I z czego się tu śmiać…

Czwartego grudnia 2019, w Barbórkę, zaprosiłam męża na spektakl pt.: Ucho Prezesa czyli SCHEDA.
Ponieważ namiętnie oglądałam odcinki Ucha na youtube, z największą przyjemnością zobaczyłam kabareciarzy na żywo. Udało mi się nawet kupić bilety w drugim rzędzie, a więc przyjemność tym większa, bo wszystko z detalami, z bliska. Każdy kłak sierści na marynarce Prezesa.

Na początku poproszono, aby nie robić zdjęć, żeby nie nagrywać, mam więc tylko jedno zdjęcie pustej jeszcze sceny.

Spektakl był świetny, śmiechu nie dało się opanować, dialogi błyskotliwe i skądś znane, aktorzy rewelacyjni, że o samym Robercie Górskim nie wspomnę.

Scena z perspektywy drugiego rzędu.

Czas przeleciał bardzo szybko, wyszliśmy na świątecznie przystrojone Katowice, jeszcze rozbawieni rozmawialiśmy o tym, co zobaczyliśmy i wiecie co?
Nagle zrobiło mi się smutno.
Zrobiło mi się smutno, bo zapytałam samą siebie – z czego się śmiałaś? Przecież całe to przedstawienie było dokładnym odzwierciedleniem tego wszystkiego, co się u nas dzieje, niby krzywe zwierciadło a wcale nie śmieszne, kiedy się nad tym głębiej zastanowić.
Postacie polityków jedynej słusznej partii przedstawione niby w karykaturze, ale jakże te karykatury były prawdziwe, realistyczne.
A więc z czego się śmialiśmy?

Sami z siebie się śmialiśmy…

Tu krótkie fragmenty, znalezione na youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=INfEmwUUnKU
https://www.youtube.com/watch?v=4GfmSSpgtg0
https://www.youtube.com/watch?v=9xHbLZfV1yM

Krystyna

Małe wielkie przyjemności…

Jakoś tak sobie wymyśliliśmy, że rodzinne święta obchodzimy nie w domu, gdzie trzeba było tylko zapieprzać w kuchni przed i po, a wychodzimy na obiad do wybranej przez solenizanta restauracji, idziemy na kręgle, do kina, albo wyjeżdżamy coś zobaczyć.
Listopadowe urodziny syna, w ramach prezentu, spędziliśmy we wrocławskim zoo, a właściwie w samym afrykarium, bo tam upłynęło nam niezauważenie prawie sześć godzin. Naprawdę.

Kiedy z daleka zobaczyłam wielki wagon kolejowy z dziwnym graffiti pomyślałam, że chyba bez sensu było jechać tu niemal trzysta kilometrów, przy niesprzyjającej, mokrej aurze.
Jakże się myliłam!

Wrocławskie zoo znam teoretycznie od dziecka dzięki programowi “Z kamerą wśród zwierząt”, który prowadziła para dyrektorów – Hanna i Antoni Gucwińscy, których potraktowano, według mnie, bardzo niesprawiedliwie. Znając ich absolutną empatię do zwierząt nie wierzę, żeby znęcali się nad niedźwiedziem Mago.
Antoni Gucwiński został zresztą sądownie z tych zarzutów oczyszczony, ale smród i żal pozostał.

Wracając do tego a’la wagonu, pomyślałam też, że jakiś on mały, i że cóż tam może się zmieścić, jednak za progiem wkroczyliśmy w inny świat.
Czego tam nie było…

Wagon jak się patrzy, przed nim sadzawka, ale w środku…
Hipcie razem z rybami i ptakami w absolutnej symbiozie. Ludzie mają gorzej, ale o tym potem.

 

Wkraczam w podwodny świat. Nie da się tego słowami opisać, to trzeba zobaczyć.
Przepływająca nad głową płaszczka robi wrażenie. Za pierwszym razem człowiek aż kurczy się ze strachu… I te miny – raz uśmiechnięta, raz zawzięta i gotowa do pożarcia…
Dobrze, że szyby są odpowiedniej grubości, takie spotkanie oko w oko budzi respekt.
Karmienie zwierząt odbywa się w określonych przy wejściu godzinach, w towarzystwie opowiadającej o wszystkim pani. Niezwykła lekcja przyrody a na zdjęciu karmienie manatów. Zieloną sałatą. Podsłyszeliśmy panią z mikrofonem: cyt: jeszcze popieprzę trzy godziny a o piętnastej idę na kawę. Oczywiście nie było to dla naszych uszu, a do koleżankowych 🙂
Kaczka? Gęś? Nie mam pojęcia, ale była śliczna.
Wielkość i ogon dużej myszy albo małego szczura, pyszczek z kilkucentymetrową trąbką. Ruchliwe jakby z ADHD i trudno było zrobić lepsze zdjęcie.
Antylopa poskładana chyba z kijowo do siebie pasujących części. Jakby każdy zwierz coś jej podarował…
Rarytas – małe, rude pandy. Padał deszcz, było szaro i brzydko, to i zdjęcie takież.
Ten słoń podejrzanie i jednostajnie kiwał się z nogi na nogę. Albo słyszał wewnętrzną muzykę, albo miał problemy natury psychicznej.
Pantera śnieżna. Stałam przy niej chyba pół godziny, dwukrotnie do niej wracałam. Jest przepiękna. Tylko nerwowa jakaś, bo na papu czekała.
Ostatnia pani nosorożcowa. Chłopa wykończyła i sama sobie dzieci nie zrobi, umrze samotnie. Poważnie mówiąc, niedługo nosorożce będziemy znać tylko ze zdjęć. Białe nosorożce są już gatunkiem wymarłym, na wolności są tylko dwie samice…
O tym wspomniałam przy okazji hipopotamów, bo…
…bo fruwające nad głowami odwiedzających ludzi ptaki, duże przecież, potrafią zostawić pamiątki wielkości sadzonego jajka. Tyle w temacie wolno fruwających ptaków.
No, a to je jo…

Część zwierząt ze zdjęć znajduje się oczywiście na zewnątrz, nie w afrykarium, niemniej aura nie sprzyjała dokumentowaniu i robieniu ładnych fotek. Co tu dużo mówić – padało i to nieźle. Wybrałam według mnie najlepsze zdjęcia, aczkolwiek z żalem odkładałam pozostałe. Warto tam pojechać i zobaczyć na własne oczy.

 

Krystyna

Matka Polka…

Wigilia.
Najpiękniejszy dzień w roku, na który się tak bardzo czeka tyle dni, ba, już po kolacji czuje się żal, że znów rok trzeba czekać…
Zakupy, przygotowania i radość z bycia razem, że ma się najbliższych przy stole.
Czas szybko mija, każdy chwali kapustę z grzybami, karpia w galarecie.
Prezenty.
– Naprawdę wszystko dla mnie? – pyta wzruszony syn.
O 20.00 mama jest już zmęczona, chce wracać do siebie, a więc odwozimy, pakuję jeszcze smażone ryby na zaś.

Ogarniamy bajzel, którego uniknąć się nie da kiedy wyciąga się te lepsze rzeczy na stół, słuchamy kolęd i rozmawiamy. O wszystkim i o niczym. Lubię te dyskusje synów, kiedy dzielą się przeżyciami, doświadczeniami, planami, i tak do 1.00 w nocy. Potem sięgam jeszcze po kolejną książkę Tokarczuk, bo przecież nie mogę zostać w intelektualnym tyle, o 2.00 już decyduję się położyć spać.
Ledwo zasypiam, a przynajmniej tak mi się wydaje, łapie mnie skurcz w nodze, od kolana do góry. Szlag trafił, jaki to ból! Wyskakuję z wyra zgięta w pół, co chcę się wyprostować to kolano z bólu idzie w górę, kolano w dół – zgina mnie w pasie. Jak marionetka na sznurku. Na zegarze 3.30, masuję bolesny mięsień, żeby minął ból musi minąć jakiś czas, jakieś pół godziny.
Szukam wygodnego miejsca w łóżku, kładę się na waleta, zasypiam, ale na krótko, chyba, ze snu wyrywa mnie dźwięk telefonu.
To mama.

– Przewróciłam się, nie umiem wstać, potrzebuję pomocy – mówi.
– Mamuniu, która jest?
– Minęła piąta.

Budzę syna, musi pojechać ze mną, bo sama nie dam rady mamy z podłogi podnieść, zresztą nawet nie wiem jak to się stało i co zastanę. Przy windzie spotykam sąsiadkę, która właśnie wychodzi z psem, pod blokiem spotykamy inną, już spacerującą.

– W śmietniku śpi jakiś bezdomny, matko, jak on chrapie – mówi ta druga, podchodzimy bliżej, faktycznie leży gość w jasnych spodniach, na tekturze, a tu zimno jak diabli i mżawka. Mówię, że trzeba zadzwonić na 112 i myślę o czekającej na podłodze mamie.
– Nie mam przy sobie komórki.
– Ja też nie mam.

No ja mam, trzymam w ręce w razie, gdyby mama zadzwoniła.
Dzwonię, odbiera dyżurny, przedstawiam się, klaruję o co chodzi.
– Śmietnik zadaszony?
– Nie, zbudowany z estetycznych deseczek, bez dachu, człowiek leży przy samym murku.
– Jest przytomny?
– Skoro chrapie – to chyba przytomny.
– Jest z nim kontakt?

Tłumaczę, że nie podchodziłam do niego, nie wiem czy kontaktuje, czy trzeźwy, czy naćpany, śpieszę się do matki, która leży na podłodze u siebie w domu i czeka na moją pomoc. Uważam, że trzeba facetowi pomóc, jest zimno i mokro, dlatego dzwonię.
– Czy numer z którego pani dzwoni, jest numerem kontaktowym?
– Tak, to mój numer.
– Proszę się nie rozłączać, łączę panią z ratownikami medycznymi.

Czekam idąc w stronę parkingu, bo zaczynam się niecierpliwić.

– Słucham – słyszę z tamtej strony głos wybudzonej ze snu zimowego wściekłej niedźwiedzicy.

Znów od początku dokładnie ta sama procedura, te same pytania, czy jest z nim kontakt, czy trzeźwy. Tłumaczę wkurwionej, że ją obudziłam koordynatorce, że nie wiem, że nie mam czasu sprawdzać, bo śpieszę się do leżącej na podłodze mamy a ona wiecie co do mnie?

– Proszę podejść do niego, zagadnąć i sprawdzić czy trzeźwy.

Nie wytrzymuję, dość niegrzecznie odpowiadam, że jestem już na parkingu i właśnie wsiadam do auta, bo ŚPIESZĘ SIĘ DO MATKI, KTÓRA SIĘ PRZEWRÓCIŁA W SWOIM MIESZKANIU I CZEKA NA MNIE. Dodaję, że chcę człowiekowi pomóc, że wszystko rozumiem, ale nic więcej zrobić już nie mogę.

– To wszystko – słyszę i pędzę do mamy.

Jest wczesny, bardzo wczesny świąteczny poranek, nie powiem, że wymarzony, jestem niewyspana, zmęczona, zniesmaczona.
A pies to drapał, po powrocie wskakujemy z powrotem w piżamy, śpimy do południa.
Ostatecznie mamy Boże Narodzenie.

Krystyna

Śliwki…

Bamberg jest przepiękny i spacerując z podopieczną robimy wielkie koło. Jako że teren górzysty, najpierw idziemy w dół a potem z mozołem do góry. Wolałabym odwrotnie, ale to nie koncert życzeń. Takie koło zabiera nam około półtorej godziny, zahaczamy również o kościół Karmelitów.
Droga w dół jest bardzo wąska i pozakręcana, dlatego też zakaz prędkości do 30 km. na godzinę, jak wszędzie tu zresztą. Jeżdżę tu volkswagenem Touran, duże, fajne autko, ale co z tego, kiedy – wierzcie mi, ani razu nie jechałam na trójce! Jedynka i dwójka to całe szaleństwo na jakie mnie stać… Nie ma co ściemniać, do sklepu mam jakieś 800 metrów.
Ale wracam do spacerów w dół, po drodze podziwiam pięknie utrzymane domy, z nowoczesnymi fontannami, ukwiecone na potęgę. Mijamy przedszkole, zza wysokiego żywopłotu słychać dziecięcy gwar, a przy płocie – dwie skrzynki śliwek, takich świeżo zerwanych, jeszcze z nalotem, prawie nie dotykane i skarbonka.
Żadnych ludzi, żadnej wagi, żadnych woreczków.
Śliwki i skarbonka.

Następnego dnia była już tylko jedna skrzynka śliwek i skarbonka.

I wiecie co? Zrobiło mi się smutno, bo pomyślałam, że gdyby ktoś u nas postawił skrzynkę śliwek bez opieki, po kwadransie już by jej nie było, o skarbonce nie wspomnę.
Dlaczego?

Krystyna

Oni wiedzą…

Trudno dziś nie odnieść się do rocznicy tego wydarzenia, którego oby nigdy więcej nie było. To było aż 80 lat temu; a może zaledwie 80 lat temu?

Wczoraj w niemieckiej telewizji obejrzałam ponad trzygodzinny film dokumentalny z 2014 roku , przeplatany wypowiedziami bezpośrednich uczestników, ich dzieci, historyków. Wypowiadał się prof. Bartoszewski, Andrzej Wajda, Roman Polański – oni byli wtedy bardzo młodymi ludźmi, wspominali pożegnania z ojcami, sytuacje z którymi przyszło im się zmierzyć.
Überfall aus Polen. Najazd na Polskę.

Wypowiadał się syn kata z Krakowa – Hansa Franka i wiele, wiele innych osób – po polsku, niemiecku, francusku, rosyjsku, angielsku, bo tam właśnie rzuciła ich wojenna tułaczka. Część z nich została wywieziona do Rzeszy jako dzieci nadające się do zniemczenia, czyli czystej rasy – blond włosy i niebieskie oczy.

Syn kata z Krakowa Hansa Franka – Niklas Frank. No co ma zrobić, że miał takich a nie innych rodziców? To jego wina?
Hans Frank.
Uznany za zbrodniarza wojennego na procesie norymberskim listopad 1945 – październik 1946.

Smutny program, ale jakże rzetelny!
Oni, Niemcy, wiedzą, że to ich wina, że poprzednie pokolenie powierzyło los milionów w jedne, szalone ręce. Wstydzą się tego dziś, niechętnie o tym mówią.
Rozmawiałam na ten temat ze starszą panią, pamiętającą tamte czasy, ona tylko smutno powiedziała:
– Kristina, Hitler obiecywał nam tysiącletnie imperium…
I porwał tłumy.

W programie, który obejrzałam, pokazano atak na Westerplatte, na pocztę w Gdańsku i radiostację w Gliwicach.
Pokazano getto warszawskie.
Pokazano dramaty ludzi, brud, głód, smród.

Tego nigdy nie wolno zapomnieć, nigdy, ale czy nie należałoby wreszcie pomyśleć o teraźniejszości, przyszłości, o przyszłych stosunkach z sąsiadami?
Może dość już tej buty, zarzutów, domagania się reparacji, dziadków z wermachtu?
Może czas na prawdziwe, katolickie pojednanie?
Ileż razy oni mają jeszcze przepraszać we wszystkich językach świata?
Tak naprawdę tamtych już nie ma, są ich potomkowie – ale czy oni są winni działaniom ojców i dziadków?

Jak długo jeszcze, zamiast wspólnie myśleć o przyszłości, o klimacie, o europejskiej gospodarce i dobrobycie ludzi, Polska będzie jątrzyć i rozdrapywać nigdy nie zagojone rany, bo nie na rękę nam wybaczenie?

Oni wiedzą, że są winni mordu milionów, zrównania z ziemią dużej części Polski i wszystkiego najgorszego, co się wtedy wydarzyło, ale na boga! od historii nie uciekniemy, tak było i może czas tworzyć przyjazną przyszłość…

Zdjęcia są kiepskie, robiłam fotki telewizorowi, bo tylko w ten sposób mogłam nieco zatrzymać czas.

Krystyna

Dotyk historii…

Dotknęłam tysiącletniej historii.
Dosłownie.

Wszędzie czytam, że bamberska katedra (Katedra Świętych Piotra i Jerzego) to jedno z najważniejszych miejsc w Niemczech, które trzeba zobaczyć. Faktycznie robi wrażenie. Jej historia sięga XI wieku, kiedy to cesarz Henryk II Święty i cesarzowa Kunegunda ją ufundowali, konsekrowali w maju 1012 roku.

Kiedy jest się tak blisko czegoś, co powstało tysiąc lat temu, jak te mury, szczególnie ten z prawego dolnego rogu zdjęcia – zmuszeni jesteśmy do głębokiego zastanowienia się – a co po nas?

Wiecie, te stare mury są wyeksponowane, można je normalnie dotknąć, co nie powiem, daje kopa, daje do zrozumienia, jak malutcy jesteśmy.

Nie pytać co to jest, nie wiem. Dla mnie krzyżówka manata z psem, ale może kiedyś to był lew?

Nie będę zanudzać architekturą, to można wszędzie przeczytać, powiem tylko, że w środku katedry są pochowani fundatorzy – Henryk II Święty i Kunegunda, mają wspaniały grób z marmuru w dwóch kolorach, ich postaci naturalnej wielkości są z czerwonego.

Niełatwo było to zdjęcie zrobić, zawsze grobu ktoś pilnuje. To sarkofag cesarza Henryka II Świętego i jego żony, cesarzowej Kunegundy. Ich postaci, leżące na górze są naturalnej wielkości.

Za ołtarzem, na którym odbywają się normalne msze, wyeksponowane jest krzesło papieża Klemensa II, który spędził w Bambergu sporą część życia odpoczywając tam. Jako ciekawostkę powiem wam, że do mszy, jako ministrant, służyła kobieta. Zapytałam, czy to normalne, a moi przewodnicy powiedzieli, że tak, że są ferie, dzieci powyjeżdżały i z braku laku jest kobieta. Łaskawcy…

W katedrze znajduje się sporo późnoromańskich i wczesnogotyckich dzieł sztuki, jednak sami Niemcy za najciekawsze uznają dzieło sztuki pomnikowej, Jeźdźca z Bambergu – pełnowymiarowej postaci jeźdźca (po koronie uznają, że to król) na koniu. Jednak nikt nie wie, kto tak naprawdę na tym koniu siedzi.
W czasach nazistowskich, Jeździec z Bambergu uchodził za ikonę germańskiej, męskiej urody – cóż, rzecz gustu.

Naturalnej wielkości gość na koniku. Coś jakby Kopernik…

Wiem, że w katedrze znajduje się jeszcze nagrobek papieża Klemensa II z białego marmuru, ale nie widziałam, może następnym razem.
Są też podziemia, jakby dolny kościół, ze studnią, którą mogłam tylko z góry, w ciemnościach sfotografować.

Wiem, zdjęcie po byku, ale studnię widać, z lewej strony są ławki dla wiernych. Nie wiem, może po mszy niektórych topią?

Ot, Bawaria to nie tylko piwo, skórzane portki i jodłowanie.

Brama Adama przy wieży południowej. Z prawej strony schodów rzeźby Adama i Ewy oraz świętego Piotra, z lewej natomiast rzeźby fundatorów – Henryka II, Kunegundy i świętego Szczepana. Na dole, w czerwonych bamboszkach – skacząca przez płoty, niżej podpisana –

 

Krystyna

Ten pierwszy raz…

Niemcy, w zależności od landów, też obchodzą święto Wniebowstąpienia, tu nazywa się je Maria Himmelfahr. Jak wszędzie – piętnastego sierpnia. Wypadło to w czwartek.
W środę, chciałam jak wszyscy Niemcy, posprzątać trochę w domu i dookoła niego. Usłyszałam: przecież wszędzie jest czysto.

Jednak ganeczek nie dawał mi spokoju, ostatnie deszcze naniosły syfu, liści, poopadały igły z choinek i szyszki zwane tu bardzo szykownie “mokele”, czy jakoś tak. Pomyślałam, że to trzeba zmieść. Poszłam po drapaka, zaczęłam od ganku w domu, takiego niby przedpokoju, żeby śmieci potem wymieść na zewnątrz.
Nie przebierałam się w ciuchy do sprzątania, bo to tylko moment, na nogach miałam moje ulubione laćki w srebrno-różowym kolorze i gacie z dresa.

Zmiotłam w “przedpokoju”, wyszłam przed dom, zostawiając drzwi szeroko otwarte, za mną przydreptała moja podopieczna ze swoją śpiewką – po co, przecież jest czysto.
Nawet nie zdążyłam czegokolwiek odpowiedzieć, kiedy przyszedł przeciąg i drzwi domu – dup!!! – zatrzasnęły się.
Zrobiło mi się gorąco.
Spróbowałam poszarpać, ale bezcelowo, klamki brak, drzwi bardzo solidne, zamek też. Nawet jeśli klucz był włożony od wewnątrz, można było je od zewnątrz otworzyć. No git, ale klucz został w domu.
Komórka też.
Spróbowałam poszarpać bramką do ogrodu – służy do transportu najkrótszą drogą kubłów z sortowanymi śmieciami – bezskutecznie. Albo masz klucz, albo do widzenia, otwiera się jedynie od wewnątrz.
Był jeszcze garaż, ale też bez szans na sukces.

No to stoimy obie – ja, mądra opiekunka i moja demencyjna podopieczna, która śmieje się, że mamy przygodę…
Sytuacji nie pomaga fakt, że sąsiedzkie kontakty są mocno ograniczone, na szczęście niedaleko, jakieś 150 metrów mieszka siostra podopiecznej razem ze swoją opiekunką Jeleną.
Pierwsza myśl – Helmut.
Mocno leciwy, 83-letni pan, szwagier mojej podopiecznej, bardzo pomocny i chętnie pomagający, do którego trzeba zadzwonić i zapytać, kto ma jeszcze klucze od domu. W tym celu, w moich srebrno-różowych laćkach, z podopieczną pod ramię, drepczemy do jej siostry.

Ale Helmut o dodatkowych kluczach nic nie wie… Jeden na pewno ma jedna córka, która akurat w Egipcie na urlopie bawi, a drugi z pewnością druga córka, mieszkająca w przybliżeniu 600 km stąd w Eifel.
Jelena wygrzebała z szuflad kilkanaście różnych kluczy, może akurat któryś się dopasuje. Zabieram klucze, radosną podopieczną pod ramię i w moich srebrno-różowych klapeczkach drałujemy do chaci.
Wszystkie zamki, wszystkie klucze – i szajs.
Ogarniam wzrokiem płoty…

Wracamy do Jeleny, oddaję nieprzydatne klucze a Jelena…
Jelena wzrokiem pokazuje dwie drabiny, jedna mniejsza, lekka aluminiowa, druga duża, drewniana, a mnie w oczach robi się ciemno. Jak skazaniec wybieram tą lżejszą, tej wielkiej nie dałybyśmy rady.
Stan wyższej konieczności zmusił nas, do pozostawienia starszych pań, naszych podopiecznych na chwilkę samych a my z Jeleną zapierdzielamy z drabiną przez spokojny, przedświąteczny Bamberg, prosząc boga, by któremuś z sąsiadów nie przyszło do głowy po polizei zadzwonić.

Przystawiam drabinę do płotu, patrzę błagalnym wzrokiem na młodszą Jelenę a ta mówi, że nie wie gdzie jest klucz i nie zna rozkładu mieszkania. W tym momencie sama siebie chwalę za to, że zostawiłam drzwi od mojego pokoju na taras otwarte.
Tylko hyc, i w torebce mam klucz.
Jednak Jelena pierwsza wchodzi na drabinę i mówi, że nie da rady, że zbyt niebezpieczne. Stoją tam namokłe kartony jeden na drugim, jakieś drewniane skrzynki, jakieś stare, duże, popękane donice. Ja jednak wiem, że stoją też kontenery na śmieci.
Kiedy Jelena poszła szukać innych rozwiązań wlazłam na drabinę. Moment zawahania i przełożyłam jedno kopyto w srebrno-różowym laćku na drugą stronę i stoję w rozkroku. Albo-albo.

Szukam w miarę stabilnego podparcia stopie, żeby przełożyć drugą, żadnej stabilizacji, pierwsza stopa w srebrno-różowym laćku wylądowała w czymś zapełnionym brunatną, śmierdzącą deszczówką, bucik Kopciuszka się mocno zmoczył i zaczął ślizgać. Oparłam stopę o kontener, przełożyłam drugą a w tym czasie Jelena zabrała drabinę i poleciała do domu, do starszych pań. Koniec, musiałam z tej pułapki zleźć i zrobiłam to, nie pytajcie jak, bo nie wiem.
W śliskich klapkach dobiegłam do mojego pokoju, zmieniłam buty, zabrałam klucz i biegusiem za drabiną z Jeleną.
Trzymałam ten zdobyty walką na śmierć i życie klucz w garści, ściskałam go tak mocno, że niemal nie poraniłam dłoni. Po drodze mijałam studzienki odpływowe na ulicy i tak mi przez myśl przeleciało, że gdyby mi tak wpadł…

Nie wiem, czy moja podopieczna ucieszyła się z zakończenia przygody, przy kolacji powiedziała mi, że na myśl przyszedł jej nocleg w hotelu, tylko to trochę pinki-pinki kosztuje a my nawet kieszeni nie miałyśmy, o pinkach już nie wspominając.
Ba, pochwaliła mnie nawet, że jestem odważna, ale ja w takich momentach chyba przestaję racjonalnie myśleć.
Nigdy nie chuliganiłam, nigdy po żadnych płotach nie łaziłam, a teraz niemal szósty krzyżyk na karku a ja po płotach…
– No kiedyś trzeba zacząć – skwitowała Gabrysia.

Rano, nie mogłam wstać z łóżka, coś wlazło mi w lewy półdupek i nie chce puścić, a może by tak spróbować w drugą stronę? Po kontenerach znaczy i na zewnątrz, na prawy półdupek?
Jelenaaaaaaa! Drabinaaaaa!

Krystyna

Dziesięć kilo miłości…

Ależ ten czas leci!
Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ze schroniska małego kota, ja chciałam, żeby to był czarny kot. W schronisku były czarne, ale przysłali nam więcej zdjęć kotów do adopcji. I wtedy syn zobaczył to zdjęcie:

8.11.2008 rok. Mały pensjonariusz schroniska w Sosnowcu, któremu dano na imię Slapcio. Jakże nam się to imię nie podobało, postanowiliśmy je zmienić…

i powiedział – ten, albo żaden!

I pojechaliśmy po te wielkie uszy, po tego trzymiesięcznego wymoczka aż do Sosnowca, do wolontariuszki, u której miał dom tymczasowy. Skradł nasze serca od razu. Miłość od pierwszego spojrzenia. Synowie do dziś wspominają nieprzespane noce, kiedy to maluch buszował, właził w miejsca o których nie mieliśmy pojęcia, że są.

17.11.2008 rok. Kilka dni po tym, jak z nami zamieszkał.

Taki był maluśki…
Wiedzieliśmy, że został sam jeden z całego miotu, który to miot, wraz z matką, zginął pod kołami auta na gierkówce koło Roździenia. Ostał się on sam, miał złamany ostatni krąg ogonka. Szczęściarz jeden!

9.04.2019r. Zmienialiśmy mu imię, zmienialiśmy, i teraz nazywa się Slapo. No co… Bo wyrósł!

Teraz, po ponad dziesięciu latach, mam dziesięć kilo miłości…

W naszym małym mieszkaniu, Jego Wysokość potrzebuje sporo miejsca, żeby się rozwalić…

No co tu napisać?
Dziadek a bawi się jak dziecko.
Czasem nawet z legowiska się wylewa.

 

Krystyna

Słów zabrakło…

Muszę to dziś napisać.
Nawet taka kawa, specjalna latte karmelowa, do pięt nie dorasta kawie, którą robi Franek. Nie będę się już powtarzać na ile palców jest piana, bo to już naftaliną zalatuje.
Ale ja dziś nie o tym.
Z Gabrysią znamy się od ponad czterdziestu pięciu lat (Gabi przepraszam!), Franka znam od naszej studniówki, czyli parę lat krócej.
Ładny kawał życia!

Otóż dwa tygodnie temu Franek pożegnał na zawsze swojego starszego brata, z którym był bardzo silnie związany. Mimo, że jestem póki co w Deutschland, bardzo to z nim przeżywałam.
Ale wyobraźcie sobie, co przeżywała Mama Franka, która dziś właśnie kończy sto cztery lata!
Franek, przeżywając śmierć brata, martwił się o Mamę, która na szczęście – jak to ślonsko baba – jest twarda i dała radę.
Franku, wybacz mi tą chwilę słabości i te słowa, którymi wyrażam swoją przyjaźń i przywiązanie do Was, a Mamie chciałabym dziś życzyć wielu jeszcze lat w zdrowiu, dobrej kondycji, w otoczeniu wspaniałej rodziny.

Krystyna

Produkt wstępnie przeżuty…

W niemieckich sklepach widuję sporo różnych dziwnych rzeczy. Nie należę do kobiet lubiących łazić po sklepach bez celu, szczególnie w  tych dużych, przeraża mnie zawsze tłum ludzi i za długie czekanie do kasy. Szkoda mi czasu.
Muszę jednak czasem zakupy spożywcze zrobić, Wiadomo, w Lidlu, Aldiku czy Netto wiem, gdzie co mniej więcej leży, ale w Rewe dla przykładu, już nie. Muszę połazić i niektórych rzeczy poszukać, przynajmniej na początku, tak więc wpadają mi w ręce niedorzeczne czasem rzeczy. Przynajmniej dla mnie.
No bo popatrzcie np:


Ugotowana, kiszona kapusta.
Mogę się zgodzić, gotowanie kiszonej kapusty jest pracochłonne, zabiera sporo czasu a i smród w domu jest nie do przecenienia. Dodam, że wypróbowałam, jest wspaniale doprawiona, wystarczy tylko podgrzać i wchrzamać.


Coś jak marynowane pieczarki, a to strugane, umyte, ugotowane kartofle…


Mało tego, mogą być również pokrojone w plasterki, żeby czasem zbyt się nie utrudzić.


Parówka pokrojona w cienkie, równiutkie plasterki…

Następna faza w przetwórstwie wyrobów gotowych, to wstępne przeżuwanie, a potem pozostaje już tylko przeżucie z dodatkiem enzymów ludzkiej śliny.
Smacznego.

Krystyna