Co za gady…

Mam szczęście do ładnych miejsc. Niemieckie miasteczka są bardzo urokliwe, a sami Niemcy bardzo dbają o swoje domy i wszystko, co dookoła nich.
Trafiłam na piękny dom i ogród, który ma też mieszkańców.
Zresztą popatrzcie:

Cztery sztuki żółwich piękności mieszkają w ogrodzie.
Z radością dwa razy w tygodniu idę do nich w gości z sałatą.

Nie zawsze umiejętnie i z kulturą korzystają ze stołówki…

Bardzo je polubiłam, czyż nie są urocze?
Bywa, że pakują się nieproszone do pokoju. Bez pukania!

Rybki też tu mieszkają, złote. Może jak będę je rozpieszczać to kto wie…
Nenufary też rosną. Są piękne!

Te żółwie fajtłapy wbrew pozorom poruszają się wcale, wcale żwawo.
Uwielbiam, kiedy maszerują za mną jak pieski, no fajne są! Muszę o nich poczytać, czy przywiązują się do ludzi? Dziwne trochę, ale pozwalają na głaskanie główek.
Ale zadziwiające jest to, że nie są duże, ale kupy robią że ho, ho.

Krystyna

CYKORia…

Cykoria kojarzyła mi się z cykorem, wiecie jakim, pośladki zwarte i uciekać.
Wiedziałam, że jest gorzka i niedobra, dlatego unikałam jej jak ognia. Do czasu.
Kiedy zaprzyjaźniona Estonka, Elena, pokazała mi po raz pierwszy jak się to robi, jak przyprawia, a potem jak smakuje – po prostu zakochałam się w tym smaku.
Dodatkowo dowiedziałam się, i to z ust lekarza medycyny naturalnej, że to najzdrowsza sałata i ma nieskończenie wiele zalet. Nie będę Wam tu przynudzać jakich, wystarczy wpisać “cykoria” w Google i wszystko jasne.
Popatrzcie na zdjęcia i pomyślcie, że tak smakuje jak wygląda.

Cykorie przecinam wzdłuż na pół, wydrążam gorzki głąb, owijam szynką parmeńską, bekonem lub boczkiem wędzonym, spinam wykałaczką i na masełko.
Boczek się topi, cykoria puszcza sok. Zapach nieziemski!
Oto efekt końcowy. Niektórzy dorabiają sos – ciut wody i ser o zdecydowanym smaku, noże być z niebieską pleśnią. Nieco śmietany na koniec.

Proste jak drut.
Smacznego.

Krystyna

 

Deficyt zdrowego rozsądku…

Lubię fejsbuka głównie ze względu na akcje szukania bezdomnym i schroniskowym psom i kotom nowych, dobrych domów, domów tymczasowych, czy też ze względu na zbiórki pieniędzy i bazarki dla potrzebujących zwierzaków. Wśród zwierzolubów mam wielu przyjaciół. Czasem jednak włos jeży mi się na głowie, kiedy czytam, że za wszelką cenę trzeba ratować psa z wypadku, psa, który ma przetrącony kręgosłup, zmiażdżone organy wewnętrzne, połamane tylne łapy. Są tacy, którzy twierdzą, że taki piesek może sobie z wózeczkiem pobiegać, że on też chce żyć i być szczęśliwy z tym wózeczkiem.
To prawda, każda istota chce żyć, jeśli się da – trzeba ratować, ale jeśli się nie da – to sorry Winetou, trzeba czasem psa uśpić. To zawsze są niełatwe decyzje, podejmuje je zazwyczaj weterynarz, a więc ktoś, kto się na tym zna.
Nie lubię, kiedy ktoś mi zarzuca – mimo, że kocham zwierzęta, sama mam trzy koty, żadne rasowe, adoptowane bezdomniaki, za którymi wskoczyłabym w ogień – że jestem złym człowiekiem, bo jem mięso.
Bo jak można kochać kota a jeść mięso “zamordowanej” krowy. No kurde, jakoś można.
Ograniczam mięso, ale nie dlatego, że staję się wegetarianką, ale dlatego, że po prostu przestały mi smakować nasze obrzydliwe wędliny przyprawiane solą drogową i kilka razy odświeżane. Zresztą mało kto wie, ile jest mięsa w mięsie, i co tam właściwie jest.
Dziś natknęłam się na fejsbuku na post o mleku.

CO JEST ZŁEGO Z MLEKIEM?!Odstawienie mięsa może być jasne i logiczne- wiadomo, wiąże się z zabijaniem zwierząt. Ale…

Opublikowany przez Wyzwolenie Zwierząt Czwartek, 4 lipca 2019

W przypadku, gdyby tekst zniknął, kopiuję cały tekst, dodaję dołączone zdjęcie. Tylko komentarze daruję.

CO JEST ZŁEGO Z MLEKIEM?!
Odstawienie mięsa może być jasne i logiczne- wiadomo, wiąże się z zabijaniem zwierząt.
Ale mleko? Co w tym złego?

Zastanówmy się, skąd się bierze mleko. Wiadomo, z krowich wymion, ale pomyślmy głębiej. Co się musi stać, żeby krowa zaczęła dawać mleko?

To samo, co musi się przydarzyć suce, kotce, klaczy, słonicy, kobiecie- każdej samicy ssaka. Musi zajść w ciążę.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że okoliczności w których krowa z fermy przemysłowej zachodzi w ciążę nie są sielankowe- nie jest to romantyczne rendez-vous z seksownym byczkiem, na łące pod jabłonką. Jest to sztuczna inseminacja ludzką ręką ubraną w gumową rękawicę, podczas której krowa zamknięta jest w fikuśnym urządzeniu o zmysłowej nazwie rape rack- klatce gwałtu.

Po tym nieprzyjemnym doświadczeniu krowa zachodzi w ciążę, rodzi cielaka. Następnie cielak jest jej odbierany, i:
-jeśli to młody byczek: idzie na cielęcinę
-jeśli to młoda krówka: idzie na fermę jako kolejna maszyna do wyrobu mleka.

Tymczasem “szczęśliwa” matka faszerowana jest hormonami, które mają za zadanie jak najdłużej podtrzymać laktację; antybiotykami, które mają zwiększyć jej wydajność i spowolnić nieunikniony rozwój chorób nóg, wymion, kości etc. I tak w kółko.

Kiedy spada jej mleczność, krowa zostaje zabita i to najczęściej nie na mięso, bo jej zużyte ciało już się do tego nie nadaje- idzie na klej, nawóz, karmę dla kotów, albo po prostu na śmietnik.
TO NIE JEST TAK JAK WIDZISZ W REKLAMACH!

Post użytkownika: Wyzwolenie Zwierząt

* * * * *

W dzieciństwie jeździłam na wakacje na wieś i niech nikt mnie nie przekonuje – cytując klasyka – że, czarne jest czarne, a białe jest białe.
Tekst z posta jest totalną bzdurą i kłamstwem, prócz tego, że faktycznie inseminacja, nie jest rzeczą fajną ani dla krowy, ani dla inseminatora.
Żeby mieć pewność, że z moją głową jest wszystko w porządku, zapytałam o to moją przyjaciółkę Zosię, z którą te dziecięce, wiejskie wakacje spędzałam, i która się na tym zna.
A więc, krowa, która jest cielna, inaczej mówiąc – w ciąży, produkuje mleko gorzkie, nie nadające się do spożycia. Gorzka, niedobra jest z niego śmietana a więc i masło. Wiem, bo próbowałam.
Dobre, słodkie mleko daje krowa, która w ciąży nie jest! I nie jest to okradanie jej dzieci – jak to niektórzy nazywają, czyli cieląt.
Rozśmieszyło mnie sztuczne podtrzymywanie laktacji, krowa po prostu mleko ma i jeśli się jej 3x dziennie nie wydoi – będzie chorować! Wymiona staną się nabrzmiałe, zaczną się zapalenia i inne choroby. A nabrzmiałe wymiona to niesamowity ból!

Proponuję więc tym, którzy strasznie martwią się o okradanie krów z mleka, aby zajęli się czymś innym, pożyteczniejszym, albo douczyli, doczytali zanim takie pierdoły napiszą, robiąc sieczkę w głowach innym, równie nawiedzonym komentatorom.

Myślę, że w życiu potrzeba złotego środka, zdrowego rozsądku i pomyślunku.
Ostatecznie – nie przestanę tego powtarzać – MYŚLENIE NIE BOLI.

Krystyna

Polskie drogi…

Od jakiegoś czasu pokonuję trasy Polska – Deutschland dość regularnie.
Taka robota.

Pamiętam, że kilka lat temu moi synowie też tam jeździli. Była wściekła zima, sypało, wiało a moje dzieci musiały w drogę, zaraz po Świętach. Jeden świeżo upieczony kierowca, drugi prawka jeszcze nie miał. Moje serce było w strzępach z niepokoju, ktoś życzliwy powiedział – jak już miną Zgorzelec i będą w Niemczech, możesz spokojnie spać.

Przypomniały mi się te słowa. Dlaczego na polskich drogach jest niebezpieczniej niż na niemieckich? Może kierowcy bardziej odczuwają mandaty płacone w euro? Może wiodą lepsze, spokojniejsze życie i jest im ono milsze? Może mają lepsze, bezpieczniejsze auta? Może są mniej brawurowi?
Może, wszystko jest możliwe.

Kiedy podróżując, byłam już po zachodniej stronie Odry, zwróciłam uwagę na jedno: moja uwaga była skupiona na jeździe a nie na wszystkim innym, kolorowym, co stoi jak najbliżej dróg po polskiej stronie.
Tam przy drogach nie ma reklam! Żadnych reklam! Żadnych bilbordów, chorągiewek, żagielków, słupów, pokracznych figur.
Są tylko dobrze ustawione znaki, drogowskazy i tablice, a na każdym niemal moście przypominają o tworzeniu tunelu życia.
Mam wrażenie, że mimo iż droga jest bardziej monotonna bez cycatych barmanek na bilbordach zapraszających na piwo czy bigos do knajpy, to jednak wzdłuż dróg wybudowane są jakby ściany – być może zastępujące ekrany dźwiękochłonne, lecz są ukwiecone, utrawione i bardzo estetyczne.

Zdjęcie zrobiłam podczas jazdy, ale mam nadzieję, że jest do odczytania. Wiele razy stałam w korkach na gierkówce, na moich oczach z ciężarówki stoczyły się i rozpiździły ogromne, betonowe pierścienie, tarasując jedną stronę drogi. Nigdy żadnego tunelu ratunkowego nie było…

Jazdy na zamek błyskawiczny zresztą też nie…

Ciekawa jestem, kiedy do nas dotrą pewne niby oczywiste i normalne nawyki. Na świętego Nigdy, chyba że i u nas policja będzie wyrastać jak spod ziemi, tak jak u niemieckich przyjaciół.

 

Krystyna

P.S. Wczoraj wpis a dziś takie informacje znajduję na fb – miód na serce i biję się w piersi!
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=567211077142370&set=pcb.2331710267085064&type=3&theater

O tempora, o mores, o curva!

Choćby się człowiek nie wiem jak starał – nie ucieknie od polityki.
– Mamo, jak to możliwe? Czy ludzie naprawdę są takimi matołami, żeby wierzyć w to co on gada? – pytają mnie dzieci.
Najchętniej schowałabym głowę w piasek ze wstydu, zażenowania, żalu i złości.

– Zabiorą to, co myśmy dali – powiedział kilka dni temu.
Patrzcie państwo jacy filantropi, jakie ludzkie pany! Dali!!!

Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że oni dali. Dali? Co dali!? To co zabrali mnie, synom, mężowi z emerytury! Niczego nie dali ze swoich pieniędzy, rozdają (czytaj: kupują tępy i bezmyślny elektorat) pieniądze, które należą do nas wszystkich, tych którzy wpłacają swoje podatki i mam prawo wyrazić swój sprzeciw!
Nie żebym dzieciom żałowała, nie, ale do kurwy nędzy kurki paki, nie w ten sposób!
Nie może być tak, że niepracujący, żyjący jedynie z zasiłków i 500+ mieli więcej pieniędzy od tych, którzy pracują i są dojeni na pokrycie obiecanek zepsutego do cna rządu. Rządu? Prezesa, Naczelnika, Słońca Żoliborza, który uważa się za wszechwiedzącego, najmądrzejszego, mającego monopol na gwiezdny pył, uszczęśliwiający robactwo ludzkie u jego zdeptanych, brudnych butów. Temu, któremu wydaje się, że Polska to jego prywatne ranczo i robi w niej to, co mu się rzewnie podoba. A jak się to komuś nie podoba to jest gorszym sortem, podkategorią ludzi. Czy z niczym wam się to nie kojarzy? Był już taki jeden, co czyścił rasę.

Oszołom obieca wszystko, byle by utrzymać władzę, to człowiek chory na władzę.
– Zabiorą to, co myśmy dali…
Co za prostackie straszenie ludzi.
Dzieci powinny mieć zapewnione dobre warunki, ale nie tędy droga. Przede wszystkim to ich rodzice powinni mieć zapewnioną odpowiednią pensję za pracę, ulgi w podatkach z tytułu wychowywania dzieci. Jak rozdawnictwo – to niech to ma ręce i nogi, niech jest jakieś kryterium dochodowe, ale nie w dół a w górę! Czy bankowe glonojady zarabiające po ponad czterdzieści tysięcy miesięcznie też muszą ten socjal dostawać? Bez przesady.
Ale co tam, im się to przecież należy.

Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam i trzeba takich wytępić. Konstytucja? Dla PIS-u to nic nie znaczący papierek, który można z lekceważącym wzruszeniem ramion wrzucić do kosza, choć tak wiele o niej mówią.

Jednak nic nie wkurwiło wnerwiło mnie tak jak słowa:
Kto podnosi rękę na kościół i chce go zniszczyć – podnosi rękę na Polskę.

Czyli co, niewierzący, ateiści, innowiercy – podnoszą ręce na Polskę? Nic bardziej durnego, chamskiego, bezczelnego i obleśnego nie słyszałam.
Czy nie lepiej byłoby, gdyby zaczęto od upraszczania działalności gospodarczej? Od obniżenia mikro przedsiębiorstwom opłat z tytułu działalności? Żeby zaprzestano pompować pieniądze w pazernego księdza rodem z Torunia? Od wyprowadzenia religii i krzyża ze szkół, a przy okazji zaprzestanie płacenia katechetom i to więcej niż nauczycielom? I już są pieniądze na szpitale i dla dzieci.
Ups! Podniosłam rękę na Polskę.
Zasłużyłam na dożywocie…

O tempora, o mores, o curva!

Wejdą do historii.
Dzieci będą się o nich uczyć jako o warchołach, niszczycielach i najbardziej destrukcyjnym rządzie w historii Polski.
Tylko co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie niezależne sądy dobrały się im do tyłków? Długo mogłabym jeszcze podnosić sobie ciśnienie, tylko po co…

 

Krystyna

LOT-em bliżej… do zawału

Pamiętacie, jak Gabrysia, która spędziła Boże Narodzenie w Kuala Lumpur, powiedziała mi, że ma dla mnie temat na posta?
Wróciłam dziś do tego tematu.

Przed świętami mieli samolot LOT-u z Warszawy do Singapuru o 23.00, wskutek jakichś opóźnień wylecieli jednak kwadrans po północy.
W Singapurze wylądowali o 19.00 ichniego czasu.
Ponieważ ich syn miał przylecieć kilka godzin później, zarezerwowali sobie pokój w hotelu.
Kiedy czekali na bagaż okazało się, że z nimi jest tylko jedna z ich walizek… Druga, ważna, bo z lekarstwami gdzieś się zapodziała. Nie ma i już!
Mieli 24 godziny na poszukiwania, po tym czasie planowo mieli lecieć dalej, do Kuala Lumpur. Zaczęło się wydzwanianie do LOT-u, ale mimo ogromnej pomocy obsługi lotniska nic nie dało się zrobić, bo w Polsce, w LOT-cie nikt nie odbierał telefonów…
Kiedy się już dodzwoniono, nikt nic nie wiedział, obiecano pomoc, ale na tym się skończyło. Nie wiedzieli, czy ich walizka przyleciała z nimi i gdzieś czeka, czy leży gdzieś na Okęciu, czy też poleciała innym samolotem na drugi koniec świata.

Ponieważ leki – rzecz bardzo ważna a nie wiadomo było czy ich leki do nich dotrą, obsługa lotniska pomogła zorganizować wizytę u singapurskiego lekarza, gdzie zostali potraktowani jak prawdziwi goście, poza kolejnością, gdzie zostali zaopatrzeni w potrzebne im leki.
Zresztą oboje nie mogą nachwalić się obsługi singapurskiego lotniska! Gabrysia mówi, że tak naprawdę, to mogłaby na tym lotnisku rozłożyć leżak i spędzić całe wakacje, tak tam pięknie.

– Żeby mi choć powiedzieli, czy walizka została w Warszawie, czy pojechała gdzieś. Przecież każdy bagaż ma specjalny kod, naprawdę nie mogli go namierzyć? – Gabi do dziś nie kryje żalu – ale nie, nie dość, że dodzwonić się tam to jak trafić milion w totka, to jeszcze niemoty nie wiedzieli jak sobie z tym poradzić.

Ostatecznie obsługa lotniska w Singapurze stanęła na wysokości zadania i druga walizka, następnym lotem z Warszawy – bo tam zapomniana przez boga i ludzi, spokojnie czekała na ciąg dalszy – dotarła do właścicieli.

– Nigdy już nie wybiorę LOT-u, takiego olewania pasażerów, którzy jakby nie było są na drugim końcu świata i niekoniecznie znają języki – jeszcze nie widziałam a latam sporo – i dodała – jak latam LOT-em jestem wnerwiona i zlana potem.

 

Krystyna

Wyniki…

Medycznych perypetii ciąg dalszy.
Przed wyjazdem do roboty w Deutschland dostałam skierowania na cykliczne badania, miedzy innymi do ginekologa. Fajnie, nie?
Na szczęście tu akurat za długich kolejek nie ma, czekałam około dwóch tygodni, załapałam się na koniec stycznia.
Pamiętam czasy, kiedy idąc na badania ginekologiczne, już w gabinecie, po haśle – proszę się rozebrać – zostawiało się na krzesełku poskładane ciuchy, buty i torbę, a samej stało się koło łóżka ginekologicznego w samej bluzce, nie wiadomo było co dłońmi przykrywać, zamykało oczy ze wstydu i błagało boga, żeby już było po wszystkim.
Dziś jest inaczej.
Obok gabinetu jest pokój przygotowań, z ubikacją, bidetem, półką z krótkimi spódniczkami z włókniny, z jednorazowymi kapciami, ręcznikami i doprawdy nie pamiętam, co tam jeszcze było. No, ful wypas.

Po badaniu i pobraniu próbek na wymaz podziękowałam, usłyszałam, że wyniki będą za dwa tygodnie. Niestety, wtedy mnie już nie będzie, zapytałam, czy mogę odebrać po powrocie, oczywiście nie ma problemu.
Po powrocie, przed świętami, zadzwoniłam do – nie inaczej – rejestracji specjalistycznej, żeby zapytać, czy do wydawania wyników są jakieś wyznaczone godziny, czy mogę wpaść z marszu. Usłyszałam, że w godzinach przyjmowania lekarza, mogę przyjść i wynik odebrać.
Super. Jadę.

Jak myślicie, czy obyło się tym razem bez problemów?
Racja. Oczywiście, że nie.

Podchodzę do okienka, uśmiecham się, bo ja ogólnie rzecz ujmując sympatyczna persona jestem i mówię grzecznie po co przyszłam. Pani za szybą patrzy na mnie jakbym do niej po serbsko-chorwacku mówiła.
– No ale jak? Ja nie mogę wydać pani wyniku – mówi.
Tym razem ja zgłupiałam.
– Jak nie może pani wydać? Przecież to moje badanie i mój wynik.
A ona pyta czy mam umówiony termin wizyty u lekarza…
– Nie, nie mam. Ja nie chcę do lekarza, u niego już byłam, chcę tylko wynik, z którym muszę pofatygować się do lekarza rodzinnego.
– Niestety takie mamy procedury, z wynikiem musi pani pójść do lekarza i dopiero on go może wydać.

Zaczęłam pomstować, że teraz już wiem skąd takie dupne kolejki do specjalistów! Że to normalnie sztuczny tłok! Poprosiłam, żeby mi tylko powiedziała, że wynik jest dobry i już mnie nie ma.
Nic z tego.
Procedury to procedury, musiałam odczekać dwa tygodnie. Jednak postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji w pracowni obok zrobić kolejną – co dwa lata – mammografię. Przynajmniej tu nie było problemu, jak na wizytę po wynik wyznaczono mi godz. 12.10, tak do pracowni mammograficznej na ten sam dzień na godz. 13.00. I wszystkie poprzednie zdjęcia mam przynieść.

Kciuki trzymać proszę, bo to dziś.
Badajcie się, nawet jeśli czasem ręce opadają z bezsilności i beznadziejności systemu i procedur.
Życie jest piękne a widok i zapach majowych konwalii i bzów – bezcenny.

Krystyna

BardzoWażnaPani…

Początek lipca, upał niemiłosierny.
Nigdy nie ukrywałam, że nie lubię lata, że moją porą roku jest zima. Teraz moje odczucia się pogłębiły, bo lata już nienawidzę.
Mam ciepłolubnych przyjaciół, ale nawet oni mówią, że co za dużo to ani świnia nie chce.
Czuję się źle, siedzę jak ten kret w zaciemnionym pokoju, przy wentylatorze. Pogoda odbija się na zdrowiu, kilka dni temu normalnie straciłam przytomność, złe ekg, dostałam skierowanie do kardiologa.
W pierwszej poradni zaleconej przez doktor rodzinną okazało się, że kardiolog przyjmuje tylko prywatnie. W drugiej nie zapisywali na termin ze względu na przepełnienie do drugiej połowy 2019 roku.
W trzeciej kazali przyjść za pół roku, żeby zapisać się na pierwszą połowę 2020 roku, w czwartej było miejsce w styczniu, ale niestety, przez telefon niczego nie da się załatwić, usłyszałam, że trzeba przyjechać ze skierowaniem. Niekoniecznie osobiście, ale oni muszą skierowanie mieć.

Upał nie upał, słabości nie słabości – trzeba jechać. Nie autem – bo w centrum miasta miejsc do parkowania, nawet płatnych – ani na lekarstwo. Autobus na szczęście był klimatyzowany, ale zderzenie z rzeczywistością po wyjściu – masakra. Trzeba było wychodząc pokonać ścianę lepkiego, ciężkiego upału.

Przychodnia jak z początku XX wieku. Moloch z mnóstwem wąskich korytarzy, za mało miejsc na krzesełka. Jak już się zdobędzie miejsce siedzące to trzeba szłapy pod krzesłem trzymać, żeby się ktoś o nie nie potknął.
Muszę się dostać na drugie piętro do rejestracji. Matko, jaka tam była kolejka, ale jak już weszłam – duże pomieszczenie, drewniana lada, kilka szaf z kartotekami ustawionymi tak, że pracujące tam panie mają intymny kącik do picia kawy i nie są obserwowane przez pacjentów. Bo wchodzi się pojedynczo i zamyka za sobą drzwi. RODO.
Kiedy już weszłam i niemal pokornie poprosiłam o taki termin, by nie kolidował z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech, BardzoWażnaPani Rejestratorka popatrzyła na mnie jak na spleśniałą skórę z kiełbasy i powiedziała wyniosłym głosem:
– Proszę pani, to pani musi dostosować się do naszych terminów a nie my do pani.

A ja pinda głupia myślałam, że służba zdrowia jest dla mnie a nie ja dla niej…
Negocjowałam jednak, bo bardzo lubię swoje życie i kolorowy świat.
Udało mi się zapisać na termin za pół roku, na koniec stycznia. Super. Na koniec dostałam karteczkę-niezapominajkę z datą i numerem telefonu do tejże właśnie BardzoWażnejPani, która dodała:
– W wyznaczonym dniu wcześniej proszę zadzwonić i potwierdzić wizytę, a przy okazji sprawdzić czy i o której lekarz będzie przyjmował.
No tak, przecież lekarz też człowiek i może być na urlopie, albo na L4…
Kiedy termin nadszedł, rano dzwonię, żeby się upewnić co i jak. I co słyszę?
– Lekarz już przyjmuje, proszę natychmiast przyjść.

Poprosiłam o wyjęcie kartoteki, ale nic z tego, telefonicznie nie wyciągają, trzeba być osobiście, a ja jeszcze w domu, w piżamie… Dojazd autobusem to godzinne przebijanie się przez korki w centrum.
No to nie ma co – sprint godny Usaina Bolta.

Zdążyłam. W rejestracji, po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, byłam bardzo niemiła. Dałam upust swojemu niezadowoleniu, żeby nie powiedzieć wściekłości, BardzoWażnaPani nie pozostała mi dłużna. Ale dała mi skierowanie na EKG i do pracowni z aparatami Holtera. Nie miałam wątpliwości, że ciśnienie będzie kiepskie, na Holtera muszę czekać cztery miesiące, do maja, bo ogromna przychodnia ma tylko trzy aparaty, z czego jeden jest zepsuty…
Z wynikiem wizyta u kardiologa – 29-go maja. Może po jedenastu miesiącach czekania dowiem się, w jakim stanie jest moje serce, może dożyję, już tylko miesiąc.

A, zanim wyszłam z przychodni – molocha wróciłam do rejestracji i przeprosiłam BardzoWażnaPaną, że się tak uniosłam.
Spłynęło to po niej jak woda po kaczce i nawet na mnie nie spojrzała.

Teraz i po mnie to spływa.

Krystyna

Też na “wy…”

Ilustracja znaleziona w Google.

Jak ja się ucieszyłam, kiedy usłyszałam, że wreszcie nie będę musiała wypisywać uprzykrzonych PIT-ów. Odetchnęłam z ulgą, szepnęłam do siebie – nareszcie.
Ponieważ zawsze rozliczałam się z mężem, wypełnialiśmy PIT-37, bo było to dla nas korzystne rozwiązanie, zawsze był jakiś zwrot nadpłaconego podatku. Nieco infantylnie miałam nadzieję, że skarbówka, skoro ponad trzydzieści lat tak się rozliczamy – tak właśnie nas rozliczy.
Niestety.
Urząd Skarbowy rozliczył osobno męża, osobno mnie. Żadnych zwrotów, żadnych nadpłat, ot zabrali dokładnie tyle ile trzeba.
Postanowiłam więc rozliczyć się sama, bez łaski, tak jak robiłam to przez tych ponad trzydzieści lat – czyli wspólnie z mężem i wiecie co?

Należało nam się ponad pięćset złotych zwrotu.

Zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chcieli zrobić to za mnie.
Zrozumiałam, ile osób skorzysta z ich usługi, nie sprawdzając, wierząc w czyste intencje rządu, na polecenie którego dołożyli urzędnikom rozliczanie każdego płatnika z osobna.
No przecież skądś muszą brać pieniądze na tumanienie swojego elektoratu. Daruję sobie wymienianie tych wszystkich mniej i bardziej niesprawiedliwych przywilejów, ale wiem jedno – że jeżeli ci, którzy nie pracują dostają od państwa (które jak wiadomo swoich pieniędzy nie ma, ma tylko narodową ściepę) więcej pieniędzy niż ci, którzy chcą je uczciwie zarobić a rząd okrada ich z większości tego co zarabiają, by dać niepracującym – w takim państwie dobrze być nie może.
I nie będzie.

Dziękuję ci Urzędzie Skarbowy, że chciałeś mnie wyręczyć, ale ja zrozumiałam, że to co chciałeś zrobić też było na wy…
Wyruchać.

Ilustracja znaleziona w Google

Krystyna

Żeby chorować trzeba końskiego zdrowia…

Humor znaleziony w Google

Co to jest kolonoskopia chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, ale tak pro forma – wtykają w doopę kamerkę i od tamtej strony oglądają co lęgnie ci się w najgrubszym z flaków.

Czekało mnie to po raz trzeci.

Pierwszy raz spoko, zapłaciłam za możliwość uśpienia, pamiętam półmrok, zielone gacie z włókniny z dziurką w odpowiednim miejscu – jednym słowem szybko i bezboleśnie. Za drugim razem, w renomowanym szpitalu wykonali mi badanie bez znieczulenia, na żywca. Twierdzili, że nie mają na to warunków, cokolwiek to znaczyło. Musiałam się poddać, nikt mnie nie pytał o przebyte operacje, o możliwość pooperacyjnych zrostów, toteż badanie było kurewsko bolesne – im bardziej pielęgniarka wbijała mi swoje kolano w brzuch tym nieco mniej mnie bolało. Prosiłam, żeby robiła to jak najmocniej.

Na termin kolejnego badania miałam czekać kilka miesięcy, albo otworzyć portfel i zapłacić, a ponieważ nie mogłam czekać – zdecydowałam na badanie prywatne, gdzie czekałam “jedynie” dwa miesiące. Ceny wahały się w granicach 600 – 1300 zł.

Klamka zapadła, termin ustalony, kwota zabolała, płyny wypite, wnętrze wypucowane niemal do glancu, bo piłam bardzo skrupulatnie i dokładnie według wskazówek.

Syn zawiózł mnie godzinę wcześniej, bo tak go poprosiłam. Nie znałam miejsca ani poradni, nie wiedziałam, czy znajdziemy miejsce do zaparkowania. Szczęściem miejsce było.

Kiedy podeszliśmy do widocznej od wejścia rejestracji ogólnej, po odstaniu w kolejce skierowano mnie do rejestracji specjalistycznej na trzecim piętrze. Na trzecim piętrze, przesympatyczna pani po przewertowaniu kilku wielkich zeszytów stwierdziła, że nie ma mnie wśród dzisiejszych pacjentów. Jutrzejszych i pojutrzejszych zresztą też nie. Zaproponowała przejście na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety prywatne i zasięgnięcie informacji, czy tam mnie na liście nie ma.

Nie było.

Wróciłam na trzecie piętro, gdzie pani rejestratorka walczyła z systemem informatycznym, ale mnie ciągle na listach nie było, powiedziała, żebym zapytała jeszcze tam – i wskazała palcem białe drzwi. Weszłam, grzecznie, jeszcze grzecznie choć za 10 minut powinnam być już na badaniu – podaję swoje nazwisko z nadzieją, że ktoś, coś się nade mną zlituje, ale polska służba zdrowia litości nie ma. Tłumaczę, że zapisywałam się na badanie prywatne, telefonicznie… Siedząca z biurkiem pani zawarczała:

– To pani nam skierowania nie przyniosła???

– No nie, nikt o to nie pytał, zapisywałam się prywatnie – próbuję się tłumaczyć.

Czułam się jak intruz, sądziłam, że skoro jestem prywatnie to skierowanie nie jest potrzebne (aczkolwiek miałam je w torebce przy sobie). Po jaką cholerę ja się tak z tym wypróżnianiem męczyłam, i tak wszystko na nic… Ciśnienie wyraźnie się podniosło, pięści się zaciskały a oczy jakoś dziwnie zaczęły się pocić. Miałam donieść skierowanie, nie doniosłam i koniec tematu.

Zapytałam syna co robić…

Wróciłam po raz trzeci do rejestracji specjalistycznej i to samo pytanie zadałam rejestratorce, która bezradnie rozłożyła ręce, jeszcze raz sprawdziła listy pacjentów i kiwając głową poradziła, żeby jeszcze w Izbie Przyjęć na parterze zapytać.

Było już pięć minut po czasie, pędzimy więc na parter, może akurat.

Kiedy już stałam przy szybie z dziurą na wysokości ust zadzwonił mój telefon, pani po przedstawieniu się zapytała, czy będę na badaniu, bo oni już na mnie czekają! Tłumaczę, że jestem w poradni od godziny i szukam, i że nigdzie mnie na listach nie ma.

Nie uwierzycie, ale w tym momencie pani w Izbie Przyjęć ze zdziwieniem patrzy na mnie i pyta:

– Pani Krystyna G?

Nosz nie…

Mimo, że byłam dziesięć minut spóźniona dostałam plik druków do wypełnienia, nie ma zmiłuj. Przebyte choroby, uczulenia, operacje, wzrost, waga, upoważnienia i milion innych nikomu do niczego nieprzydatnych pytań, podpisów. Potem jeszcze kasa.

Jedno mnie cieszyło – sraczka nie poszła na marne.

W gabinecie, po przebraniu się w gustowne, niebieskie gatki, kiedy już usiadłam na łóżku a sympatyczna grupa lekarzy i pielęgniarek zaczęła mnie badać, okazało się, że moje ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznych wartości – co mnie absolutnie nie zdziwiło – i pół godziny trwała z nim walka, aby badanie z narkozą mogło się odbyć.

Potem już tylko doliczyłam do dwóch i…

– Pani Krystyno, jak się pani czuje?

Czułam się bosko! Cichutka muzyczka, błękitna i milutka pościel, byłam schowana przed ludzkim wzrokiem równie błękitnym parawanem. Na krześle obok łóżka stała moja torebka, na niej poskładane moje majtki, spodnie, a pod krzesłem buty. Wcale ale to bardzo wcale nie chciało mi się budzić, szkoda, że nie pozwolili mi tak z godzinkę podrzemać…

Wtedy jednak do świadomości dotarło, że gdzieś tam na korytarzu czeka przecież mój syn.

Im człowiek starszy, tym częściej zmuszony jest korzystać z usług lekarzy i aż boję się myśleć co mnie jeszcze czeka, bo przy próbie zarejestrowania się na kosmiczny termin do kardiologa rejestratorka nie zamierzała wysłuchać mojej prośby o taki termin, który nie kolidowałby z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech.

Powiedziała mi rozbrajająco szczerze, że to ja muszę się dostosować do ich terminów a nie oni do mojego, ale to temat na osobny post…

Krystyna