Seniorzy…

Nosz kur… mać.
Rozmawiałam dziś przez telefon z zaprzyjaźnionym, starszym małżeństwem. Ot tak, żeby zapytać jak się czują, czy czegoś nie potrzebują. Mają oboje ponad osiemdziesiąt lat, choć szczerze mówiąc nie wyglądają na to. Oboje są fit, starają się sporo ruszać, jak zresztą zalecił im lekarz rodzinny.
Co prawda, sama staram się być pokorną wobec wirusa i z domu wychodzę naprawdę wtedy, kiedy muszę, ale pomyślałam sobie, że im jest gorzej.
No to pytam panią Hanię czy ma jakieś problemy, czy nie potrzebuje czegoś ze sklepu, i co słyszę?
– Nie, my i tak wychodzimy codziennie z mężem na zakupy, czasem nawet dwa razy.

Pociemniało mi z nerwów w oczach, może nawet jakaś żyłka mi pękła, jak jeszcze usłyszałam, że im jest już wszystko jedno, że są starzy i że im już nic nie grozi. Muszą wychodzić codziennie, bo w domu się nudzą, a tak zawsze kogoś znajomego spotkają, pogadają i czas jakoś zleci.
Zapytałam jeszcze, czy zabezpieczają się choć rękawiczkami jednorazowymi; tak, jeśli w sklepie są to zakładają.
Co tam klamki w osiemnastopiętrowym bloku, co tam windy, przyciski, skrzynki na listy, poręcze! No przecież gospodarz budynku musi co dwie godziny przecierać, dezynfekować.
Maseczki? Nie, nie mamy, mówią w telewizji że nie potrzeba jak się jest zdrowym.

W ostatni piątek wstałam wcześnie, pomyślałam, że pójdę koło siódmej do dyskontu, może jeszcze nie będzie dużo ludzi i uniknę stania w ogonku na zewnątrz. Nie pomyliłam się, na zewnątrz ludzi nie było, ale w środku kręciło się kilkanaście osób. Zgadnijcie w jakim wieku?
Nie rozumiem, zupełnie nie rozumiem tego wydzielonego dla seniorów czasu na zakupy między dziesiątą a dwunastą. Myślę, że z tego durnowatego powodu sklepy wydłużyły godziny handlu, dostałam na telefon wiadomość i z Biedry, i z Lidla, że wydłużyły czas pracy od szóstej rano do dwudziestej czwartej, niektóre nawet całodobowo. Inne markety zrobiły to samo. Seniorzy łażą od otwarcia do zamknięcia.

Wiem, że niektórym jest ciężko wytrzymać w takiej domowej izolacji, szczególnie jeśli mają małe dzieci. Mnie nie. Nareszcie mam czas na książki, do których nie miałam czasu zajrzeć, mam czas na wykończenie sukienki na szydełku, mam czas na seriale, grę w karty, porządki w szafie, wysypiam się, mam czas na mojego bloga, chce mi się gotować. Naprawdę, nie jest to dla mnie jakaś kara, choć oczywiście wybrałabym się na długi spacer.

Ale do seniorów mam żal. Mając wszystko w głębokim poważaniu, kolokwialnie mówiąc – częstują wszystkich i wszędzie tym, co inni za wszelką cenę chcą zatrzymać i zdusić. Tyle w temacie.

Znalezione na fb. Czarny scenariusz opętanego człowieka. Człowieka?

Krystyna

Odloty…

Nie lubię być wulgarna, ale to wszystko zaczyna mnie z lekka wkur.zać. Spokój i pewność siebie Terleckiego, Sasina czy Dworczyka nakazuje mi zastanowić się, czy oni są w pełni władz umysłowych. O zbawcy narodu celowo nie wspominam, bo to człowiek z nienawiści chory na władzę.
Z jakim uporem dążą do wyborów prezydenckich!
Oni dobrze wiedzą, że te wybory się nie odbędą, bo nie mogą się odbyć, za narażenie ludzi groziłby im kryminał, wiadomo że immunitety, jak i władza, nie są dane raz na zawsze.
Robią co mogą, ale zobaczycie, w końcu ten jedyny przyzwoity i obdarzany wielką dozą szacunku i sympatii minister zdrowia Szumowski powie, że ryzyko jest zbyt duże i nikt o zdrowych zmysłach takiej odpowiedzialności na siebie nie weźmie. Zobaczymy kiedy, ale jestem przekonana, że tak się stanie.

Kiedy ja, tak jak większość ludzi zastanawiam się, czy do sklepu pójść jutro, pojutrze czy dopiero w sobotę (w zasadzie można by do soboty wytrzymać, tylko nie muszę mówić, jak smakuje trzydniowy chleb), skąd wytrzasnąć rękawiczki i maseczki jednorazowe w normalnej cenie, żeby nie zrujnować przy tym budżetu, bo tymi pięcioma które mam – doprawdy nie wiem jak rodzinę podzielić – wybrańcy z woli suwerena główkują aż im się z czerepów dymi jak popełnić w świetle prawa przestępstwo, mając przeciwko sobie 80% populacji i zorganizować wybory.

Prezydent tak wysoko odleciał w obłoki i w obliczu ludzkiego przerażenia wizją zakażenia śmiertelnym wirusem mówi wprost, że  skoro można iść do sklepu, to można i do lokalu wyborczego, a potem z głupkowatym uśmiechem cieszy się z występu w równie głupkowatym programiku – to sorry, nie mam pytań. To ma być Głowa Państwa???

Państwo się wali jak domek z kart, gospodarka leci na pysk i wyjdzie z upadku tak poobijana, że lata będzie się sklejać do kupy, ludzie za chwilę nie będą mieli za co żyć jeśli przeżyją, szkolnictwo i tak już po reformie genialnej Zalewskiej skarlałe i chore obiecuje gruszki na wierzbie i egzaminy w maju – a oni dzielą społeczeństwo na tych co do sześćdziesiątki, i tych co już po. Ci młodsi na nóżkach do urn, a ci starsi mogą korespondencyjnie.
Albo nie, wszyscy korespondencyjnie! Jakież to udogodnienie, i poczta przy okazji zarobi!
Niechby tylko połowa wyborców zechciała zdalnie głosować, to trzeba przygotować piętnaście milionów list, kopert, kart do głosowania wysłać poleconym, listonosze musieliby to roznieść ludziom a potem piętnaście milionów wyborców ruszy na pocztę… Pamiętać należy i o kwarantannie listów na poczcie, bo i takie zabezpieczenia są.

W dobie pandemii koronawirusa, wroga, którego nie widać a który zabija i dziesiątkuje. No pogratulować błyskotliwości.

Mówienie o wyborach i konieczności ich przeprowadzenia działa na ludzi jak płachta na byka, bo słowo Konstytucja raz jest dla nich czymś, na co się powołują, a innym razem łamią ją bez mrugnięcia okiem. Ot, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Znalezione na fb. Piękne!

Owsiak z fundacyjnych pieniędzy kupił pięćdziesiąt tysięcy indywidualnych pakietów ochronnych (czytałam, że są tam gumowce, kombinezony, maski, przyłbice, rękawice i nie pamiętam co jeszcze) za szesnaście milionów złotych i poprosił MON o pomoc w transporcie z Chin do Polski. MON początkowo się zgodził, ale później postawił warunek – to rząd będzie rozdysponowywał tym dobrem, które przyleci.
Pakiety Owsiak już obiecał między innymi szpitalom położniczym, które przegrały z koronawirusem i zostały bez pomocy. Jestem pewna, że rząd chciałby obdarzyć pakietami sejm, senat, pociotków i członków komisji wyborczych, a i ich prywatnym szpitalom coś by skapło.

Ile i co na walkę z pandemią dał kościół? Ci ociekający złotem i dobrami doczesnymi hierarchowie? Lepiej nie pytać. Oni tylko rękę wyciągać potrafią – po wdowi grosz i do całowania złotego cielca.

Brzydzę się takim rządem, któremu się wydaje, że może wszystko i wszędzie, a cena nie gra roli.
Brzydzę się rządem, który jest w stanie świadomie i z premedytacją posłać ludzi za których jest odpowiedzialny do miejsc, gdzie oddycha się morowym powietrzem, bez względu czy byłaby to dżuma, cholera, czarna ospa, ebola czy koronawirus.

Bo ja, matka, strasznie boję się o syna, który teraz musi pracować w dużym skupisku ludzi i ze względu na moje bezpieczeństwo nie chce do mnie przyjechać.
Bo ja, matka, boję się o drugiego syna, ażeby po przymusowym urlopie miał do czego wracać, bo akurat mieszkanie sobie kupił i zaczął je urządzać.
Boję się o rodzinę.
Tęsknię za przyjaciółmi, którzy dziś mają tylko głosy i zdawkowe wpisy na komunikatorach.
Chcę uściskać i ucałować mamę, którą na razie trzymam na, w miarę bezpieczny, półtorametrowy dystans.
Chciałabym pójść piętro wyżej do zaprzyjaźnionej sąsiadki i wygłaskać jej przygarnięte psy.
Chciałabym, chciałabym, chciałabym…

Nie chciałabym, żeby mnie ktoś na siłę i wbrew mojej woli uszczęśliwiał wmawiając, że wie lepiej, co dla mnie dobre.
I już na koniec, co myślicie o tych wydzielonych godzinach, 10.00 – 12.00, tylko dla ludzi po sześćdziesiątym piątym roku życia? A co ma zrobić młody człowiek, który dzień wcześniej wrócił o 22.30 z drugiej zmiany, chce się wyspać, zjeść, wyjść na zakupy i pojechać na 14.00 do pracy?
Seniorzy mogą oczywiście łazić z nudów po sklepie od otwarcia do zamknięcia, ale te dwie godziny są tylko dla nich. Czy ci, którzy to ustanowili, widzieli kiedykolwiek moment, kiedy sklep otwiera swe podwoje i pierwsi klienci ruszają w bój? Szkoda, bo zobaczyliby, że to sami seniorzy…

 

Krystyna

Lepsi i lepsiejsi…


Obok siebie stoją premier i minister zdrowia.
Minister apeluje, żeby nie wychodzić z domu, spotkania ograniczać do zera, w autobusie może jechać o połowę osób mniej niż jest miejsc siedzących. Inaczej będą setki, tysiące zakażonych, których nie uchronimy od śmierci.
Premier mówi, że matury i wybory są niezagrożone, bo nie ma przesłanek o nadzwyczajnych okolicznościach.
Zbawca narodu idzie dalej: będziemy z urnami chodzić do każdego, kto jest na kwarantannie lub nie jest w stanie przyjść sam. Mają być jednorazowe długopisy, jednorazowe rękawiczki, maseczki, płyny dezynfekujące. Ma być bezpiecznie. Doprawdy?
Wszystko niby w zgodzie z konstytucją. Niby.
Marszałek sejmu długo tłumaczy, w jaki sposób parlamentarzyści będą zabezpieczeni przed zakażeniem, bo cyt: “co będzie, jak nas zabraknie”. Parlamentarzyści mają do obsługi więcej personelu, niż jest ich samych, jak powiedziała marszałek – około tysiąca osób razem z nimi.
Ręczę, że szary obywatel ma w czterech literach zdrowie rządzących, bo on martwi się o swoje dzieci, siebie, rodziny i o pieniądze, których nie można zarabiać, a bez nich żyć się nie da.
W aptekach nie ma rękawiczek, płynów dezynfekujących czy maseczek, a jeśli już są, to kosztują niczym złoto, przykładem maseczki, które kupiłam – 5 sztuk za 40 zł. Żebym się czuła bezpiecznie, chciałabym mieć ich sto – bagatela, 800 zł!

Pięć sztuk maseczek kosztuje 40 zł. Śmiech na sali.

Mam wrażenie, że ktoś chce ze mnie idiotę zrobić.
I cały czas mam w pamięci usłyszane dawno temu słowa:
PYCHA KROCZY PRZED UPADKIEM.

I słowo o wyborach.
Jeden jedyny kandydat zebrał podpisy na listach poparcia, inni respektowali zakaz zgromadzeń. Proponuję, ażeby inni kandydaci całkowicie się wycofali, niech na placu boju zostanie ten jedynie słuszny kandydat. Po co wyrzucać bezsensownie ogromne pieniądze w błoto? A wyborcy i tak, jeśli dostrzegą jakiekolwiek niebezpieczeństwo zakażenia – nie wyjdą z domów. Czy o to im chodzi?
Chyba nie nadążam za tym światem…
Żeby jednak nie tracić kontaktu ze światem, zobaczcie opis przygotowania ziemniaczanego puree, które kupiłam do zagęszczanie sosu czy zupy:

Można jeszcze zmieszać, pomieszać, domieszać i… namieszać.

Krystyna

Nie ma mocnych…

Nie ma mocnych, nic nie przebije tematu koronawirusa i śmiać mi się chce, kiedy słyszę, że to już królowa Saba przepowiedziała zarazę w dwudziestym pierwszym wieku.
Tak, Jan Brzechwa też tych sto lat temu:

Spotkał katar Katarzynę –
A – psik!
Katarzyna pod pierzynę –
A – psik!

Sprowadzono wnet doktora –
A – psik!
„Pani jest na katar chora”. –
A – psik!

Terpentyną grzbiet jej natarł –
A – psik!
A po chwili sam miał katar –
A – psik!

Poszedł doktor do rejenta –
A – psik!
A to właśnie były święta –
A – psik!

Stoi flaków pełna micha –
A – psik!
A już rejent w michę kicha –
A – psik!

Od rejenta poszło dalej –
A – psik!
Bo się goście pokichali –
A – psik!

Od tych gości ich znów goście –
A – psik!
Że dudniło jak na moście –
A – psik!

Przed godziną jedenastą –
A – psik!
Już kichało całe miasto –
A – psik!

Aż zabrakło terpentyny –
A – psik!
Z winy jednej Katarzyny –
A – psik!
*********

Byłabym nienormalna, gdybym powiedziała, że się nie boję.
Poprzednim razem taki stan lękowy wystąpił u mnie, kiedy ogłosili stan wojenny w grudniu osiemdziesiątego pierwszego.
W tygodniu, w którym ogłoszono zawieszenie zajęć w szkołach, przedszkolach i żłobkach czułam, że na tym nie koniec, że zamknięcie placówek musi się przedłużyć. Dotknęło mnie to osobiście, ponieważ w przedszkolu właśnie pracuję. Wracając do domu pomyślałam, że mam w lodówce włoską kapustę, w sklepie kupię ryż i na pocieszenie zrobię domownikom gołąbki.
Wchodzę do pierwszego dużego marketu – a tu na całej długości półek pustki…
Brak ryżu, kaszy, resztki makaronów, resztki mąki. Puste lodówki, gdzie do tej pory było mięso. Tam zostały jedynie nogi królika i pudełka z sushi. To samo było w następnym sklepie i następnego dnia w innym.
I wtedy przypomniał mi się stan wojenny, okropny czas i braki żywności, papieru toaletowego, podpasek, rajstop. Nigdy więcej nie chciałabym czegoś takiego kolejny raz przeżywać a tu surprise!
Apteki oblężone a ja nie do końca byłam świadoma, co należy mieć w zapasie. Kupiłam żel antybakteryjny do rąk, który ciut wcześniej kosztował 3,50 a teraz 12,99.
Chciałam maseczki jednorazowe i rękawice nitrylowe, bo na lateks mam uczulenie, ale nie było. Kupiłam je kilka dni później, kiedy największa głupawka minęła, ale już w zawrotnych cenach – rękawiczki jednorazowe 100 szt. kosztowały 70 zł., a 5 szt. maseczek jednorazowych, hermetycznie zamkniętych – 40 zł., czyli jedna sztuka 8 zł. Uważam to za rozbój w biały dzień, takich maseczek trzeba by mieć w domu kilkadziesiąt, jak nie więcej.
W innej aptece maseczki kosztowały 7 zł. za sztukę, pani zapytała mnie ile sobie życzę a ja widzę, jak innemu klientowi pani odlicza 10 maseczek i kładzie bez opakowania na podkładce, na której z reguły kładzie się pieniądze. Podziękowałam.
No to siedzimy w domu, synowie z nami – bo też mają na razie urlopy i słuchamy wiadomości w tv.
Odwalający największą, najcięższą i najbardziej odpowiedzialną robotę minister zdrowia Szumowski mam wrażenie, że nie ma czasu spać. Szacunek dla niego, ale kiedy widzę jak w jego cieple grzeją dupy prezydent i premier – rośnie mi ciśnienie.
Dzień w dzień, dzień w dzień pokazują swoje fałszywe facjaty i pieprzą o tym, jak jest wspaniale, jak wszystkie narody świata biorą z nas przykład. I że mamy z domów nie wychodzić.
Jakże zgłupiałam słysząc z ust prezesa NBP Glapińskiego, że fizycznych pieniędzy mamy nieprzebrane ilości!
Hip hip hurrra!

Dziś pojawił się w eterze nasz klejnot narodowy, choć myślałam, że do końca pandemii schował się w jakimś sejfie i stwierdził, że do kościoła można chodzić, jeśli się zachowa odpowiednie środki ostrożności. No pewnie, jak się do kościółka jedzie kilkoma limuzynami z tabunem ochroniarzy, którzy stworzą mu te odpowiednie środki ostrożności – to jasna sprawa! Ale czy cholerny egoista pomyślał o swojej ochronie, że to ich naraża a przez to ich rodziny? No nie, bo on widzi tylko czubek własnego nosa.
O, i jeszcze, że nie widzi przesłanek, żeby wybory przesunąć.
No pewnie, zaraza rozszerza się, placówki oświatowe i żłobki zamknięte,  rodzice siedzą z dziećmi w domach przejmując obowiązki szkół, przedszkoli i żłobków a przy okazji nie zarabiają, pozamykana część sklepów, pozmieniane godziny handlu, kasy zaopatrzone w szyby oddzielające od klientów, drożyzna (co tam, olej tanieje – ale czy ktoś to widział?), apteki wydające leki z okienka w drzwiach, w piekarniach, cukierniach, garmażerkach jedna osoba wewnątrz a reszta rozproszona na zewnątrz, byle nie stać obok siebie, zamknięte restauracje i bary, kina, teatry, place zabaw i obiekty sportowe, przesuwane i odwoływane ważne rozgrywki sportowe, cztery tysiące ludzi na kwarantannach, pięciu zmarło – a ten hitlerek nie widzi w tym nic nadzwyczajnego???
Widzi, ale nic go to nie obchodzi, bo jest tak żądny władzy, że zrobi wszystko, by wyszło na jego. Przecież on dobrze wie, że i tak wybory w tym czasie się nie odbędą, bo nie mogą się odbyć. Ale show must go on, tylko po co?
On jest opętany a tym samym cholernie niebezpieczny.

I jak zwykle, ta polska solidarność. Pomoc w zakupach dla starszych czy wyprowadzaniu psów, to współczucie tym, co na granicach po kilkadziesiąt godzin stali, objawiające się tym, że skrzyknąwszy się na fb naznosili wody, skrzynek owoców i kanapek.

A już na łopatki rozłożył mnie apel policji, żeby przestępcy również zrobili sobie kwarantannę od pracy, i że jak już się ten naprawdę trudny czas skończy, to policja sama ich o tym poinformuje, na co dali słowo.
Nie wiem czy przestępcy posłuchali, ale już słyszałam, że wchodzą do mieszkań w celu zmierzenia temperatury mieszkańcom, czy wydezynfekowania mieszkań i pędzlują co się da.

Smutno mi, choć wiosna nadeszła…

 

Krystyna

Jak z bicza strzelił…


Turnus sanatoryjny już się kończy, i chyba dobrze, bo jestem już nieco zmęczona. Wszystkie zabiegi do tej pory zaliczone, solidnie wypracowane.
Gimnastyka ogólnousprawniająca na sali gimnastycznej i ćwiczenia w basenie solankowym – to te cięższe, szczególnie sala gimnastyczna, trener kazał klęcząc dotknąć piętą pośladka… Ja pięty nawet ręką złapać nie umiałam. O zakwasach mówić chyba nie muszę, każdy je zna. Mądrze jednak powiedział, że gdybyśmy takie ćwiczenia robili dwadzieścia minut dziennie – bylibyśmy długo sprawni.
Racja, ale komu się chce?
Wśród wielu zapisanych mi zabiegów jest jeden, który specjalnie przypadł mi do gustu, nazywa się Fango. To okład z masy wulkanicznej, nagrzanej w specjalnym piecu do temperatury 50 stopni. Ten gorąc przykłada się do leczonego miejsca, w moim przypadku na kręgosłup lędźwiowy. Placek wulkaniczny jest duży i gorący, po piętnastu minutach (jest tak błogo, że niektórzy zasypiają) na ciele zostaje czerwony ślad, który po kilkunastu minutach oczywiście znika.
Raz pani obsługująca przyszła do mojego boksu i mówi, że dziś ma dla mnie wyjątkowo duży placek, i najpierw zsunąwszy całkiem majtki z tyłka chlasnęła nim na plecy.
Faktycznie był duży, zakrył niemal całą moją niewymowną i sięgnął górnej granicy biustonosza. Oprócz gorąca – a trzeba wam wiedzieć, że okład jeszcze dodatkowo okrywa się kocem, żeby zbyt szybko nie ostygł, poczułam jego ciężar. Nie wiem ile to ważyło, ale dużo, bo poczułam jak rozpłaszczyło się moje ciało, jak żołądek podszedł do serca a serce usadowiło się gdzieś w gardle. Chyba zrobiło mi się ciut niedobrze, ale pomyślałam o zbawiennym działaniu na kręgosłup, i że to tylko kwadrans. Dałam radę, wytrzymałam, a po zdjęciu tego wulkanu ze mnie poczułam się lekka jak piórko.

Chwila odpoczynku na tężni solankowej, gdzie kuracjusze jak już znajdą wygodne miejsce siedzące z oparciem, to już godzinami je okupują i pociskają pierdoły kto z kim, gdzie i kiedy.

Te setki schodów o których pisałam wcześniej stały się normalnością i pokonywanie ich nawet kilka razy dziennie – nie powiem, że bez zadyszki, nie, ale już mnie tak nie irytuje. Niemniej, kiedy w budynku natrafiam na stojącą windę, wjeżdżam nią na drugie piętro. Bez skrupułów.

Były wycieczki, o tej do Wisły pisałam, był jeszcze Cieszyn przed i za Olzą, był Szczyrk, była Równica.
W sali przeznaczonej na kulturę byliśmy na koncercie pt. “Pamiętnik wspomnień”, gdzie popisywał się podstarzały mistrzunio od znanych utworów, ale to temat na osobny post, bo takiego karaoke trudno nie opisać.

Ten koncert opiszę osobno, był śmieszno-tragiczny

W tejże sali spotkaliśmy się również z innym mistrzem, od humoru – Masztalskim. No i tu czapki z głów, Aleksander Trzaska w doskonałej formie, a sala przez ponad półtorej godziny bawiła się naprawdę przednio.

Aleksandra Trzaskę znam od dawna, widywałam go w różnych miejscach, gdzie bawił gawiedź razem z Ecikiem. Tym razem sam, ale zabawa wysublimowana i z klasą. Super.
Kupiliśmy książeczkę z wieeeloma dowcipami i pan Aleksander Trzaska wszystkim chętnym wpisał dedykację. Dacie wiarę, że książeczek zabrakło dla wszystkich?
Każda dedykacja opatrzona takim szelmowskim rysunkiem. Czy nie sympatyczne?

Na wycieczkach mieliśmy doskonałych przewodników, nie tylko od rzetelnych informacji, ale również od przedniego humoru.
Kiedy w Cieszynie, jeszcze tym naszym, przewodniczka pani Maja Michnik zaprowadziła nas na Wzgórze Zamkowe, oprowadziła po wszystkich zakamarkach i zatrzymaliśmy się na jednym z murów, skąd patrząc w dół widać było przedzielającą Polskę i Czechy – Olzę.
– Tu – mówiła – siedzioł kiedyś pon Bocek i lepił ludziki z gliny. Lepił i lepił, jak mu się ludzik udoł to zostowioł go u nos, a jak mu się nie udoł – to ciul, za Olzę.

W sobotnie popołudnie Mestsky Urad był już zamknięty, i dobrze, bo by mnie pewnie przegonili stamtąd.

Ponieważ wycieczka była w sobotnie popołudnie, sklepy w Czechach były pozamykane. Przewodniczka grzecznie nas poinformowała, że to, po co wszyscy Polacy jeżdżą do Czech jest do kupienia zaraz za mostem na głównej ulicy, i że wszystkie te sklepy okupowane są przez skośnookich. Prosiła, żeby uważać.
Jej słowa sprawdziły się co do joty.

Most na Olzie. Jedna noga w Polandii a druga w Czechach.
Sklepy, które są prowadzone przez Azjatów. Wszystkie. A nazwy? Normalne, ale i tak śmieszne.

Szczyrk jest miejscem wyłącznie dla narciarzy i ktoś nie jeżdżący na nartach raczej tam swojego miejsca nie znajdzie, o smrodzie spalinowym nie wspominając. Owszem, jest jedna piękna Galeria i mnóstwo pięknych, kolorowych kramów z ciupagami, magnesami na lodówki i baranimi futrami, tudzież oscypkami, których nie da się jeść – takie są słone.

W kościele Matki Boskiej Szczyrkowskiej na Górce, w kapliczce, jest cudowne źródełko. Współwycieczkowicze powyciągali skądś kubki i flaszki, duldali aż miło. Sorki, ja nie. Nigdzie nie pisało, że sanepid zakazuje, ale też nie było, że woda zdatna do picia. Podziękowałam, zresztą minus kilka stopni mrozu i źródlana woda…
W Szczyrku na górę skoczni wjechać nie można. Nie ma żadnych tarasów widokowych ani wież. Wyciąg z lewej strony jest tylko dla skoczków.
Szczyrkowski zbój i malutka ja.
To miejsce w Szczyrku trzeba zobaczyć. Piękno i magia.
A to zdecydowanie omijać… Droga ze Szczyrku do Ustronia przez Wisłę. Jedno wielkie zatwardzenie. Niestety, Ziętkowi i Gierkowi zabrakło dwóch lat, żeby dokończyć wiślankę. Jestem pewna, że zrobiliby to.

Na Równicę już kiedyś weszłam, dziesięć lat temu, z koleżankami z pracy, od samego dołu, szlakiem aż do samej góry. Tym razem wsadziłam d w zielony wagonik ciągnięty przez równie zieloną ciuchcię, i po około półgodzinnej jeździe, gdzie można było słuchając kierowcy – przewodnika podziwiać przepiękne okolice Ustronia, znalazłam się na Równicy.
Sama Równica to jeden wielki zawód.
Pamiętam wrześniowe piękno tego miejsca sprzed dziesięciu laty, teraz zobaczyłam jeden wielki parking. Auto na aucie, sznur ciągnący z dołu i spaliny. Nic tylko uciekać, wsiadać z powrotem do naszego zielonego pojazdu i lepiej popodziwiać widoki zza szyb.

Jeszcze czterysta metrów na szczyt.
Zimno jak za cara Mikołaja, ale widoki piękne.
To już nie jest śmieszne, miejsc już nie było, szpilki nie wciśniesz a auta wciąż wjeżdżały i wjeżdżały. Dramat. W dali widać nasz zielony pojazd…
…gdzie z radością wpakowaliśmy ciężkawe od grzańca tyłki i głowy.

No i śnieg. Tu jest, choć mieszkający tu mówią, że tak mało śniegu jak w tym roku, to tu jeszcze nie było.

Żal, że to już koniec trwającego trzy lata oczekiwania, ale chyba wystarczy. Tęsknię za moimi kotami, choć i tu były dwa koty, dla których zawsze miałam smakołyki w kieszeniach.

Przy wejściu do naszego sanatorium ma swoją budkę taki oto burasek. Mam nadzieję, że nikt świadomy pożytecznej roli kota, nie zrobi mu krzywdy. Łasi się do każdego, żal, że nie ma swojej ciepłej kanapy i chętnych kolan.
Niżej czeka i łapie promienie słonka rudzielec. Przepiękny. Ja, kociara, mogłam mu się godzinami przyglądać. Ale głaskać się nie pozwalał, widać, już coś przeżył.

Za nimi też będę tęsknić.

 

Krystyna

Zawsze coś…

Zawsze musi być jakieś “ale”. Jakieś “coś”.
Na zbiórkę o 8.50 nie przyszły dwie osoby, dwie inne liczyły, że może znajdzie się dla nich miejsce na wycieczkę do Wisły. Dziesięć minut studenckiego, planowane się nie zgłosiły, nieplanowane wsiadły i pojechaliśmy, bo plan wycieczki był dość napięty.
Pierwszy krok skierowany był na wiślański rynek, zwany tu Placem Hoffera. Oczywiście najważniejsze ciekawostki to Małysz z czekolady, cukiernia, gdzie serwują ciastka z małym czekoladowym Adamem jako wisienka, aleja gwiazd sportu, amfiteatr z Hadyną z brązu, Muzeum Narciarstwa. Galerię Adama Małysza widzieliśmy tylko zza szyb, bo czasu za mało, główna atrakcja czekała nas o godz. 12.00.

Stanisław Hadyna. Zimno jak diabli a on tak siedzi i siedzi.
No jeździli kiedyś na czymś takim.

Krótki spacer parkiem wzdłuż Wisły, kontrowersyjne miniatury budowli. Pani przewodniczka cały czas starała się ogarnąć naszą nie za dużą, kilkunastoosobową grupę sanatoryjnej młodzieży, i ciągle jedna z pań zostawała w kilkudziesięciometrowym ogonie. Sama, wolniutko, spacerkiem szła sobie za nami, nie zważając na to, że cała grupa co chwilę musi przystanąć, by ona jedna do nas dobiła. Czas, czas, czas.

Wszyscy czekaliśmy na spotkanie ze skocznią w Wiśle Malince, która dostała za patrona Adama Małysza. Na parkingu przewodniczka od razu zapytała kto wjeżdża kolejką na górę a kto zostaje z kierowcą na dole. I tu wlecząca się pani skorzystała z okazji i razem z dwojgiem innych osób została. Były tam sklepiki z pamiątkami, cukiernia, wc, a reszta dawaj! Pojechaliśmy na skocznię kolejką a potem jeszcze schodami na szczyt wieży skąd widok na Wisłę był nieziemski. Skocznia z góry też robi wrażenie.

Tak, kurna! To zdjęcie zrobiłam osobiście. Stałam tam u góry i czekałam, aż mnie zdmuchnie…
Nie zdmuchnęło, zjechałam kolejką.

Znów schody w dół, kolejka linowa w dół i zbiórka przy autokarze. Kiedy wsiedliśmy, zmarznięci i nieco zmęczeni, pani przewodniczka policzyła swoje “kotki” i stwierdziła, że jednego brakuje.
Nie było pani, która tak strasznie spowalniała nasze zwiedzanie…
– Jak to nie ma? Przecież stała przy drzwiach, kiedy wchodziliśmy!
Pani przewodniczka wybiegła i zaczęły się poszukiwania. Może poszła sikać? Może zasłabła? Jak sikać, przecież miała na to godzinę, kiedy my byliśmy na górze! Co jest!?

Po dziesięciu minutach nerwówki patrzymy, a poszukiwana pani wychodzi sobie z cukierni z lodem.
Idzie w naszą stronę wolniutko, spokojnie i wpier.nicza se lodzika. Weszła z nim do pojazdu, czekaliśmy aż się usadowi i dopiero wtedy ruszyliśmy dalej, jakiś kwadrans w plery.
Współpasażerowie głośno wyrażali swoje niezadowolenie, ale babka nic sobie z tego nie robiła, tylko delektowała się lodami, choć było -4 a odczuwalna -6.
Pogoda nam jednak dopisała a kolejnym punktem, żeby nie powiedzieć – gwoździem programu był pałac prezydencki w Wiśle i msza w kaplicy na terenie rezydencji. W gratisie od pani przewodniczki dostaliśmy wizytę w dolnym pałacyku prezydenckiej rezydencji, mogliśmy wyjść na taras i zobaczyć zaporę i zbiornik z wodą pitną dla Śląska, mogliśmy skosztować mioduli, wybornego trunku z miodu, przechowywanego w beczkach prezydenckich piwnic.

Pałac prezydencki w Wiśle Malince. Tam nawet jak nie ma śniegu, to jest.

Żeby wejść do prezydenckiej kaplicy trzeba było przejść przez wykrywacze, znaczy plecak wjechał do telewizorka a ja musiałam opróżnić kieszenie; miałam tylko komórkę i chusteczki higieniczne.
Potem wytyczoną drogą, żadne prawo, żadne lewo – tak jak kierowali prezydenccy żołnierze – do kaplicy, gdzie mszę celebrował ksiądz o posturze Barbapapy.
Zero polityki.

Prezydent ma prywatną zimę, prywatny śnieg.
Cel – prezydencka kapliczka. Piękna. I niezwykle strzeżona.

Powrót wiślanką do Ustronia to jakiś żart. Zamiast kwadransa jechaliśmy niemal 40 min., a więc nieco spóźniliśmy się na obiad.
Głodni jak wilki dopadliśmy tego, co jeszcze zostało…
Kartofli reszta, po kapustę kopnęłam się do kuchni, tylko policzone kotlety schabowe czekały.

Kiedy wysiadaliśmy z busa podziękowałam pani przewodniczce za cudownie spędzony czas i zapytałam, jak ma na imię.
– Teresa – usłyszałam.
Pytajcie o nią, to pasjonatka i kocha nad życie swój region.

Dzień więc minął wspaniale, gdyby nie to malutkie “coś”, malutkie “ale”.

Krystyna

Co ja pacze…

Dwa i pół dnia obserwacji w sanatoryjnej stołówce powoduje u mnie odruch ucieczki.
Patrzę i oczom nie wierzę, myślałam, że takie rzeczy już się nie zdarzają.
Przy stolikach siedzi od sześciu do dziesięciu osób i nie uwierzycie – kto pierwszy ten lepszy. Dwóch pierwszych kuracjuszy ma wszystko dla siebie a każdy, kto przyjdzie kilka minut później musi iść do kuchni i prosić o dokładki, mimo, że na stole jest tyle porcji, ile przewidzianych osób.
Kiedy była na kolację fasolka po bretońsku, jeden z panów przy moim stoliku zaaplikował na swój talerz mniej więcej połowę wazy, która była dla wszystkich. Powiedział bezceremonialnie, że to lubi.
Kiedy na śniadanie na talerzu mieliśmy twarożek, potartą rzodkiew, dwa plastry kiełbasy krakowskiej i masło roślinne, a w koszyczku na stole leżały sztućce – ten sam pan, po posmarowaniu chleba zjadał twarożek nożem, mimo, że widelce i łyżeczki leżały obok. Nóż smakowicie wylizał.
Inny z panów, odsunąwszy talerzyk z mielonką, masłem roślinnym i liściem sałaty rozłożył chleb na obrusie, posmarował, nałożył wędlinę, sałatę, nakrył drugą kromką i bez przekrawania wsuwał, zostawiając na stole niesamowity wstyd. Podczas obiadu miał pretensje, że nie podają do zupy chleba.
O usypywaniu cukru do serwetki, o stosach kromek chleba zabieranych do pokoju – już nawet nie wspomnę.
A na łopatki położył mnie jedząc widelcem w prawej a nożem w lewej ręce, bo tak było mu wygodniej. Ręką wyławiał torebki z herbaty, wyciskał w palcach i ciskał nimi na talerz.
Wiem, że się czepiam, ale kiedy byłam z Gabi w październiku w spa, w Długopolu – nie do pomyślenia było, żeby na posiłek ktoś przyszedł w plastikowych czy domowych laczkach!
A tu? Powyciągane i pewnie po przejściach na zabiegach (co wnioskuję z ciągnącej się za gościem woni), za krótkie gacie z dresa – to pewien standard. Dla mnie nie do zaakceptowania.

Posiłki takie sobie, ani dobre, ani niedobre, porcje nie za duże, żeby nie powiedzieć – niewielkie. Za to gospodarka jest tutaj niezła – jak na obiad były buraki, to następnego dnia na śniadanie – pasta z buraków do chleba. Mnie smakowała…

Jednak zrobiłam zdjęcie, ta pasta z buraków mnie urzekła…

Dwa i pół dnia minęło. Do końca turnusu zostało dwa i pół tygodnia. Co jeszcze zaobserwuję? Aż strach się bać.

Krystyna

Ała…

Jakby chciał pałą walnąć. Nawet tu musi być wielki…

Nareszcie. Po trzech latach czekania nadszedł ten wiekopomny dzień, kiedy ogromne torbiszcza zostały spakowane i zawiezione do sanatorium. Wraz z nami, oczywiście.
Szaleństwo rejestracji, płacz, że trójka a nie dwójka, pielęgniarka, lekarz, zabiegi.
Wszystko nowe, nieznane, ostatecznie po raz pierwszy w życiu staraliśmy się o sanatorium licząc na cud wyzdrowienia.
Jakaż byłam dumna ze swojej przezorności, że zadzwoniłam i zarezerwowałam pokój dwuosobowy zaraz po otrzymaniu skierowania, bo wczoraj mogłoby się okazać, że przez trzy tygodnie pomieszkiwalibyśmy we trójkę – mój mąż, ja i ktoś jeszcze.

Od dziś zaczęliśmy zabiegi.
Cztery dziennie, po jednym w soboty.
Kiedy potrzebowałam konkretnej rehabilitacji tych trzy lata temu, bolał mnie kark i kręgosłup, teraz bardziej dokuczają kolana. Problemem zawsze były schody, szczególnie marsz w dół, bo wtedy bolały bardziej niż chodzenie schodami do góry.
Lekarz prowadzący zalecił morze, skierowanie przyszło w góry.
Na miejscu okazało się, że z miejsca zakwaterowania do zabiegowni trzeba schodzić schodami w dół… Jest ich dobrze ponad sto. Kiedy to zostało mi uświadomione nieco pociemniało mi w oczach.
Liczę szybko – sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę na zabiegi, sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę wychodząc czy na spacer czy do centrum. Ciemność widzę…

No to dziś były te pierwsze zabiegi, masaż mechaniczny – super, ćwiczenia ogólnousprawniające – super, godzinka czasu i na zajęcia na basenie solankowym. Wiadomo, woda mój żywioł!
Czekając na basen poczułam pragnienie, wyjęłam więc mineralną gazowaną, bo taką lubię. Delikatnie odkręcałam korek i jak nie piźnie! Przecież nie ruszałam butelką do tego stopnia,żeby musiała zalać mnie, sąsiadkę obok, wszystkie moje rzeczy, kanapę i podłogę. Przecież tej wody nie mogło tyle być! Sorry!
Sąsiadka zaraz się zmyła, a ja miałam tyle czasu, że dżinsy, kanapa i podłoga zdążyły wyschnąć.
Kiedy nadszedł czas basenowy, odbiłam się plastikowym zegarkiem, poznałam trenera i poszłam do szatni się przebierać. Znów zegarkiem otworzyłam sobie szafkę, i wyciągam po kolei z torby długie legginsy do gimnastyki, białe skarpetki, krótkie legginsy do ultrafonoforezy kolan, tenisówki, duży ręcznik, żabkę do włosów, resztę gazowanej mineralki, klapki basenowe… Przekładam to wszystko jeszcze raz i stwierdzam ze wstydem brak stroju kąpielowego. Inne panie ciach, pościągały ciuchy i bez przebierania stoją w kąpielówkach a ja jak ten debil kolejny raz rozgrzebuję swoje rzeczy.
Nie ma, no nie ma!
Wrzuciłam to wszystko w nerwach w torbę i przeprosiłam trenera (przesympatyczny, młody człowiek z ogonkiem na czubku ogolonej głowy), że dziś nic z tego nie będzie. Zapytał dlaczego, ze wstydem przyznałam, że zapomniałam kostiumu kąpielowego, on że nic straconego, mam pójść po kostium i wejdę z następną grupą…
Gwiazdy zobaczyłam… Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół… Zagrałam bohaterkę i powiedziałam, że super, że ok, lecę.

No tak, ale okazało się to trudniejsze logistycznie niż myślałam.
W szatni wisimy z mężem na jednym haku, żeton ma on, a on też na zabiegach bóg jeden wie gdzie, a tu sześć pięter i mrowie ludzi. Jakby było mało, w kieszeni kurtki jego, nie mojej, spoczywa klucz do pokoju.
Skruszona poprosiłam w szatni pana szatniarza o pomoc, powiedział, że szczęście, że mamy razem, bo pojedynczej kurtki męża by mi nie wydał. Dobrze, że zapamiętałam numerek, dobrze, że pan zechciał sięgnąć do mężowej kieszeni po klucz od pokoju.
Byłam naprawdę bardzo wdzięczna, podziękowałam i w drogę…
Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół.
Wróciłam zgrzana. zziajana, ale żywa. Dałam radę.
Po basenie ledwo zdążyliśmy na obiad a byłam głodna jak wilk!

Po obiedzie mąż zapytał, czy idziemy na grzane winko, a ja już wiedziałam, tylko sto dziesięć stopni w dół, sto dziesięć w górę…
Poszliśmy.

Cd. nastąpi.

Krystyna

I z czego się tu śmiać…

Czwartego grudnia 2019, w Barbórkę, zaprosiłam męża na spektakl pt.: Ucho Prezesa czyli SCHEDA.
Ponieważ namiętnie oglądałam odcinki Ucha na youtube, z największą przyjemnością zobaczyłam kabareciarzy na żywo. Udało mi się nawet kupić bilety w drugim rzędzie, a więc przyjemność tym większa, bo wszystko z detalami, z bliska. Każdy kłak sierści na marynarce Prezesa.

Na początku poproszono, aby nie robić zdjęć, żeby nie nagrywać, mam więc tylko jedno zdjęcie pustej jeszcze sceny.

Spektakl był świetny, śmiechu nie dało się opanować, dialogi błyskotliwe i skądś znane, aktorzy rewelacyjni, że o samym Robercie Górskim nie wspomnę.

Scena z perspektywy drugiego rzędu.

Czas przeleciał bardzo szybko, wyszliśmy na świątecznie przystrojone Katowice, jeszcze rozbawieni rozmawialiśmy o tym, co zobaczyliśmy i wiecie co?
Nagle zrobiło mi się smutno.
Zrobiło mi się smutno, bo zapytałam samą siebie – z czego się śmiałaś? Przecież całe to przedstawienie było dokładnym odzwierciedleniem tego wszystkiego, co się u nas dzieje, niby krzywe zwierciadło a wcale nie śmieszne, kiedy się nad tym głębiej zastanowić.
Postacie polityków jedynej słusznej partii przedstawione niby w karykaturze, ale jakże te karykatury były prawdziwe, realistyczne.
A więc z czego się śmialiśmy?

Sami z siebie się śmialiśmy…

Tu krótkie fragmenty, znalezione na youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=INfEmwUUnKU
https://www.youtube.com/watch?v=4GfmSSpgtg0
https://www.youtube.com/watch?v=9xHbLZfV1yM

Krystyna