Perły między wieprze…

ANDRZEJ RODZINNY

Gdzie nasz orzeł dumnie lata
Gdzie nasz bocian gniazdo ma
Tu gdzie stoi krzyż przydrożny
Tu gdzie każdy kąty zna
Bo to nasza jest ojczyzna
Bo to jest nasz piękny kraj
Kto tak myśli to nie błądzi
To jest nasz wymarzony raj

ref:
Kapuś Bolek, pijany Olek
Tępy Bronek, ryży Donek
Ani Niemiec, Rusek lub inny
Z krwi, kości, Polak, Andrzej rodzinny
Nie Bolkowe, nie Olkowe
Czy Bronkowe, czy Tuskowe
Ale Polskie złodziejom zabrane
Złotóweczki dzieciom oddane

Andrzej kocha naszą Polskę
On już zrobił dla niej wiele
Bo to jego ojcowizna
BÓG HONOR I OJCZYZNA
Kto tak myśli to jest z nami
Stanąć do walki przelać krew
Dla Ojczyzny ratowania
Targowicy ukręcić łeb

ref:
Kapuś Bolek,  pijany Olek….

Kiedy myślę i wspominam
najpiękniejsze Polski dni
To od razu przypominam
Wiele osób a wśród nich
Lech Kaczyński, Jan Olszewski
A dziś Jarek z nami jest
Jest Antoni i jest Andrzej
Więc prosimy Andrzej BIS

ref:
Żaden Bolek, żaden Olek
Ani Bronek, ryży Donek
Ani Niemiec, Rusek lub inny
Z krwi, kości Polak, Andrzej rodzinny
Nie Bolkowe, nie Olkowe
Czy Bronkowe, czy Tuskowe
Ale Polskie, złodziejom zabrane
Złotóweczki dzieciom oddane

O tym myśli patriota – Polak
To Ojczyzna – Honor – Bóg
Na pytanie kto zwycięży
Tylko ten kogo kocha lud
Bo patriota wie na pewno
Kiedy przyjdzie oddać głos
To postawi na Andrzeja
To dla Polski szczęśliwy los

ref:
Żaden Bolek, żaden Olek…
lala la la lala la la lala la la lala la la lala la la lala la la la la la

Autor tekstu: Bugi Tadrowski   muz.Jan Kaczmarek

*************

I dla przeciwwagi:

TWÓJ BÓL JEST LEPSZY NIŻ MÓJ

Zamknięte cmentarze, to na skutek zdarzeń
ostatnich tygodni, ostatnich wydarzeń.
Na łańcuchy patrzę, ocieram łzy,
tak jak i Ty,
tak jak i Ty.
Otwiera się brama, ja nie wierzę oczom,
czy jednak się rzeczy inaczej potoczą,
podbiegam,
Twoje karki krzyczą stój,
bo Twój ból jest lepszy niż mój,
Twój ból jest lepszy niż mój.
Ból ukoić możesz Ty jeden,
wszyscy inni wpadli w biedę,
limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
lepszy niż mój.
Na ulicach i w mieszkaniach
duch miłości się wyłania
limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz twój,
większy niż mój.4 lata temu 10 kwietnia
Marii prosto pod koła córka uciekła.
Maria nie przekroczy bramy dziś tej,
bo Twój ból jest lepszy niż jej,
Twój ból jest lepszy niż jej.Józef miał ojca, żonę i syna
i tego się dnia dla nich czas ten zatrzymał.
Józef nie wspomni dzisiaj dnia tego.
Twój ból jest lepszy niż jego,
Twój ból jest lepszy niż jego.Ból ukoić możesz Ty jeden,
wszyscy inni wpadli w biedę.
Limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
leszy niż mój.Na ulicach i w mieszkaniach
duch miłości się wyłania.
Limuzyny dwie, jedna, cały cmentarz Twój,
lepszy niż mój.

Ja tam po prawdzie nie kocham cmentarzy,
gdy mama mnie prosi, to z nią tam pojadę.
Na grobie ojca kładę kwiatów strój.
Twój ból jest lepszy niż mój,
Twój ból jest lepszy niż mój.

Co za piękny dzień dzisiaj nam wszystkim dano
pamiętać o wszystkich, których zabrano.
Po drugiej stronie stoją i ronią łzy,
tak jak i TY,
tak jak i TY,
tak jak i TY,
tak jak i TY.

Autor tekstu: Kazik Staszewski

 

Krystyna

Blog kończy żywot pod koniec roku.

Czas się pożegnać…

Po jaką cholerę nam taki rząd? Taki parlament?
Banda nieudolnych, cienkowykształconych – bo przecież tytuły naukowe podostawali masowo jak nie od Rydzyka to z innych pisowskich uczelni,  których tytuły naukowe są niewiele warte.
Jestem wściekła na to zawracanie Wisły kijem, na nietrafione inwestycje typu Mierzeja Wiślana czy Centralny Port Lotniczy w Baranowie, który to port pochłonął już co najmniej 30 mln, nie ma go jeszcze, jest miejscem na mapie, ale ma nazwę – “Solidarność”. I oczywiście prezesi, dyrektorzy i inni chciwcy biorą pieniądze za to, że to lotnisko ma tam być. Kiedy? Po co? Nieistotne! A może koligacje rodzinne warto by było przestudiować? A, i oczko wodne przy każdym domu, maszt ku chwale ojczyzny na każdym placu , krasnoludek przy każdej furtce.
Żenua.

* Nie wybaczam im szastania naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, które wdeptują najnormalniej w błoto. W czasie, kiedy potrzebne są ogromne pieniądze na zapewnienie względnego zdrowia Polakom, gnom uznający się za nadczłowieka, lekceważący wszystkich i wszystko rozdaje miliardy na kurwizję ogłupiającą, jątrzącą i wprowadzającą chaos w głowach zwolenników. Miliony na szamana zwącego siebie księdzem i jego chore wizje robienia interesów, typu geotermy. Rozpierdolone wyrzucone 70 milionów na wybory, które nie miały prawa się odbyć choćby nie wiem co mówiono.
Myślących obywateli ich działania doprowadzają do zawałów, udarów i skoków ciśnienia.

* Nie wybaczam im tego, co zrobili z sądami, co chcieli zrobić z pierwszą prezes sądu najwyższego Gersdorf, bez względu na to czy się ją lubi czy nie.

* Nie wybaczam traktowania sędziów Tuleyi, Juszczyszyna, Beaty Morawiec i innych prawdziwych, rzetelnych sędziów.

* Nie wybaczam obsadzenia najczcigodniejszych miejsc w Trybunale Konstytucyjnym i Sądzie Najwyższym chamami, nieukami, miernymi, biernymi ale wiernymi. Albo będą z i w PiS, albo będą zerami, nikim.

* Nie wybaczam sposobu przeprowadzenia wyborów prezydenckich, kiedy to państwo zamarło, w rządzie nikt nie pracował, w dupie mieli, że wirusolodzy dudnili o nadchodzącej drugiej fali wirusa, a co tam! Przecież wtedy pan Pinokio powiedział, że wirus pokochał Polskę i poszedł sobie zarażać gdzieś indziej, do Niemiec, do Czech, na Słowację – my radziliśmy sobie wspaniale i cały świat powinien brać z nas przykład.
Szumowski, na którego liczyłam, którego szanowałam, okazał się podłym krętaczem od szemranych interesów,  od zakupów badziewnego i niekompletnego sprzętu, który niby miał nam życie ratować. Od maseczek jednorazowych po 8 złotych za sztukę. Bez skrupułów stał za bandycką partią, mając gdzieś interes i zdrowie tych, za których był odpowiedzialny i z krwawicy których czerpał kasę. I to ma być lekarz? Jak on może teraz w lustro przy goleniu patrzeć?

* Nie wybaczam zamkniętych sklepów w niedziele. To może i niezły pomysł i dobra droga, ale czas wybrano chyba najgorszy z możliwych. Bo co, bo drugi Duda, Duda związkowiec, który to walczył o dziedziczenie funkcji związkowych, który to jak monarcha, kazał się obsługiwać w apartamencie kołobrzeskiego, luksusowego hotelu przez załogę zatrudnioną na śmiesznie niskich umowach śmieciowych – chciał zademonstrować swoją ważność i postraszyć brakiem poparcia? Bo do kościoła mają chodzić, tam zostawiać na tacy a nie do marketów.
Ależ we mnie żółci.

* Nie wybaczam doprowadzenia do ruiny stadniny koni w Janowie. Tyle lat pracy i doświadczenia, tyle zmarnowanych milionów zysku, bo ktoś postanowił oddać to dobro narodowe, ten majątek narodowy, wreszcie te przepiękne konie warte każdych pieniędzy w ręce nepoty, który lubi konie. Szkoda komentarza. To się już nie odrodzi. Nigdy.

* Nie wybaczam im wycinki Puszczy Białowieskiej. Nie oni ją sadzili i nie mieli prawa jej wyżynać! Ciekawe, za ile sprzedali i na co, to drogocenne drewno z kornikami?

* Nie wybaczam zezwolenia na ubój rytualny i hodowlę zwierząt na futra. Naprawdę mamy taki klimat, że potrzebne są futra? Bez jaj, takie teraz zimy, że nawet opon na zimowe nie warto zmieniać. Również dzięki polityce klimatycznej. Nie ma pieniędzy na rekompensaty za straty, czy też strach przed brakiem poparcia rolników? Może i to, i to?

* Nie wybaczam głupich prezentów dla seniorów. Nie dostali szczepionek przeciw grypie, ale w zamian dostali dwie godziny na zakupy! Rząd prosi, by seniorzy w innych godzinach po sklepach nie łazili.
Drogi rządzie, będę zakupy robić wtedy, kiedy mi pasuje a twoje godziny możesz sobie w kamasze wsadzić. Nie zamierzam bić czołem o podłogę w podzięce! Toż to nic innego, jak kolejne skłócanie sąsiadów, znajomych, starszych z młodszymi.

* Nie wybaczam wyciągniętych pisowskich łap po nasze pieniądze, bo nie wiem czy wiecie, że ostatnio Ministerstwo Zdrowia przeznaczyło sobie po 25 – 30 tys. zł nagrody na głowę za “wzorową walkę z epidemią SARS-CoV2”. A lekarze? Pielęgniarki? Ratownicy medyczni? Opiekunowie w DPS-ach? Gospodarka tnie zarobki, żeby przetrwać a oni? Nagrody daje się za coś, a co oni takiego zrobili, żeby je dostać? Nic, ale dają je sobie sami, bo mogą.

* Nie wybaczam zmarnowanego czasu na początku pandemii, kiedy plebs karnie i posłusznie siedział zamknięty w domach i martwił się, co będzie dalej. A co oni wtedy robili? Łupili! Bogacili się robiąc przewały i bandyckie interesy z handlarzami bronią i oscypkami, wciskali króliki i znajomych królików do Spółek Skarbu Państwa, na intratne i dobrze płatne stanowiska. Już wtedy powinni byli opracowywać plany co robić dalej po wypuszczeniu ludzi z domów, powinni byli mieć opracowanych wiele wariantów postępowania, bo przecież za to biorą NASZE pieniądze i są od tego by nas chronić! Dniami i nocami myśleli o własnym bogactwie.

* Nie wybaczam chronienia swoich za wszelką cenę (dziękujemy panie ministrze sprawiedliwości i prokuratorze generalny, zabójco transplantologii, maniakalny prześladowco lekarzy, zapominający, że ludzie czasem umierają na serce a lekarze są wobec natury bezradni). Jesteś z PiS-u – śpij spokojnie, sprawa zostanie umorzona.

* Nie wybaczam nietolerancji na najwyższych szczeblach władzy, stref bez LGBT, obrzydliwych ataków i wstrętnych słów w stosunku do osób nienormatywnych. Gó..o powinno kogokolwiek obchodzić kto z kim śpi. Uczepili się adopcji dzieci przez pary homoseksualne tak, jakby to było na porządku dziennym. Niech się raczej zainteresują adopcją dzieci przez bezdzietne małżeństwa, które zanim będą mogli nazwać siebie rodzicami muszą przejść drogą przez mękę. Naprawdę. Nie jest tak, że wystawia się dzieciaka na pokaz i woła: komu? Komu? Czy ktoś zna parę homoseksualną w Polsce, która adoptowała dziecko, będące nawet dzieckiem rodzonym?

* Nie wybaczam zrujnowania polskiej szkoły, która kiedyś trzymała wysoki poziom, nasi uczniowie konkurowali z najlepszymi na świecie, wygrywali olimpiady, byli podziwiani. A teraz? Pierdylion godzin religii a kilka historii, matematyki czy gimnastyki. Wprowadzono nową historię – nie ma w niej miejsca dla Lecha Wałęsy, ponieważ głównodowodzącym w każdym miejscu, w każdej chwili i o każdej porze był Lech Kaczyński; jego brat wysypiał do południa. Już się pogubiłam, ale zdaje się, że nawet biologia odpadnie, jeśli już nie została usunięta z programu nauczania, bo jedynie słuszna partia nie daje zgody na to, by dzieci uczyły się masturbacji. Ja chyba śnię… Uczyli tego kiedykolwiek i kogokolwiek? Nie pozwalają uczyć tego, co dzieci wiedzieć powinny – złego dotyku – no bo niby dlaczego mieliby bat na siebie kręcić? Na kościół znaczy. Słowo “tęcza” stało się słowem zakazanym i wypowiadanym jak nazwisko Lorda Voldemorta – Sami Wiecie Jak. Bratanie się z Ordo Iuris i fanatyzmem religijnym zakrawa na kpinę.

* Nie wybaczam braku reakcji na ruch antykowidowy i antyszczepionkowy. Na co drogi rządzie czekasz? Może naprawdę czas wreszcie wprowadzić stan wyjątkowy póki jeszcze nie umieramy na ulicach? Przepisy i zasady muszą być jednoznaczne i jednakowe, równe dla wszystkich. Wszystkich! I dla Kaczyńskiego, i dla Czarnka też. Może prezydent-opos-dydlef(!) powinien zająć się tym, do czego został powołany za nasze (moje i twoje) pieniądze, zamiast siedzieć na tiktokach, fejsbukach i twiterach i zaczepiać młode kobiety. Co za wstyd! Co za prostactwo! Gdzie majestat głowy państwa? Powiem, głowa zniżyła się do wysokości d… Inteligentny człowiek nie poniżyłby siebie i swoich wyborców do takiego dna.

Mogłabym tak wymieniać, wymieniać i wymieniać to wszystko, czego nie wybaczę obecnej ekipie rządzącej. Robi z nas, mądrych, światłych, świadomych, tolerancyjnych, dumnych i ambitnych ludzi zaścianek Europy, z którego można się tylko śmiać. Zostajemy odsunięci od podejmowania decyzji w Parlamencie Europejskim, za chwilę zostaniemy odsunięci od unijnych pieniędzy, no bo jak nie, skoro reprezentują nas tacy giganci umysłowi jak pan Jaki, pani Kempa, pani Psuja-Zalewska, premierka Broszka-Szydło. Gospodarczo i mentalnie cofnęliśmy się o jakieś 25, może więcej lat. To takie przykre.

Jedyną rzeczą, która rządowi bezbłędnie wychodzi to dzielenie stanowisk, kupczenie miejscami na listach wyborczych i rozdawanie nie swoich pieniędzy, najlepiej rodzinie i wazeliniarzom i fanatycznym klakierom.

Koronasceptów chciałabym poprosić o szacunek dla tych, którzy wierzą w epidemię, którzy stracili bliskich, z którymi nawet nie mogli się pożegnać a umarli wcale nie z powodu chorób współtowarzyszących. Dla tych, którzy karnie noszą maseczki choć wcale dla nikogo wygodne to nie jest. Szanujcie tych, którzy wiedzą, że moja maseczka chroni ciebie i chcieliby, żeby twoja chroniła mnie. Nie opowiadajcie, że maseczka jest niebezpieczna, bo chirurdzy w szpitalach padaliby jak muchy po wielogodzinnych operacjach. Ja też nie muszę wierzyć w jakieś teorie spiskowe dotyczące wyeliminowania sporej części populacji na świecie, czy w perfidny plan koncernów farmaceutycznych. Może dopuśćcie do siebie myśl, że a nuż to wy się mylicie? Może nie, ale jeśli tak? Dobrze będzie się wam żyło ze świadomością, że przez was kaszel, przez wasze kichanie, przez wasze niezasłonięte usta i nosy mogło umrzeć wielu ludzi? Jeśli to wam nie przeszkadza – moje serdeczne gratulacje dobrego samopoczucia.

Ilekroć gospodarz w moim bloku wywiesi nakaz – tylekroć ktoś mądry inaczej daje popis swojej inteligencji.

Szanujmy się nawzajem!
Podzielonym na każdym polu, otumanionym przez 500+, emerycką 13-tkę, obietnicę 14-tki, piórnikowe czy jak to zwał, przez świętych jebliwych z Ordo Iuris – społeczeństwem łatwiej manipulować, łatwiej wmawiać kłamstwa sypiącym je jak z rękawa młodym wilczkom pokroju panów prawników: Kanthaka, Ozdoby, Kalety, którzy zbyt doświadczeni nie są, ale mają ogromne zaufanie swojego szefa – ministra od niby sprawiedliwości. Bo powiedzą wszystko (np. o sklepach z mięsem dla gejów w Ameryce), najbzdurniejsze nawet kłamstwo, narażą się z bardzo poważną miną na śmieszność, byle przypodobać się pryncypałowi.

Żółć się wylała.
Nie chce mi się już nic pisać, zalewa nas cuchnące szambo z którego trudno będzie wypłynąć na brzeg. A taki to był piękny kraj, gdzie historie śmieszne przeplatały się ze smutnymi, smutne z niewiarygodnymi a niewiarygodne z poważnymi.
Wszystko się popsuło.

Dlatego Drodzy Czytelnicy żegnam się w wami.

Wygaszam mój blog, blog, który pokochałam, któremu poświęciłam wiele, wiele godzin, o który dbałam jak o dziecko przez prawie dwanaście lat.
Wygaszam go również dlatego, że zwyczajnie zaczynam się bać o własny tyłek, że to co myślę, co mnie bulwersuje, co nie pasuje do logiki mojego postrzegania świata – może się komuś nie spodobać i zechce mnie za poglądy ukarać.
Brzydzę się takim światem, brzydzę się taką ojczyzną. Wstydzę się jej.
Prawo? Sprawiedliwość? Konstytucja? Nie ma. Zdeptano autorytety, wprowadzając w zamian Suskich i Sasinów.
Kto nie w nimi – to przeciwko nim. Wielcy katolicy, którzy chcą, ale nie potrafią z tych kolan wstać.
Jestem gorszym sortem i taka pozostanę. A ty, lepszy sorcie – baw się dobrze, nawet zdając sobie sprawę z tego, że po tobie nawet zgliszcza nie pozostaną…

Krystyna

Na gazownika…

W zasadzie dziś chcę napisać o czymś innym, ale najpierw chcę się odnieść do zdjęcia z korytarza sejmowego. Jedyna kandydatka na Rzecznika Praw Obywatelskich, czyli również mojego rzecznika – Zuzanna Rudzińska-Bluszcz czeka na przesłuchanie, na jakiekolwiek oficjalne informacje dotyczące głosowania od Jaśnie Pani Marszałek Witek.
Nie wpuszczono jej na galerię, nie podano nawet krzesła. Głosowanie odwołano.
To już naprawdę upadek dobrych obyczajów. Tak zachowują się obrońcy rodziny? Tak wygląda szacunek dla kobiety?
No serdecznie gratuluję dobrego samopoczucia.

A teraz do rzeczy.
Od wielu lat powtarzam mojej starej mamie, żeby nie otwierała nikomu drzwi, że my mamy klucz, że jak ktoś chce ją odwiedzić – najpierw zadzwoni.
Uczulam na złodziei na wnuczka, na lekarza, na covid, na listonosza, policjanta. Powtarzam to jak mantrę z uporem maniaka, za każdym razem kiedy od niej wychodzę.
I co?
Ano, sama dałam się nabrać. No prawie.
Było po 15.00, piliśmy z mężem kawę, kiedy nagle zadzwonił domofon. Bez umówionego sygnału. Obiecujemy sobie, że takim nie otwieramy, bo to albo naciągacze, albo fałszywi monterzy, żebracy, albo domokrążcy. Ale mąż otworzył.
Przystojny, około 30-to letni młody mężczyzna podaje się za technika gazowego, jestem przekonana, że z naszej Spółdzielni Mieszkaniowej.

– U sąsiadów ciekła woda z piecyka, muszę sprawdzić u państwa czy też nie kapie.
Żadna lampka się zapala.
No czasem się tak zdarza, ale skoro ciekło u sąsiada to czego szuka u nas?
Mąż go grzecznie przepuszcza i wpuszcza do łazienki.
– No oczywiście, że tu też kapie – mówi z satysfakcją i pokazuje mokry palec i kropelkę wody wiszącą od dołu junkersa.
Nie pytając ściąga obudowę naszego piecyka, wyciąga pokrętła i demonstracyjnie przeciąga palcem po nagrzewnicy, a tam wiadomo, kurz.
– Proszę spojrzeć, ten piec jest w stanie opłakanym…

Łi łuu, łi łuu coś się w mózgu zapala, bo przecież piecyk, może nie pierwszej młodości i kilka latek ma, był około trzy lata temu czyszczony i sprawuje się bez zarzutu, regularnie sprawdzany przez kominiarzy ze spółdzielni, a co ważniejsze – nigdy z niego nie kapało. Zresztą z gazownikiem, który go przywiózł, założył i do którego dzwonimy w razie potrzeby, bo zostawił na piecyku nalepkę ze swoim numerem telefonu – jesteśmy w kontakcie.

Patrzymy z mężem na siebie a pan technik gazowy w tym czasie w swojej komórce szuka nagrzewnicy, pokazuje nam tłumacząc, że nowa kosztuje około 860 złotych, że się nie opłaca, że lepiej od razu kupić nowy piecyk za 1500. Otwiera swój skórzany skoroszyt, gruby od ilości zleceń i wyszukuje dla nas wolną datę.
Już wiem, że trzeba grzecznie a skutecznie gościa się pozbyć, więc mówię, że owszem, planujemy wymianę piecyka, ale dopiero w momencie, kiedy będziemy przeprowadzać remont łazienki, co jest zresztą zgodne z prawdą. Proszę o założenie obudowy i pokręteł, oraz o namiary, bo wielce prawdopodobne, że skorzystamy z usługi.
Podał mi numer telefonu i swoje imię i nazwisko – Paweł Markowski.
Uśmiechnęłam się do niego, powiedziałam, że mam sentyment do Pawłów, podziękowałam i zamknęłam za nim drzwi.
Odetchnęliśmy.
Od razu wydzwaniałam do zaprzyjaźnionych sąsiadów, by mieli się na baczności – żadnego z nich nie było w domu, nie odbierali telefonów. Trudno.
W pewnym momencie mąż krzyczy z kuchni:
– Krysiu, ale my nie mamy ciepłej wody!

Ciśnienie skoczyło do 300.
Nie wierzę, sama muszę przecież sprawdzić, ale naprawdę nie leci ciepła woda. Dzięki bogu, że byłam taka zapobiegawcza i mam numer telefonu. Dzwonię. Odebrał.
Grzecznie tłumaczę, że po jego działaniach nie mamy ciepłej wody i że proszę, żeby wrócił i zrobił piecyk taki, jaki mieliśmy przed jego przyjściem. Wiecie co odpowiedział?

– A skąd ja mam wiedzieć, że ciepła woda była, piec jest w tragicznym stanie.
Zresztą, nawet jeśli wróci, to takie usługi są płatne.

Oszczędzę opisu dalszej rozmowy, ale kto mnie zna ten wie, że mnie wyprowadzić z równowagi jest naprawdę bardzo, bardzo trudno. Jemu się udało, stanęło na tym, że ma natychmiast wracać i doprowadzić piecyk do takiego stanu, w jakim był. Odpowiedział, że teraz jest zajęty, ale postara się przyjść. Po kwadransie oddzwonił i oznajmił, że przyjdzie za 15 minut. Przyszedł po 25-ciu.
Bardzo oburzony, bo czego my od niego chcemy, przecież mówił, że piec jest do wymiany i nadal wciskał kit, że prawdopodobnie jak przyszedł my już tej ciepłej wody nie mieliśmy.
Byłam już opanowana, już ochłonęłam.
On znów ściąga obudowę, wyciąga pokrętła a ja pytam, po jakie licho przyszedł i po drugie licho rozebrał nasz, dobry przecież piecyk?
– Przyszedłem, żeby państwu pomóc…
– Jeśli potrzebuję pomocy sama potrafię o nią zadbać, nie zapraszałam pana a tym bardziej nie prosiłam o pomoc przy dobrym piecu!
– Ten piec jest do wymiany a ja tu jestem, żeby pomóc.
Pytam z jakiej jest firmy, odpowiada, że jest szefem swojej firmy, podaje jej nazwę a ja proszę o adres.
– Dam pani pieczątkę.
Ale nie daje, ma ją ponoć zapomnianą w aucie, zapisuje mi jeszcze raz ten sam numer telefonu, imię i nazwisko. Inne niż poprzednio, więc pytam dlaczego, odpowiada, że tak nazywa się monter.
Nie wnikam już, czy jako monter nazywa się inaczej a jako szef firmy inaczej, chcę, żeby jak najszybciej wyniósł się z mojego mieszkania.
Kiedy wyszedł, mąż popoprawiał, znaczy podociskał pokrętła, bo wsadził je byle jak, wyregulował płomień i ciśnienie, domknął pojemnik na baterię, bo też go nie domknął, a ja w Google i dawaj szukać firmy pana Rafała Ł. Znalazłam. Gość fatygował się aż z dolnośląskiego Sycowa.

Na pewno nie skorzystam z jego usług, co i państwu polecam. Nie da się zaskarbić klientów, jeśli na dzień dobry daje się poznać jako hmmm, oszust?

I znów obiecujemy sobie, że już nie otworzymy drzwi nikomu, z kim nie będziemy umówieni, choć to bezsens i absurd.
A swoją drogą, jak on to zrobił, że na rurce wisiała kropla wody, wody, której ani wcześniej, ani później nie było.

Krystyna

Ich wirus jest lepszy niż mój…

Podziały, podziały, podziały.
Każda dziedzina życia – to jakiś podział ludzi.
Ostatnio to chyba na tych co wierzą, i nie wierzą w Covid 19.

Wy wszyscy, którzy doszukujecie się teorii spiskowych i czyichś tajnych interesów w propagowaniu informacji o koronawirusie – weźcie i puknijcie się. Czółko w czółko z antyszczepionkowcami.
To, że czegoś nie widać naprawdę nie znaczy, że tego nie ma.

Ostatnio kilkakrotnie musiałam się fatygować do Wydziału Komunikacji, żeby zarejestrować auto i pozałatwiać kilka innych spraw. Ponieważ do centrum Katowic nie pcham się autem, bo nie ma gdzie parkować – pojechałam autobusem, towarzyszył mi mąż. W autobusie wiadomo, co drugie miejsce zaklejone, wejście tylko w maseczce.
Usiedliśmy jednak razem, obok siebie, zresztą zawsze tak siadaliśmy, przecież to chyba jasne, że razem mieszkamy a i autobus był prawie pusty. Gdzieś na końcu usiadły, też razem, trzy dziewczyny i zaczęły chichotać.
Nieco się zdziwiłam, kiedy bezzębny kierowca autobusu nr 51 wyszedł ze swojej kabiny i polecił mężowi, ażeby usiadł na miejscu nieoznakowanym, to samo polecił dziewczynkom.
Wszyscy karnie posłuchali i rozsiedliśmy się.
Kiedy na jednym z kolejnych przystanków wsiadł wielki, ogolony na łyso mężczyzna z dzieckiem, i też posadził dziecko na miejscu oznakowanym a sam usiadł obok – kierowca już uwagi nie zwrócił, przez 50 minut wymienialiśmy z mężem poirytowane  spojrzenia.
Potem autobus się zapełnił, ludzie siadali jak chcieli, maseczki mieli albo nie, pod nosem albo na brodzie, bo przez telefon gadali.
Kiedy w autobusie było 5 spokojnych osób – WAŻNY PAN KIEROWCA pokazał swoją władzę, ale kiedy autobus był pełny, nawet się tym nie zainteresował.
Innym razem, a upał był wtedy niemiłosierny, też jechaliśmy autobusem do Wydziału Komunikacji, 50 min w maseczkach, bez klimatyzacji, co w moim przypadku daje mokrą maseczkę już po 10-ciu minutach.
Na jednym z przystanków, w pobliżu szkoły ponadpodstawowej – a był to pierwszy dzień szkoły, weszło chyba ośmiu ładnych, opalonych chłopaków, ubranych na galowo, na moje oko 17 – 19 lat. Żaden nie miał założonej maseczki.
Okrążyli nas, byli rozbawieni, weseli, jeden strasznie kaszlał.
Naprzeciw siedziała starsza pani, tak po siedemdziesiątce, bardzo elegancka, która od czasu do czasu naciągała na usta kołnierzyk swojej bluzki.
Kierowca zdawał się niczego nie zauważać, nie interweniował.

Niedawno prasa rozpisywała się o panu Karolaku, który nie został wpuszczony do Ikei, bo nie miał maseczki, ten zaś powołując się na Konstytucję, charakter swojej pracy nie przyjął mandatu i zapowiedział odwołanie się do sądu.
Następnego dnia przeczytałam, że pani w sklepie odmówiła obsłużenia mężczyzny bez maseczki, ten wezwał policję i pani kasjerka dostała stuzłotowy mandat.

No to do kurwy nędzy – jak to jest – maseczki obowiązują czy nie?
Ukarany ma być ten, co maseczki nie ma, czy ten, kto egzekwuje obowiązek noszenia?
To obowiązek czy nakaz, bo już naprawdę szlag mnie trafia.

Sama jestem ostrożna ponieważ rozsądek i numer pesel tak mi nakazują.
Myję i dezynfekuję ręce, zakładam rękawice jednorazowe w autobusie, w skupiskach zakładam maseczkę (również w windzie) i zachowuję dystans.
Przecież to wyraz szacunku dla sąsiadów (starszych, schorowanych, słabszych), klientów i pracowników sklepów, współtowarzyszy podróży. Nawet wtedy, kiedy dwukrotnie zmieniam mokrą maseczkę w autobusie, tłumaczę sobie, że moja maseczka chroni innych.
Mam nadzieję, że w jakiś sposób uchroni także mnie, bo inni mają moje zdrowie w głębokim poważaniu.

Już nieaktualne, ale wisiało na tablicy informacyjnej pod moim blokiem. I podnosiło niektórym ciśnienie.

Najbardziej wkurza mnie jednak to, że ci, którzy takie obowiązki (nakazy?) podpisują, sami się do nich nie stosują.
Bo są lepsi?
Mądrzejsi?
Bo są bogami? Nadludźmi?
Bo prawo wobec nich jest inne?
Bo nie muszą?
Bo ich kropelkowanie ma moc uzdrawiającą?

Oczywiście, że nie. Ale ich koronawirus jest lepszy niż mój.
Prawo jest dla motłochu a nie dla kasty ludzkich panów.

Krystyna

 

Ani normalnie, ani śmiesznie…

Wczoraj, w jednym z wywiadów premier Morawiecki powiedział, że kryzys gospodarczy dopiero się zaczyna, jednym słowem dał do zrozumienia, że obrzydliwa propaganda sukcesu to bajka, którą napisali dla osiągnięcia sukcesu, który osiągnęli.
Po trupach, ale osiągnęli.

Nie potrafię nie odnieść się do tego wszystkiego, co teraz się dzieje na naszych oczach.

Kiedyś, dawno temu, usłyszałam z czyichś ust: obyś żył w ciekawych czasach. Przekleństwo?

Niektórzy ganią mnie za oglądanie telewizji, za śledzenie wszystkiego tego, co się w kraju dzieje. Twierdzą, że polityki mają po kokardki, że odcięli się od niej i są zdrowsi, tym bardziej, że zdają sobie sprawę z tego, że i tak głową muru nie przebiją. Niby tak, racja, ale ja nie umiem.
Nie umiem pogodzić się z tym, co zrobiono z sądami i ich niezawisłością.
Nie umiem pogodzić się z nietolerancją do tego stopnia, że za nic nie otworzę mojego pięknego, tęczowego parasola, którego kupiłam w jednym z marketów, bo był duży i ładny. Wożę go w aucie, ale czy wykorzystam w czasie deszczu? Chyba się boję. Zresztą dojdzie niedługo do tego, że naślą prokuratora (najlepiej generalnego – on kocha zemsty) na prawdziwą tęczę, która zaświeci po deszczu i albo ją aresztują, albo wytoczą proces. I to, cholera, wcale nie jest śmieszne.
Nie umiem pogodzić się z tym, co dzieje się w kościele. Papież Franciszek swoje, a nasi lawendowi władcy swoje. Oni naprawdę głoszą naukę Chrystusa? Czy rząd i ich część elektoratu to naprawdę katolicy? Ludzie dobrzy, wybaczający, prawi i sprawiedliwi?
Wkurza mnie dyskutowanie o gender. No tak, to takie intrygujące, podniecające, mądrze brzmiące słowo, bo i o czym by dyskutowali, gdyby powiedzieli “płeć”? A przecież, gdyby ci wszyscy mędrcy od siedmiu boleści, profesorowie z kupionym u Rydzyka tytułem choć spróbowali pomyśleć – wiedzieliby, że gender i sex – to to samo, że to po prostu znaczy PŁEĆ.
Niedobrze mi się robi, kiedy przez pomyłkę włączy mi się TVP info. Sam Kurski powiedział, że bez jego pomocy Duda przegrałby miażdżąco, a sam Kurski, w moim przekonaniu, nie zasługuje na podanie mu ręki. Te dwa unieważnienia małżeństw ze wspólną piątką dzieci to majstersztyk zasługujący na wieczne potępienie.
Wkurza mnie fanatyczna grupa głupców Ordo Iuris, za wszystko co robią i mówią. Coś ostatnio Kaja Godek zniknęła, po tym, jak potraktowano ją w Izbie Przyjęć jak pacjentkę a nie ja VIP-a.
Ciśnienie niebezpiecznie podnosi mi się, kiedy słyszę z ust tego, co wszystko czego tknie obraca w popiół a jego radosna twórczość kosztuje nas, podatników setkę milionów, ministra od spraw aktywów – cokolwiek to znaczy – Sasina, że cyt: kościoła trzeba słuchać, czy się to komuś podoba czy nie.

I tak mogłabym wyliczać, wyliczać i wyliczać, bo co o czymś pomyślę, to się okazuje, że macki małej, obleśnej kreatury sięgnęły i tam.
Mimo, że według władz jesteśmy najlepsi, najgospodarniejsi, najmądrzejsi i w ogóle cały świat powinien brać z nas przykład, bo za chwilę będziemy najbogatsi z bogatych – to jednak mój skromny chłopski rozum podpowiada mi, że te podziały, ta dyskryminacja do niczego dobrego nie doprowadzi.

Hitler eksterminował Żydów. Ameryka do dziś ma problem z Czarnoskórymi, Indian już prawie nie ma.
U nas zaczyna się to samo tworząc strefy wolne od LGBT. Co to znaczy – nie wiem, zakaz wchodzenia do restauracji, kina czy autobusu?

Na razie prawdziwi chrześcijanie, bogobojni katolicy, wyznawcy jedynej słusznej religii pisanej piórem (może długopisem) PiS nienawidzą osoby o nie ich orientacji seksualnej, ale za chwilę mogą tworzyć strefy wolne od za wysokich, od kalekich, od kobiet.
Strefy wolne od chorych umysłowo. Od nieurodziwych. Od niepisowców.

Nie podoba mi się to wszystko, bo nie pozwalam, ażeby ktoś narzucał mi swój tok myślenia. Nie pozwalam, żeby ktoś robił ze mnie, z ciebie, z nas idiotów. Cały czas pamiętam słowa klasyka skurwysyństwa: ciemny lud to kupi. Nie kupi, bo nie ciemny a bardziej światły, mądrzejszy, inteligentniejszy, uczciwszy i lepszy od osiemdziesięciu procent rządu. I niemal wiem, czemu tak jest!
Polak to taki typ człowieka, że jak nie ma z kim walczyć, nie ma wroga – to go szuka! Nawet jeśli szuka go wśród swoich, bo jeśli chce na kogoś haka znaleźć – to znajdzie. Jak nie znajdzie – to spreparuje.

A wszystko zaczęło się od dramatu, od katastrofy smoleńskiej.
To wtedy wypłynęły męty najgorszego kalibru, nawiedzeni, niezdrowi na umyśle, nienawistni, cyniczni i głupkowaci, odziani w białe szaty i skrzydła anielskie. Aureole i poczucie nieomylności dołożył ciężko myślący elektorat.

 

Krystyna

Satysfakcja…

Jakże wiele radości daje mi nie tyle moje pisanie, co świadomość, że ktoś te moje wypociny czyta. Miałam i mam chwile zwątpienia, bo własna domena kosztuje a, żeby było jasne, na blogu nie zarabiam.
Choćby z szacunku dla Was, żeby nie było na nim reklam. Ja też ich nie znoszę.

Blog się zmienia tak samo, jak zmienia się życie.
Raz jest lepiej, raz gorzej. Są wzloty i są upadki.

Dziękuję moim przyjaciołom – Gabi, Jo, Jarząbkowi, Małgosi M., Kasi N., Zosi, Elżbiecie S., Ewie – to Wy jesteście tymi, bez których nie wyobrażam sobie życia.
To właściwie nie do pojęcia, ale z dwoma z wymienionych osób sikałam razem do piasku (oczywiście to przenośnia, przez którą chciałam zaznaczyć znajomość niemal od pieluchy) i nie jest ważne miejsce zamieszkania. Nie jest ważne, że nie jest to kontakt codzienny i wiszenie godzinami na telefonie. Nie.
Ale wiem, że są, wiem, że zawsze mogę zadzwonić i usłyszeć znajomy głos, usłyszeć autentyczną radość.
Wiem, że mam na kogo w razie czego liczyć.

Ci, którzy przyjaciół nie mają, nie znają tego poczucia komfortu, że zawsze mogę zadzwonić, zawsze znajdę najlepszą radę, pomoc.
Że mam z kim wyskoczyć na zakupy, na kawę do maka.
Że usłyszę – pakuj się, jedziemy na weekend do hotelu z basenem na miejscu, bo wie, że ja foka jestem.
Że usłyszę – spodziewaj się paczuszki-niespodzianki. Bez okazji.
Że pomoc medyczną mam na wyciągnięcie ręki, ba, zastrzyk w dupsko też od niej dostałam! Teraz bardzo się martwię, bo od marca pracuje w fartuchu do ziemi, maseczce, przyłbicy, rękawiczkach.
Że usłyszę – Krysiu, zostałam babcią bliźniaków.
Że usłyszę – kiedy przyjedziesz? Czekamy na Ciebie.

Kochani, to są momenty, fakty, wspomnienia, których się nie zapomina, które wywołują uśmiech na samą myśl.
Przyjaźni kupić się nie da, na przyjaźń trzeba pracować latami, dekadami, zasłużyć, trzeba coś razem przeżyć, żeby potem z tych przeżyć śmiać się do rozpuku.

Dziękuję Wam, że jesteście. I nadal bądźcie – wyrozumiali, cierpliwi, niezastąpieni.

Przy okazji, dziękuję czytelniczkom i czytelnikom, których nie znam a którzy tu, na bloga zaglądają. Z całego świata, naprawdę. Sama nie mogę uwierzyć, kiedy zaglądam w statystyki i widzę gości z Paragwaju, Japonii czy Mołdawii.
To nie wszystkie adresy, nie jestem w stanie wyłapać i zapisać wszystkich, ale kto może niech się znajdzie.
Całuję was!!!

* * * *

Polska

Malopolskie
31-999 Krakow

Mazowieckie
09-410 Plock

mazowieckie
Wiskitki

Dolnoslaskie
Klodzko

Mazowieckie
Siedlce

Lubelskie
Tomaszow Lubelski

Slaskie
43-374 Wilkowice

Wielkopolskie
64-110 Leszno

Swietokrzyskie
27-610 Sandomierz

Pomorskie
80-855 Gdansk

Wielkopolskie
61-888 Poznan

Dolnoslaskie
54-622 Wroclaw

Mazowieckie
00-867 Warsaw

Łodzkie
Inowłódz

Swietokrzyskie
26-220 Staporkow

Warminsko-mazurskie
11-042 Jonkowo

Slaskie
40-959 Katowice (Piekary)

Wielkopolskie
64-110 Leszno

Lodzkie
97-504 Radomsko

Podlaskie
18-200 Wysokie Mazowieckie

Opolskie
49-306 Brzeg

Mazowieckie
96-505 Sochaczew

Malopolskie
32-503 Pogorzyce

Pomorskie
80-855 Gdansk

Lodzkie
94-413 Lodz

Opolskie
47-208 Kozle

Mazowieckie
05-077 Warsaw

Lubuskie
66-200 Swiebodzin

Lubuskie
66-101 Sulechow

Wielkopolskie
61-897 Poznan

Lodzkie
90-554 Lodz

Lodzkie
91-463 Łódź

Wielkopolskie
64-550 Duszniki

Pomorskie
76-280 Slupsk

Pomorskie
89-650 Czersk

Podkarpackie
37-600 Lubaczow

Pomorskie
80-137 Gdansk

Warminsko-mazurskie
11-042 Jonkowo

Podkarpackie
38-100 Strzyzow

Podkarpackie
35-232 Rzeszow

Malopolskie
33-200 Dabrowa Tarnowska

* * * *

USA

Kansas
66062 Lenexa

Texas
77001 Houston

New York
14201 Buffalo

New York
10116 New York City

New Jersey
07047 North Bergen

New Jersey
07094 Secaucus

West Virginia
25111 Indore

California
95131 San Jose

California
90012 Los Angeles

Virginia
20109 Manassas

Texas
75201 Dallas

Washington
98112 Seattle

Virginia
20109 Manassas

Virginia
20146 Ashburn

Arizona
85260 Scottsdale

Illinois
60290 Chicago

* * * *

Chiny

Jiangxi
330008 Nanchang

Guangdong
518026 Shenzhen

Henan
463000 Zhumadian

Zhejiang
310099 Hangzhou

Shanghai
200020 Shanghai

* * * *

Francja

Hauts-de-France
59100 Roubaix

Ile-de-France
75000 Paris

* * * *

Niemcy

Baden-Wurttemberg
74080 Bockingen

Hessen
65931 Frankfurt am Main

Nordrhein-Westfalen
53115 Bonn

* * * *

Anglia

England
AL1 3XL Saint Albans

England
M1 3LF Manchester

England
WC2N 5RJ London

England
KT13 0TJ Weybridge

* * * *

Ireland

Louth
D15 Drogheda

* * * *

Kanada

Canada
Ontario
L8E 0E5 Hamilton

Quebec
H1A 0A1 Montreal

* * * *

Netherlands
Holandia

Noord-Holland
2037 Haarlem

Noord-HollCity
1000 Amsterdam

Noord-Brabant
5049 Tilburg

* * * *

Ukraina

Kyiv
38131 Kiev

Kharkivska oblast
61115 Kharkiv

* * * *

Rosja
Russian Federation

Moskva
101990 Moscow

Sankt-Peterburg
190990 Saint Petersburg

* * * *

Tajlandia
Thailand

Phra Nakhon Si Ayutthaya
13120 Phra Nakhon Si Ayutthaya

* * * *

Japonia
Japan

Tokyo
214-0021 Tokyo

* * * *

Paragwaj
Paraguay

Concepcion
8700 Concepcion

* * * *

Szwecja
Sweden

Stockholms lan
19587 Stockholm

* * * *

Finlandia
Finland

Uusimaa
00100 Helsinki

* * * *

Turcja
Turkey

Istanbul
37770 Istanbul

* * * *

Moldova

MD-2000 Chisinau

* * * *

Krystyna

Carpe diem…

Jezu, jak ja ich uwielbiałam!
Gwiazdy towarzystwa, w ich obecności nikt nie mógł się nie śmiać. Zdarzało się, że jedno, rzucone gdzieś pod stół ciche słowo powodowało ogólny wybuch wesołości. Ona, Justyna, rudowłosa piękność, dyrektorka dużego biura projektowego i on, Tomek, jakby nie pasujący do Justyny, tyczkowato chudy, nieładny a jednak razem przeżyli ponad trzydzieści lat. Jedyna córka obdarzyła ich dwoma wnukami, w których zakochani byli bez pamięci.
Gwiazdy towarzystwa, towarzystwa które znało się jak łyse konie, miało podobne problemy, spotykało się regularnie z okazji urodzin, rocznic, narodzin, komunii, świąt, z okazji pogody i niepogody.
Towarzystwo które się lubiło do tego stopnia, że wspólnie zwiedzali najciekawsze zakątki świata.
Wszyscy w podobnym wieku i podobnym statusie społecznym, już dorobieni, już zaczynali korzystać z życia, bo część z nich już pogodziła się z emeryturą.
Tomek, jako zawodowy wojskowy na emeryturze był od dawna, ale nie siedział z założonymi rękami, tylko ciągle szukał, gdzie można jeszcze coś dorobić. Zawsze i wszędzie był lubiany, bo był nadwornym śmieszkiem i wesołkiem.

Kiedy w biurowcu, gdzie pracowała Justyna zwolniło się miejsce portiera, Tomek chętnie zawiesił tam kapelusz i znów czarował wszystkich i wszystko. Nawet kwiatki w doniczkach lepiej rosły a rybki w akwarium były jakby żwawsze.
Czarował też Irenkę, sprzątaczkę, która ani urodą, ani intelektem Justynie nie dorastała do pięt.
Czarował on ją, czarowała ona jego i bum! Wyprowadził się do niej i złożył pozew o rozwód.
Justyna bardzo to przeżyła, był to dla niej straszny cios.
– Miałam to dawno już zrobić, wtedy kiedy po raz pierwszy dostałam – płakała, spotkawszy się z wypróbowanymi, starymi przyjaciółmi.
Towarzystwo zrobiło wielkie oczy, bo uchodzili za parę niemal idealną a tu tadam, Tomek-wesołek okazał się być damskim bokserem.

Ciężko było Justynie przejść przez rozwód i rozdział majątku, jednak chciała mieć to jak najszybciej za sobą. Nie wnosiła zastrzeżeń, zobowiązała się do spłaty połowy domu, byle jak najszybciej się wyprowadził.
Ale nie tak szybko. W pewnym momencie Tomek zrozumiał, że traci nie tylko stabilizację, ale również córkę, wnuki i to co lubił najbardziej – wypróbowaną i zgraną gwardię przyjaciół. Niestety stało się jasne, że dla niego i Irenki, ba, nawet tylko dla niego towarzystwo, z którym był związany od ponad dwudziestu lat – już nie istnieje.

Rzutem na taśmę próbował jeszcze coś naprawiać, o coś prosić Justynę, próbował wrócić, ale bezskutecznie. Próbował szantażować samobójstwem, ale po niej już to spływało.

Między nim a Irenką też zaczęły się jakieś niedomówienia, kłótnie z jej dziećmi a na portiernię biuro projektowe zatrudniło mężczyznę z grupą inwalidzką. Bez Justyny, nie będzie mu łatwo znaleźć jakąś sensowną robotę a siedzącego w domu z piwem Irenka nie strawi.

Sąd dał mu trzy miesiące na wyprowadzenie się od Justyny i wcale, ale to wcale nie chce mu się tego zrobić.

Justyna już się przyzwyczaiła do tej sytuacji, uspokoiła i wcale jej z tym dobrze.

Tylko towarzystwo, które przywykło do dowcipu i wygłupów Tomka wciąż nie może w to uwierzyć.

– Czy naprawdę tego chciał? Było mu to potrzebne? Naprawdę chciał w tym wieku spaprać to, na co całe życie z Justyną pracowali? – pytania zadawane w nicość i pozostające bez odpowiedzi.

– A może po prostu potrzebował adrenaliny, przecież zewsząd dudnią, żeby robić sobie dobrze, żeby nie marnować ani chwili życia bo krótkie, żeby czerpać same przyjemności – jakby do siebie, oblizując łyżeczkę z lodów rzuciła Justyna – no to ma co chciał. CARPE DIEM!

Krystyna

Granice empatii…

– O ja pierdziu – zaklęła Rita próbując wstać z podłogi.
Wrogiem okazał się być brzeg dywanu, w który kobieta zahaczyła stopą i straciła równowagę. Kiedy jest się po siedemdziesiątce i po złamaniu nogi w okolicach kostki kilka lat temu się wie, że każde złamanie jest niebezpieczne. Dlatego usiadła i chwilę zastanawiała się co się stało, stwierdziła, że nie biodro a noga boli, ta sama, która wtedy była złamana.
Próbowała wstać, bezskutecznie.
– Ja pierdziu – powtórzyła.
Był piątek, przed Ritą była perspektywa weekendu z bólem a mieszkała sama, więc zdecydowała się zadzwonić na pogotowie, gdzie usłyszała, żeby zadzwonić po transport sanitarny i nawet numer telefonu jej podali. Koordynator transportu odmówił, powiedział że z bólem to Rita może sobie na własną rękę pojechać na pogotowie.
Obolała Rita znów zadzwoniła na pogotowie i powiedziała, że transport odmówił a opuchnięte kolano coraz bardziej boli.
– Mamy swoje procedury, jeździmy tylko do zagrożenia życia a tu takiej sytuacji nie mamy – usłyszała.

Co było robić, Rita wwlokła się na łóżko i postanowiła przeczekać weekend, zresztą może przejdzie.
Nie przeszło.
W poniedziałek, kiedy kolano było już niemal granatowe i wielkie jak piłka, zadzwoniła na pogotowie po raz kolejny i tym razem hura, łaskawie przyjechali. Na widok kolana, z miejsca, bez zbędnych słów zabrali ją do szpitala, gdzie od razu przeszła test na COV19.
Wynik wyszedł negatywny, we wtorek rano Rita trafiła na stół operacyjny, bo okazało się, że kontuzja kolana jest poważniejsza niż początkowo wyglądało.
Po operacji założono jej lekką, plastikową szynę, jakby chciano zadośćuczynić niepotrzebną zwłokę i ból.
W środę na obchodzie ordynator stwierdził, że nie ma sensu dłużej trzymać Rity w szpitalu, leżeć może i u siebie, więc na czwartek zaordynował wypis ze szpitala, co Ritę w zasadzie ucieszyło.

W czwartek, godzinie dziesiątej Rita była spakowana i gotowa do wyjścia ze szpitala, czekała jedynie na transport sanitarny jednej z trzech firm, z którymi szpital miał kontrakt.

O czternastej transportu jeszcze nie było, obiadu też nie a łóżko już zajęte przez kolejną pacjentkę. Co któraś z pań pielęgniarek się pokazywała Rita grzecznie i pokornie pytała – jak długo jeszcze. Dowiadywała się, że ta dopiero zaczyna dyżur i jeszcze nic nie wie, że ta kończy dyżur, że transport wozi pacjentów od godziny dziewiątej do szesnastej i że ma cierpliwie czekać. Była całkowicie unieruchomiona, szyna sięgała od kostki do samej pachwiny, więc siedzenie było mało komfortowe, żeby nie rzec mocno uciążliwe.
Kiedy minęła siedemnasta a ona dalej czekała zażądała, ażeby sprawdzić u źródła, w firmie transportowej, kiedy wreszcie się zjawią. Okazało się, że firma nie miała odnotowanego zlecenia na transport Rity.

O osiemnastej zaczęła szukać transportu sanitarnego na własną rękę, co nie było łatwe, bo o osiemnastej kończą pracę. Nieważne, że koszt takiej przejażdżki kosztuje trzysta dwadzieścia złotych, co przy nauczycielskiej, po trzydziestu latach pracy, emeryturze rzędu tysiąc trzysta sześćdziesiąt złotych polskich jest kwotą bardzo wysoką.
Zasięgnąwszy rady przyjaciółki, Rita poprosiła ordynatora o zaświadczenie, że szpital nie jest w stanie zapewnić jej bezpiecznego transportu po operacji do domu. Dostała je od ręki, bez słowa.

I tak nasza Rita wybłagała w jednej z innych niż te przypisane szpitalowi przewóz.
O dwudziestej pierwszej, po niemal dwunastu godzinach czekania – otwierała drzwi swojego mieszkania i pragnęła tylko jednego: pić.
Dobrze, że choć z kolacją się w szpitalu zlitowali.
Do tej pory jest totalnie unieruchomiona, więc pomieszkuje u syna.

Z całą sympatią do służby zdrowia, czy naprawdę nie dało się wykrzesać odrobiny empatii? Odrobiny dobrej woli? Czy nie było obowiązkiem ażeby dopilnować, by unieruchomiona pacjentka, skoro już wywalają ją ze szpitala, bezpiecznie znalazła się w domu?
Aż taka znieczulica?

Krystyna

I co dalej…

– Nie ma koronawirusa, jest taka piękna pogoda, jest tak gorąco, że koronawirus jest w odwrocie i nie ma się czego bać – słowa rzucane na spędowiskach wyborczych przez najważniejsze osoby w państwie. Tak, faktycznie, zaraza widząc co się u nas w tym bardzo dwuznacznie gorącym okresie dzieje zwinęła się i poszła atakować Ruskich, albo Pepików, albo Niemców. Albo skierowała się całkiem na północ i poszła utopić się w zimnym, choć teraz ciepłym Bałtyku. Z rozpaczy, że tu, nad Wisłą miała pecha się rozwinąć.
Mimo, że prezydent, premier i marszałek sejmu są hura-optymistami a ministra Szumowskiego jakoś ostatnio nie widać i nie komentuje czy jest wirus, czy go nie ma, ja jednak nadal maseczkę noszę i na klatce schodowej, i w windzie, i w sklepach, i wszędzie tam, gdzie spotyka się ludzi. Rękawiczki jednorazowe też, nawet jeśli narażam się na ironiczne uśmiechy.

Wiem swoje, rozmawiam z mądrymi ludźmi i wiem, że jesienią będzie się działo. Dlatego zaopatruję się w tanie teraz maseczki (już nawet po 0,89 zł) i foliowe rękawiczki (teraz po 2, 3 zł za sto szt). Może potem biznes jaki zrobię.
Nie chce mi się komentować polityki, bo nie wierzę w to, co widzę i słyszę. I doprawdy, brzydnie żyć w takim sfiksowanym kraju, chyba również z braku fizycznego kontaktu z przyjaciółmi.
Ucieszyłam się więc, kiedy zadzwoniła Janka.

– Wiesz, mam problem z Gabrysiem.
Zapytałam co się stało jej mężowi, ostatecznie znamy się od wieki wieków i wiem, że Gabryś na zdrowie raczej nigdy nie narzekał.
Okazało się, że Janka zauważyła, że Gabryś w nocy przestaje oddychać, że zdarza się, że na kilka, czasem osiem jej oddechów, spokojnych i długich, on odetchnie raz. Od razu przyszedł jej na myśl bezdech, więc zaciągnęła siłą Gabrysia do lekarza, który bez słowa dał skierowanie do specjalisty od płuc.
– Nie martw się – mówiła przyjaciółka Janki – badanie jest proste, szybkie i bezbolesne, położą go na oddział wieczorem, założą urządzenie do odczytu a rano, o 6.00 już go wypuszczą do domu.

Żeby dostać się do specjalisty Gabryś czekał trzy miesiące, potem specjalista dał skierowanie do szpitala, na którego termin czekał osiem miesięcy, od lipca do marca, a potem w marcu pojawił się, a jakże – koronawirus, więc wszystkie zabiegi zostały odwołane.
Ale w czerwcu ze szpitala zadzwonili, że za trzy dni ma się z piżamką zgłosić na oddział. Ale…
W poniedziałek o 7.00 pacjent miał mieć zrobiony test na koronawirusa a potem miał zostać przewieziony do szpitala specjalistycznego ze skierowania, a więc z jednej nocy zrobiła się doba. Gabryś, który w szpitalach bywał tylko jako odwiedzający miał cykora, między innymi ze strachu przed wirusem, ostatecznie był w grupie ryzyka ze względu na wiek.

Nie ma zmiłuj, spakowanego Gabrysia w poniedziałkowy poranek syn zawiózł na oddział,  drzwi się za nim zamknęły, a kontakt pozostał tylko telefoniczny. Żadnych odwiedzin, dokarmiania.
Faktycznie, rano pobrano wymaz i Janka od godziny 17.00 wydzwaniała, czy mąż ma już wynik wymazu, bo przecież noc miał już spędzić w innym szpitalu na badaniu bezdechu.
Niestety, wynik był dopiero we wtorek po południu, Gabrysiowi koronawirusa udało się uniknąć a więc transport sanitarny zawiózł go do szpitala ze skierowania na badanie bezdechu. Syn załatwił sobie dzień wolny, żeby ojca w środę o 6.00 rano ze szpitala odebrać, żeby nie musiał tłuc się komunikacją miejską. Radość z negatywnego wyniku i rychłego wyjścia ze szpitala zmącił jednak fakt, że w rzeczonym szpitalu sal z aparaturą do badania bezdechu było aż JEDNA a ta była akurat zajęta. Zamiast jednej nocy, Gabryś w szpitalu jest już dwie doby i końca nie widać, a Janka martwiła się i zachodziła w głowę, jak tu jakiegoś jedzenia do szpitala przemycić, bo przecież według niej dwa dni w szpitalu to murowana śmierć głodowa a w najlepszym wypadku podtrucie. I suszyła mu czerep, żeby pamiętał, że w trakcie badania ma spać na plecach, nie na boku, bo tylko wtedy ma te zaniki oddechu.
Jakaż była radość, kiedy wreszcie stało się jasne, że w nocy z środy na czwartek obkleją głowę i wątłe ciało Gabrysia diodami, popodpinają do rur i każą spać.

– Może pan spać obojętnie jak, na bokach też, to dla wyniku nieistotne – powiedziała pani doktor prowadząca a dla faceta słowa ładnej lekarki ważniejsze niż starej żony i Gabryś uwalił się na bok przesypiając spokojnie noc.

W czwartek rano, jako że zrobiło się Boże Ciało, znów trzeba było po Gabrysia pod szpital podjechać, bo wygłodniały musiałby na piechotę do domu zaiwaniać. Boże Ciało to Boże Ciało i procesje miały być nawet jak ich miało nie być.
W domu zapanowała radość, było uroczyste śniadanie, potem uroczysty obiad, bo tata przeżył i wrócił ze szpitala. Nawet maseczkę dostał – od poniedziałku rana do czwartkowego poranka – jedna i ta sama, bez żadnej dezynfekcji, ale nie kazali mu jej już oddawać.
Wynik za tydzień.

Janka ponaglała, żeby zadzwonić wcześniej i dowiedzieć się o wyniku, bo potem znów następne badania, kolejne terminy, no to Gabryś zadzwonił i dowiedział się, że choroba się nie potwierdziła, że jest zdrowy a po wypis może przyjść za dwa dni.
Jance szczęka opadła, chłop w nocy nie oddycha, mózg mu się nie dotlenia a tu nic! Zdrów jest.
– Pewnie, ty to byś się ucieszyła jakbym z tego szpitala nogami do przodu wyszedł – wściekał się na żonę Gabryś.

Janka postanowiła porozmawiać z panią doktor i razem z Gabrysiem pojechała do szpitala po wypis. Kiedy próbowała lekarce wytłumaczyć, że ten bezdech występuje tylko wtedy, kiedy mąż śpi na plecach – pani doktor nawet nie chciała jej wysłuchać i powiedziała dość niegrzecznie, że doszukuje się choroby tam, gdzie jej nie ma.

– A ty zamiast się cieszyć… – Gabryś pozostaje przy swoim.

Wznieśmy więc toast za specjalistów, za tanią musztardę i olej w okresie grilowania, za tanie środki higieniczne w razie sdraki. Wszak mamy to wszystko obiecane przez uczciwych, brzydzących się kłamstwem polityków.

Krystyna

Wzruszenie odbiera mowę…

Czytam dziś na Onecie, że po trzech latach przygotowań, setkach testów i badań – mamy to!
Jako pierwsi w Europie i trzeci na świecie!
Oczy zachodzą mgłą a wzruszenie odbiera mowę, dlatego muszę się z Wami tą niesamowitą wiadomością podzielić, bo sama nie wiem, jak mam teraz z tą wiadomością żyć.
Takich zmian nie było od dwudziestu lat, to po prostu ewolucja!

McDonald’s zrewolucjonizował Big Maca!

Ludzie, od teraz bułki będą bardziej złociste – ciemniejsze i lepiej wypieczone!

Inaczej będzie podawana cebulka – nie uwierzycie, będzie dodawana bezpośrednio na grillu, przez co będzie zdecydowanie bardziej aromatyczna!

I mięso! Mięso będzie bardziej soczyste i cieplejsze, dzięki czemu ser na nim będzie lepiej roztopiony!

Czas odtańczyć ognistego kankana wokół płonącego ogniska, bo taka rewolucja zdarza się raz na pokolenie. Doprawdy, nie wiem co o tym myśleć, chyba założę maseczkę, jednorazowe rękawiczki i pójdę do McDonald’sa spróbować tego rarytasu. Jak dobrze, że mam do niego blisko, jakieś trzysta metrów.
Dam na mszę dziękczynną…

https://businessinsider.com.pl/lifestyle/big-mac-zupelnie-nowy-mcdonalds-takich-zmian-nie-robil-od-20-lat/86b7xw0

Krystyna