A dlaczego nie???

– Zawsze miałam ochotę spędzić święta inaczej, tak na wariackich papierach – powiedziała mi Gabrysia, kiedy świętowałyśmy czterdziestą rocznicę zjedzenia pierwszej w życiu pizzy, jedząc pizzę .
Żadna następna nie smakowała tak, jak ta pierwsza.
– Jak kraść to miliony, jak kochać to księcia, jak spaść to z wysokiego konia – dodała z uśmiechem rozkładając ręce.
Nie do końca skumkałam o jakim upadku mówi, bo konia nie ma, swojego księcia ma od trzydziestu kilku lat a kraść nie musi i jestem przekonana, że nawet nie umie.

– Mówiłam ci, że lecimy do Singapuru?
A więc to jest ten wysoki koń!
Czekałam, aż mi wyjaśni co z tym Singapurem i okazało się, że zamierzają spędzić tam święta Bożego Narodzenia.
– Ja już trzy lata dziecka nie widziałam…
Syn Gabrysi i Franka mieszka i pracuje na stałe w Sydney i żeby było mniej więcej sprawiedliwie zaplanowali spotkać się w połowie drogi – właśnie w Singapurze.
Jak postanowili tak zrobili, spakowali się i zamiast gotować kapuchę z grzybami, zamiast paprać się z karpiami – polecieli na spotkanie z synem, by spędzić świąteczne wakacje w ciepłych krajach.

– Kurde, a co z Wigilią, Gabi!? – wyszła ze mnie śmieszna, konserwatywna tradycjonalistka.
– Wigilia zastanie nas na lotnisku w Kuala Lumpur, barszcz wezmę w tytce a rybę jakąś kupimy – uśmiechnęła się puszczając mi oczko.

Faktycznie, na kolację wigilijną jedli rybę z frytkami popijając barszczem z torebki.
Da się? Da. Zamierzam to samo zrobić w przyszłym roku, jak dożyję. Tylko nie w ciepłych krajach a w domu…

Zapytałam ją nieco zgryźliwie, co poczuła, wychodząc z samolotu na Okęciu w sam środek paskudnej, mokrej zimy a mając w pamięci to, co zostawiła wsiadając do niego – słońce, plaże, palmy, krótkie rękawki i gatki, sandałki.
– Pierwsza reakcja to wsiąść z powrotem i wracać – zaczęła się śmiać.

Po kilku dniach spędzonych w Singapurze, polecieli do Kuala Lumpur, do Malezji.
– Mam ci tyle do opowiadania!

Langkawi w Malezji.

Na gorąco powiedziała tylko, że tak pięknego lotniska, tak usłużnej, cudownej obsługi lotniska nie widziała nigdzie dotąd.
– Masz pojęcie, że cały hol jest wyłożony beżową wykładziną dywanową w czerwono-czarne wzorki? I jest czyściusieńko! Zobacz zdjęcia!

– Próbowałaś duriana? – zapytałam.
– Jadłam. Ale dupy nie urywa.
Ha, ha, ha… Oglądałam kiedyś program, częstowali ludzi tym owocem i wielu z nich po prostu puszczało pawia. Wiem, że zapach, a raczej smród przypomina połączenie rozkładającego się mięsa i starego sera pleśniowego. I że można ten smak albo uwielbiać, albo nienawidzić. Gabrysia spróbowała, ale amatorką nie zostanie, mało tego, jest najdroższym owocem na malezyjskim targowisku.

Durian – jaki drogi taki smrodlawy.
Porcyjka duriana do spróbowania. Wygląda jak lody, albo banan!

– Ty! Mam dla ciebie temat na bloga. Coś ci opowiem – powiedziała tajemniczo, a ja wysłucham z dziką rozkoszą.

Krystyna

Zdjęcia objęte prawami autorskimi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *