Dotyk historii…

Dotknęłam tysiącletniej historii.
Dosłownie.

Wszędzie czytam, że bamberska katedra (Katedra Świętych Piotra i Jerzego) to jedno z najważniejszych miejsc w Niemczech, które trzeba zobaczyć. Faktycznie robi wrażenie. Jej historia sięga XI wieku, kiedy to cesarz Henryk II Święty i cesarzowa Kunegunda ją ufundowali, konsekrowali w maju 1012 roku.

Kiedy jest się tak blisko czegoś, co powstało tysiąc lat temu, jak te mury, szczególnie ten z prawego dolnego rogu zdjęcia – zmuszeni jesteśmy do głębokiego zastanowienia się – a co po nas?

Wiecie, te stare mury są wyeksponowane, można je normalnie dotknąć, co nie powiem, daje kopa, daje do zrozumienia, jak malutcy jesteśmy.

Nie pytać co to jest, nie wiem. Dla mnie krzyżówka manata z psem, ale może kiedyś to był lew?

Nie będę zanudzać architekturą, to można wszędzie przeczytać, powiem tylko, że w środku katedry są pochowani fundatorzy – Henryk II Święty i Kunegunda, mają wspaniały grób z marmuru w dwóch kolorach, ich postaci naturalnej wielkości są z czerwonego.

Niełatwo było to zdjęcie zrobić, zawsze grobu ktoś pilnuje. To sarkofag cesarza Henryka II Świętego i jego żony, cesarzowej Kunegundy. Ich postaci, leżące na górze są naturalnej wielkości.

Za ołtarzem, na którym odbywają się normalne msze, wyeksponowane jest krzesło papieża Klemensa II, który spędził w Bambergu sporą część życia odpoczywając tam. Jako ciekawostkę powiem wam, że do mszy, jako ministrant, służyła kobieta. Zapytałam, czy to normalne, a moi przewodnicy powiedzieli, że tak, że są ferie, dzieci powyjeżdżały i z braku laku jest kobieta. Łaskawcy…

W katedrze znajduje się sporo późnoromańskich i wczesnogotyckich dzieł sztuki, jednak sami Niemcy za najciekawsze uznają dzieło sztuki pomnikowej, Jeźdźca z Bambergu – pełnowymiarowej postaci jeźdźca (po koronie uznają, że to król) na koniu. Jednak nikt nie wie, kto tak naprawdę na tym koniu siedzi.
W czasach nazistowskich, Jeździec z Bambergu uchodził za ikonę germańskiej, męskiej urody – cóż, rzecz gustu.

Naturalnej wielkości gość na koniku. Coś jakby Kopernik…

Wiem, że w katedrze znajduje się jeszcze nagrobek papieża Klemensa II z białego marmuru, ale nie widziałam, może następnym razem.
Są też podziemia, jakby dolny kościół, ze studnią, którą mogłam tylko z góry, w ciemnościach sfotografować.

Wiem, zdjęcie po byku, ale studnię widać, z lewej strony są ławki dla wiernych. Nie wiem, może po mszy niektórych topią?

Ot, Bawaria to nie tylko piwo, skórzane portki i jodłowanie.

Brama Adama przy wieży południowej. Z prawej strony schodów rzeźby Adama i Ewy oraz świętego Piotra, z lewej natomiast rzeźby fundatorów – Henryka II, Kunegundy i świętego Szczepana. Na dole, w czerwonych bamboszkach – skacząca przez płoty, niżej podpisana –

 

Krystyna

Ten pierwszy raz…

Niemcy, w zależności od landów, też obchodzą święto Wniebowstąpienia, tu nazywa się je Maria Himmelfahr. Jak wszędzie – piętnastego sierpnia. Wypadło to w czwartek.
W środę, chciałam jak wszyscy Niemcy, posprzątać trochę w domu i dookoła niego. Usłyszałam: przecież wszędzie jest czysto.

Jednak ganeczek nie dawał mi spokoju, ostatnie deszcze naniosły syfu, liści, poopadały igły z choinek i szyszki zwane tu bardzo szykownie “mokele”, czy jakoś tak. Pomyślałam, że to trzeba zmieść. Poszłam po drapaka, zaczęłam od ganku w domu, takiego niby przedpokoju, żeby śmieci potem wymieść na zewnątrz.
Nie przebierałam się w ciuchy do sprzątania, bo to tylko moment, na nogach miałam moje ulubione laćki w srebrno-różowym kolorze i gacie z dresa.

Zmiotłam w “przedpokoju”, wyszłam przed dom, zostawiając drzwi szeroko otwarte, za mną przydreptała moja podopieczna ze swoją śpiewką – po co, przecież jest czysto.
Nawet nie zdążyłam czegokolwiek odpowiedzieć, kiedy przyszedł przeciąg i drzwi domu – dup!!! – zatrzasnęły się.
Zrobiło mi się gorąco.
Spróbowałam poszarpać, ale bezcelowo, klamki brak, drzwi bardzo solidne, zamek też. Nawet jeśli klucz był włożony od wewnątrz, można było je od zewnątrz otworzyć. No git, ale klucz został w domu.
Komórka też.
Spróbowałam poszarpać bramką do ogrodu – służy do transportu najkrótszą drogą kubłów z sortowanymi śmieciami – bezskutecznie. Albo masz klucz, albo do widzenia, otwiera się jedynie od wewnątrz.
Był jeszcze garaż, ale też bez szans na sukces.

No to stoimy obie – ja, mądra opiekunka i moja demencyjna podopieczna, która śmieje się, że mamy przygodę…
Sytuacji nie pomaga fakt, że sąsiedzkie kontakty są mocno ograniczone, na szczęście niedaleko, jakieś 150 metrów mieszka siostra podopiecznej razem ze swoją opiekunką Jeleną.
Pierwsza myśl – Helmut.
Mocno leciwy, 83-letni pan, szwagier mojej podopiecznej, bardzo pomocny i chętnie pomagający, do którego trzeba zadzwonić i zapytać, kto ma jeszcze klucze od domu. W tym celu, w moich srebrno-różowych laćkach, z podopieczną pod ramię, drepczemy do jej siostry.

Ale Helmut o dodatkowych kluczach nic nie wie… Jeden na pewno ma jedna córka, która akurat w Egipcie na urlopie bawi, a drugi z pewnością druga córka, mieszkająca w przybliżeniu 600 km stąd w Eifel.
Jelena wygrzebała z szuflad kilkanaście różnych kluczy, może akurat któryś się dopasuje. Zabieram klucze, radosną podopieczną pod ramię i w moich srebrno-różowych klapeczkach drałujemy do chaci.
Wszystkie zamki, wszystkie klucze – i szajs.
Ogarniam wzrokiem płoty…

Wracamy do Jeleny, oddaję nieprzydatne klucze a Jelena…
Jelena wzrokiem pokazuje dwie drabiny, jedna mniejsza, lekka aluminiowa, druga duża, drewniana, a mnie w oczach robi się ciemno. Jak skazaniec wybieram tą lżejszą, tej wielkiej nie dałybyśmy rady.
Stan wyższej konieczności zmusił nas, do pozostawienia starszych pań, naszych podopiecznych na chwilkę samych a my z Jeleną zapierdzielamy z drabiną przez spokojny, przedświąteczny Bamberg, prosząc boga, by któremuś z sąsiadów nie przyszło do głowy po polizei zadzwonić.

Przystawiam drabinę do płotu, patrzę błagalnym wzrokiem na młodszą Jelenę a ta mówi, że nie wie gdzie jest klucz i nie zna rozkładu mieszkania. W tym momencie sama siebie chwalę za to, że zostawiłam drzwi od mojego pokoju na taras otwarte.
Tylko hyc, i w torebce mam klucz.
Jednak Jelena pierwsza wchodzi na drabinę i mówi, że nie da rady, że zbyt niebezpieczne. Stoją tam namokłe kartony jeden na drugim, jakieś drewniane skrzynki, jakieś stare, duże, popękane donice. Ja jednak wiem, że stoją też kontenery na śmieci.
Kiedy Jelena poszła szukać innych rozwiązań wlazłam na drabinę. Moment zawahania i przełożyłam jedno kopyto w srebrno-różowym laćku na drugą stronę i stoję w rozkroku. Albo-albo.

Szukam w miarę stabilnego podparcia stopie, żeby przełożyć drugą, żadnej stabilizacji, pierwsza stopa w srebrno-różowym laćku wylądowała w czymś zapełnionym brunatną, śmierdzącą deszczówką, bucik Kopciuszka się mocno zmoczył i zaczął ślizgać. Oparłam stopę o kontener, przełożyłam drugą a w tym czasie Jelena zabrała drabinę i poleciała do domu, do starszych pań. Koniec, musiałam z tej pułapki zleźć i zrobiłam to, nie pytajcie jak, bo nie wiem.
W śliskich klapkach dobiegłam do mojego pokoju, zmieniłam buty, zabrałam klucz i biegusiem za drabiną z Jeleną.
Trzymałam ten zdobyty walką na śmierć i życie klucz w garści, ściskałam go tak mocno, że niemal nie poraniłam dłoni. Po drodze mijałam studzienki odpływowe na ulicy i tak mi przez myśl przeleciało, że gdyby mi tak wpadł…

Nie wiem, czy moja podopieczna ucieszyła się z zakończenia przygody, przy kolacji powiedziała mi, że na myśl przyszedł jej nocleg w hotelu, tylko to trochę pinki-pinki kosztuje a my nawet kieszeni nie miałyśmy, o pinkach już nie wspominając.
Ba, pochwaliła mnie nawet, że jestem odważna, ale ja w takich momentach chyba przestaję racjonalnie myśleć.
Nigdy nie chuliganiłam, nigdy po żadnych płotach nie łaziłam, a teraz niemal szósty krzyżyk na karku a ja po płotach…
– No kiedyś trzeba zacząć – skwitowała Gabrysia.

Rano, nie mogłam wstać z łóżka, coś wlazło mi w lewy półdupek i nie chce puścić, a może by tak spróbować w drugą stronę? Po kontenerach znaczy i na zewnątrz, na prawy półdupek?
Jelenaaaaaaa! Drabinaaaaa!

Krystyna

Dziesięć kilo miłości…

Ależ ten czas leci!
Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ze schroniska małego kota, ja chciałam, żeby to był czarny kot. W schronisku były czarne, ale przysłali nam więcej zdjęć kotów do adopcji. I wtedy syn zobaczył to zdjęcie:

8.11.2008 rok. Mały pensjonariusz schroniska w Sosnowcu, któremu dano na imię Slapcio. Jakże nam się to imię nie podobało, postanowiliśmy je zmienić…

i powiedział – ten, albo żaden!

I pojechaliśmy po te wielkie uszy, po tego trzymiesięcznego wymoczka aż do Sosnowca, do wolontariuszki, u której miał dom tymczasowy. Skradł nasze serca od razu. Miłość od pierwszego spojrzenia. Synowie do dziś wspominają nieprzespane noce, kiedy to maluch buszował, właził w miejsca o których nie mieliśmy pojęcia, że są.

17.11.2008 rok. Kilka dni po tym, jak z nami zamieszkał.

Taki był maluśki…
Wiedzieliśmy, że został sam jeden z całego miotu, który to miot, wraz z matką, zginął pod kołami auta na gierkówce koło Roździenia. Ostał się on sam, miał złamany ostatni krąg ogonka. Szczęściarz jeden!

9.04.2019r. Zmienialiśmy mu imię, zmienialiśmy, i teraz nazywa się Slapo. No co… Bo wyrósł!

Teraz, po ponad dziesięciu latach, mam dziesięć kilo miłości…

W naszym małym mieszkaniu, Jego Wysokość potrzebuje sporo miejsca, żeby się rozwalić…

No co tu napisać?
Dziadek a bawi się jak dziecko.
Czasem nawet z legowiska się wylewa.

 

Krystyna

Słów zabrakło…

Muszę to dziś napisać.
Nawet taka kawa, specjalna latte karmelowa, do pięt nie dorasta kawie, którą robi Franek. Nie będę się już powtarzać na ile palców jest piana, bo to już naftaliną zalatuje.
Ale ja dziś nie o tym.
Z Gabrysią znamy się od ponad czterdziestu pięciu lat (Gabi przepraszam!), Franka znam od naszej studniówki, czyli parę lat krócej.
Ładny kawał życia!

Otóż dwa tygodnie temu Franek pożegnał na zawsze swojego starszego brata, z którym był bardzo silnie związany. Mimo, że jestem póki co w Deutschland, bardzo to z nim przeżywałam.
Ale wyobraźcie sobie, co przeżywała Mama Franka, która dziś właśnie kończy sto cztery lata!
Franek, przeżywając śmierć brata, martwił się o Mamę, która na szczęście – jak to ślonsko baba – jest twarda i dała radę.
Franku, wybacz mi tą chwilę słabości i te słowa, którymi wyrażam swoją przyjaźń i przywiązanie do Was, a Mamie chciałabym dziś życzyć wielu jeszcze lat w zdrowiu, dobrej kondycji, w otoczeniu wspaniałej rodziny.

Krystyna

Produkt wstępnie przeżuty…

W niemieckich sklepach widuję sporo różnych dziwnych rzeczy. Nie należę do kobiet lubiących łazić po sklepach bez celu, szczególnie w  tych dużych, przeraża mnie zawsze tłum ludzi i za długie czekanie do kasy. Szkoda mi czasu.
Muszę jednak czasem zakupy spożywcze zrobić, Wiadomo, w Lidlu, Aldiku czy Netto wiem, gdzie co mniej więcej leży, ale w Rewe dla przykładu, już nie. Muszę połazić i niektórych rzeczy poszukać, przynajmniej na początku, tak więc wpadają mi w ręce niedorzeczne czasem rzeczy. Przynajmniej dla mnie.
No bo popatrzcie np:


Ugotowana, kiszona kapusta.
Mogę się zgodzić, gotowanie kiszonej kapusty jest pracochłonne, zabiera sporo czasu a i smród w domu jest nie do przecenienia. Dodam, że wypróbowałam, jest wspaniale doprawiona, wystarczy tylko podgrzać i wchrzamać.


Coś jak marynowane pieczarki, a to strugane, umyte, ugotowane kartofle…


Mało tego, mogą być również pokrojone w plasterki, żeby czasem zbyt się nie utrudzić.


Parówka pokrojona w cienkie, równiutkie plasterki…

Następna faza w przetwórstwie wyrobów gotowych, to wstępne przeżuwanie, a potem pozostaje już tylko przeżucie z dodatkiem enzymów ludzkiej śliny.
Smacznego.

Krystyna

Skazana…

Jestem skazana na zwierzęta. Otaczają mnie zewsząd, gdzie się nie pojawię, tam wszędzie są, a im jest ich więcej, tym bardziej je kocham.
W domu trzy koty. W poprzedniej pracy też koty rozpuszczałam, bo zawsze miałam w kieszeniach jakieś smakołyki dla nich, no to przychodziły potem na balkon i żebrały. Nie wiem skąd, ale zawsze wiedziały kiedy i gdzie się pojawię, i też tam były.
Teraz mam złote rybki w stawie i cztery żółwie. Przepiękne!
Największa to żółwica i nie uwierzycie, ma 35 lat, najmniejszy żółw ma dziesięć lat. Mniejszy czarny to Majk, lat około dwadzieścia pięć, mój ulubieniec, przychodzi do mnie do pokoju w gości. No zdarzyło mu się nasikać i zrobić kupę, ale nie na dywanie.
Te dwa jasne żółwiki – to jeden grecki, drugi mauretański, a te czarne – to żółwie lądowe, mają swoją nazwę, ale nie pamiętam. Jak się dowiem, dopiszę. Jestem nimi zauroczona, chodzą sobie po ogrodzie, robią co chcą, oczywiście zawsze mam dla nich sałatę, liście kapusty czy cząstki kalafiora. Nie może być inaczej.
I wiecie co? Nadstawiają główki do głaskania…

Mówiłam, że z kulturką, nie na dywan!
Wielkie mi co, wystarczy wytrzeć, a taki gość nie jest codziennością!
Lubię to zdjęcie, niby takie fajtłapy, ale potrafią szybko zasuwać. Ten mniejszy – To Majk. Większa – to trzydziestopięcioletnia żółwica.

 O rybkach innym razem.

Krystyna

Za późne refleksje…


Jak to jest, że mało kto myśli o przyszłości, o starości. Żyjemy tu i teraz, wydaje się nam, że tak będzie zawsze.
Niestety.

Dorota, mimo swoich kompleksów, była tak zadufana w sobie, że na wszystkich patrzyła z góry. Zawsze wszystko wiedziała najlepiej, każdemu dawała dobre rady i według niej z tych rad należało korzystać. Pewnie, że nie zawsze miała rację, pewnie, że nie wszystko co gotowała, każdemu smakowało. Bo ona wszystko na śmietanie gotowała, traktowała ją jak wodę.
Dziwne? Dziwne.
Ale według niej tak miało być, i koniec dyskusji.
Kiedy wyszła za mąż za wziętego lekarza psychiatrę, kiedy sodówka na dobre jej namieszała w głowie, postanowiła nawet zmienić swoje jakże plebejskie imię Dorota – na lepiej brzmiące – Dorothea.

Tomasz, jej mąż, był na tyle w niej zakochany, że nie robił sobie nic z jej wyniosłości, a ona nie pracując, bo on zarabiał na tyle dużo, mogła oddawać się kosmetyczkom, fryzjerom, pedicurzystkom, masażystom, krawcowym. Pozwalała sobie na “umordowanie się” zakupami.
Sprzątaniem domu, praniem i prasowaniem zajmowała się kobieta z Ukrainy. Dotothea potrafiła stać nad Nadią i patrzeć jej na ręce jak prasuje, pokazywała palcem gdzie i jak żelazkiem wjechać. I tak nigdy nie była zadowolona z niczego, mimo, że kobieta ze skóry wyłaziła, żeby sprostać wymaganiom. Dogryzała jej na każdym kroku, jak wszystkim zresztą, kto stanął na jej drodze.
Kiedy mąż zabierał ją ze sobą na różne sympozja zagraniczne, nooo, wtedy mogła błyszczeć! Ubierała się szykownie i przyklejała się do Tomka jak plaster na odcisk.
Wisiała na nim jak szalik, co budziło niesmak kolegów, dziennikarzy, znajomych, którzy chcieli sobie z nim pogawędzić, albo zwyczajnie zaprosić na wódkę. Niestety, Tomek miał za krótką smycz, tak więc znajomości i przyjaźnie zaczęły się mocno przerzedzać i kruszyć, a jej niestrawna wyniosłość utwierdzała ich w przekonaniu, że nic tam po nich.

I tak Dorothea owinęła sobie wokół palca nie tylko Tomasza, ale wszystkich dookoła nich. Dzieci chodziły jak w zegarku, nie miały praktycznie prawa głosu w domu – jak mama powiedziała, to tak musiało być. I bez dyskusji.
Lata mijały, Tomasz pracował coraz intensywniej i dłużej, z córki zrobiła balerinę, syn został sędzią, a panie pomagające jej prowadzić dom zmieniały się jak rękawiczki, jedynie Nadia wpadała do niej przez te wszystkie lata dwa razy w tygodniu, żeby nowym paniom pokazywać co i jak, choć jak sama mówi, samo patrzenie na Dorotheę sprawia jej ból i przykrość. Powtarza, że jeszcze troszkę i odejdzie, bo ma dość upokorzeń. Żal jest jej tych nowych, które są całkowicie zdezorientowane wymaganiami gospodyni, która palcem pokazywała który garnek wyjąć, jaką łyżką i w którą stronę zamieszać zupę. Jadła tylko to, co zostało sporządzone pod jej dyktando, niczego innego nie tknęła.

Kiedy skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła zauważać u siebie dziwne zmiany, kubek z kawą dziwnie drżał, a łyżka z zupą zanim dotarła do ust – rozlewała się. Diagnoza – Parkinson.
Potem Tomek dziwnie na nią patrzył, kiedy mówiła, że z obiadem muszą czekać aż dzieci wrócą ze szkoły, a pracującym tam dziewczynom kazała ścierać z podłogi klejącą się marmoladę, której nie było. Kwiaty na parapetach podlewała kilkanaście razy na dzień a po domu chodziła w kozakach, mimo, że były lipcowe upały. Wspierała się na chodziku, żeby wstać z krzesła ktoś musiał jej pomóc. Demencja.
Tomasz zatrudniał do całodobowej opieki nad żoną dwie osoby, bo Dorothea była bardzo absorbująca i choć dobrze płacił, nikt tam nie wytrzymywał dłużej niż miesiąc. Nikt sobie nie radził z jej uporem i chęcią dominacji nad wszystkim i wszystkimi. W głowie zostało jej tylko rządzenie i szykowny wygląd, a więc do każdego posiłku musiała być  inaczej ubrana, zresztą Parkinson nie pozwalał o sobie zapomnieć i i tak była wiecznie zaplamiona.
Wiecznie szukano okularów, aparatów słuchowych, wiecznie naprawiano szczękę, która ciągle jej wypadała.
Kiedy przyjaciel zapytał Tomasza, jak sobie z tym wszystkim daje radę, przyznał, że była dobra w te klocki. Tyle.
W jeden z upiornie upalnych dni Tomasz pojechał do pracy, do kliniki, i do domu już nie wrócił. Rozległy zawał, nie było ratunku.

Gdy w domu zabrakło jedynej dobrej duszy tak i cała służba podziękowała i zniknęła, a Dorothea wylądowała w domu opieki. Dobrze, że Tomasz zabezpieczył ją na tyle, że mogła sobie na taki luksus pozwolić i mieć opłaconą pielęgniarkę praktycznie tylko dla siebie na każde zawołanie.
– Nie chcesz jeść? Nie smakuje ci? – zabierano obiad bez skrupułów z wnioskiem, że jak zgłodnieje to sama poprosi.

W głowie Dorotheii zalęgła się natomiast jedna myśl – jestem ładna, jestem bogata i muszą robić to, za co im płacę. Teraz już jednak otoczenie nie cacka się z nią tak jak w domu, dzieci owszem, przyjeżdżają często, ale z zimnym wyrachowaniem regulują należności, pytają czego potrzeba i tyle ich widziano.

– Dlaczego nikt do mnie przychodzi? Przecież tyle wszystkim płaciłam! – kobieta dopiero teraz zaczęła odczuwać samotność, i być może doceniać to, co minęło.
Choć osobiście bardzo w to wątpię.

Krystyna

Chcieć to móc?

Mikołaj łaził za Małgosią całe pół roku. Pół roku zachowywała się jak księżniczka obrażona na cały świat, dając Mikołajowi do zrozumienia, że ma sobie dać spokój, bo i tak ma go gdzieś.
Nie dał.
Aż raz nadarzyła się sposobność, bo lało, a on obserwował jak będzie z uczelni wychodzić, była bez parasola. Po prostu złapał ją w pasie, wziął pod swój parasol i zaciągnął do najbliższej kawiarenki.
Małgosia była śliczna, zresztą nie to ładne co ładne, ale to, co się komuś podoba. Dla Mikołaja była po prostu śliczna. Wiotka, długie nogi, włosy w lokach do ramion. Kończyła prawo, tak zresztą jak jej rodzice, miała po nich objąć dobrze prosperującą kancelarię.
Mikołaj postawił na zwierzaki i skończył weterynarię, bez dwóch zdań nieźle na tym wyszedł. Otworzył swój gabinet, póki co sam w nim nawet sprząta, ale pacjentów ma coraz więcej, bo i wieść o jego empatii dla zwierząt i ich właścicieli rozeszła się szybko. Zamierza zatrudnić jeszcze jedną osobę, bo przecież musi mieć czas dla Małgosi.
Zaczęli się spotykać i Mikołaj był jak w euforii. Nie zauważał, że ona jest ciągle nabzdyczona, wiecznie ma o coś pretensje. Ważne, że mógł wreszcie ją za rękę chwycić, odgarnąć loczki z oczu.
Kiedy Małgosia się obroniła na bardzo dobrą ocenę – świętowali. Właściwie świętował on, bo ona jakby wcale się z tego nie cieszyła.
Znów jakby z łaski siedziała razem z zaproszonymi przyjaciółmi, jakby myślami była zupełnie gdzieś indziej. Przypisywali ten stan zauroczeniem młodym, przystojnym weterynarzem, któremu nie przeszkadzało nic. Nic.
Nie przejrzał na oczy nawet wówczas, kiedy rodzice próbowali mu jakoś wytłumaczyć, że trwanie u boku kogoś wiecznie na coś nabuzowanego, na dłuższą metę nie ma sensu.
Nie dał się przekonać, nie widział, jak bardzo się o niego martwią.
Kiedy pojechał do Małgosi z pierścionkiem i kwiatami dla mamy, poprosiła o czas do namysłu i zastanawiała się przez dwa tygodnie.
Potem się łaskawie zgodziła, od razu zaznaczając, że gotować, sprzątać i prać nie zamierza.
Jemu to nie przeszkadzało.
– Ja lubię gotować, a prać się nauczę – powiedział ku rozpaczy mamy.
W dniu ślubu zakochał się w niej po raz drugi. Wyglądała zjawiskowo i chyba ona sama się sobie podobała, bo nawet się uśmiechała.

Kiedy miał ją już tylko dla siebie, kiedy zamieszkali razem, było nawet fajnie, ona traktowała związek jak dobrą zabawę, tym bardziej, że Mikołaj robił wszystko, żeby jej życie umilać. Kwiaty, kolacje przy świecach i takie tam. Jej zadaniem było być, niczego więcej od niej nie chciał.
Kiedy zaszła w ciążę Mikołaj całkiem oszalał, a znajomi i przyjaciele z bezradności kręcili kółka na czołach.
– Kiedy on wreszcie przejrzy na oczy – pytali sami siebie.

Małgosia ciążę znosiła źle, była słaba i właściwie sama nie wiedziała, czy się cieszy, czy nie. Przestała chodzić do pracy, początkowo Mikołaj przynosił jej papiery z kancelarii papy, ale potem już nawet nie chciała do nich zaglądać.
Zosia urodziła się siłami natury, była cudowną i podobną do mamy dziewczynką, a szaleństwo Mikołaja do, teraz dwóch kobiet – nie miało granic.

Jednak im bardziej kochający był Mikołaj, tym mniej kochała go żona, jednak na nim nie robiło to wrażenia, bo teraz miał Zosię.
Księżniczkę Zosię.
Ponieważ Małgosia do kancelarii już nie wróciła, ba, nawet z domu jej się wychodzić nie chciało, zabierał córeczkę w różne ciekawe miejsca, uczył empatii i poczucia piękna.
Im piękniej rozwijała się Zosia, tym bardziej gnuśniała Małgosia. Przestała o siebie dbać, przytyła, zapuściła się intelektualne.
– Co ty kurwa ze sobą robisz!? – przyjaciółka od dzieciństwa mało nie uderzyła jej w twarz – opamiętaj się wreszcie! On cię zostawi, dziecko zabierze i żaden sąd się za tobą nie ujmie. Czemu taka jesteś – to już powiedziała łagodniej.
Małgosia popatrzyła głęboko w oczy przyjaciółce i z miną skopanego psa, cicho powiedziała:
– Bo mnie jest właściwie wszystko jedno, ja zawsze chciałam tańczyć…
– Super! Czy ty się kobieto słyszysz? A kto ci tego broni? Mikołaj?

Kiedy rodzice Małgosi usłyszeli, że ich jedyna spadkobierczyni wszystkiego, czego się w ciągu życia dorobili chce, jak to powiedzieli – w rozrywce robić – postawili ultimatum – albo kończy studia prawnicze i jest adwokatem, albo znajdą kogoś, kto ich ciężkiej pracy nie roztrwoni. Dla nastoletniej wówczas Małgosi było jasne, że musi raz na zawsze pożegnać się z marzeniami, że musi, bo tak chcą rodzice – skończyć nielubiane prawo i być do końca życia marionetką tatusia i mamusi.
Nie była na tyle silna, żeby pokazać im, jak bardzo ją krzywdzą i popełnić samobójstwo – choć próbowała, bezwolnie poddała się ich woli i traktowała życie jak pokutę za grzechy niepopełnione.
– A ja chciałam tańczyć, traktować to jak sport, marzyłam o choreografii a nie prawie. Miałam predyspozycje, tak mi nauczycielka wuefu powiedziała.
– Gośka, jesteś dużą dziewczynką, nie karz Michała za to, że kocha cię jak wariat, co on jest winien temu, że rodzice zrujnowali ci życie? Czy kochasz go choć trochę?
– Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, jest to jest, tyle.
– To może czas wreszcie się nad tym zastanowić moja droga.

Ta krótka rozmowa sprawiła, że Małgosi zrobiło się jakoś lżej, żałowała, że nie wstrząśnięto nią wcześniej, o jakieś kilka lat, może wtedy inaczej spojrzałaby na Mikołaja i na ich wspólne życie.
Teraz go pożałowała, przecież on cały czas jest dla niej dobry! Cały czas ją kocha, tu nie miała żadnych wątpliwości.

Pewnego wieczoru, kiedy Mikołaj z Zosią przygotowywali kolację, weszła do kuchni i zapytała, czy może im się w kuchni przydać. Mikołaj od razu, jakby to było absolutną normalnością, polecił przygotować kieliszki i wino.
Kiedy tak sobie w trójkę siedzieli, jedli i rozmawiali, Małgosia zapytała Mikołaja, czy nie przydałaby mu się jakaś pomoc w gabinecie, bo jeśli tak, ona chętnie skończy jakiś kurs weterynarii i będzie mu pomagać, choćby sprzątać, bo bardziej lubi zwierzęta niż paragrafy. I że na jakąś zumbę się zapisze, żeby wrócić do formy, i że może Zosia chciałaby na balet się zapisać, bo to takie piękne dla dziewczynki…
– Mamusiu, tata mnie już dwa lata temu na balet zapisał, ja już umiem tańczyć!
Wstała i zademonstrowała kilka figur, nazywając je po francusku.

Wtedy Małgosia się rozpłakała a Mikołaj rozlał wino do kieliszków, jeden podał żonie, drugim wzniósł toast.
– Za to, że jesteś Małgosiu, i za naszą wspaniałą, podobną do ciebie córkę.

Krystyna

Cwaniara jedna na milion…

Gabrysię i Franka – tego od kawy z pianką na dwa palce, znacie.
Z nimi nudzić się nie można!
– Słuchaj co mi się przydarzyło, autentycznie – Gabrysia jest rozbawiona.
Emilkę też już poznaliście. Ta śliczna, młoda dama lat około 10, kilka dni temu, wróciła ze szkoły z koleżanką Olą, zresztą nie pierwszy raz, bo dziewczynki się kumplują.
Dziadek Franek w tym czasie pielęgnował swój ogródek (powiem to raz jeszcze, choć Gabi strasznie się buntuje) wielkości chusteczki do nosa.
Po jakimś czasie, postanowił podlać usychające co się da wokół domu, i po przeciwnej stronie ulicy. Jak na umówiony sygnał, w tym samym momencie, ujrzał, mieszkających przecież dobry kilometr od nich, rodziców Oli. Mama była zapłakana.

– Matko święta, co się stało, Ola przecież jest u nas, bawi się z Emilką!

Nie o Olę jednak chodziło. Po prostu uciekła im papużka, rudosterka żółtobrzucha, pupilka całej rodziny i teraz chodzą po całej okolicy w poszukiwaniu uciekinierki. A nuż ktoś, coś.
– Już na fejsbuk daliśmy ogłoszenie, w domu wydrukujemy i rozlepimy jutro ulotki – mówili zrozpaczeni.
Gabrysia i Franek obiecali, że oczywiście pomogą szukać, i że jak się czegokolwiek dowiedzą – zaraz zadzwonią, choć pierwsza myśl Gabrysi, to zapomnijcie, że mieliście papugę…
Niemniej poszukiwania  papużki ruszyły.

Następnego dnia, dziadek Franek znów pracował w swoim, no dobra, ogrodzie. Schylony dziabał gracką w ziemi i nagle coś poczuł i nie był to ból. Coś sporych rozmiarów usiadło mu na plecach!
Jasne, że najpierw się przestraszył, potem delikatnie rozprostował, a ciężar w tym czasie przemieścił się na jego ramię.
– W imię ojca i syna… Przecież to papużka Oli!
Tak naprawdę to powiedział całkiem coś innego, lecz choć, gdzie mi tam do Jurka Owsiaka, wolę nie cytować.
Wstał, powoli zaczął iść w stronę domu. Papużka jednak ani myślała uciekać! Spokojnie pozwoliła się zanieść do pokoju, pozwoliła pozamykać okna i dopiero wtedy Franek po raz pierwszy wypuścił wstrzymany oddech, który uszedł wszystkimi możliwymi drogami.
– Gabi, choć tu szybko!

Telefon do właścicieli, błyskawiczny przyjazd i taka radość, że właścicielka z pewnym smuteczkiem stwierdziła, że mąż nie cieszyłby się tak bardzo, gdyby ona sama zaginęła i się odnalazła… I trzydzieści ulotek wydrukowanych, z czego część już rozlepiona.
Kupa radości i śmiechu, bo cóż to za papuzia mądrość nakazała ptaszkowi odnaleźć dziadka Emilki, gdzie Ola przychodziła się bawić, i usiąść właśnie na jego plecach?
Mało domów, drzew, innych kręcących kuprami ptaków w okolicy?
A ona wiedziała! Ot, stwierdzili, że to najmądrzejsza papuga na świecie.
Pozwalam sobie jednak mieć inną teorię, ot, zwiała na balety, po jednej nocy miała dość, nie wiedziała jak wrócić do domu to poleciała na negocjacje do najłagodniejszego człowieka jakiego znała. Wielkie mi mecyje.

Ale czujecie, jaki to przypadek? Jeden na milion! Jak w totolotku.

To ona. Poszukiwana listami gończymi rudosterka żółtobrzucha.

Krystyna

Urocze rudzielce…

W czwartek mają wrócić afrykańskie upały. Nie ma się z czego cieszyć, jest sucho, mało co rośnie, zagrożenie pożarami duże, wody coraz mniej.
Nie chcę już powtarzać, że dla mnie takie ciepło to tylko umierać, bo ja z tych, co zimę, śnieg i mróz lubią. Nawet w styczniu byliśmy z rodziną w słowackich termach, gdzie na zewnątrz takie sobie minus pięć a nam na głowy śnieg sypał.
I przebieżki boso po śniegu z basenu do basenu – wedle zachcianki, temperatura wody od 28 stopni, przez 37, do 60. I sztuczna fala tylko dla nas, bo takich pomyleńców było tam niewielu.
Po prostu bosko. A na dodatek, siedząc w bąbelkach, mogłam obserwować trasy narciarskie.
W styczniu jednak trafił się nam także pogrzeb.
Bardzo smutna uroczystość, ale kiedy weszłam na teren cmentarza i zobaczyłam harcujące w zasięgu niemal ręki wiewiórki, nieco mnie poniosło…
No bo jak nie zrobić takich zdjęć, no jak?

 

Powiecie, że mam coś z głową.
I macie rację.

Krystyna