadzieją, że ktoś, coś się nade mną zlituje, ale polska służba zdrowia litości nie ma. Tłumaczę, że zapisywałam się na badanie prywatne, telefonicznie… Siedząca z biurkiem pani zawarczała:

– To pani nam skierowania nie przyniosła???

– No nie, nikt o to nie pytał, zapisywałam się prywatnie – próbuję się tłumaczyć.

Czułam się jak intruz, sądziłam, że skoro jestem prywatnie to skierowanie nie jest potrzebne (aczkolwiek miałam je w torebce przy sobie). Po jaką cholerę ja się tak z tym wypróżnianiem męczyłam, i tak wszystko na nic… Ciśnienie wyraźnie się podniosło, pięści się zaciskały a oczy jakoś dziwnie zaczęły się pocić. Miałam donieść skierowanie, nie doniosłam i koniec tematu.

Zapytałam syna co robić…

Wróciłam po raz trzeci do rejestracji specjalistycznej i to samo pytanie zadałam rejestratorce, która bezradnie rozłożyła ręce, jeszcze raz sprawdziła listy pacjentów i kiwając głową poradziła, żeby jeszcze w Izbie Przyjęć na parterze zapytać.

Było już pięć minut po czasie, pędzimy więc na parter, może akurat.

Kiedy już stałam przy szybie z dziurą na wysokości ust zadzwonił mój telefon, pani po przedstawieniu się zapytała, czy będę na badaniu, bo oni już na mnie czekają! Tłumaczę, że jestem w poradni od godziny i szukam, i że nigdzie mnie na listach nie ma.

Nie uwierzycie, ale w tym momencie pani w Izbie Przyjęć ze zdziwieniem patrzy na mnie i pyta:

– Pani Krystyna G?

Nosz nie…

Mimo, że byłam dziesięć minut spóźniona dostałam plik druków do wypełnienia, nie ma zmiłuj. Przebyte choroby, uczulenia, operacje, wzrost, waga, upoważnienia i milion innych nikomu do niczego nieprzydatnych pytań, podpisów. Potem jeszcze kasa.

Jedno mnie cieszyło – sraczka nie poszła na marne.

W gabinecie, po przebraniu się w gustowne, niebieskie gatki, kiedy już usiadłam na łóżku a sympatyczna grupa lekarzy i pielęgniarek zaczęła mnie badać, okazało się, że moje ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznych wartości – co mnie absolutnie nie zdziwiło – i pół godziny trwała z nim walka, aby badanie z narkozą mogło się odbyć.

Potem już tylko doliczyłam do dwóch i…

– Pani Krystyno, jak się pani czuje?

Czułam się bosko! Cichutka muzyczka, błękitna i milutka pościel, byłam schowana przed ludzkim wzrokiem równie błękitnym parawanem. Na krześle obok łóżka stała moja torebka, na niej poskładane moje majtki, spodnie, a pod krzesłem buty. Wcale ale to bardzo wcale nie chciało mi się budzić, szkoda, że nie pozwolili mi tak z godzinkę podrzemać…

Wtedy jednak do świadomości dotarło, że gdzieś tam na korytarzu czeka przecież mój syn.

Im człowiek starszy, tym częściej zmuszony jest korzystać z usług lekarzy i aż boję się myśleć co mnie jeszcze czeka, bo przy próbie zarejestrowania się na kosmiczny termin do kardiologa rejestratorka nie zamierzała wysłuchać mojej prośby o taki termin, który nie kolidowałby z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech.

Powiedziała mi rozbrajająco szczerze, że to ja muszę się dostosować do ich terminów a nie oni do mojego, ale to temat na osobny post…

Krystyna

To nie koniec!

Proszę moich Czytelników o cierpliwość. Po prostu mam jakieś dziwne problemy z blogiem, dziś po raz pierwszy o niepamiętnych czasów mam możliwość jakiegokolwiek wpisu.

Mam wielbicieli pod postaciami spamerów – około 700 komentarzy-spamu, nie wiem po co im to, kiedy i tak zablokowałam możliwość komentowania. Odblokuję, kiedy zacznę znów normalnie działać.

Póki co – raz jeszcze proszę – cierpliwości. Tematy są, ale złośliwość przedmiotów martwych czasem mnie pokonuje…

Pozdrawiam wszystkich!!!

 

Krystyna

 

A dlaczego nie???

– Zawsze miałam ochotę spędzić święta inaczej, tak na wariackich papierach – powiedziała mi Gabrysia, kiedy świętowałyśmy czterdziestą rocznicę zjedzenia pierwszej w życiu pizzy, jedząc pizzę .
Żadna następna nie smakowała tak, jak ta pierwsza.
– Jak kraść to miliony, jak kochać to księcia, jak spaść to z wysokiego konia – dodała z uśmiechem rozkładając ręce.
Nie do końca skumkałam o jakim upadku mówi, bo konia nie ma, swojego księcia ma od trzydziestu kilku lat a kraść nie musi i jestem przekonana, że nawet nie umie.

– Mówiłam ci, że lecimy do Singapuru?
A więc to jest ten wysoki koń!
Czekałam, aż mi wyjaśni co z tym Singapurem i okazało się, że zamierzają spędzić tam święta Bożego Narodzenia.
– Ja już trzy lata dziecka nie widziałam…
Syn Gabrysi i Franka mieszka i pracuje na stałe w Sydney i żeby było mniej więcej sprawiedliwie zaplanowali spotkać się w połowie drogi – właśnie w Singapurze.
Jak postanowili tak zrobili, spakowali się i zamiast gotować kapuchę z grzybami, zamiast paprać się z karpiami – polecieli na spotkanie z synem, by spędzić świąteczne wakacje w ciepłych krajach.

– Kurde, a co z Wigilią, Gabi!? – wyszła ze mnie śmieszna, konserwatywna tradycjonalistka.
– Wigilia zastanie nas na lotnisku w Kuala Lumpur, barszcz wezmę w tytce a rybę jakąś kupimy – uśmiechnęła się puszczając mi oczko.

Faktycznie, na kolację wigilijną jedli rybę z frytkami popijając barszczem z torebki.
Da się? Da. Zamierzam to samo zrobić w przyszłym roku, jak dożyję. Tylko nie w ciepłych krajach a w domu…

Zapytałam ją nieco zgryźliwie, co poczuła, wychodząc z samolotu na Okęciu w sam środek paskudnej, mokrej zimy a mając w pamięci to, co zostawiła wsiadając do niego – słońce, plaże, palmy, krótkie rękawki i gatki, sandałki.
– Pierwsza reakcja to wsiąść z powrotem i wracać – zaczęła się śmiać.

Po kilku dniach spędzonych w Singapurze, polecieli do Kuala Lumpur, do Malezji.
– Mam ci tyle do opowiadania!

Langkawi w Malezji.

Na gorąco powiedziała tylko, że tak pięknego lotniska, tak usłużnej, cudownej obsługi lotniska nie widziała nigdzie dotąd.
– Masz pojęcie, że cały hol jest wyłożony beżową wykładziną dywanową w czerwono-czarne wzorki? I jest czyściusieńko! Zobacz zdjęcia!

– Próbowałaś duriana? – zapytałam.
– Jadłam. Ale dupy nie urywa.
Ha, ha, ha… Oglądałam kiedyś program, częstowali ludzi tym owocem i wielu z nich po prostu puszczało pawia. Wiem, że zapach, a raczej smród przypomina połączenie rozkładającego się mięsa i starego sera pleśniowego. I że można ten smak albo uwielbiać, albo nienawidzić. Gabrysia spróbowała, ale amatorką nie zostanie, mało tego, jest najdroższym owocem na malezyjskim targowisku.

Durian – jaki drogi taki smrodlawy.
Porcyjka duriana do spróbowania. Wygląda jak lody, albo banan!

– Ty! Mam dla ciebie temat na bloga. Coś ci opowiem – powiedziała tajemniczo, a ja wysłucham z dziką rozkoszą.

Krystyna

Zdjęcia objęte prawami autorskimi.

Pomarańczowy telefon.

Mimo, że od dnia, kiedy zapytała mnie czy wiem co to jest szaleństwo minęło trzydzieści kilka lat – wciąż pamiętam jej gęste, piękne, pofalowane włosy w kolorze trudnym do określenia – ni to brązowo-rudy, ni rudo-brązowy, niebieskie oczy i ładny, lekko zadarty nos.
Szaleństwem był ogórkowy amok, kiedy to mama Gabrysi – bo o niej mowa – zaprawiała co się dało, ile się dało i wszystko co nie uciekło, żeby mieć żelazne zapasy na zbliżające się wesele Gabrysi.
Potem razem z mężem wyjechali za Odrę, nie wnikałam dlaczego, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że w celu poprawienia życia sobie i córkom.

Gabrysia zawsze była bardzo związana z mamą, więc kiedy tylko obie zatęskniły – wsiadali z Frankiem (tym od kawy z pianką na dwa palce) w auto i dawaj, pruli w kierunku Fuldy.
Zawsze cieszyli się na te spotkania, zawsze.
Tym razem, jako że to był akurat czas małyszomanii, zaplanowali wspólny z rodzicami wypad do Willingen, skocznie zobaczyć i trochę świata dzieciom pokazać.
Czas do wyjazdu strasznie jej się dłużył, odliczała dni, aż wreszcie pięknego letniego dnia zapakowali auto, synów i ruszyli.
Tysiąc kilometrów to nie mało. Co prawda niemieckie drogi są dobre, infrastruktura przy nich też, ale wiadomo – długo i daleko.
Spotkanie było wspaniałe, serdeczności nie do opisania, wspólnie spędzony czas minął szybciej niż by chcieli.
Przy pożegnaniu lały się łzy trzech pokoleń…
– Daj znać zaraz jak dojedziecie – prosili rodzice, kiedy dzieci i wnuki już siedzieli w aucie.
Komórek jeszcze wtedy nie było, choć trudno to sobie teraz wyobrazić.

Nie wiedzieć dlaczego droga do domu zawsze wydaje się dłuższa i czas bardziej się ciągnie.
Dzieci marudziły; a to piciu, a to sikać, a to jeść – robili więc przystanki, żeby Franek mógł stawy skokowe wyprostować i mięśnie zregenerować.
Po kilkuset kilometrach postanowili zatrzymać się na parkingu, gdzie były ubikacje, drewniane stoliki i ciepła woda.
Było coś jeszcze – tuż przy drodze, w widocznym, dostępnym miejscu stał telefon. Pomarańczowy.
Gabrysia była zachwycona łatwym dostępem, ucieszyła się, że może teraz do mamy zadzwonić z informacją gdzie są i że jest wszystko w porządku.
Podniosła słuchawkę, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić czy powiedzieć, usłyszała:
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
Gabrysia zna niemiecki, więc od razu zajarzyła, że zamiast z mamą połączyła się z niemiecką Polizei, zdołała więc tylko szybko powiedzieć:
– *Entschuldigung. Fehler.

Nie było już sikania, nie było odpoczynku, za to był pośpiech, by jak najszybciej odjechać z tego miejsca wstydu. Jakby zrobili coś złego.
Cóż, w tamtych czasach w Polsce nawet w mieszkaniach telefon był sporadycznie a tu proszę, przy drodze stał i normalnie prosił się, żeby zadzwonić.
Teraz mamy się z czego śmiać, prawda Gabrysiu?
——————
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
– Dzień dobry, co się stało? Jak możemy pomóc?
– *Entschuldigung. Fehler.
– Przepraszam. Pomyłka.

Krystyna

Kociaki…

Piątkowy, chłodny wieczór.
Małgosia wracała z kursu językowego, nie ma zamiaru biedować w tym podłym kraju do końca życia. Po kursie jeszcze krótki wypad na pizzę w centrum handlowym i zrobiło się bardzo późno a do domu daleko. Jeden autobus nie przyjechał drugi spóźnił się prawie dwadzieścia minut, ale ważne że przyjechał.
Zmarznięta, usiadła obok sympatycznie wyglądającego chłopaka, od razu pomyślała, że pewnie też zmęczony wraca z roboty. Miał króciutko ścięte włosy, trzydniowy zarost i czapkę w ręce. Na kolanie zawiesił plecak. Bawił się komórką, sama też wyjęła z torby telefon i założywszy słuchawki odsłuchiwała dzisiejszą, nagraną na dyktafon lekcję, byle zabić czas jazdy.
Kiedy dojeżdżała do swojego przystanku zwinęła na dłoni kabel słuchawek i razem z telefonem schowała do torby. Wstała i chwyciła się rurki przy drzwiach. Zauważyła, że facet obok którego usiadła wstał również i wydawało się jej, że się jej dziwnie przygląda.
– No super. Ciemno, pusto, ja i on…
Wysiadła i najszybciej jak umiała ruszyła w stronę domu. Kątem oka zauważyła, że on też ruszył za nią. Był bardzo wysoki, dobrze zbudowany. Teraz naciągnął na oczy czapkę i prawie nie było widać jego twarzy. Plecak zarzucił na jedno ramię.
– Kurde, a jak to zboczeniec?
Mimo, że szła szybko tamten coraz bardziej i niebezpieczniej się zbliżał, miał długie nogi to i krok dłuższy od drobiącej kroczki Małgosi.
– Nie ucieknę mu – pomyślała – i tak by mnie dogonił.
Zwolniła kroku, udawała, że zakłada rękawiczki i ogląda wyposażenie sklepu piekarniczego. Wiedziała, że napastnikowi palce do oczu trzeba wsadzić, a kolano miedzy nogi i sru w jaja.
Była gotowa do odparcia ataku, jednak na szczęście chłopak przeszedł obok niej. Popatrzył tylko na nią takim dziwnym, kpiącym wzrokiem. A potem skręcił w osiedlową uliczkę i zniknął Małgosi z oczu.

* * * *

Był chłodny, piątkowy wieczór.
Paweł wracał z drugiej zmiany zmęczony. Został awansowany, dostał brygadę do kierowania, a tym samym musiał się dużo uczyć i nabiegać. Jak na złość, skrzynia biegów w jego aucie odmówiła współpracy i musiał odstawić je na kilka dni na warsztat. Przymusowo więc przesiadł się do komunikacji. No psioczył, bo zamiast jechać do domu kwadrans – tłukł się prawie półtorej godziny z przesiadką.
Żeby zabić czas jazdy czytał sobie co tam na Onecie napisali, sprawdził pocztę, szukał pokemonów.
Zauważył, że w pewnym momencie usiadła koło niego ładna dziewczyna, z burzą włosów do ramion, drobniutka i zmarznięta. Wyjęła komórkę, słuchawki i słyszał, że chyba niemieckiego słuchała, może nawet się uczyła, bo zamknęła oczy, jakby maksymalnie chciała się skupić.
Paweł pomyślał tylko, że szkoda, żeby taka ładna dziewczyna sama chodziła po nocy.
Zaczęła się zbierać do wyjścia na tym samym przystanku co on. Wysiadła jako pierwsza i zaczęła pruć prawie biegiem jakby się bardzo spieszyła.
Paweł wszystkich pasażerów przepuścił i sam wysiadł jako ostatni.
Jego myśli krążyły wokół lodówki i Jaśka, kota, który już zapewne czuje jego powrót i siedzi przy drzwiach na jego kapciach. Jak tylko Paweł otworzy drzwi – Jasiek zapewne wybiegnie na klatkę schodową jakby chciał uciec, by po chwili wrócić do środka.
Rozmyślając nawet nie zauważył, że dogonił współpasażerkę z autobusu, która bardzo zwolniła przy piekarni i zakładała rękawiczki, jakby się do boksowania szykowała. Popatrzył na nią przez moment – miała niby wystraszoną minę, ale i zadziorną.
Pierwsze co mu przyszło do głowy to głośno tupnąć i krzyknąć: HU! jednak odrzucił pomysł śmiejąc się w duchu z siebie i jej ewentualnej reakcji.
Druga myśl – to pomysł zapytania, czy ją odprowadzić – też odrzucona w przedbiegach, żeby się czasem na niego ze strachu nie rzuciła.
Rozbawiony tą sytuacją minął ładną dziewczynę zostawiając ją ze jej strachem i skręcił w osiedle, znów oczami wyobraźni widząc Jaśka robiącego za szal na jego szyi, stęsknionego i domagającego się nie tyle żarcia co pieszczot.

* * * *

– Mamo, czy ja wyglądam jak zboczeniec? – zapytał mnie syn, kiedy wreszcie odebrał auto i przyjechał na kawę i obiad.
– Pawełku, co ty pierdzielisz? – nie do końca zrozumiałam, więc mi wszystko opowiedział…

Krystyna