A w górach już jesień…

Pamiętacie moją migdałową aleję? Piękne, różowe kwiaty i potem zawiązki owoców. Z czasem owoce dojrzały, zrobiły się podobne do moreli.

To zdjęcie zrobiłam 18-go sierpnia. Jeszcze twarde, omszałe owoce, jakby morele, ale z wyraźną linią pękania.
Po dziesięciu dniach dojrzewające migdały wyglądały już tak:
Już, już chcą wypadać, ale jeszcze nie pora…

Teraz na potęgę pękają i mam trochę tego smakołyku.

Tak wyglądają migdały zebrane pod drzewem 20-go września. Żółta skóra jest miękka, łatwo ją rozłamać na pół i wydobyć pestki. Trzeba je podsuszyć a potem dobrać się do wnętrza, czy ktoś ma pomysł – JAK?

Czy ktoś może mnie uświadomić, jak dostać się do środka? Jak je rozmigdalić? Bo ja już nie mam pomysłu a młotek to chyba zagłada…

Migdały to jedna sprawa a winogrona to druga. Było tak:

Jedne z ostatnich wiszących jeszcze winogron, myślę, że nie długo nacieszą oko.
Dacie wiarę, że minuta (MINUTA!) pracy tej żółtej maszyny zbierającej winogrona kosztuje 6 e (słownie: sześć euro)?
I tyle po winogronach zostało… Fakt, wyjątkowo słoneczne i suche lato sprawiło, że winogrona są słodkie jak miód! Będzie wspaniały riesling.
Urzekło mnie to miejsce –
– popatrzcie na szczegóły!

A swoją drogą niestety już prawie jesień, i tak mi się skojarzyło…
W górach już jesień…

 

Krystyna

Na wulkanie…

Zaliczyłam dziś wspaniałą wyprawę szlakiem wygasłych wulkanów na terenie płaskowyżu Eifel w niemieckiej Nadrenii, sprzed 12-tu tysięcy lat. Podziwiałam trzy: największe jezioro stworzył wygasły wulkan Pulvermaar, Weinfelder Maar i Totenmaar.

Jezioro powstałe w kraterze kalderowym wulkanu Pulvermaar. Przepiękne!
Również Pulvermaar.
Mimo, że ogólnie pogoda dopisała, takie 30st. C, to tam, przy wodzie, było chłodniej. Wiał wietrzyk, więc nawet słońce nie było takie nachalne.
Trzymam w ręku kamień wulkaniczny, leciutki, więc chyba to pumeks.
Skały wulkaniczne. Korzenie drzew szukają miejsc między kamieniami, niektóre drzewa są tak skarlałe, że wyglądają jak bonsai.

Do następnych jezior powulkanicznych prowadziła malownicza droga urokliwymi, niemieckimi wioskami.

Miejscowość Schalkenmeren. Wierzcie mi, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca…
Takie perełki też są. Mają swój urok.
To drugie w kolejności widziane przeze mnie jezioro w kraterze wulkanu Weinfelder Maar. I chyba najpiękniejsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić…
Malownicza ścieżka prowadziła do wieży Dronket. Została zbudowana w 1902 roku na wysokości 560 metrów n.p.m. Ma 11 metrów wysokości. Jako materiał do jej budowy posłużyły wulkaniczne bloki bazaltowe, co jest dowodem na to, że wulkany w Eifel były kiedyś aktywne. Wieża ma podstawę sześciokąta.
Z wieży Dronket rozpościera się widok zapierający dech. To trzeci zaliczony wygasły wulkan – Totenmaar. No bajka po prostu…
Po drodze minęliśmy przepiękny kościół, zwany Kirche ohne Dorf – czyli kościół bez wsi, przy którym znajduje się niewielki cmentarz. Całkiem współczesny. Czapeczka i pejcz świadczą chyba o tym, że gość lubił konie i wyścigi…
Kozy i osiołki żyją sobie w naturalnych warunkach. Jest bardzo sucho i doprawdy nie wiem, co one tam skubały…

To by było na tyle.  I tak jakoś skojarzyło mi się to dzisiejsze podziwianie piękna z piosenką Marka Grechuty. Posłuchajcie ze mną…

Zastrzegam prawa autorskie do zdjęć.

Krystyna

Krwiopijca…

Ostatnie 10 sekund przed śmiercią. Niech się cieszy, że mu nóżek i skrzydełek po kolei nie wyrywałam, tylko zrobiłam to humanitarnie.

Jest po dwudziestej drugiej, w domu pachnie świeżo upieczonym jabłecznikiem, mam śliczną cieniowaną włóczkę i próbuję z niej zrobić czapkę – kapelusik.
Mija półtorej godziny robótek i jednak trzeba spać.
W wyrku jeszcze zabawa komórką, a jakże, nabijam punkty w pasjansie. Ponieważ jedynym źródłem światła jest ekran komórki, z daleka słyszę bzzzzzzz…
Cierpliwa jestem, czekam aż franca gdzieś sobie siądzie, ale nie, lata i bzyczy między moimi oczami a ekranem telefonu. Siada z wrednym bzyczeniem koło ucha, walę więc z liścia, mało nowych, progresywnych bryli nie łamię i głuchnę na kilka minut.
Przeżył.
Włączam latarkę w komórce i jasnym snopem szukam go na ścianach pokoju. Gdyby mnie ktoś zobaczył w takiej sytuacji – miałby niezły ubaw, łażę jak nawiedzony inspektor Gadżet z kreskówki i tropię komara.
Niestety nie znajduję. Kładę się więc, rozwalam w łóżku, bo ja normalnie spać nie umiem, tyłek na wierzchu a ręce zwisają po bokach. Już, już zasypiam a tu z daleka słyszę bzzzzz…
Bzzzzzz…
Nie ruszam się, może odleci. Za chwilę czuję, że fuck you u prawej ręki swędzi i puchnie w zgięciu. Potem swędzi przedramię. Nie ma rady, albo przykryję się po uszy i utonę we własnym pocie, albo muszę wstać i go ukatrupić.
Wbrew miłości do stworzeń wszelkich, dużych i małych – wybieram to drugie. Ukatrupić znaczy.
Zapalam wszystkie światła i łażę jak somnambulik. Szukam małego komara w dużym pokoju – śmieszne, nie? Wiem, wiem, też tak macie. Niestety nie znalazłam. Pogasiłam światła i znów się położyłam, ale wiadomo – bzzzzz nie znikło. W pewnym momencie słyszę bzyczenie bardzo blisko, w okolicach twarzy i już nie eksperymentuję, że może wyparował, tylko kiedy nastała cisza włączyłam latarkę w komórce i znów jak ten Gadżet…
Raz mając komara w pokoju pomyślałam, że teraz ja dam mu spokój, napije się do syta tej mojej słodkiej krwi i potem on da spokój mnie.  Jakże się myliłam! Napił się raz, potem drugi i trzeci, na czwarty i kolejne nie czekałam, tylko udało mi się rozgnieść krwiopijcę na białej piżamie. No.
Aha, no to szukam go. Jest! Na ścianie tuż przy mojej głowie. Co robię pierwsze?
Nie, nie, nie łapię za lacia tylko za komórkę i zdjęcie robię, naprawdę. Lać zaraz potem.
Zabiłam gada i wcale mi z tego powodu nie było żal, drodzy miłośnicy zwierząt.

I tyle z niego zostało. Drugi zginął w podobnych okolicznościach i pozie, oszczędzę więc szczegółów.

Niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, wystarczy jednemu, malutkiemu komarkowi zrobić kuku.
Kładę się, po swojemu oczywiście jak samolot, z porozrzucanymi częściami niezamiennymi, niczym tupolew w ruskim hangarze. Kołderka między nogi, na dziobie błogi uśmiech – jest pierwsza w nocy i mogę spać. Już, już Morfeusz przywołuje mnie palcem, podaje mi rękę, taką piękną i wypielęgnowaną, widzę jego przystojną twarz, wyciągam rękę do niego i…
Bzzzz. Bzzzzz. Bzzzzzzzzzzzzzzz.
Nie chcielibyście słyszeć tego, co wyszło z mojej krtani. Znów – albo się przykryć razem z oczami, albo wstać i szukać.
Odezwał się we mnie zew mordu. Przy okazji dostało się bogu ducha winnemu pająkowi, ale po co pcha mi się do oczu jak mendę komara tropię? Hę?
Bzzzzzzzzzzzzzz…
O drugiej miałam wreszcie spokój z komarami.
O trzeciej rozpętała się burza z piorunami, a na tarasie miałam rozwieszone pranie.
Teraz piję trzecią kawę i nawet jabłecznik nie podchodzi tak, jak powinien.

Krystyna

Miło już było…

niebo

Basia pojechała do pracy do Niemiec po podjęciu szybkiej decyzji.
– Nie masz ochoty zarobić? – zapytała ją znajoma i Basia właściwie się nie zastanawiała.
Miała szczęście, bo trafiła na fajnych i życzliwych ludzi, problemem był język, bo go nie znała, ale wszyscy powtarzali, że da radę. No to raz kozie śmierć. I od razu na dwa miesiące.
Dawała radę, niemniej strasznie się męczyła, mózg parował od ciągłego kombinowania z ichnią mową, łatwo więc sobie wyobrazić radość Basi, kiedy pewnego razu usłyszała od mijającej ją ładnej dziewczyny – dzień dobry.
Szczerze mówiąc, Basia nie szukała znajomości, miała wszystko czego jej trzeba było – książki do nauki języka, szydełko do robótek, auto do wypadów na zakupy i zwiedzanie ciekawych miejsc. Uwielbiała zamykać się w swoim ładnym apartamencie i oddawać błogiemu wypoczynkowi po pracy, własne towarzystwo jej zupełnie wystarczało. Jako mieszczuch dużego miasta upajała się spokojem miejsca, ciszą, śpiewem ptaków, obserwacją przepięknego nieba. Chciała zapomnieć o tętniącym życiem mieście, o głośnej muzyce zza ścian, o regularnych alarmach w samochodach, tłumach w sklepach i komunikacji. Po prostu odpoczywała psychicznie.
Niemniej miło i fajnie jest wiedzieć, że w pobliżu jest ktoś, z kim możesz pogadać po swojemu, ktoś, kto może ci czasem w czymś pomóc, ktoś z kim możesz połazić po sklepach.

No i było fajnie, ale krótko.
Zażyłość szybko zaczęła Baśkę męczyć, doszło do tego, że nawet na taras nie miała ochoty wychodzić, żeby nie zostać zauważoną przez koleżankę. Za dużo, za często, niesłownie. Koleżanka spóźniała się na spotkania, bo albo dłużej w pracy musiała zostać, albo zasiedziała się u przyjaciół, którzy raczyli ją alkoholem.

Kiedy w miasteczku zaczęło się lokalne świętowanie, wybrały się obie na spacer popatrzeć.
Wiadomo, Niemcy kochają Wurst, Wein i Bier, kochają muzykę i tańce, są wyluzowani na maksa i mają w nosie, czy ktoś się przygląda, czy komuś się podoba. Po prostu piją i się bawią.
Jakaż to mogła być zabawa dla Baśki, która nic nie rozumiała, czuła się trochę jak zaszczuty pies unikający wzroku ludzi, żeby czasem ktoś o coś nie zapytał, bo ani rozumie, ani powie a tamta podrygiwała w rytm muzyki, ciągle miała na coś ochotę, podczas gdy Baśka była już po kolacji.
Czuła się więc mało komfortowo i chciała wrócić do domu.
– Nie jestem rozrywkowa – powiedziała do swojej towarzyszki i obie, po zrobieniu jeszcze kilku zdjęć, wróciły do swoich domów.

Po kilku dniach ciszy, Basia zadzwoniła do koleżanki, ale ta nie miała dla niej czasu. Po jakimś czasie znów wysłała smsa – z tym samym skutkiem – nie mam czasu.
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że tamta jej unikała, ignorowała, co nawet Baśce było na rękę, pytanie jednak – dlaczego?
Na to pytanie Baśka odpowiedzi nie znalazła. Nie zrobiła nic, co mogłoby tamtą obrazić, urazić, wpędzić w kłopoty a mimo to, tamta usunęła ją ze znajomych na fejsbuku.
Ale to Basię jedynie rozbawiło, bo wydawało się, że ma do czynienie z osobą inteligentną. Teraz mimo że nadal mieszkają niedaleko siebie, od ponad roku wcale się nie widują, to znaczy Basia koleżanki nie widuje, mimo iż często przechodzi pod jej oknami. Jakby się pod ziemię zapadła. A może po prostu jej nie poznaje po jakiejś operacji plastycznej, bo Basia pamięta, że największym jej problemem było pozbycie się brązowych plam starczych z rąk.

PS.
Czasem podkradam słówka i pomysły Klarce Mrozek, jednej z moich ulubionych blogerek. Tak jest i tym razem – nie denerwuj autorki, bo cię opisze. Sto lat, Klarko!

Krystyna

Stein…

Pamiętacie post o kamieniu, który przepowiada pogodę?
Znalazłam taki i u naszych zachodnich sąsiadów, jest jednak nieco bogatszy w prognozowaniu.
Równie śmieszny jak nasz.

Stein trocken – Sonne
kamień suchy – słońce

Stein naß – Regen
kamień mokry – deszcz

Stein weiß – Schnee
kamień biały – śnieg

Stein nicht zu sehen – Nebel
kamienia nie widać – mgła

Stein unter Wasser – Hochwasser
kamień pod wodą – powódź

Stein wackelt – Sturm
kamień się chwieje – burza

Stein fällt runter – Erdbeben
kamień spada – trzęsienie ziemi

Stein verschwommen – 1 Promille
kamień zamazany – 1 promil

Stein doppelt – 2 Promille
kamień podwójny – 2 promile

Stein vierfach- Notruf 112
cztery kamienie – połączenie alarmowe 112

Uśmiechnijcie się!

Krystyna

Odpowiedź: bo nie…

Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego chusteczki higieniczne są tak durnowato składane?
Bez względu na to w którym zakątku świata je kupisz – wszędzie to samo! Żeby wysmarkać nos, wytrzeć ręce czy dziecku buzię, musisz najpierw rozłożyć i poskładać po swojemu – czyli na pół, na ćwierć i jeszcze raz.
DLACZEGO NIE MOŻNA ICH TAK POSKŁADANYCH Z OPAKOWANIA WYJĄĆ???

Krystyna

Darłówko…

Jestem przybita i rozbita czytając coraz to nowe wiadomości o dramacie, który rozegrał się w Darłówku. Serce pęka na milion kawałków – trudno mi sobie nawet wyobrazić koszmar, jaki przeżywają teraz rodzice.
Pojechali z czwórką dzieci na wakacje nad morze a wrócili z jednym, najmłodszym, dwuletnim.

Moja pierwsza myśl – pincet plus pojechało na wakacje. Wredne to, ale tak pomyślałam i nie przepraszam.

Żal mi tych rodziców.
Tragedią jest stracić jedno dziecko, a troje w jednym momencie – słów brak i trudno to nawet nazwać. Nie wiem, jak toczyła się tam ta cała akcja, niemniej efekt kuli śniegowej robi swoje. Czytam, że matki na plaży nie było, bo poszła z najmłodszym sikać, czytam, że ojciec na plaży był i pilnował, że była czerwona flaga, i że jej nie było, że dzieci weszły do wody w miejscu niestrzeżonym przy falochronie, czyli przy tzw. czarnym punkcie. Jak było naprawdę powinien rozstrzygnąć prokurator.
Ale…
Ja też byłam nad morzem z małymi dziećmi.
Dzieci są nieprzewidywalne i dlatego na zmianę z mężem pilnowaliśmy ich jak oka w głowie – albo ja na brzegu a mąż z nimi w wodzie, albo odwrotnie. Nie powiem, było to męczące i człowiek niewiele sam odpoczął, ale to były nasze dzieci, które miały wtedy 9 i 13 lat, czyli tyle, ile te, które teraz opłakujemy.
Duże dzieci? Gówno prawda, to były małe dzieci.
Synowie też chcieli mniej kontroli, zawsze chcieli zrobić jeden krok dalej niż pozwalaliśmy, też powtarzali, że nic im się nie stanie. Oni mówili swoje, a my z mężem swoje.

Ale wiecie co? Ostatnio byliśmy nad morzem w lipcu tego roku i my się nadal pilnujemy, nawet jeśli to zabrzmi śmiesznie. Kąpiemy się tylko w miejscu strzeżonym, nigdy nie przekraczamy boi, choć synowie są dobrymi pływakami.
Kiedy oni są w morzu – staram się nie tracić ich z oczu, choć teraz już bardziej z przyjemności i dumy niż z obawy. Kiedy ja wchodzę – oni patrzą na mnie, choć teraz ja się buntuję, żeby dali se siana.
I dlatego kochamy morze, wracamy zawsze z przyjemnością i w komplecie.

Rodzice tragicznie zmarłych dzieci odsuwają od siebie odpowiedzialność za ich śmierć. Szukają za pośrednictwem adwokata kozłów ofiarnych, choć myślę, że nikt z nich odpowiedzialności nie zdejmie. Odpowiedzą za swoją niefrasobliwość przed sądem.
I choć jest mi ich żal i staram się ich zrozumieć, to jednak równie żal mi ratowników, bo to na nich skupi się nagonka, bo będą musieli udowadniać, że nie są wielbłądami.

Moim synom dziękuję, że byli posłuszni, i że jest jak jest. To najlepsi synowie na świecie.

Krystyna

Za a nawet przeciw…

Hanka jest rozżalona. A tam rozżalona, wkurzona i rozgoryczona. Podczas rozmowy, w której psioczy na masonów, Żydów i cyklistów – pytam, co jej tak burzy krew.
– Wszystko – odpowiada – wszystko.
Mówi, jakby trochę z zażenowaniem, że głosowała na PiS, a teraz jej wstyd i żałuje.
PiS nigdy nie był moją partią i nigdy tego nie ukrywałam, brak w niej tolerancji, panuje dupolizusostwo i bezwzględne poddaństwo. Jej hasłem jest absolutyzm – poddaństwo i władza za wszelką cenę – poświęcą wszystko dla władzy i dlatego nie moja to bajka.
Dlaczego Hanka głosowała na tą partię? A bo chciała dobrze dla wnuków i synowych, by te mogły wcześniej na emeryturę przejść.
– No to masz to, co chciałaś, co cię tak buzuje? – pytam.

I tu Hanka nie wytrzymała!
– Bo za dużo tych pieniędzy rozdają, nie wszystkim się należy a tym, co by się należało nie dają…
I tu nastąpił słowotok. Że bogaci, którzy opływają w dobrobycie dostają kasę, że miało być na pierwsze dziecko a jej synowa nie dostaje, że nie powinni wszystkim, bez względu na dochody rozdawać. I powiedziała coś jeszcze, co mnie zastanowiło: jak ja swoją Gosię wychowywałam, to mi nikt niczego nie dał, musiałam pazurami swoje wyrywać…
O tak, Haniu, tu się z tobą zgadzam. Pamiętam czasy, kiedy nadchodzący wrzesień spędzał sen z powiek, moja dwójka też chodziła do szkoły naście lat temu i wiem, jaki to był horror, żeby we wszystko, w tym podręczniki, które zawsze były horrendalnie drogie – wyposażyć. Zęby w ścianę i zażalenie do pana boga, w którego zresztą nie wierzę.
Teraz na wyprawkę do szkoły dzieci dostają dodatkowo po 300 zł i to bez względu na dochody. Kiedyś zasiłek rodzinny obliczany był co do grosza.
Szczerze? To teraz mi już wisi jak kilo kitu ile kto dostaje. Dzięki zaradności jakoś udało mi się wychować swoich synów na wspaniałych, serdecznych ludzi, nie dostawałam żadnych pieniędzy od państwa, miałam tyle ile zarobiłam. Ale może powinnam pójść do sądu po zadośćuczynienie? Po to, czego ja nie dostawałam – 500 x 18 lat i x 2, bo mam dwoje dzieci a studia i tak trwają dłużej? Sorki, pierwsze dziecko nie dostaje…
Czy naprawdę nie powinno być żadnych kryteriów? Dla posłów, których dochód przekracza 10 tys też nie? Dla pani prezes klubu piłkarskiego z kilkorgiem dzieci i pensją dużo, dużo wyższą? To nie jest w porządku.

Ok, nie ciągnę tematu, bo to nudne.
Wiem jedno, dobrze już było.

Jednak moja Jo powiedziała mi niedawno mniej więcej tak:
– Krysiu, mam jedno życie i nie obchodzi mnie polityka! Chcę iść na emeryturę mając 60 lat, bo jestem już bardzo zmęczona! I zagłosuję na PiS choć ich nie cierpię, bo oni mi to zagwarantują!

Nic dodać nic ująć, Trudno się z tym nie zgodzić, ale trudno się z tym pogodzić.
A wycinki Białowieży nie wybaczę nigdy. I skoku na sądy. I wielu innych rzeczy.

Krystyna

Lepiej późno niż wcale…

Podobno na naukę nigdy nie jest za późno.
Tym razem padło na drożdże, których unikałam jak ognia po tym, jak moje ciasto drożdżowe z własnoręcznie zbieranymi jagodami, okupione bólem krzyża i kolan, żałobą za paznokciami przez kilka dni – wyrosło na wysokość jagód. Wtedy powiedziałam sobie – nigdy więcej.
Minęło jednak powiedzmy ~dzieścia lat i spróbowałam ponownie.
Tym razem, jako dojrzała kuchara, która wykarmiła bardzo dojrzałych już synów, i którym zawsze mamine obiady i wypieki smakowały – sięgnęłam po drożdże ponownie.
Po prostu miałam śliwki, z którymi trzeba było coś zrobić.
Raz więc kozie śmierć, podeszłam do tego problemu nadzwyczaj profesjonalnie, na wadze niemal laboratoryjnej.
Udało się!
Ciasto drożdżowe ze śliwkami – pół na pół węgierki z mirabelkami – udało się znakomicie, zniknęło zanim zdążyłam sfotografować.
Skoro wyszło jedno, powinno wyjść i drugie – pizza.
No ba. Jak na starą wygę (wayginę?) przystało, już mniej laboratoryjnie, bardziej na wyczucie, wzięłam drożdże, ciepłą wodę, szczyptę soli, cukier, dodałam szczyptę aromatycznych, suchych ziół i (oszczędzę detali) wyrobiłam ciasto.
Zrobiło się go na dwa razy, połowę włożyłam do lodówki na zaś.
Na wierzch wiadomo, sos pomidorowy, pieczarki, cebula, salami, ogórek. I oregano. I tarty ser.
Matko, co za zapach poszedł z pieca…

Pizza wyszła cieniutka, brzegi wyrośnięte u chrupiące. Jednym słowem niemal doskonała nie chwaląc się.
Smacznego!

Połowa ciasta poszła do lodówki na zaś. Tyle, że głupie rośnie w tym foliowym worku jak… na drożdżach 🙂

 

Krystyna