Ani normalnie, ani śmiesznie…

Wczoraj, w jednym z wywiadów premier Morawiecki powiedział, że kryzys gospodarczy dopiero się zaczyna, jednym słowem dał do zrozumienia, że obrzydliwa propaganda sukcesu to bajka, którą napisali dla osiągnięcia sukcesu, który osiągnęli.
Po trupach, ale osiągnęli.

Nie potrafię nie odnieść się do tego wszystkiego, co teraz się dzieje na naszych oczach.

Kiedyś, dawno temu, usłyszałam z czyichś ust: obyś żył w ciekawych czasach. Przekleństwo?

Niektórzy ganią mnie za oglądanie telewizji, za śledzenie wszystkiego tego, co się w kraju dzieje. Twierdzą, że polityki mają po kokardki, że odcięli się od niej i są zdrowsi, tym bardziej, że zdają sobie sprawę z tego, że i tak głową muru nie przebiją. Niby tak, racja, ale ja nie umiem.
Nie umiem pogodzić się z tym, co zrobiono z sądami i ich niezawisłością.
Nie umiem pogodzić się z nietolerancją do tego stopnia, że za nic nie otworzę mojego pięknego, tęczowego parasola, którego kupiłam w jednym z marketów, bo był duży i ładny. Wożę go w aucie, ale czy wykorzystam w czasie deszczu? Chyba się boję. Zresztą dojdzie niedługo do tego, że naślą prokuratora (najlepiej generalnego – on kocha zemsty) na prawdziwą tęczę, która zaświeci po deszczu i albo ją aresztują, albo wytoczą proces. I to, cholera, wcale nie jest śmieszne.
Nie umiem pogodzić się z tym, co dzieje się w kościele. Papież Franciszek swoje, a nasi lawendowi władcy swoje. Oni naprawdę głoszą naukę Chrystusa? Czy rząd i ich część elektoratu to naprawdę katolicy? Ludzie dobrzy, wybaczający, prawi i sprawiedliwi?
Wkurza mnie dyskutowanie o gender. No tak, to takie intrygujące, podniecające, mądrze brzmiące słowo, bo i o czym by dyskutowali, gdyby powiedzieli “płeć”? A przecież, gdyby ci wszyscy mędrcy od siedmiu boleści, profesorowie z kupionym u Rydzyka tytułem choć spróbowali pomyśleć – wiedzieliby, że gender i sex – to to samo, że to po prostu znaczy PŁEĆ.
Niedobrze mi się robi, kiedy przez pomyłkę włączy mi się TVP info. Sam Kurski powiedział, że bez jego pomocy Duda przegrałby miażdżąco, a sam Kurski, w moim przekonaniu, nie zasługuje na podanie mu ręki. Te dwa unieważnienia małżeństw ze wspólną piątką dzieci to majstersztyk zasługujący na wieczne potępienie.
Wkurza mnie fanatyczna grupa głupców Ordo Iuris, za wszystko co robią i mówią. Coś ostatnio Kaja Godek zniknęła, po tym, jak potraktowano ją w Izbie Przyjęć jak pacjentkę a nie ja VIP-a.
Ciśnienie niebezpiecznie podnosi mi się, kiedy słyszę z ust tego, co wszystko czego tknie obraca w popiół a jego radosna twórczość kosztuje nas, podatników setkę milionów, ministra od spraw aktywów – cokolwiek to znaczy – Sasina, że cyt: kościoła trzeba słuchać, czy się to komuś podoba czy nie.

I tak mogłabym wyliczać, wyliczać i wyliczać, bo co o czymś pomyślę, to się okazuje, że macki małej, obleśnej kreatury sięgnęły i tam.
Mimo, że według władz jesteśmy najlepsi, najgospodarniejsi, najmądrzejsi i w ogóle cały świat powinien brać z nas przykład, bo za chwilę będziemy najbogatsi z bogatych – to jednak mój skromny chłopski rozum podpowiada mi, że te podziały, ta dyskryminacja do niczego dobrego nie doprowadzi.

Hitler eksterminował Żydów. Ameryka do dziś ma problem z Czarnoskórymi, Indian już prawie nie ma.
U nas zaczyna się to samo tworząc strefy wolne od LGBT. Co to znaczy – nie wiem, zakaz wchodzenia do restauracji, kina czy autobusu?

Na razie prawdziwi chrześcijanie, bogobojni katolicy, wyznawcy jedynej słusznej religii pisanej piórem (może długopisem) PiS nienawidzą osoby o nie ich orientacji seksualnej, ale za chwilę mogą tworzyć strefy wolne od za wysokich, od kalekich, od kobiet.
Strefy wolne od chorych umysłowo. Od nieurodziwych. Od niepisowców.

Nie podoba mi się to wszystko, bo nie pozwalam, ażeby ktoś narzucał mi swój tok myślenia. Nie pozwalam, żeby ktoś robił ze mnie, z ciebie, z nas idiotów. Cały czas pamiętam słowa klasyka skurwysyństwa: ciemny lud to kupi. Nie kupi, bo nie ciemny a bardziej światły, mądrzejszy, inteligentniejszy, uczciwszy i lepszy od osiemdziesięciu procent rządu. I niemal wiem, czemu tak jest!
Polak to taki typ człowieka, że jak nie ma z kim walczyć, nie ma wroga – to go szuka! Nawet jeśli szuka go wśród swoich, bo jeśli chce na kogoś haka znaleźć – to znajdzie. Jak nie znajdzie – to spreparuje.

A wszystko zaczęło się od dramatu, od katastrofy smoleńskiej.
To wtedy wypłynęły męty najgorszego kalibru, nawiedzeni, niezdrowi na umyśle, nienawistni, cyniczni i głupkowaci, odziani w białe szaty i skrzydła anielskie. Aureole i poczucie nieomylności dołożył ciężko myślący elektorat.

 

Krystyna

Satysfakcja…

Jakże wiele radości daje mi nie tyle moje pisanie, co świadomość, że ktoś te moje wypociny czyta. Miałam i mam chwile zwątpienia, bo własna domena kosztuje a, żeby było jasne, na blogu nie zarabiam.
Choćby z szacunku dla Was, żeby nie było na nim reklam. Ja też ich nie znoszę.

Blog się zmienia tak samo, jak zmienia się życie.
Raz jest lepiej, raz gorzej. Są wzloty i są upadki.

Dziękuję moim przyjaciołom – Gabi, Jo, Jarząbkowi, Małgosi M., Kasi N., Zosi, Elżbiecie S., Ewie – to Wy jesteście tymi, bez których nie wyobrażam sobie życia.
To właściwie nie do pojęcia, ale z dwoma z wymienionych osób sikałam razem do piasku (oczywiście to przenośnia, przez którą chciałam zaznaczyć znajomość niemal od pieluchy) i nie jest ważne miejsce zamieszkania. Nie jest ważne, że nie jest to kontakt codzienny i wiszenie godzinami na telefonie. Nie.
Ale wiem, że są, wiem, że zawsze mogę zadzwonić i usłyszeć znajomy głos, usłyszeć autentyczną radość.
Wiem, że mam na kogo w razie czego liczyć.

Ci, którzy przyjaciół nie mają, nie znają tego poczucia komfortu, że zawsze mogę zadzwonić, zawsze znajdę najlepszą radę, pomoc.
Że mam z kim wyskoczyć na zakupy, na kawę do maka.
Że usłyszę – pakuj się, jedziemy na weekend do hotelu z basenem na miejscu, bo wie, że ja foka jestem.
Że usłyszę – spodziewaj się paczuszki-niespodzianki. Bez okazji.
Że pomoc medyczną mam na wyciągnięcie ręki, ba, zastrzyk w dupsko też od niej dostałam! Teraz bardzo się martwię, bo od marca pracuje w fartuchu do ziemi, maseczce, przyłbicy, rękawiczkach.
Że usłyszę – Krysiu, zostałam babcią bliźniaków.
Że usłyszę – kiedy przyjedziesz? Czekamy na Ciebie.

Kochani, to są momenty, fakty, wspomnienia, których się nie zapomina, które wywołują uśmiech na samą myśl.
Przyjaźni kupić się nie da, na przyjaźń trzeba pracować latami, dekadami, zasłużyć, trzeba coś razem przeżyć, żeby potem z tych przeżyć śmiać się do rozpuku.

Dziękuję Wam, że jesteście. I nadal bądźcie – wyrozumiali, cierpliwi, niezastąpieni.

Przy okazji, dziękuję czytelniczkom i czytelnikom, których nie znam a którzy tu, na bloga zaglądają. Z całego świata, naprawdę. Sama nie mogę uwierzyć, kiedy zaglądam w statystyki i widzę gości z Paragwaju, Japonii czy Mołdawii.
To nie wszystkie adresy, nie jestem w stanie wyłapać i zapisać wszystkich, ale kto może niech się znajdzie.
Całuję was!!!

* * * *

Polska

Malopolskie
31-999 Krakow

Mazowieckie
09-410 Plock

mazowieckie
Wiskitki

Dolnoslaskie
Klodzko

Mazowieckie
Siedlce

Lubelskie
Tomaszow Lubelski

Slaskie
43-374 Wilkowice

Wielkopolskie
64-110 Leszno

Swietokrzyskie
27-610 Sandomierz

Pomorskie
80-855 Gdansk

Wielkopolskie
61-888 Poznan

Dolnoslaskie
54-622 Wroclaw

Mazowieckie
00-867 Warsaw

Łodzkie
Inowłódz

Swietokrzyskie
26-220 Staporkow

Warminsko-mazurskie
11-042 Jonkowo

Slaskie
40-959 Katowice (Piekary)

Wielkopolskie
64-110 Leszno

Lodzkie
97-504 Radomsko

Podlaskie
18-200 Wysokie Mazowieckie

Opolskie
49-306 Brzeg

Mazowieckie
96-505 Sochaczew

Malopolskie
32-503 Pogorzyce

Pomorskie
80-855 Gdansk

Lodzkie
94-413 Lodz

Opolskie
47-208 Kozle

Mazowieckie
05-077 Warsaw

Lubuskie
66-200 Swiebodzin

Lubuskie
66-101 Sulechow

Wielkopolskie
61-897 Poznan

Lodzkie
90-554 Lodz

Lodzkie
91-463 Łódź

Wielkopolskie
64-550 Duszniki

Pomorskie
76-280 Slupsk

Pomorskie
89-650 Czersk

Podkarpackie
37-600 Lubaczow

Pomorskie
80-137 Gdansk

Warminsko-mazurskie
11-042 Jonkowo

Podkarpackie
38-100 Strzyzow

Podkarpackie
35-232 Rzeszow

Malopolskie
33-200 Dabrowa Tarnowska

* * * *

USA

Kansas
66062 Lenexa

Texas
77001 Houston

New York
14201 Buffalo

New York
10116 New York City

New Jersey
07047 North Bergen

New Jersey
07094 Secaucus

West Virginia
25111 Indore

California
95131 San Jose

California
90012 Los Angeles

Virginia
20109 Manassas

Texas
75201 Dallas

Washington
98112 Seattle

Virginia
20109 Manassas

Virginia
20146 Ashburn

Arizona
85260 Scottsdale

Illinois
60290 Chicago

* * * *

Chiny

Jiangxi
330008 Nanchang

Guangdong
518026 Shenzhen

Henan
463000 Zhumadian

Zhejiang
310099 Hangzhou

Shanghai
200020 Shanghai

* * * *

Francja

Hauts-de-France
59100 Roubaix

Ile-de-France
75000 Paris

* * * *

Niemcy

Baden-Wurttemberg
74080 Bockingen

Hessen
65931 Frankfurt am Main

Nordrhein-Westfalen
53115 Bonn

* * * *

Anglia

England
AL1 3XL Saint Albans

England
M1 3LF Manchester

England
WC2N 5RJ London

England
KT13 0TJ Weybridge

* * * *

Ireland

Louth
D15 Drogheda

* * * *

Kanada

Canada
Ontario
L8E 0E5 Hamilton

Quebec
H1A 0A1 Montreal

* * * *

Netherlands
Holandia

Noord-Holland
2037 Haarlem

Noord-HollCity
1000 Amsterdam

Noord-Brabant
5049 Tilburg

* * * *

Ukraina

Kyiv
38131 Kiev

Kharkivska oblast
61115 Kharkiv

* * * *

Rosja
Russian Federation

Moskva
101990 Moscow

Sankt-Peterburg
190990 Saint Petersburg

* * * *

Tajlandia
Thailand

Phra Nakhon Si Ayutthaya
13120 Phra Nakhon Si Ayutthaya

* * * *

Japonia
Japan

Tokyo
214-0021 Tokyo

* * * *

Paragwaj
Paraguay

Concepcion
8700 Concepcion

* * * *

Szwecja
Sweden

Stockholms lan
19587 Stockholm

* * * *

Finlandia
Finland

Uusimaa
00100 Helsinki

* * * *

Turcja
Turkey

Istanbul
37770 Istanbul

* * * *

Moldova

MD-2000 Chisinau

* * * *

Krystyna

Carpe diem…

Jezu, jak ja ich uwielbiałam!
Gwiazdy towarzystwa, w ich obecności nikt nie mógł się nie śmiać. Zdarzało się, że jedno, rzucone gdzieś pod stół ciche słowo powodowało ogólny wybuch wesołości. Ona, Justyna, rudowłosa piękność, dyrektorka dużego biura projektowego i on, Tomek, jakby nie pasujący do Justyny, tyczkowato chudy, nieładny a jednak razem przeżyli ponad trzydzieści lat. Jedyna córka obdarzyła ich dwoma wnukami, w których zakochani byli bez pamięci.
Gwiazdy towarzystwa, towarzystwa które znało się jak łyse konie, miało podobne problemy, spotykało się regularnie z okazji urodzin, rocznic, narodzin, komunii, świąt, z okazji pogody i niepogody.
Towarzystwo które się lubiło do tego stopnia, że wspólnie zwiedzali najciekawsze zakątki świata.
Wszyscy w podobnym wieku i podobnym statusie społecznym, już dorobieni, już zaczynali korzystać z życia, bo część z nich już pogodziła się z emeryturą.
Tomek, jako zawodowy wojskowy na emeryturze był od dawna, ale nie siedział z założonymi rękami, tylko ciągle szukał, gdzie można jeszcze coś dorobić. Zawsze i wszędzie był lubiany, bo był nadwornym śmieszkiem i wesołkiem.

Kiedy w biurowcu, gdzie pracowała Justyna zwolniło się miejsce portiera, Tomek chętnie zawiesił tam kapelusz i znów czarował wszystkich i wszystko. Nawet kwiatki w doniczkach lepiej rosły a rybki w akwarium były jakby żwawsze.
Czarował też Irenkę, sprzątaczkę, która ani urodą, ani intelektem Justynie nie dorastała do pięt.
Czarował on ją, czarowała ona jego i bum! Wyprowadził się do niej i złożył pozew o rozwód.
Justyna bardzo to przeżyła, był to dla niej straszny cios.
– Miałam to dawno już zrobić, wtedy kiedy po raz pierwszy dostałam – płakała, spotkawszy się z wypróbowanymi, starymi przyjaciółmi.
Towarzystwo zrobiło wielkie oczy, bo uchodzili za parę niemal idealną a tu tadam, Tomek-wesołek okazał się być damskim bokserem.

Ciężko było Justynie przejść przez rozwód i rozdział majątku, jednak chciała mieć to jak najszybciej za sobą. Nie wnosiła zastrzeżeń, zobowiązała się do spłaty połowy domu, byle jak najszybciej się wyprowadził.
Ale nie tak szybko. W pewnym momencie Tomek zrozumiał, że traci nie tylko stabilizację, ale również córkę, wnuki i to co lubił najbardziej – wypróbowaną i zgraną gwardię przyjaciół. Niestety stało się jasne, że dla niego i Irenki, ba, nawet tylko dla niego towarzystwo, z którym był związany od ponad dwudziestu lat – już nie istnieje.

Rzutem na taśmę próbował jeszcze coś naprawiać, o coś prosić Justynę, próbował wrócić, ale bezskutecznie. Próbował szantażować samobójstwem, ale po niej już to spływało.

Między nim a Irenką też zaczęły się jakieś niedomówienia, kłótnie z jej dziećmi a na portiernię biuro projektowe zatrudniło mężczyznę z grupą inwalidzką. Bez Justyny, nie będzie mu łatwo znaleźć jakąś sensowną robotę a siedzącego w domu z piwem Irenka nie strawi.

Sąd dał mu trzy miesiące na wyprowadzenie się od Justyny i wcale, ale to wcale nie chce mu się tego zrobić.

Justyna już się przyzwyczaiła do tej sytuacji, uspokoiła i wcale jej z tym dobrze.

Tylko towarzystwo, które przywykło do dowcipu i wygłupów Tomka wciąż nie może w to uwierzyć.

– Czy naprawdę tego chciał? Było mu to potrzebne? Naprawdę chciał w tym wieku spaprać to, na co całe życie z Justyną pracowali? – pytania zadawane w nicość i pozostające bez odpowiedzi.

– A może po prostu potrzebował adrenaliny, przecież zewsząd dudnią, żeby robić sobie dobrze, żeby nie marnować ani chwili życia bo krótkie, żeby czerpać same przyjemności – jakby do siebie, oblizując łyżeczkę z lodów rzuciła Justyna – no to ma co chciał. CARPE DIEM!

Krystyna

Granice empatii…

– O ja pierdziu – zaklęła Rita próbując wstać z podłogi.
Wrogiem okazał się być brzeg dywanu, w który kobieta zahaczyła stopą i straciła równowagę. Kiedy jest się po siedemdziesiątce i po złamaniu nogi w okolicach kostki kilka lat temu się wie, że każde złamanie jest niebezpieczne. Dlatego usiadła i chwilę zastanawiała się co się stało, stwierdziła, że nie biodro a noga boli, ta sama, która wtedy była złamana.
Próbowała wstać, bezskutecznie.
– Ja pierdziu – powtórzyła.
Był piątek, przed Ritą była perspektywa weekendu z bólem a mieszkała sama, więc zdecydowała się zadzwonić na pogotowie, gdzie usłyszała, żeby zadzwonić po transport sanitarny i nawet numer telefonu jej podali. Koordynator transportu odmówił, powiedział że z bólem to Rita może sobie na własną rękę pojechać na pogotowie.
Obolała Rita znów zadzwoniła na pogotowie i powiedziała, że transport odmówił a opuchnięte kolano coraz bardziej boli.
– Mamy swoje procedury, jeździmy tylko do zagrożenia życia a tu takiej sytuacji nie mamy – usłyszała.

Co było robić, Rita wwlokła się na łóżko i postanowiła przeczekać weekend, zresztą może przejdzie.
Nie przeszło.
W poniedziałek, kiedy kolano było już niemal granatowe i wielkie jak piłka, zadzwoniła na pogotowie po raz kolejny i tym razem hura, łaskawie przyjechali. Na widok kolana, z miejsca, bez zbędnych słów zabrali ją do szpitala, gdzie od razu przeszła test na COV19.
Wynik wyszedł negatywny, we wtorek rano Rita trafiła na stół operacyjny, bo okazało się, że kontuzja kolana jest poważniejsza niż początkowo wyglądało.
Po operacji założono jej lekką, plastikową szynę, jakby chciano zadośćuczynić niepotrzebną zwłokę i ból.
W środę na obchodzie ordynator stwierdził, że nie ma sensu dłużej trzymać Rity w szpitalu, leżeć może i u siebie, więc na czwartek zaordynował wypis ze szpitala, co Ritę w zasadzie ucieszyło.

W czwartek, godzinie dziesiątej Rita była spakowana i gotowa do wyjścia ze szpitala, czekała jedynie na transport sanitarny jednej z trzech firm, z którymi szpital miał kontrakt.

O czternastej transportu jeszcze nie było, obiadu też nie a łóżko już zajęte przez kolejną pacjentkę. Co któraś z pań pielęgniarek się pokazywała Rita grzecznie i pokornie pytała – jak długo jeszcze. Dowiadywała się, że ta dopiero zaczyna dyżur i jeszcze nic nie wie, że ta kończy dyżur, że transport wozi pacjentów od godziny dziewiątej do szesnastej i że ma cierpliwie czekać. Była całkowicie unieruchomiona, szyna sięgała od kostki do samej pachwiny, więc siedzenie było mało komfortowe, żeby nie rzec mocno uciążliwe.
Kiedy minęła siedemnasta a ona dalej czekała zażądała, ażeby sprawdzić u źródła, w firmie transportowej, kiedy wreszcie się zjawią. Okazało się, że firma nie miała odnotowanego zlecenia na transport Rity.

O osiemnastej zaczęła szukać transportu sanitarnego na własną rękę, co nie było łatwe, bo o osiemnastej kończą pracę. Nieważne, że koszt takiej przejażdżki kosztuje trzysta dwadzieścia złotych, co przy nauczycielskiej, po trzydziestu latach pracy, emeryturze rzędu tysiąc trzysta sześćdziesiąt złotych polskich jest kwotą bardzo wysoką.
Zasięgnąwszy rady przyjaciółki, Rita poprosiła ordynatora o zaświadczenie, że szpital nie jest w stanie zapewnić jej bezpiecznego transportu po operacji do domu. Dostała je od ręki, bez słowa.

I tak nasza Rita wybłagała w jednej z innych niż te przypisane szpitalowi przewóz.
O dwudziestej pierwszej, po niemal dwunastu godzinach czekania – otwierała drzwi swojego mieszkania i pragnęła tylko jednego: pić.
Dobrze, że choć z kolacją się w szpitalu zlitowali.
Do tej pory jest totalnie unieruchomiona, więc pomieszkuje u syna.

Z całą sympatią do służby zdrowia, czy naprawdę nie dało się wykrzesać odrobiny empatii? Odrobiny dobrej woli? Czy nie było obowiązkiem ażeby dopilnować, by unieruchomiona pacjentka, skoro już wywalają ją ze szpitala, bezpiecznie znalazła się w domu?
Aż taka znieczulica?

Krystyna

I co dalej…

– Nie ma koronawirusa, jest taka piękna pogoda, jest tak gorąco, że koronawirus jest w odwrocie i nie ma się czego bać – słowa rzucane na spędowiskach wyborczych przez najważniejsze osoby w państwie. Tak, faktycznie, zaraza widząc co się u nas w tym bardzo dwuznacznie gorącym okresie dzieje zwinęła się i poszła atakować Ruskich, albo Pepików, albo Niemców. Albo skierowała się całkiem na północ i poszła utopić się w zimnym, choć teraz ciepłym Bałtyku. Z rozpaczy, że tu, nad Wisłą miała pecha się rozwinąć.
Mimo, że prezydent, premier i marszałek sejmu są hura-optymistami a ministra Szumowskiego jakoś ostatnio nie widać i nie komentuje czy jest wirus, czy go nie ma, ja jednak nadal maseczkę noszę i na klatce schodowej, i w windzie, i w sklepach, i wszędzie tam, gdzie spotyka się ludzi. Rękawiczki jednorazowe też, nawet jeśli narażam się na ironiczne uśmiechy.

Wiem swoje, rozmawiam z mądrymi ludźmi i wiem, że jesienią będzie się działo. Dlatego zaopatruję się w tanie teraz maseczki (już nawet po 0,89 zł) i foliowe rękawiczki (teraz po 2, 3 zł za sto szt). Może potem biznes jaki zrobię.
Nie chce mi się komentować polityki, bo nie wierzę w to, co widzę i słyszę. I doprawdy, brzydnie żyć w takim sfiksowanym kraju, chyba również z braku fizycznego kontaktu z przyjaciółmi.
Ucieszyłam się więc, kiedy zadzwoniła Janka.

– Wiesz, mam problem z Gabrysiem.
Zapytałam co się stało jej mężowi, ostatecznie znamy się od wieki wieków i wiem, że Gabryś na zdrowie raczej nigdy nie narzekał.
Okazało się, że Janka zauważyła, że Gabryś w nocy przestaje oddychać, że zdarza się, że na kilka, czasem osiem jej oddechów, spokojnych i długich, on odetchnie raz. Od razu przyszedł jej na myśl bezdech, więc zaciągnęła siłą Gabrysia do lekarza, który bez słowa dał skierowanie do specjalisty od płuc.
– Nie martw się – mówiła przyjaciółka Janki – badanie jest proste, szybkie i bezbolesne, położą go na oddział wieczorem, założą urządzenie do odczytu a rano, o 6.00 już go wypuszczą do domu.

Żeby dostać się do specjalisty Gabryś czekał trzy miesiące, potem specjalista dał skierowanie do szpitala, na którego termin czekał osiem miesięcy, od lipca do marca, a potem w marcu pojawił się, a jakże – koronawirus, więc wszystkie zabiegi zostały odwołane.
Ale w czerwcu ze szpitala zadzwonili, że za trzy dni ma się z piżamką zgłosić na oddział. Ale…
W poniedziałek o 7.00 pacjent miał mieć zrobiony test na koronawirusa a potem miał zostać przewieziony do szpitala specjalistycznego ze skierowania, a więc z jednej nocy zrobiła się doba. Gabryś, który w szpitalach bywał tylko jako odwiedzający miał cykora, między innymi ze strachu przed wirusem, ostatecznie był w grupie ryzyka ze względu na wiek.

Nie ma zmiłuj, spakowanego Gabrysia w poniedziałkowy poranek syn zawiózł na oddział,  drzwi się za nim zamknęły, a kontakt pozostał tylko telefoniczny. Żadnych odwiedzin, dokarmiania.
Faktycznie, rano pobrano wymaz i Janka od godziny 17.00 wydzwaniała, czy mąż ma już wynik wymazu, bo przecież noc miał już spędzić w innym szpitalu na badaniu bezdechu.
Niestety, wynik był dopiero we wtorek po południu, Gabrysiowi koronawirusa udało się uniknąć a więc transport sanitarny zawiózł go do szpitala ze skierowania na badanie bezdechu. Syn załatwił sobie dzień wolny, żeby ojca w środę o 6.00 rano ze szpitala odebrać, żeby nie musiał tłuc się komunikacją miejską. Radość z negatywnego wyniku i rychłego wyjścia ze szpitala zmącił jednak fakt, że w rzeczonym szpitalu sal z aparaturą do badania bezdechu było aż JEDNA a ta była akurat zajęta. Zamiast jednej nocy, Gabryś w szpitalu jest już dwie doby i końca nie widać, a Janka martwiła się i zachodziła w głowę, jak tu jakiegoś jedzenia do szpitala przemycić, bo przecież według niej dwa dni w szpitalu to murowana śmierć głodowa a w najlepszym wypadku podtrucie. I suszyła mu czerep, żeby pamiętał, że w trakcie badania ma spać na plecach, nie na boku, bo tylko wtedy ma te zaniki oddechu.
Jakaż była radość, kiedy wreszcie stało się jasne, że w nocy z środy na czwartek obkleją głowę i wątłe ciało Gabrysia diodami, popodpinają do rur i każą spać.

– Może pan spać obojętnie jak, na bokach też, to dla wyniku nieistotne – powiedziała pani doktor prowadząca a dla faceta słowa ładnej lekarki ważniejsze niż starej żony i Gabryś uwalił się na bok przesypiając spokojnie noc.

W czwartek rano, jako że zrobiło się Boże Ciało, znów trzeba było po Gabrysia pod szpital podjechać, bo wygłodniały musiałby na piechotę do domu zaiwaniać. Boże Ciało to Boże Ciało i procesje miały być nawet jak ich miało nie być.
W domu zapanowała radość, było uroczyste śniadanie, potem uroczysty obiad, bo tata przeżył i wrócił ze szpitala. Nawet maseczkę dostał – od poniedziałku rana do czwartkowego poranka – jedna i ta sama, bez żadnej dezynfekcji, ale nie kazali mu jej już oddawać.
Wynik za tydzień.

Janka ponaglała, żeby zadzwonić wcześniej i dowiedzieć się o wyniku, bo potem znów następne badania, kolejne terminy, no to Gabryś zadzwonił i dowiedział się, że choroba się nie potwierdziła, że jest zdrowy a po wypis może przyjść za dwa dni.
Jance szczęka opadła, chłop w nocy nie oddycha, mózg mu się nie dotlenia a tu nic! Zdrów jest.
– Pewnie, ty to byś się ucieszyła jakbym z tego szpitala nogami do przodu wyszedł – wściekał się na żonę Gabryś.

Janka postanowiła porozmawiać z panią doktor i razem z Gabrysiem pojechała do szpitala po wypis. Kiedy próbowała lekarce wytłumaczyć, że ten bezdech występuje tylko wtedy, kiedy mąż śpi na plecach – pani doktor nawet nie chciała jej wysłuchać i powiedziała dość niegrzecznie, że doszukuje się choroby tam, gdzie jej nie ma.

– A ty zamiast się cieszyć… – Gabryś pozostaje przy swoim.

Wznieśmy więc toast za specjalistów, za tanią musztardę i olej w okresie grilowania, za tanie środki higieniczne w razie sdraki. Wszak mamy to wszystko obiecane przez uczciwych, brzydzących się kłamstwem polityków.

Krystyna

Wzruszenie odbiera mowę…

Czytam dziś na Onecie, że po trzech latach przygotowań, setkach testów i badań – mamy to!
Jako pierwsi w Europie i trzeci na świecie!
Oczy zachodzą mgłą a wzruszenie odbiera mowę, dlatego muszę się z Wami tą niesamowitą wiadomością podzielić, bo sama nie wiem, jak mam teraz z tą wiadomością żyć.
Takich zmian nie było od dwudziestu lat, to po prostu ewolucja!

McDonald’s zrewolucjonizował Big Maca!

Ludzie, od teraz bułki będą bardziej złociste – ciemniejsze i lepiej wypieczone!

Inaczej będzie podawana cebulka – nie uwierzycie, będzie dodawana bezpośrednio na grillu, przez co będzie zdecydowanie bardziej aromatyczna!

I mięso! Mięso będzie bardziej soczyste i cieplejsze, dzięki czemu ser na nim będzie lepiej roztopiony!

Czas odtańczyć ognistego kankana wokół płonącego ogniska, bo taka rewolucja zdarza się raz na pokolenie. Doprawdy, nie wiem co o tym myśleć, chyba założę maseczkę, jednorazowe rękawiczki i pójdę do McDonald’sa spróbować tego rarytasu. Jak dobrze, że mam do niego blisko, jakieś trzysta metrów.
Dam na mszę dziękczynną…

https://businessinsider.com.pl/lifestyle/big-mac-zupelnie-nowy-mcdonalds-takich-zmian-nie-robil-od-20-lat/86b7xw0

Krystyna

 

 

 

 

 

Głupieję w zamknięciu…

W zasadzie może lepiej byłoby zamknąć się w pustelni i zacząć pisać bajki dla dzieci, bo dzisiejszy dzień, dzisiejszy świat, dynamika wydarzeń doprowadza do raz biegunki a raz obstrukcji, że o windowaniu do nieba ciśnienia nie wspomnę.
Co nius to szok. A że ma człowiek teraz masę wolnego czasu bez możliwości spędzenia go poza ścieżką – dom – winda – biedra – dom – to i ogląda kurwizję, polsaty i przebrzydłe tefałeny.
No przyznaję, czasem zerkam co tam nadaje telewizja z misją, ale robię to z niesmakiem, żeby nie powiedzieć z olbrzymim obrzydzeniem. Tak dla równowagi, żeby sobie pogląd wyrobić.
W TVP widzę premiera Morawieckiego, na tle jedynego, największego na świecie Antonowa, którym sprowadził kupiony w Chinach sprzęt medyczny (za nasze pieniądze, żeby teraz nam to z zyskiem dla budżetu odsprzedać), miało tego być według zapowiedzi 400 ton, okazało się, że przyleciało 80 ton. Ale i tak, jakaż duma rozpierała premiera, mało nie odfrunął.

Zdjęcie nie moje! Znalezione na fb, ale epickie!

Wieczorem z kolei na TVN-ie widzę rozmowę ze wzruszoną Dominiką Kulczyk, cieszącą się, że po długich negocjacjach wreszcie udało jej się sprowadzić pierwszy z wielu zaplanowanych transportów również sprzętu medycznego za 20 milionów, a ma tego być  57 ton. Ona z kolei żadnych pieniędzy za to nie chce, prosiła tylko żeby zgłaszać zapotrzebowanie Izbom Lekarskim, bo oni wiedzą najlepiej co i gdzie potrzeba. Ona nie sprzedaje, ona daje.
TVP nawet o tym nie wspomniał, Jerzy Owsiak i jego fundacyjna pomoc też jest zresztą w ichniej telewizji postacią zakazaną.

Jakże podniosły mi ciśnienie tematy debat sejmowych w tych dniach. No bo o czym deliberowali nasi wybrańcy w dobie pandemii, naszego uwięzienia w domach, heroicznej walki w szpitalach, wzmożonej umieralności chorych i powolnym konaniu Domów Pomocy Społecznej?
Ano, o całkowitym zakazie aborcji (uszkodzone płody i gwałty), o dopuszczeniu udziału dzieci w polowaniach i zakazie edukacji seksualnej.
Koszmary nocne mają twarz Kai Godek, która wciskając kit i kłamiąc, chce nas do średniowiecza zawrócić.

Wiecie, straszne się to wszystko robi.
Najpierw wycie z balkonów o bohaterach – medykach, niby takie uwielbienie, laurki i murale, łzy wzruszenia i posikiwanie z wdzięczności, a teraz co?
Najlepiej, żeby do sklepów nie wchodzili, bo roznoszą zarazę, farbą drzwi mażą, bo za drzwiami zaraza się czai, do autobusów nie chcą wpuszczać. Jednej z lekarek odmówiono zapisu dziecka do przedszkola.
A ci, których jak zabraknie to będziemy umierać wszyscy jak leci, padają na pyski z przemęczenia, nie widują się z rodzinami i chyba są osamotnieni jak nigdy. Odmawia się im testów!
Tak, dziś sejm odrzucił postulaty o dodatkach finansowych do pensji dla białego personelu, i o zabezpieczeniu regularnych testów dla nich – cóż, nie należą im się badania, żeby czasem krzywa zachorowań nie poszybowała zanadto w górę przed wyborami.

WSTYD.

Nie wiem czy wiecie, ale rząd w swym szaleństwie (może to z powodu uwielbienia urody pani Godek), 16-go kwietnia 2020 zdecydował, że od pierwszego lipca 2020 obowiązywać będzie program ciąża plus? I będzie bezpłatny dostęp do leków w tym okresie?
No tak, teraz jesteśmy uwięzieni w domach więc albo się kłócimy, albo godzimy. Jak skuteczne było godzenie zobaczymy za 8, 9 miesięcy. Będzie kolejny, elektorat chętny do wyciągania ręki. Bo się należy.

Tematów jest wiele, ot chociażby Piotr Patkowski, nowy wiceminister finansów, ale poruszę jeszcze jedną, ostatnią sprawę.
Otóż bulwersuje mnie sprawa odgórnych nakazów pracy w zarażonych placówkach, wystosowywanych przez byłego ministra zdrowia a obecnego wojewody mazowieckiego, pana Radziwiłła. Nie baczył na to, że kobiety były po 60-tce, że samotnie wychowywały dzieci. Kiedy się nie stawiły – wrednie wlepił po 5 tysięcy kary. Teraz minister sprawiedliwości i prokurator generalny, takie dwa w jednym, niejaki Ziobro, będzie przeprowadzał śledztwa i będzie dochodził, czy panie rzeczywiście miały pogruchotane kręgosłupy i kolana, bo przecież zawód pielęgniarki polega na siedzeniu i piciu kawy, a od czasu do czasu zrobieniu zastrzyku.

Kolejny WSTYD.

Na koniec deklaruję, że po raz pierwszy w życiu nie interesują mnie żadne wybory i pajacowanie z tym związane.
Nie zamierzam nawet fatygować się do skrzynki na listy, ponieważ uważam, że ucierpiałaby na tym moja godność i tajność mojego wyboru. Mam do koperty włożyć moje dane osobowe wraz z numerem pesel, oraz kartę z zaznaczonym kandydatem?
Nigdy w życiu. Dlaczego?

BO IM NIE UFAM.
Żal mi tylko listonoszy.

Jedna chroni przed koroną a druga przed wirusem… Zdjęcie również z fb, nie moje.

Krystyna

Seniorzy…

Nosz kur… mać.
Rozmawiałam dziś przez telefon z zaprzyjaźnionym, starszym małżeństwem. Ot tak, żeby zapytać jak się czują, czy czegoś nie potrzebują. Mają oboje ponad osiemdziesiąt lat, choć szczerze mówiąc nie wyglądają na to. Oboje są fit, starają się sporo ruszać, jak zresztą zalecił im lekarz rodzinny.
Co prawda, sama staram się być pokorną wobec wirusa i z domu wychodzę naprawdę wtedy, kiedy muszę, ale pomyślałam sobie, że im jest gorzej.
No to pytam panią Hanię czy ma jakieś problemy, czy nie potrzebuje czegoś ze sklepu, i co słyszę?
– Nie, my i tak wychodzimy codziennie z mężem na zakupy, czasem nawet dwa razy.

Pociemniało mi z nerwów w oczach, może nawet jakaś żyłka mi pękła, jak jeszcze usłyszałam, że im jest już wszystko jedno, że są starzy i że im już nic nie grozi. Muszą wychodzić codziennie, bo w domu się nudzą, a tak zawsze kogoś znajomego spotkają, pogadają i czas jakoś zleci.
Zapytałam jeszcze, czy zabezpieczają się choć rękawiczkami jednorazowymi; tak, jeśli w sklepie są to zakładają.
Co tam klamki w osiemnastopiętrowym bloku, co tam windy, przyciski, skrzynki na listy, poręcze! No przecież gospodarz budynku musi co dwie godziny przecierać, dezynfekować.
Maseczki? Nie, nie mamy, mówią w telewizji że nie potrzeba jak się jest zdrowym.

W ostatni piątek wstałam wcześnie, pomyślałam, że pójdę koło siódmej do dyskontu, może jeszcze nie będzie dużo ludzi i uniknę stania w ogonku na zewnątrz. Nie pomyliłam się, na zewnątrz ludzi nie było, ale w środku kręciło się kilkanaście osób. Zgadnijcie w jakim wieku?
Nie rozumiem, zupełnie nie rozumiem tego wydzielonego dla seniorów czasu na zakupy między dziesiątą a dwunastą. Myślę, że z tego durnowatego powodu sklepy wydłużyły godziny handlu, dostałam na telefon wiadomość i z Biedry, i z Lidla, że wydłużyły czas pracy od szóstej rano do dwudziestej czwartej, niektóre nawet całodobowo. Inne markety zrobiły to samo. Seniorzy łażą od otwarcia do zamknięcia.

Wiem, że niektórym jest ciężko wytrzymać w takiej domowej izolacji, szczególnie jeśli mają małe dzieci. Mnie nie. Nareszcie mam czas na książki, do których nie miałam czasu zajrzeć, mam czas na wykończenie sukienki na szydełku, mam czas na seriale, grę w karty, porządki w szafie, wysypiam się, mam czas na mojego bloga, chce mi się gotować. Naprawdę, nie jest to dla mnie jakaś kara, choć oczywiście wybrałabym się na długi spacer.

Ale do seniorów mam żal. Mając wszystko w głębokim poważaniu, kolokwialnie mówiąc – częstują wszystkich i wszędzie tym, co inni za wszelką cenę chcą zatrzymać i zdusić. Tyle w temacie.

Znalezione na fb. Czarny scenariusz opętanego człowieka. Człowieka?

Krystyna