Pomarańczowy telefon.

Mimo, że od dnia, kiedy zapytała mnie czy wiem co to jest szaleństwo minęło trzydzieści kilka lat – wciąż pamiętam jej gęste, piękne, pofalowane włosy w kolorze trudnym do określenia – ni to brązowo-rudy, ni rudo-brązowy, niebieskie oczy i ładny, lekko zadarty nos.
Szaleństwem był ogórkowy amok, kiedy to mama Gabrysi – bo o niej mowa – zaprawiała co się dało, ile się dało i wszystko co nie uciekło, żeby mieć żelazne zapasy na zbliżające się wesele Gabrysi.
Potem razem z mężem wyjechali za Odrę, nie wnikałam dlaczego, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że w celu poprawienia życia sobie i córkom.

Gabrysia zawsze była bardzo związana z mamą, więc kiedy tylko obie zatęskniły – wsiadali z Frankiem (tym od kawy z pianką na dwa palce) w auto i dawaj, pruli w kierunku Fuldy.
Zawsze cieszyli się na te spotkania, zawsze.
Tym razem, jako że to był akurat czas małyszomanii, zaplanowali wspólny z rodzicami wypad do Willingen, skocznie zobaczyć i trochę świata dzieciom pokazać.
Czas do wyjazdu strasznie jej się dłużył, odliczała dni, aż wreszcie pięknego letniego dnia zapakowali auto, synów i ruszyli.
Tysiąc kilometrów to nie mało. Co prawda niemieckie drogi są dobre, infrastruktura przy nich też, ale wiadomo – długo i daleko.
Spotkanie było wspaniałe, serdeczności nie do opisania, wspólnie spędzony czas minął szybciej niż by chcieli.
Przy pożegnaniu lały się łzy trzech pokoleń…
– Daj znać zaraz jak dojedziecie – prosili rodzice, kiedy dzieci i wnuki już siedzieli w aucie.
Komórek jeszcze wtedy nie było, choć trudno to sobie teraz wyobrazić.

Nie wiedzieć dlaczego droga do domu zawsze wydaje się dłuższa i czas bardziej się ciągnie.
Dzieci marudziły; a to piciu, a to sikać, a to jeść – robili więc przystanki, żeby Franek mógł stawy skokowe wyprostować i mięśnie zregenerować.
Po kilkuset kilometrach postanowili zatrzymać się na parkingu, gdzie były ubikacje, drewniane stoliki i ciepła woda.
Było coś jeszcze – tuż przy drodze, w widocznym, dostępnym miejscu stał telefon. Pomarańczowy.
Gabrysia była zachwycona łatwym dostępem, ucieszyła się, że może teraz do mamy zadzwonić z informacją gdzie są i że jest wszystko w porządku.
Podniosła słuchawkę, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić czy powiedzieć, usłyszała:
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
Gabrysia zna niemiecki, więc od razu zajarzyła, że zamiast z mamą połączyła się z niemiecką Polizei, zdołała więc tylko szybko powiedzieć:
– *Entschuldigung. Fehler.

Nie było już sikania, nie było odpoczynku, za to był pośpiech, by jak najszybciej odjechać z tego miejsca wstydu. Jakby zrobili coś złego.
Cóż, w tamtych czasach w Polsce nawet w mieszkaniach telefon był sporadycznie a tu proszę, przy drodze stał i normalnie prosił się, żeby zadzwonić.
Teraz mamy się z czego śmiać, prawda Gabrysiu?
——————
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
– Dzień dobry, co się stało? Jak możemy pomóc?
– *Entschuldigung. Fehler.
– Przepraszam. Pomyłka.

Krystyna

Kociaki…

Piątkowy, chłodny wieczór.
Małgosia wracała z kursu językowego, nie ma zamiaru biedować w tym podłym kraju do końca życia. Po kursie jeszcze krótki wypad na pizzę w centrum handlowym i zrobiło się bardzo późno a do domu daleko. Jeden autobus nie przyjechał drugi spóźnił się prawie dwadzieścia minut, ale ważne że przyjechał.
Zmarznięta, usiadła obok sympatycznie wyglądającego chłopaka, od razu pomyślała, że pewnie też zmęczony wraca z roboty. Miał króciutko ścięte włosy, trzydniowy zarost i czapkę w ręce. Na kolanie zawiesił plecak. Bawił się komórką, sama też wyjęła z torby telefon i założywszy słuchawki odsłuchiwała dzisiejszą, nagraną na dyktafon lekcję, byle zabić czas jazdy.
Kiedy dojeżdżała do swojego przystanku zwinęła na dłoni kabel słuchawek i razem z telefonem schowała do torby. Wstała i chwyciła się rurki przy drzwiach. Zauważyła, że facet obok którego usiadła wstał również i wydawało się jej, że się jej dziwnie przygląda.
– No super. Ciemno, pusto, ja i on…
Wysiadła i najszybciej jak umiała ruszyła w stronę domu. Kątem oka zauważyła, że on też ruszył za nią. Był bardzo wysoki, dobrze zbudowany. Teraz naciągnął na oczy czapkę i prawie nie było widać jego twarzy. Plecak zarzucił na jedno ramię.
– Kurde, a jak to zboczeniec?
Mimo, że szła szybko tamten coraz bardziej i niebezpieczniej się zbliżał, miał długie nogi to i krok dłuższy od drobiącej kroczki Małgosi.
– Nie ucieknę mu – pomyślała – i tak by mnie dogonił.
Zwolniła kroku, udawała, że zakłada rękawiczki i ogląda wyposażenie sklepu piekarniczego. Wiedziała, że napastnikowi palce do oczu trzeba wsadzić, a kolano miedzy nogi i sru w jaja.
Była gotowa do odparcia ataku, jednak na szczęście chłopak przeszedł obok niej. Popatrzył tylko na nią takim dziwnym, kpiącym wzrokiem. A potem skręcił w osiedlową uliczkę i zniknął Małgosi z oczu.

* * * *

Był chłodny, piątkowy wieczór.
Paweł wracał z drugiej zmiany zmęczony. Został awansowany, dostał brygadę do kierowania, a tym samym musiał się dużo uczyć i nabiegać. Jak na złość, skrzynia biegów w jego aucie odmówiła współpracy i musiał odstawić je na kilka dni na warsztat. Przymusowo więc przesiadł się do komunikacji. No psioczył, bo zamiast jechać do domu kwadrans – tłukł się prawie półtorej godziny z przesiadką.
Żeby zabić czas jazdy czytał sobie co tam na Onecie napisali, sprawdził pocztę, szukał pokemonów.
Zauważył, że w pewnym momencie usiadła koło niego ładna dziewczyna, z burzą włosów do ramion, drobniutka i zmarznięta. Wyjęła komórkę, słuchawki i słyszał, że chyba niemieckiego słuchała, może nawet się uczyła, bo zamknęła oczy, jakby maksymalnie chciała się skupić.
Paweł pomyślał tylko, że szkoda, żeby taka ładna dziewczyna sama chodziła po nocy.
Zaczęła się zbierać do wyjścia na tym samym przystanku co on. Wysiadła jako pierwsza i zaczęła pruć prawie biegiem jakby się bardzo spieszyła.
Paweł wszystkich pasażerów przepuścił i sam wysiadł jako ostatni.
Jego myśli krążyły wokół lodówki i Jaśka, kota, który już zapewne czuje jego powrót i siedzi przy drzwiach na jego kapciach. Jak tylko Paweł otworzy drzwi – Jasiek zapewne wybiegnie na klatkę schodową jakby chciał uciec, by po chwili wrócić do środka.
Rozmyślając nawet nie zauważył, że dogonił współpasażerkę z autobusu, która bardzo zwolniła przy piekarni i zakładała rękawiczki, jakby się do boksowania szykowała. Popatrzył na nią przez moment – miała niby wystraszoną minę, ale i zadziorną.
Pierwsze co mu przyszło do głowy to głośno tupnąć i krzyknąć: HU! jednak odrzucił pomysł śmiejąc się w duchu z siebie i jej ewentualnej reakcji.
Druga myśl – to pomysł zapytania, czy ją odprowadzić – też odrzucona w przedbiegach, żeby się czasem na niego ze strachu nie rzuciła.
Rozbawiony tą sytuacją minął ładną dziewczynę zostawiając ją ze jej strachem i skręcił w osiedle, znów oczami wyobraźni widząc Jaśka robiącego za szal na jego szyi, stęsknionego i domagającego się nie tyle żarcia co pieszczot.

* * * *

– Mamo, czy ja wyglądam jak zboczeniec? – zapytał mnie syn, kiedy wreszcie odebrał auto i przyjechał na kawę i obiad.
– Pawełku, co ty pierdzielisz? – nie do końca zrozumiałam, więc mi wszystko opowiedział…

Krystyna

Życzliwość – a co to jest?

Nie rozumiem tego świata.
Nie rozumiem ludzi.
Nic już nie rozumiem.

 

Jest piątkowe popołudnie, warsztat samochodowy prawie zamknięty, pieniądze rozliczone, kasa fiskalna zamknięta, szef poszedł do domu.
Jeden z pracowników jeszcze się kręci po warsztacie, ale też szykuje się na weekend do domu, kiedy podjechały dwie paniusie i poprosiły o przysługę – któraś z żarówek się nie świeciła.
Nie sądzę, żeby pan mechanik był szczęśliwy z tego powodu, ale jako grzeczny, lubiący kiedy jego zadowoleni klienci wracają, postanawia paniom pomóc i wymienia żarówkę. Panie rzuciły 10 (słownie: dziesięć) złotych. Ponieważ kasa fiskalna jest zamknięta pracownik nie może wydać paragonu, po prostu bierze dychę a tu zonk!
Panie są z Urzędu Skarbowego a sytuacja spreparowaną prowokacją.
Urząd Skarbowy wnosi sprawę do Sądu, pan mechanik nie życzy sobie nawet obrońcy z urzędu.
Sąd uznaje go za winnego, ale nie zasądza kary.
Nie podoba się to skarbówce, wnosi apelację, pracownik nadal odmawia obrońcy, ponieważ jest uczciwy i wydaje mu się, że nie zrobił nic złego. Sąd drugiej instancji utrzymał wyrok ale skarbówka nie dała za wygraną i ponownie wniosła kolejną apelację.
Dopiero kiedy ta sytuacja ujrzała światło dzienne, bo ktoś ją wygrzebał i nagłośnił w telewizji – Urząd Skarbowy wycofuje apelację.

Syn pracuje w firmie, która także musi wydawać paragony.
– Mamo, często zdarza się, że zawiesza się komputer albo kasa fiskalna, bo mamy stary sprzęt a kolejka robi się coraz dłuższa, też muszę więc obejść przepisy, i też odkładam wklepanie kasy do systemu, bo co mam zrobić? A przecież ryzykuję mandatem co najmniej pięćsetzłotowym! Zawsze boję się, że za klientem stoi jakiś urzędnik – kapuś, i że będzie mnie to kosztować! Albo kiedy kasa już rozliczona, system zakończony i jestem gotowy do wyjścia do domu a tu jakiś zagubiony klient bardzo prosi o wydrukowanie mu jakiegoś papierka, który jest dla niego bardzo ważny. Drukuję więc i na klawiaturze zostawiam wiadomość dla zmiennika, który wklepie to rano! Mamo, jak to pogodzić?
– Raz przyszedł do punktu dosłownie lump, wyłożył garść drobniaków na ladę i poprosił o baterię. Pech chciał, że akurat kasa się zacięła i nie mogłem wydrukować paragonu, gość musiał czekać dziesięć minut, kwadrans. Pomstował, kurwował, zwyzywał od wszystkich świętych i mnie, i firmę. Nic jednak nie mogłem zrobić! Paragon muszę wydać szybciej niż resztę, bo takie jest prawo. Facet zgarnął swoje drobniaki i rzucając na mnie i firmę klątwę – odszedł. Kasa nie działała jeszcze godzinę.

Zastanawiam się, co się z nami dzieje?
Jak można żyć w państwie, które robi wszystko, żeby ludzie bali się ludzi?
Gdzie miejsce na grzeczność, na robienie sobie uprzejmości, na życzliwość?
Jaka w tym rola urzędów, które zamiast być nam usłużnymi robią wszystko, żeby nam życie utrudniać, obrzydzać i to za nasze – podatników pieniądze?

No i jak się dziwić, że Polacy to naród sfrustrowany, nerwowy, nieżyczliwy, że jest tyle przypadków depresji, obsesji, samobójstw?
Jak można żyć wśród ludzi i bez przerwy mieć z tyłu głowy, żeby czasem nie zrobić komuś przyjemności, grzeczności, żeby komuś czasem nie pomóc – bo obróci się to przeciwko nam i może słono kosztować ?
Co to za państwo, które nie pozwala nam na życzliwość, bo ta życzliwość może skończyć się sprawą w sądzie i wyrokiem – WINNY?

Co to za państwo, w którym chleb trzeba wyrzucić, bo podzielenie się nim, oddanie za darmo jest przestępstwem i podlega karze?
Jesteśmy państwem represyjnym?
Ludzie – DLACZEGO?
Strasznie to smutne. Nie mówię tu o oszustwach, przekrętach, przestępstwach – bo to zawsze potępiam, ale pomoc w wymianie koła, bo akurat zrobił się kapeć?
To przekracza pojęcie sprawiedliwości społecznej. Przynajmniej moje.
Morda w kubeł, micha ryżu, szczaw i mirabelki.
Czy tak to ma wszystko wyglądać?
Aha, teraz będzie ścigany i postawiony przed oblicze sprawiedliwości ten, który bezczelne temat wymiany żarówki w aucie urzędniczek wygrzebał, zapewne zostanie skazany za działanie na szkodę państwa, okrzyknięty wrogiem narodu, gorszym sortem, nie patriotą, konfidentem, dywersantem i sabotażystą. Coś pominęłam?

Ps. Właśnie doczytałam, że te 10 zł to nie koszt naprawy, a koszt żarówki, która była własnością prywatną pana mechanika (warsztat nie prowadził sprzedaży części zamiennych) i jedynie takiej rekompensaty od zagubionych pań zażądał.

Krystyna

Noc w muzeum…

Tak jak i w Polsce, w Niemczech jeden raz w roku jest Noc Otwartego Muzeum. Napisałam w liczbie pojedynczej, ponieważ nie wiem, czy inne muzea też były w tym samym czasie otwarte, a chcę być wiarygodna.
Inna sprawa, że do tego otwartego muzeum w Traben-Trarbach ludzie parli nie dlatego, że za darmo wstęp, ale dlatego, że można było obejrzeć niemalże spektakl; wejście do tego muzeum jest zawsze bezpłatne. Samo muzeum, to barokowa willa bogatego, niemieckiego handlowca Johanna Adolfa Böckinga.
No to dawaj, idziemy.
Wrześniowy wieczór, otwarcie o 19.00, leje jak z cebra, jednak tłum przed wejściem pozwala mieć nadzieję, że warto moknąć…
Wchodzimy z tłumem. Do obejrzenia parter i trzy piętra.
Spróbuję Was choć trochę zainteresować, pokazać choć część zdjęć, mam ich masę i wiadomo, muszę wybrać. Patrzcie i uśmiechajcie się.

Trzecie piętro to teren Czerwonego Kapturka. Babcia w wielkim, wiklinowym koszu miała kilka flaszek wina i bez skrępowania wciągała lampkę po lampce. Kapturek dokarmiał i dopajał Wilka, na którym dość żałośnie zwisała skóra. Obok była pralnia. Wielka balia a w niej kilka par białych pantalonów i tara do prania, zwana tutaj Waschbrett.
Oglądałam i podziwiałam rzeczy, co do użyteczności których nie miałam i nadal nie mam zielonego pojęcia. Oto jedna z nich – jakby młot, jakby miech. Skute toto łańcuchami, stoi na jakichś szpilach i na tle beczek z winem w piwnicy. Ktoś coś?
Życie Celtów na żywo. Co jedli, jak się ubierali, monety wybijali, jakieś rękodzieła z dziećmi robili. Można było spróbować chleba z czymś tam. Obok stało krosno, na którym kobieta tkała kolorowe pasy, takie krajki. Po terenie tego piętra przechadzał się Rzymianin w hełmie, chętnie pozował do zdjęć, nawet hełm wypożyczał. Metalowej koszuli i spódniczki już nie.
Epoki przemieszane, ale nie szkodzi. Te panie przez wiele godzin układały loki, no ale jak lokówka zimna… Za to atmosferę podgrzewało oczywiście wszędobylskie wino. Ale kapelusik na łóżku zarąbisty, nie?
Przepiękny stojak na olbrzymią karafkę i wiele, wiele pięknych kielichów – pucharów. Wygląda na to, że tu spotykali się myśliwi., na ścianie wisi łeb jelenia, ale tylko rogi prawdziwe, reszta z jakiegoś tworzywa, Paskudztwo.
To sypialnia małżeńska. Nocnik, takie “żelazko” do ogrzewania wyra, kołyska. Z prawej strony stoi szafa pełna bielizny, również damskiej. Tu lądowały wyprane wcześniej i wyprasowane żelazkiem na duszę pantalony, koszule i pościel. Z gościem pykającym faję można było pogadać – tylko na to czekał! Jak cię złapał – przepadłeś bracie…
Ten tam z tyłu – sztuczny, ale ten skryba na przodzie – całkiem żywy. Nie wiem co on tam pisze, liczy ale wszystko jest oryginalne, prawdziwe – i meble, i papierzyska i ubiór uczonego jegomościa.
Jaaa… To moje ulubione miejsce w całym muzeum. Prawdziwy jesienny chleb z kartofli, prawdziwa kiełbasa, prawdziwa szynka parmeńska, sery, jakieś pasztety. Matko, jakie wszystko dobre. Uwierzycie albo nie, ale z powodu tej kuchni zwiedzałam całe muzeum chyba z cztery razy… Za każdym razem dostawałam grubą kromę z czymś tam, zawsze pysznym!
To chyba prawdziwe nie jest, no chyba, że wisi tam już jakieś dwieście lat…
Ekhm, miało być zdjęcie zabytkowego zegara a jest zabytkowej, przykurzonej i lekko spróchniałej matrony. A niech tam, skoro tak wyszło.
Nie wiem co to jest i do czego służy, przed chwilą taki mały, teraz taki duży… Ups, to nie ta bajka. Ale wygląda na jakieś narzędzie tortur, cy cuś.
O, patrzcie, autentyczna uczta. Mają pyszne ciasta i wino, częstowali, ale mnie jednak podobała się bardziej kuchnia… Wnętrza zabytkowe, częściowo stroje, a ksiądz jak wszędzie – najchętniej przy stole. Albo z tacą.
Johann Wolfgang von Goethe. Poeta. Był tam rzeczywiście w listopadzie 1792 roku. Mistrzami drugiego planu jest młoda para, a sam mistrz Goethe – sami widzicie, miał mrówy w pantalonach, nie dało się mu zrobić normalnego zdjęcia i też szukał ofiary do słuchania…
W pokoju, gdzie polowałam na Wolfganga Goethego są cuda techniki. Lunety i… skąd mam wiedzieć co to jest?
I dzidy jakieś. Pamiętacie budowę dzidy? Zadzidzie dzidy, przeddzidzie dzidy, zadzidzie zadzidzia dzidy itd.
To gratka. Autentyk. Dotknęłam jednym palcem ze strachem, że się rozleci. Nie rozleciała. Dotknęłam historii.
Sekretarzyk. Nad nim wiszą portrety tych, którzy z niego korzystali. Ileż tam tajemnic zostało powierzonych…
Na suficie dojrzałam dzwonki. Już widzę, jak pan domu pociąga za szarfę, prawy dzwonek budzi służącą, bo pan chce siku. Albo lewym pani budzi kamerdynera, bo głowa przestała boleć…
Jest i atelier fotograficzne! Wyobraźcie sobie, że asystentka fotografa ubierała chętnych delikwentów, dobierała kapelusze, cylindry, laseczki, binokle, fotograf – niestety aparatem całkiem współczesnym – robił cyk cyk i…
i… tadam! Oto ja.
Nazajutrz, ponieważ w muzeum zrobiło się duszno a pogoda zmieniła o 180 stopni – cała arystokracja wyruszyła na spacer. No tak mnie prosili o zdjęcie, tak mnie prosili, że w końcu uległam…

 

Krystyna

Niedługo…

Oto najnowszy program zajęć w liceum ustalony przez Episkopat na najbliższy tydzień.

Poniedziałek
1. Matematyka: Wyliczanie cudów Jezusa
2. Język polski: Odmiana przez przypadki imion świętych.
3. Geografia: Krainy geograficzne po których stąpał Jezus.
4. Historia: Najważniejsze wydarzenia przed narodzeniem Jezusa.
5. Religia: Zbawienna moc święconej wody.

Wtorek
1. Religia: Sakrament pokuty – Zbawienie przez cierpienie.
2. Biologia: Wpływ Ducha Świętego na rozwój pantofelków.
3. Fizyka: Fizyczne możliwości Trójcy Świętej.
4. Matematyka: Wyliczanie możliwych kombinacji układów scalonych ilości diabłów na główce od szpilki.
5. Religia: Zagadnienie dziewicy w nie-dziewicy.

Środa
1. Język polski: Omawianie twórczości JP II na podstawie sztuki „Przed Sklepem Jubilera”.
2. Historia: Geopolityczna sytuacja Galilei na trzy lata przed urodzeniem Jezusa.
3. Chemia: Wpływ Ducha Świętego na formowanie się zbawiennych związków chemicznych w wodzie święconej.
4. Religia: Wpływ szatana na zniewalanie umysłów młodzieży.
5. Wychowanie fizyczne: Nauka prawidłowego klękania i wstawania podczas mszy świętej.

Czwartek
1. Historia: Wczesny wpływ urodzin Jezusa na historię ziem zamieszkałych przez Niego.
2. Fizyka: Fizyczne właściwości błota z którego powstał pierwszy człowiek.
3. Język polski: Piękno języka polskiego w litanii do najświętszego Serca Jezusowego.
4. Matematyka: Prawdopodobieństwo ponownego przyjścia Zbawiciela na świat.
5. Religia: Sakrament spowiedzi. Czystość duszy po przelaniu grzechów na plecy spowiednika.

Piątek
1. Religia: Cudowne masowe nawracanie się na katolicyzm Indian południowo-amerykańskich, za pomocą bata, kija i stosów.
2. Język polski: Rozwijanie pojęcia o wspaniałym doborze słów w litanii do Najświętszej Marii Panny i Wiecznej Dziewicy w rodzaju: Wieżo z Kości Słoniowej, Bramo Zielona czy Domie Złoty.
3. Fizyka: Fizyczne skutki zamiany wody w wino w Kanie Galilejskiej.
4. Wychowanie fizyczne: Próby marszów z pochodniami w celu obrony krzyża.

Szkoła zamknięta do poniedziałku z powodu przygotowań i obowiązkowego uczestnictwa we mszy świętej.

Nie moje, znalazłam to w necie dobrych kilka lat temu. Znalazłam w swoich szkicach i patrzcie – jak znalazł!

 

Krystyna

Co strusie widziały…

Do strusi mam stosunek ambiwalentny.
Z jednej strony podziwiam majestat i siłę – kopnięcie strusia porównuje się z kopnięciem konia, potrafi biegać z prędkością 60 – 70 km na godzinę, z drugiej jednak mam w pamięci historię ze strusiem w roli głównej, którą opisałam wierszem w 2009 roku, niby śmieszna a jednak kosztowała mnie kilka siwych włosów, i do dziś pamiętam bluzkę, która się strusiowi spodobała – bo chyba nie ja. Była granatowa, z żółto-złotymi, zajebutnymi gwiazdami i księżycami. Byłam świadkiem, kiedy to struś, wcale nie wielki, pchany rządzą żarcia – porwał bardzo młodemu człowiekowi bułkę z ręki. Razem ze skórą z palca.
Kiedy więc usłyszałam – jedziemy na farmę strusi – pierwsze było: NIE, beze mnie.
Potem konsternacja – chciałaby a boi się, jednak ciekawość wzięła górę.
Piękna, wrześniowa pogoda, dzień otwarty, bulić za wstęp nie trzeba. No to jedziemy.
Gospodarz sympatyczny, oprowadzał po farmie i interesująco, ze swadą, opowiadał o swoich mających imiona pupilach, których życie i tak się kończyło na talerzach.
Ja widziałam jednak coś zgoła innego. Niemal je słyszałam…

– Te, ryknij no, niech reszta przyjdzie, ludzie idą, zaś się pośmiejemy…
– Patrz, gapią się na nas jakby mieli na co, pajace jedne hłe, hłe, hłe…
– Jacy oni śmieszni, krótkie nogi, krótkie szyje, kolorowi jak ta tęcza na Placu Zbawiciela… Totalne bezguścia.
…i po co im te pióra na głowach? Ta ma białe, tamta jakieś czerwone, o, a ten wcale nic nie ma. Dziwaki…
– Trzeba się od płotu odsunąć, będą pióra nam wyrywać…
…tyłki macać czy jaja mamy… Potem będą mięso próbować, wysuszone gnaty podziwiać, kanibale jedne…
…skórę sprawdzać, czy już się na torby nadaje… A PALCA DO OKA WSADZIĆ NIE CHCECIE??? Albo do … No.
Eksponaty… Jedno strusie jajo to 26 jaj kurzych! Obcięta stopa też robi wrażenie.
Pióra. Są piękne i wcale nie dziwota, że największe gapy wśród strusi świecą gołą skórą!
Skóra strusia jest niezwykle miękka, z charakterystycznymi wzorami po piórach i nie dziwota, że torebka kosztuje ok. 800 euro.

Pożegnawszy się bez specjalnej czułości, ruszyliśmy w drogę powrotną. To, że okolica jest tu niezwykle malownicza nie muszę już chyba przypominać. Najczęściej wszystko oglądam z dołu, z perspektywy brzegu rzeki Mosel, jak na przykład tą białą, maleńką kapliczkę na górze:

Kapliczka, jak się okazuje wcale taka malutka nie jest, to raczej niewielki kościółek, do którego można normalnie autem dojechać, przy którym jest ławka z widokiem…

…takim widokiem na wieś, w której teraz pomieszkuję. No tak mam – raz na górze, raz na dole. Na górze pięknie, jednak pewniej czuję się na dole i mimo wszystko – chętnie na te doły wracam…

 

Krystyna

Takie tam ruiny…

Sobotnie popołudnie, piękna, słoneczna pogoda, w sam raz na wyprawę. Tym razem w górę, może nie za wysoko, ale ja na góry lubię patrzeć z dołu, wchodzić nie za bardzo. Ale to była nie lada atrakcja i gratka.
Ruiny Grevenburg niemal codziennie oglądałam z dołu, z perspektywy auta, i zawsze sobie obiecywałam, że kiedyś tam wlezę – i słowo ciałem się stało.

Tak ruiny wyglądają w dzień, w nocy są przepięknie podświetlone.
No to Kryśka dawaj…
…w górę i w górę. Przy okazji obserwowałam, jak zbiera się winogrona z takich stromych zboczy. Żadnych maszyn, niewielki traktorek wciąga linę z pojemnikiem pełnym ręcznie ścinanych kiści.
Pierwsza atrakcja, pierwszy krótki odpoczynek.
Nie ma totamto, widoki wspaniałe, ale tych winorośli nie chciałabym tak uprawiać, jest naprawdę stromo.
Jeszcze trochę w górę…
…i oczom ukazał się ten widok!
Ruiny Grevenburg – twierdza powstała około 1350 roku, w 1734 roku wysadzona przez Francuzów.
Selfi musi być, a jakże.

Armata niby, ale jakaś nieproporcjonalna…
I dla tego widoku warto było tu wleźć…
Droga w górę była trudniejsza ale krótsza, było więcej schodów, w dół serpentynami… Trasa chyba z dziesięć razy dłuższa, ale równie piękna.
Zachowały się skały – fundamenty niegdysiejszej świetności.
I już na dole. Brama za którą jest most na Mozeli, niezwykle malownicza. Ino że most jest w ciągłym remoncie…
Traben, też piękne.

I to by było na tyle. Czy nie nudzą Was te moje zdjęcia?
Podobają się? Mam jeszcze relację z farmy strusi…

 

Krystyna

Kolejny rok…

Znowu muszę się przyzwyczaić do faktu, że suma przeżytych lat podniosła się o rok.
Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali, bo na fb daty nie ma.
Dziękuję Mamie, cioci, wujkowi, bratu, bratowej, Gabrysi, Kasi, Zosi, Karinie, Ewie, Jarkowi, Pawłowi.
Mężowi i synom.
DZIĘKUJĘ, ŻE WAS MAM.
Dziękuję tym, którzy teraz, czytając te słowa powiedzą – o matko, zapomniałam… Tak, tak, będą tacy, mnie też się tak zdarza.

Dziękuję moim niemieckim przyjaciołom.
Dziękuję mojemu podopiecznemu, który z tej okazji zaprosił mnie do restauracji na obiad. Jakże by inaczej, tyle, że dziś nie pole golfowe a korty tenisowe. Właścicielem restauracji jest od kilkudziesięcioleci przyjaciel rodziny, Włoch z pochodzenia – Sereno Giuseppe.
Kiedy dowiedział się z jakiej okazji tam jesteśmy, po obiedzie, na koszt firmy, dostaliśmy kawę i lody. A potem…
Potem Sereno wyjął z wazonu purpurowe róże, zwinął w sreberko i złożył mi życzenia.

Po obiedzie zwiedzanie Bernkastel.
Ci, którzy w tych rejonach mieszkają, nie jestem pewna, że są do końca świadomi, w jak pięknym miejscu przyszło im żyć. Zrobiłam dziś około stu pięćdziesięciu zdjęć, chciałam wybrać kilka, nie dało się, wybrałam kilkanaście. Resztę z bólem serca zostawiam tylko dla siebie.

Popatrzcie i zachwycajcie się ze mną.

Na drugim piętrze, między oknami, czai się drewniany, czarno-biały kot, a na pierwszym…
…a na pierwszym siedzi podglądacz z lornetą! Też drewniany.
Skrzynka na pocztę, reklamy. TEŻ CHCĘ TAKĄ!!!
Wszędzie podglądacze. Przed takimi nic się nie ukryje.
Cóż powiedzieć? Ładnie no.
Za mną miśki żrą brązowe winogrona. Z brązu, no.

Podziwiałam detale, estetykę i czystość.
Kościół katolicki. Można bez kapiącego złota i przepychu? Można.

Przeczytałam dziś na którymś z szyldów, że wino i przyjaciele, im starsi tym lepsi.
Gabi z kolei przypomniała mi moją osiemnastkę, którą świętowałyśmy we dwie, czterdzieści (nie wierzę!) lat temu. Młodziutkie, zagubione, rzucone w wielki świat innego miasta, znalazłyśmy malutki lokalik, idealny dla nas, z cichuteńką muzyką, nazywał się Pizzeria.
Nie wiedziałyśmy co to jest, weszłyśmy do środka i na zawsze zakochałyśmy się w smaku dobrej pizzy. Pierwsza pizza, pierwsza lampka czerwonego wina. I na zawsze w pamięci tamten dzień.
Gabrysiu, nawet nie wiesz, ile dziś ta nasza rozmowa dla mnie znaczyła.
Wózki, rollatory, pampersy – nieważne. Co czterdzieści lat, będziemy chodzić na pizzę i czerwone wino.
Hej!

Krystyna

A w górach już jesień…

Pamiętacie moją migdałową aleję? Piękne, różowe kwiaty i potem zawiązki owoców. Z czasem owoce dojrzały, zrobiły się podobne do moreli.

To zdjęcie zrobiłam 18-go sierpnia. Jeszcze twarde, omszałe owoce, jakby morele, ale z wyraźną linią pękania.
Po dziesięciu dniach dojrzewające migdały wyglądały już tak:
Już, już chcą wypadać, ale jeszcze nie pora…

Teraz na potęgę pękają i mam trochę tego smakołyku.

Tak wyglądają migdały zebrane pod drzewem 20-go września. Żółta skóra jest miękka, łatwo ją rozłamać na pół i wydobyć pestki. Trzeba je podsuszyć a potem dobrać się do wnętrza, czy ktoś ma pomysł – JAK?

Czy ktoś może mnie uświadomić, jak dostać się do środka? Jak je rozmigdalić? Bo ja już nie mam pomysłu a młotek to chyba zagłada…

Migdały to jedna sprawa a winogrona to druga. Było tak:

Jedne z ostatnich wiszących jeszcze winogron, myślę, że nie długo nacieszą oko.
Dacie wiarę, że minuta (MINUTA!) pracy tej żółtej maszyny zbierającej winogrona kosztuje 6 e (słownie: sześć euro)?
I tyle po winogronach zostało… Fakt, wyjątkowo słoneczne i suche lato sprawiło, że winogrona są słodkie jak miód! Będzie wspaniały riesling.
Urzekło mnie to miejsce –
– popatrzcie na szczegóły!

A swoją drogą niestety już prawie jesień, i tak mi się skojarzyło…
W górach już jesień…

 

Krystyna

Na wulkanie…

Zaliczyłam dziś wspaniałą wyprawę szlakiem wygasłych wulkanów na terenie płaskowyżu Eifel w niemieckiej Nadrenii, sprzed 12-tu tysięcy lat. Podziwiałam trzy: największe jezioro stworzył wygasły wulkan Pulvermaar, Weinfelder Maar i Totenmaar.

Jezioro powstałe w kraterze kalderowym wulkanu Pulvermaar. Przepiękne!
Również Pulvermaar.
Mimo, że ogólnie pogoda dopisała, takie 30st. C, to tam, przy wodzie, było chłodniej. Wiał wietrzyk, więc nawet słońce nie było takie nachalne.
Trzymam w ręku kamień wulkaniczny, leciutki, więc chyba to pumeks.
Skały wulkaniczne. Korzenie drzew szukają miejsc między kamieniami, niektóre drzewa są tak skarlałe, że wyglądają jak bonsai.

Do następnych jezior powulkanicznych prowadziła malownicza droga urokliwymi, niemieckimi wioskami.

Miejscowość Schalkenmeren. Wierzcie mi, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca…
Takie perełki też są. Mają swój urok.
To drugie w kolejności widziane przeze mnie jezioro w kraterze wulkanu Weinfelder Maar. I chyba najpiękniejsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić…
Malownicza ścieżka prowadziła do wieży Dronket. Została zbudowana w 1902 roku na wysokości 560 metrów n.p.m. Ma 11 metrów wysokości. Jako materiał do jej budowy posłużyły wulkaniczne bloki bazaltowe, co jest dowodem na to, że wulkany w Eifel były kiedyś aktywne. Wieża ma podstawę sześciokąta.
Z wieży Dronket rozpościera się widok zapierający dech. To trzeci zaliczony wygasły wulkan – Totenmaar. No bajka po prostu…
Po drodze minęliśmy przepiękny kościół, zwany Kirche ohne Dorf – czyli kościół bez wsi, przy którym znajduje się niewielki cmentarz. Całkiem współczesny. Czapeczka i pejcz świadczą chyba o tym, że gość lubił konie i wyścigi…
Kozy i osiołki żyją sobie w naturalnych warunkach. Jest bardzo sucho i doprawdy nie wiem, co one tam skubały…

To by było na tyle.  I tak jakoś skojarzyło mi się to dzisiejsze podziwianie piękna z piosenką Marka Grechuty. Posłuchajcie ze mną…

Zastrzegam prawa autorskie do zdjęć.

Krystyna