Niedługo…

Oto najnowszy program zajęć w liceum ustalony przez Episkopat na najbliższy tydzień.

Poniedziałek
1. Matematyka: Wyliczanie cudów Jezusa
2. Język polski: Odmiana przez przypadki imion świętych.
3. Geografia: Krainy geograficzne po których stąpał Jezus.
4. Historia: Najważniejsze wydarzenia przed narodzeniem Jezusa.
5. Religia: Zbawienna moc święconej wody.

Wtorek
1. Religia: Sakrament pokuty – Zbawienie przez cierpienie.
2. Biologia: Wpływ Ducha Świętego na rozwój pantofelków.
3. Fizyka: Fizyczne możliwości Trójcy Świętej.
4. Matematyka: Wyliczanie możliwych kombinacji układów scalonych ilości diabłów na główce od szpilki.
5. Religia: Zagadnienie dziewicy w nie-dziewicy.

Środa
1. Język polski: Omawianie twórczości JP II na podstawie sztuki „Przed Sklepem Jubilera”.
2. Historia: Geopolityczna sytuacja Galilei na trzy lata przed urodzeniem Jezusa.
3. Chemia: Wpływ Ducha Świętego na formowanie się zbawiennych związków chemicznych w wodzie święconej.
4. Religia: Wpływ szatana na zniewalanie umysłów młodzieży.
5. Wychowanie fizyczne: Nauka prawidłowego klękania i wstawania podczas mszy świętej.

Czwartek
1. Historia: Wczesny wpływ urodzin Jezusa na historię ziem zamieszkałych przez Niego.
2. Fizyka: Fizyczne właściwości błota z którego powstał pierwszy człowiek.
3. Język polski: Piękno języka polskiego w litanii do najświętszego Serca Jezusowego.
4. Matematyka: Prawdopodobieństwo ponownego przyjścia Zbawiciela na świat.
5. Religia: Sakrament spowiedzi. Czystość duszy po przelaniu grzechów na plecy spowiednika.

Piątek
1. Religia: Cudowne masowe nawracanie się na katolicyzm Indian południowo-amerykańskich, za pomocą bata, kija i stosów.
2. Język polski: Rozwijanie pojęcia o wspaniałym doborze słów w litanii do Najświętszej Marii Panny i Wiecznej Dziewicy w rodzaju: Wieżo z Kości Słoniowej, Bramo Zielona czy Domie Złoty.
3. Fizyka: Fizyczne skutki zamiany wody w wino w Kanie Galilejskiej.
4. Wychowanie fizyczne: Próby marszów z pochodniami w celu obrony krzyża.

Szkoła zamknięta do poniedziałku z powodu przygotowań i obowiązkowego uczestnictwa we mszy świętej.

Nie moje, znalazłam to w necie dobrych kilka lat temu. Znalazłam w swoich szkicach i patrzcie – jak znalazł!

 

Krystyna

Co strusie widziały…

Do strusi mam stosunek ambiwalentny.
Z jednej strony podziwiam majestat i siłę – kopnięcie strusia porównuje się z kopnięciem konia, potrafi biegać z prędkością 60 – 70 km na godzinę, z drugiej jednak mam w pamięci historię ze strusiem w roli głównej, którą opisałam wierszem w 2009 roku, niby śmieszna a jednak kosztowała mnie kilka siwych włosów, i do dziś pamiętam bluzkę, która się strusiowi spodobała – bo chyba nie ja. Była granatowa, z żółto-złotymi, zajebutnymi gwiazdami i księżycami. Byłam świadkiem, kiedy to struś, wcale nie wielki, pchany rządzą żarcia – porwał bardzo młodemu człowiekowi bułkę z ręki. Razem ze skórą z palca.
Kiedy więc usłyszałam – jedziemy na farmę strusi – pierwsze było: NIE, beze mnie.
Potem konsternacja – chciałaby a boi się, jednak ciekawość wzięła górę.
Piękna, wrześniowa pogoda, dzień otwarty, bulić za wstęp nie trzeba. No to jedziemy.
Gospodarz sympatyczny, oprowadzał po farmie i interesująco, ze swadą, opowiadał o swoich mających imiona pupilach, których życie i tak się kończyło na talerzach.
Ja widziałam jednak coś zgoła innego. Niemal je słyszałam…

– Te, ryknij no, niech reszta przyjdzie, ludzie idą, zaś się pośmiejemy…
– Patrz, gapią się na nas jakby mieli na co, pajace jedne hłe, hłe, hłe…
– Jacy oni śmieszni, krótkie nogi, krótkie szyje, kolorowi jak ta tęcza na Placu Zbawiciela… Totalne bezguścia.
…i po co im te pióra na głowach? Ta ma białe, tamta jakieś czerwone, o, a ten wcale nic nie ma. Dziwaki…
– Trzeba się od płotu odsunąć, będą pióra nam wyrywać…
…tyłki macać czy jaja mamy… Potem będą mięso próbować, wysuszone gnaty podziwiać, kanibale jedne…
…skórę sprawdzać, czy już się na torby nadaje… A PALCA DO OKA WSADZIĆ NIE CHCECIE??? Albo do … No.
Eksponaty… Jedno strusie jajo to 26 jaj kurzych! Obcięta stopa też robi wrażenie.
Pióra. Są piękne i wcale nie dziwota, że największe gapy wśród strusi świecą gołą skórą!
Skóra strusia jest niezwykle miękka, z charakterystycznymi wzorami po piórach i nie dziwota, że torebka kosztuje ok. 800 euro.

Pożegnawszy się bez specjalnej czułości, ruszyliśmy w drogę powrotną. To, że okolica jest tu niezwykle malownicza nie muszę już chyba przypominać. Najczęściej wszystko oglądam z dołu, z perspektywy brzegu rzeki Mosel, jak na przykład tą białą, maleńką kapliczkę na górze:

Kapliczka, jak się okazuje wcale taka malutka nie jest, to raczej niewielki kościółek, do którego można normalnie autem dojechać, przy którym jest ławka z widokiem…

…takim widokiem na wieś, w której teraz pomieszkuję. No tak mam – raz na górze, raz na dole. Na górze pięknie, jednak pewniej czuję się na dole i mimo wszystko – chętnie na te doły wracam…

 

Krystyna

Takie tam ruiny…

Sobotnie popołudnie, piękna, słoneczna pogoda, w sam raz na wyprawę. Tym razem w górę, może nie za wysoko, ale ja na góry lubię patrzeć z dołu, wchodzić nie za bardzo. Ale to była nie lada atrakcja i gratka.
Ruiny Grevenburg niemal codziennie oglądałam z dołu, z perspektywy auta, i zawsze sobie obiecywałam, że kiedyś tam wlezę – i słowo ciałem się stało.

Tak ruiny wyglądają w dzień, w nocy są przepięknie podświetlone.
No to Kryśka dawaj…
…w górę i w górę. Przy okazji obserwowałam, jak zbiera się winogrona z takich stromych zboczy. Żadnych maszyn, niewielki traktorek wciąga linę z pojemnikiem pełnym ręcznie ścinanych kiści.
Pierwsza atrakcja, pierwszy krótki odpoczynek.
Nie ma totamto, widoki wspaniałe, ale tych winorośli nie chciałabym tak uprawiać, jest naprawdę stromo.
Jeszcze trochę w górę…
…i oczom ukazał się ten widok!
Ruiny Grevenburg – twierdza powstała około 1350 roku, w 1734 roku wysadzona przez Francuzów.
Selfi musi być, a jakże.

Armata niby, ale jakaś nieproporcjonalna…
I dla tego widoku warto było tu wleźć…
Droga w górę była trudniejsza ale krótsza, było więcej schodów, w dół serpentynami… Trasa chyba z dziesięć razy dłuższa, ale równie piękna.
Zachowały się skały – fundamenty niegdysiejszej świetności.
I już na dole. Brama za którą jest most na Mozeli, niezwykle malownicza. Ino że most jest w ciągłym remoncie…
Traben, też piękne.

I to by było na tyle. Czy nie nudzą Was te moje zdjęcia?
Podobają się? Mam jeszcze relację z farmy strusi…

 

Krystyna

Kolejny rok…

Znowu muszę się przyzwyczaić do faktu, że suma przeżytych lat podniosła się o rok.
Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali, bo na fb daty nie ma.
Dziękuję Mamie, cioci, wujkowi, bratu, bratowej, Gabrysi, Kasi, Zosi, Karinie, Ewie, Jarkowi, Pawłowi.
Mężowi i synom.
DZIĘKUJĘ, ŻE WAS MAM.
Dziękuję tym, którzy teraz, czytając te słowa powiedzą – o matko, zapomniałam… Tak, tak, będą tacy, mnie też się tak zdarza.

Dziękuję moim niemieckim przyjaciołom.
Dziękuję mojemu podopiecznemu, który z tej okazji zaprosił mnie do restauracji na obiad. Jakże by inaczej, tyle, że dziś nie pole golfowe a korty tenisowe. Właścicielem restauracji jest od kilkudziesięcioleci przyjaciel rodziny, Włoch z pochodzenia – Sereno Giuseppe.
Kiedy dowiedział się z jakiej okazji tam jesteśmy, po obiedzie, na koszt firmy, dostaliśmy kawę i lody. A potem…
Potem Sereno wyjął z wazonu purpurowe róże, zwinął w sreberko i złożył mi życzenia.

Po obiedzie zwiedzanie Bernkastel.
Ci, którzy w tych rejonach mieszkają, nie jestem pewna, że są do końca świadomi, w jak pięknym miejscu przyszło im żyć. Zrobiłam dziś około stu pięćdziesięciu zdjęć, chciałam wybrać kilka, nie dało się, wybrałam kilkanaście. Resztę z bólem serca zostawiam tylko dla siebie.

Popatrzcie i zachwycajcie się ze mną.

Na drugim piętrze, między oknami, czai się drewniany, czarno-biały kot, a na pierwszym…
…a na pierwszym siedzi podglądacz z lornetą! Też drewniany.
Skrzynka na pocztę, reklamy. TEŻ CHCĘ TAKĄ!!!
Wszędzie podglądacze. Przed takimi nic się nie ukryje.
Cóż powiedzieć? Ładnie no.
Za mną miśki żrą brązowe winogrona. Z brązu, no.

Podziwiałam detale, estetykę i czystość.
Kościół katolicki. Można bez kapiącego złota i przepychu? Można.

Przeczytałam dziś na którymś z szyldów, że wino i przyjaciele, im starsi tym lepsi.
Gabi z kolei przypomniała mi moją osiemnastkę, którą świętowałyśmy we dwie, czterdzieści (nie wierzę!) lat temu. Młodziutkie, zagubione, rzucone w wielki świat innego miasta, znalazłyśmy malutki lokalik, idealny dla nas, z cichuteńką muzyką, nazywał się Pizzeria.
Nie wiedziałyśmy co to jest, weszłyśmy do środka i na zawsze zakochałyśmy się w smaku dobrej pizzy. Pierwsza pizza, pierwsza lampka czerwonego wina. I na zawsze w pamięci tamten dzień.
Gabrysiu, nawet nie wiesz, ile dziś ta nasza rozmowa dla mnie znaczyła.
Wózki, rollatory, pampersy – nieważne. Co czterdzieści lat, będziemy chodzić na pizzę i czerwone wino.
Hej!

Krystyna

A w górach już jesień…

Pamiętacie moją migdałową aleję? Piękne, różowe kwiaty i potem zawiązki owoców. Z czasem owoce dojrzały, zrobiły się podobne do moreli.

To zdjęcie zrobiłam 18-go sierpnia. Jeszcze twarde, omszałe owoce, jakby morele, ale z wyraźną linią pękania.
Po dziesięciu dniach dojrzewające migdały wyglądały już tak:
Już, już chcą wypadać, ale jeszcze nie pora…

Teraz na potęgę pękają i mam trochę tego smakołyku.

Tak wyglądają migdały zebrane pod drzewem 20-go września. Żółta skóra jest miękka, łatwo ją rozłamać na pół i wydobyć pestki. Trzeba je podsuszyć a potem dobrać się do wnętrza, czy ktoś ma pomysł – JAK?

Czy ktoś może mnie uświadomić, jak dostać się do środka? Jak je rozmigdalić? Bo ja już nie mam pomysłu a młotek to chyba zagłada…

Migdały to jedna sprawa a winogrona to druga. Było tak:

Jedne z ostatnich wiszących jeszcze winogron, myślę, że nie długo nacieszą oko.
Dacie wiarę, że minuta (MINUTA!) pracy tej żółtej maszyny zbierającej winogrona kosztuje 6 e (słownie: sześć euro)?
I tyle po winogronach zostało… Fakt, wyjątkowo słoneczne i suche lato sprawiło, że winogrona są słodkie jak miód! Będzie wspaniały riesling.
Urzekło mnie to miejsce –
– popatrzcie na szczegóły!

A swoją drogą niestety już prawie jesień, i tak mi się skojarzyło…
W górach już jesień…

 

Krystyna

Na wulkanie…

Zaliczyłam dziś wspaniałą wyprawę szlakiem wygasłych wulkanów na terenie płaskowyżu Eifel w niemieckiej Nadrenii, sprzed 12-tu tysięcy lat. Podziwiałam trzy: największe jezioro stworzył wygasły wulkan Pulvermaar, Weinfelder Maar i Totenmaar.

Jezioro powstałe w kraterze kalderowym wulkanu Pulvermaar. Przepiękne!
Również Pulvermaar.
Mimo, że ogólnie pogoda dopisała, takie 30st. C, to tam, przy wodzie, było chłodniej. Wiał wietrzyk, więc nawet słońce nie było takie nachalne.
Trzymam w ręku kamień wulkaniczny, leciutki, więc chyba to pumeks.
Skały wulkaniczne. Korzenie drzew szukają miejsc między kamieniami, niektóre drzewa są tak skarlałe, że wyglądają jak bonsai.

Do następnych jezior powulkanicznych prowadziła malownicza droga urokliwymi, niemieckimi wioskami.

Miejscowość Schalkenmeren. Wierzcie mi, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca…
Takie perełki też są. Mają swój urok.
To drugie w kolejności widziane przeze mnie jezioro w kraterze wulkanu Weinfelder Maar. I chyba najpiękniejsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić…
Malownicza ścieżka prowadziła do wieży Dronket. Została zbudowana w 1902 roku na wysokości 560 metrów n.p.m. Ma 11 metrów wysokości. Jako materiał do jej budowy posłużyły wulkaniczne bloki bazaltowe, co jest dowodem na to, że wulkany w Eifel były kiedyś aktywne. Wieża ma podstawę sześciokąta.
Z wieży Dronket rozpościera się widok zapierający dech. To trzeci zaliczony wygasły wulkan – Totenmaar. No bajka po prostu…
Po drodze minęliśmy przepiękny kościół, zwany Kirche ohne Dorf – czyli kościół bez wsi, przy którym znajduje się niewielki cmentarz. Całkiem współczesny. Czapeczka i pejcz świadczą chyba o tym, że gość lubił konie i wyścigi…
Kozy i osiołki żyją sobie w naturalnych warunkach. Jest bardzo sucho i doprawdy nie wiem, co one tam skubały…

To by było na tyle.  I tak jakoś skojarzyło mi się to dzisiejsze podziwianie piękna z piosenką Marka Grechuty. Posłuchajcie ze mną…

Zastrzegam prawa autorskie do zdjęć.

Krystyna

Krwiopijca…

Ostatnie 10 sekund przed śmiercią. Niech się cieszy, że mu nóżek i skrzydełek po kolei nie wyrywałam, tylko zrobiłam to humanitarnie.

Jest po dwudziestej drugiej, w domu pachnie świeżo upieczonym jabłecznikiem, mam śliczną cieniowaną włóczkę i próbuję z niej zrobić czapkę – kapelusik.
Mija półtorej godziny robótek i jednak trzeba spać.
W wyrku jeszcze zabawa komórką, a jakże, nabijam punkty w pasjansie. Ponieważ jedynym źródłem światła jest ekran komórki, z daleka słyszę bzzzzzzz…
Cierpliwa jestem, czekam aż franca gdzieś sobie siądzie, ale nie, lata i bzyczy między moimi oczami a ekranem telefonu. Siada z wrednym bzyczeniem koło ucha, walę więc z liścia, mało nowych, progresywnych bryli nie łamię i głuchnę na kilka minut.
Przeżył.
Włączam latarkę w komórce i jasnym snopem szukam go na ścianach pokoju. Gdyby mnie ktoś zobaczył w takiej sytuacji – miałby niezły ubaw, łażę jak nawiedzony inspektor Gadżet z kreskówki i tropię komara.
Niestety nie znajduję. Kładę się więc, rozwalam w łóżku, bo ja normalnie spać nie umiem, tyłek na wierzchu a ręce zwisają po bokach. Już, już zasypiam a tu z daleka słyszę bzzzzz…
Bzzzzzz…
Nie ruszam się, może odleci. Za chwilę czuję, że fuck you u prawej ręki swędzi i puchnie w zgięciu. Potem swędzi przedramię. Nie ma rady, albo przykryję się po uszy i utonę we własnym pocie, albo muszę wstać i go ukatrupić.
Wbrew miłości do stworzeń wszelkich, dużych i małych – wybieram to drugie. Ukatrupić znaczy.
Zapalam wszystkie światła i łażę jak somnambulik. Szukam małego komara w dużym pokoju – śmieszne, nie? Wiem, wiem, też tak macie. Niestety nie znalazłam. Pogasiłam światła i znów się położyłam, ale wiadomo – bzzzzz nie znikło. W pewnym momencie słyszę bzyczenie bardzo blisko, w okolicach twarzy i już nie eksperymentuję, że może wyparował, tylko kiedy nastała cisza włączyłam latarkę w komórce i znów jak ten Gadżet…
Raz mając komara w pokoju pomyślałam, że teraz ja dam mu spokój, napije się do syta tej mojej słodkiej krwi i potem on da spokój mnie.  Jakże się myliłam! Napił się raz, potem drugi i trzeci, na czwarty i kolejne nie czekałam, tylko udało mi się rozgnieść krwiopijcę na białej piżamie. No.
Aha, no to szukam go. Jest! Na ścianie tuż przy mojej głowie. Co robię pierwsze?
Nie, nie, nie łapię za lacia tylko za komórkę i zdjęcie robię, naprawdę. Lać zaraz potem.
Zabiłam gada i wcale mi z tego powodu nie było żal, drodzy miłośnicy zwierząt.

I tyle z niego zostało. Drugi zginął w podobnych okolicznościach i pozie, oszczędzę więc szczegółów.

Niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, wystarczy jednemu, malutkiemu komarkowi zrobić kuku.
Kładę się, po swojemu oczywiście jak samolot, z porozrzucanymi częściami niezamiennymi, niczym tupolew w ruskim hangarze. Kołderka między nogi, na dziobie błogi uśmiech – jest pierwsza w nocy i mogę spać. Już, już Morfeusz przywołuje mnie palcem, podaje mi rękę, taką piękną i wypielęgnowaną, widzę jego przystojną twarz, wyciągam rękę do niego i…
Bzzzz. Bzzzzz. Bzzzzzzzzzzzzzzz.
Nie chcielibyście słyszeć tego, co wyszło z mojej krtani. Znów – albo się przykryć razem z oczami, albo wstać i szukać.
Odezwał się we mnie zew mordu. Przy okazji dostało się bogu ducha winnemu pająkowi, ale po co pcha mi się do oczu jak mendę komara tropię? Hę?
Bzzzzzzzzzzzzzz…
O drugiej miałam wreszcie spokój z komarami.
O trzeciej rozpętała się burza z piorunami, a na tarasie miałam rozwieszone pranie.
Teraz piję trzecią kawę i nawet jabłecznik nie podchodzi tak, jak powinien.

Krystyna

Miło już było…

niebo

Basia pojechała do pracy do Niemiec po podjęciu szybkiej decyzji.
– Nie masz ochoty zarobić? – zapytała ją znajoma i Basia właściwie się nie zastanawiała.
Miała szczęście, bo trafiła na fajnych i życzliwych ludzi, problemem był język, bo go nie znała, ale wszyscy powtarzali, że da radę. No to raz kozie śmierć. I od razu na dwa miesiące.
Dawała radę, niemniej strasznie się męczyła, mózg parował od ciągłego kombinowania z ichnią mową, łatwo więc sobie wyobrazić radość Basi, kiedy pewnego razu usłyszała od mijającej ją ładnej dziewczyny – dzień dobry.
Szczerze mówiąc, Basia nie szukała znajomości, miała wszystko czego jej trzeba było – książki do nauki języka, szydełko do robótek, auto do wypadów na zakupy i zwiedzanie ciekawych miejsc. Uwielbiała zamykać się w swoim ładnym apartamencie i oddawać błogiemu wypoczynkowi po pracy, własne towarzystwo jej zupełnie wystarczało. Jako mieszczuch dużego miasta upajała się spokojem miejsca, ciszą, śpiewem ptaków, obserwacją przepięknego nieba. Chciała zapomnieć o tętniącym życiem mieście, o głośnej muzyce zza ścian, o regularnych alarmach w samochodach, tłumach w sklepach i komunikacji. Po prostu odpoczywała psychicznie.
Niemniej miło i fajnie jest wiedzieć, że w pobliżu jest ktoś, z kim możesz pogadać po swojemu, ktoś, kto może ci czasem w czymś pomóc, ktoś z kim możesz połazić po sklepach.

No i było fajnie, ale krótko.
Zażyłość szybko zaczęła Baśkę męczyć, doszło do tego, że nawet na taras nie miała ochoty wychodzić, żeby nie zostać zauważoną przez koleżankę. Za dużo, za często, niesłownie. Koleżanka spóźniała się na spotkania, bo albo dłużej w pracy musiała zostać, albo zasiedziała się u przyjaciół, którzy raczyli ją alkoholem.

Kiedy w miasteczku zaczęło się lokalne świętowanie, wybrały się obie na spacer popatrzeć.
Wiadomo, Niemcy kochają Wurst, Wein i Bier, kochają muzykę i tańce, są wyluzowani na maksa i mają w nosie, czy ktoś się przygląda, czy komuś się podoba. Po prostu piją i się bawią.
Jakaż to mogła być zabawa dla Baśki, która nic nie rozumiała, czuła się trochę jak zaszczuty pies unikający wzroku ludzi, żeby czasem ktoś o coś nie zapytał, bo ani rozumie, ani powie a tamta podrygiwała w rytm muzyki, ciągle miała na coś ochotę, podczas gdy Baśka była już po kolacji.
Czuła się więc mało komfortowo i chciała wrócić do domu.
– Nie jestem rozrywkowa – powiedziała do swojej towarzyszki i obie, po zrobieniu jeszcze kilku zdjęć, wróciły do swoich domów.

Po kilku dniach ciszy, Basia zadzwoniła do koleżanki, ale ta nie miała dla niej czasu. Po jakimś czasie znów wysłała smsa – z tym samym skutkiem – nie mam czasu.
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że tamta jej unikała, ignorowała, co nawet Baśce było na rękę, pytanie jednak – dlaczego?
Na to pytanie Baśka odpowiedzi nie znalazła. Nie zrobiła nic, co mogłoby tamtą obrazić, urazić, wpędzić w kłopoty a mimo to, tamta usunęła ją ze znajomych na fejsbuku.
Ale to Basię jedynie rozbawiło, bo wydawało się, że ma do czynienie z osobą inteligentną. Teraz mimo że nadal mieszkają niedaleko siebie, od ponad roku wcale się nie widują, to znaczy Basia koleżanki nie widuje, mimo iż często przechodzi pod jej oknami. Jakby się pod ziemię zapadła. A może po prostu jej nie poznaje po jakiejś operacji plastycznej, bo Basia pamięta, że największym jej problemem było pozbycie się brązowych plam starczych z rąk.

PS.
Czasem podkradam słówka i pomysły Klarce Mrozek, jednej z moich ulubionych blogerek. Tak jest i tym razem – nie denerwuj autorki, bo cię opisze. Sto lat, Klarko!

Krystyna

Stein…

Pamiętacie post o kamieniu, który przepowiada pogodę?
Znalazłam taki i u naszych zachodnich sąsiadów, jest jednak nieco bogatszy w prognozowaniu.
Równie śmieszny jak nasz.

Stein trocken – Sonne
kamień suchy – słońce

Stein naß – Regen
kamień mokry – deszcz

Stein weiß – Schnee
kamień biały – śnieg

Stein nicht zu sehen – Nebel
kamienia nie widać – mgła

Stein unter Wasser – Hochwasser
kamień pod wodą – powódź

Stein wackelt – Sturm
kamień się chwieje – burza

Stein fällt runter – Erdbeben
kamień spada – trzęsienie ziemi

Stein verschwommen – 1 Promille
kamień zamazany – 1 promil

Stein doppelt – 2 Promille
kamień podwójny – 2 promile

Stein vierfach- Notruf 112
cztery kamienie – połączenie alarmowe 112

Uśmiechnijcie się!

Krystyna