Ała…

Jakby chciał pałą walnąć. Nawet tu musi być wielki…

Nareszcie. Po trzech latach czekania nadszedł ten wiekopomny dzień, kiedy ogromne torbiszcza zostały spakowane i zawiezione do sanatorium. Wraz z nami, oczywiście.
Szaleństwo rejestracji, płacz, że trójka a nie dwójka, pielęgniarka, lekarz, zabiegi.
Wszystko nowe, nieznane, ostatecznie po raz pierwszy w życiu staraliśmy się o sanatorium licząc na cud wyzdrowienia.
Jakaż byłam dumna ze swojej przezorności, że zadzwoniłam i zarezerwowałam pokój dwuosobowy zaraz po otrzymaniu skierowania, bo wczoraj mogłoby się okazać, że przez trzy tygodnie pomieszkiwalibyśmy we trójkę – mój mąż, ja i ktoś jeszcze.

Od dziś zaczęliśmy zabiegi.
Cztery dziennie, po jednym w soboty.
Kiedy potrzebowałam konkretnej rehabilitacji tych trzy lata temu, bolał mnie kark i kręgosłup, teraz bardziej dokuczają kolana. Problemem zawsze były schody, szczególnie marsz w dół, bo wtedy bolały bardziej niż chodzenie schodami do góry.
Lekarz prowadzący zalecił morze, skierowanie przyszło w góry.
Na miejscu okazało się, że z miejsca zakwaterowania do zabiegowni trzeba schodzić schodami w dół… Jest ich dobrze ponad sto. Kiedy to zostało mi uświadomione nieco pociemniało mi w oczach.
Liczę szybko – sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę na zabiegi, sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę wychodząc czy na spacer czy do centrum. Ciemność widzę…

No to dziś były te pierwsze zabiegi, masaż mechaniczny – super, ćwiczenia ogólnousprawniające – super, godzinka czasu i na zajęcia na basenie solankowym. Wiadomo, woda mój żywioł!
Czekając na basen poczułam pragnienie, wyjęłam więc mineralną gazowaną, bo taką lubię. Delikatnie odkręcałam korek i jak nie piźnie! Przecież nie ruszałam butelką do tego stopnia,żeby musiała zalać mnie, sąsiadkę obok, wszystkie moje rzeczy, kanapę i podłogę. Przecież tej wody nie mogło tyle być! Sorry!
Sąsiadka zaraz się zmyła, a ja miałam tyle czasu, że dżinsy, kanapa i podłoga zdążyły wyschnąć.
Kiedy nadszedł czas basenowy, odbiłam się plastikowym zegarkiem, poznałam trenera i poszłam do szatni się przebierać. Znów zegarkiem otworzyłam sobie szafkę, i wyciągam po kolei z torby długie legginsy do gimnastyki, białe skarpetki, krótkie legginsy do ultrafonoforezy kolan, tenisówki, duży ręcznik, żabkę do włosów, resztę gazowanej mineralki, klapki basenowe… Przekładam to wszystko jeszcze raz i stwierdzam ze wstydem brak stroju kąpielowego. Inne panie ciach, pościągały ciuchy i bez przebierania stoją w kąpielówkach a ja jak ten debil kolejny raz rozgrzebuję swoje rzeczy.
Nie ma, no nie ma!
Wrzuciłam to wszystko w nerwach w torbę i przeprosiłam trenera (przesympatyczny, młody człowiek z ogonkiem na czubku ogolonej głowy), że dziś nic z tego nie będzie. Zapytał dlaczego, ze wstydem przyznałam, że zapomniałam kostiumu kąpielowego, on że nic straconego, mam pójść po kostium i wejdę z następną grupą…
Gwiazdy zobaczyłam… Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół… Zagrałam bohaterkę i powiedziałam, że super, że ok, lecę.

No tak, ale okazało się to trudniejsze logistycznie niż myślałam.
W szatni wisimy z mężem na jednym haku, żeton ma on, a on też na zabiegach bóg jeden wie gdzie, a tu sześć pięter i mrowie ludzi. Jakby było mało, w kieszeni kurtki jego, nie mojej, spoczywa klucz do pokoju.
Skruszona poprosiłam w szatni pana szatniarza o pomoc, powiedział, że szczęście, że mamy razem, bo pojedynczej kurtki męża by mi nie wydał. Dobrze, że zapamiętałam numerek, dobrze, że pan zechciał sięgnąć do mężowej kieszeni po klucz od pokoju.
Byłam naprawdę bardzo wdzięczna, podziękowałam i w drogę…
Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół.
Wróciłam zgrzana. zziajana, ale żywa. Dałam radę.
Po basenie ledwo zdążyliśmy na obiad a byłam głodna jak wilk!

Po obiedzie mąż zapytał, czy idziemy na grzane winko, a ja już wiedziałam, tylko sto dziesięć stopni w dół, sto dziesięć w górę…
Poszliśmy.

Cd. nastąpi.

Krystyna

2 myśli na temat “Ała…”

  1. Witaj, Krysiu.

    Fajnie, że wypoczywacie, cieszę się.
    Można powiedzieć, że tymi schodami w górę i w dół dał Wam dodatkowy zabieg – zaprawę wysokogórską. I to bez dopłaty :).
    Żarty, żartami, ale jeśli ktoś ma problemy ze stawami, to nie zazdroszczę.
    Mnie w życiu zdarzył się tylko jeden przypadek, w którym uwzględniono prośbę odnośnie miejsca sanatoryjnego pobytu, i to tylko dlatego, że zwróciłem wniosek.
    Mam wrażenie, że te zapytania o chęć wyjazdu w dane miejsce są dodatkowym żartem, w stylu : “A nie pojedziesz tam gdzie chcesz. I co nam zrobisz ?
    Tak czy siak – udanego pobytu, odrobiny relaksu, uśmiechu i poprawy zdrowia Wam życzę.

    Pozdróweczki 🙂

    1. Dziękuję!
      Sama chciałabym wiedzieć, na jakiej zasadzie są podejmowane decyzje, co do miejsca wyjazdu. Czasem mam wrażenie, że na złość, tak jak napisałeś wyżej. Skoro lekarz pierwszego kontaktu, który zna cię najlepiej od strony zdrowotnej i wie, że od wieków leczysz nadciśnienie i masz problemy z np. kolanami, nie wysłałby cię w góry!
      Ale cóż, orzecznik NFZ-tu, tak jak i ZUS-u wiedzą lepiej!
      Do tych schodów już się przyzwyczaiłam, jestem w miarę sprawna, ale widzę, jak ludzie idą na raty, jak przystają przy barierkach i nabierają tchu. Do budynku docierają mokrzy, spoceni i zmordowani.
      Z pewnością są wdzięczni NFZ-towi za dodatkową terapię i atrakcje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *