Dla naszego dobra?

Właściwie to nie mam zdania w sprawie zakazu handlu w niedziele, mam namieszane w głowie. No bo co mi przeszkadza, że ktoś chce iść do sklepu akurat w niedzielę? Sama często umawiałam się z przyjaciółką na kawę w pasażu i szybkie zakupy właśnie w niedzielę.
Dlaczego?
Ano dlatego, że nie mogłyśmy zgrać się w czasie w tygodniu, bo praca, bo obowiązki. Nawet nie było kiedy pogadać!
Z drugiej strony, niedobrze, kiedy pracownik po prostu zmuszany jest grafikiem do pracy w niedziele, w dzień ustawowo wolny od pracy. Przecież to był jeden ze słynnych postulatów – wolna od pracy sobota i niedziela.
Przecież wielu z nas pamięta, że kiedyś sobotni handel toczył się do godziny ok. 15.00, potem zamykano, a w niedziele jedynie odpust pod kościołem!
Ale to było w obrzydliwym przecież PRL-u. Teraz mamy demokrację, ale nie dla mas, demokracja jest dla elit, to oni robią co chcą.

Mam wrażenie, że zakaz handlu w niedziele – docelowo we wszystkie – przyniesie więcej szkody niż pożytku. Już dziś czytam, że wszystko da się obejść, że zmienia się godziny handlowania – z czym nie zawsze po drodze pracownikom, że szczególne atrakcje szykuje się w soboty, żeby przyciągnąć jak największą liczbę klientów.
Zastanawiam się, w jakim celu przyczepiono się do tego handlu. Bo co? Zamiast do sklepu, to do kościoła ma się chodzić?
Sorry, ale kto chodzi do kościoła ten i tak pójdzie, a kto nie – zamknięty sklep tego nie zmieni!
Podobno mają na tym zyskać osiedlowe sklepiki. Hahaha.
Nie zyskają, bo tam po prostu jest za drogo! Klient, jeśli będzie musiał zrobić zakupy to nie pójdzie na nie w niedzielę do sklepiku, tylko pojedzie w sobotę do marketu i zrobi większe za mniejsze pieniądze. W markecie niestety jest więcej i świeższe wbrew pozorom, osiedlowy sklepik zaoferuje nam uwiędłe rzodkiewki i sałaty i wcale nie jestem przekonana, że lepsze i bez chemii.
W niedzielę w sklepie osiedlowym co najwyżej loda albo lizaka dla dziecka się kupi.
I gdzie tu sens?
Nie wierzę, że nie będzie zwolnień, już kryzys przeżywają pracownicy ochrony, których dotknie to jako pierwszych. Nie lepiej po prostu zapytać pracowników, kto ma chęć pracować w niedziele?
Aaa, trzeba więcej zapłacić? I czyż nie tu jest pies pogrzebany?
Czy nie bardziej ludzkie pany powinny zadbać o ogólny dobrobyt polskiego pracownika (czytaj: pozwolić mu zarobić, a nie dawać jałmużnę, żeby nie zdechł) i wtedy w niedzielę pojedzie z dziećmi do aquaparku, albo na kręgielnię czy do planetarium, nie będzie musiał po sześciodniowym tygodniu pracy szukać taniej karmy – bo trudno to, co jest w sklepach nazwać zdrową żywnością, bo będzie go na to stać.
Naprawdę ktoś myśli, że zakupy w niedziele to sposób na spędzanie czasu? Nikt nie pomyśli, że może akurat jest taka konieczność?
Czy takie uszczęśliwianie na siłę, nie jest przypadkiem bumerangiem, który idealnie omija prawdziwe problemy i tylko udaje troskę o człowieka? Komu potrzebne jest takie uszczęśliwianie na siłę, włażenie buciorami w każdą sferę życia, zakazywanie i nakazywanie?

Polityka staje się najbardziej znienawidzoną dziedziną zainteresowań. Polityka jest brudna, doprowadza do białej gorączki i podnosi ciśnienie. Skłóca ze sobą nawet najbliższych.
Politycy pokazują najbardziej chamskie swoje oblicza, są aroganccy i kłamią w oczy. Nawet “wystarczy nie kraść” ma swoje drugie dno.

Ot, katolicy. Katolicki, bogobojny rząd.
Jeszcze nie ochłonęłam z chęci skoku elity na kasę WOŚP-u a tu codziennie, codziennie jakieś nowe wkurwy.
Obyś żył w ciekawych czasach.
I jeszcze jedno, dobro wraca, zło też. Jak ten bumerang. Różnica tylko taka, że kiedy wróci bumerang da się przewidzieć.

Krystyna

Kumpel kumpla kumplem…

Małgosię znam od wielu lat. I jej labradorkę, Gaję, która w styczniu skończyła 14 lat.
Gaja weszła z nami na Równicę, z Małgosią i Gają zwiedziłyśmy zamek w Siewierzu, uwielbiałam spacerować z nimi po parku.

Teraz Gaja jest psią babunią i najchętniej spędza czas w domu, spacery już ją bardzo męczą, problemy sprawiają schody, mimo iż mieszkają na parterze. Na świeżym powietrzu najczęściej bywa na balkonie.

Małgosia ma ładny i zadbany balkon, usytuowany w rogu domu, osłonięty od wiatru i deszczu, nie dziwota więc, że upodobał go sobie Maniek. Kiedy zaczął na balkonie bywać regularnie, pojawiła się tam budka i miseczki na wodę i karmę.


Pewnego dnia Maniek wszedł do mieszkania Małgosi i został. Gaja kota zaakceptowała, zaprzyjaźnili się na dobre i na złe. Maniek poczuł koniunkturę i rozgościł się jak jakieś panisko, sypiał nawet w dziecięcym wózku. Jest szczęśliwcem – chce – siedzi w domu, ma ochotę wyjść – ma uchylony balkon. Wraca brudny i wytarzany, ale wraca zawsze. Padnięty.




Ostatnio jednak przesadził, przyprowadził kumpla.

Małgosiu, budka i miseczki na wodę i karmę wracają na balkon?

Krystyna

Gdzie to sumienie?

Co sądzicie o klauzuli sumienia w aptece?
Bo mnie trafia szlag.
Co rusz telewizja pokazuje nam materiał o znalezionym martwym noworodku – a to gdzieś w polu, a to w jakimś kanale, w reklamówce w śmietniku. Wszyscy litujemy się nad losem zabitego dziecka, złorzeczymy matce. Jasne. To najprostsze, choć doskonale wiadomo, że za takimi czynami kryją się ludzkie dramaty.
Bo dziecko (tak się je nazywa nawet wtedy, kiedy jest zlepkiem komórek, gametą, zygotą) musi się urodzić, bez względu na stan fizyczny czy psychiczny, na okoliczność w jakiej do zapłodnienia doszło.
Ma się urodzić, przy niewyobrażalnym cierpieniu jego i rodziców – umrzeć i zostać pochowane. To ostatnie jest chyba najważniejsze!

A tak a’propos – skoro dla kościoła dziecko jest dzieckiem od chwili poczęcia, to dlaczego nie chcą pochować samoistnie poronionego płodu, które (poronienie) jest często dla wyczekujących rodziców niebywałą traumą?

Idźmy dalej. Brak dostępu do antykoncepcji, która zresztą nie jest refundowana, tabletka dzień po, którą można kupić jedynie na receptę.
Powtórzę – tabletka dzień po – a więc trzeba ją zażyć w ciągu 24 godzin po wpadce, ale żeby ją kupić trzeba iść do ginekologa i poprosić o przepisanie, a terminy bywają najczęściej powyżej miesiąca.
Oficjalny komunikat Ministerstwa Zdrowia pierdzieli o względach bezpieczeństwa:

“Wydawanie leku na receptę to procedura, która ma na celu zapewnienie pacjentom maksymalnego bezpieczeństwa farmakoterapii. Tymczasem obecnie już bardzo młode osoby (nawet po 15. roku życia) mogą bez kontroli lekarskiej kupić i stosować ten środek”.

Jasne! Przecież każda piętnastolatka nosi w kieszeni około stówy, w razie gdyby tabletka była potrzebna.

Jednak lekarz może odmówić przepisania i zasłonić się klauzulą sumienia, choć wie, że nie jest to preparat powodujący poronienie, a na zagnieżdżony już zarodek nie ma żadnego wpływu.
Idąc do apteki z ciężko zdobytą receptą, też nie mamy gwarancji, że lek wykupimy, bo może się okazać, że aptekarz pokaże nam swoją wyższość i zasłaniając się wspomnianą klauzulą, leku nam nie wyda.

Względy bezpieczeństwa, ochrony życia i sumienie…
Sranie w banie.
Do tanga trzeba dwojga, co nie? Jednak nic nie stoi na przeszkodzie nie tylko zażywać, ale reklamować w telewizji specyfiki, ażeby męski korzeń płonął! Co za obłuda! Co za cynizm!

Wracając do klauzuli sumienia, czy nie brniemy w ślepy zaułek?
Czy za chwilę w sklepie nie kupimy ciemnego chleba, bo to rasizm? Odmówą nam zakupu kiełbasy, bo sumienie nie pozwala sprzedawać metki? Nie kupimy masła, bo to produkt z którego ograbione zostało biedne cielątko? Butów ze skóry, bo to z zamordowanych zwierząt?
O ile rozumiem lekarza odmawiającego wykonania aborcji (musi jednak wskazać kolegę, który to legalnie zrobi), o tyle aptekarz nie ma w tym względzie nic do powiedzenia!
To skandal, to niemoralne, żeby odmówić realizacji recepty.

Ponadto w kraju, w którym zadeklarowanych jest bodaj 90% katolików, czy takie ustawy są konieczne i na miejscu? Przecież każdy ma swoje sumienie, za które sam odpowiada. Prawdziwa chrześcijanka nie zabije swojego dziecka, nawet wiedząc, że Bóg dał ludziom WOLNĄ WOLĘ.

Jak w krzywym zwierciadle można teraz spojrzeć na sprawę in vitro. Raz chcą jak najwięcej dzieci, mamią banknotem pięćsetzłotowym, każą się parzyć i mnożyć jak króliki, a tym którym to nie wychodzi odmawia się jakiejkolwiek pomocy.
Aaa, przecież chodzi o bruzdę na czole…

 

Krystyna

Christina, warum?

Powoli, powoli, ale wracam na bloga. Z ogromną pomocą syna i jego mobilizującą zachętą mam nowy, choć robię wszystko, żeby był jak najbardziej podobny do starego, którego bez dwóch zdań lubiłam.
Czytelników tym bardziej.

Zwlekałam, zwlekałam, bo obiecałam sobie i Czytelnikom, że politykę będę omijać bardzo szerokim kołem, ale nie da się. No nie da!

Trzeba ruszyć ten temat, bo przecież tym się niestety żyje. Codzienny słowotok skłóconych ze wszystkimi i wszystkim polityków, nie kończące się dyskusje przemądrzałych przypałów podnoszą ciśnienie do niebezpiecznych wartości.

Coraz częściej uświadamiam sobie, jak wielu spośród naszych reprezentantów jest zwyczajnie niespełna rozumu, psychicznie rozchwianych czy zwyczajnie głupich. Wielu nigdy nie potrafi spojrzeć w oczy rozmówcy (Jackowski, Pięta).

Jest mi smutno.
Ostatnie dyskusje (o wywołanym przez mocno nie trafioną ustawę konflikcie z Tel Awiwem) utwierdzają mnie w tym, że kondycja psychiczna rządu i parlamentarzystów jest mocno nadszarpnięta.
Pomysł byleJakiego, by za sformułowanie “polskie obozy śmierci” sadzać niemal na krześle elektrycznym, i to cały świat – powinien śmieszyć, niestety jest tragiczną wtopą. Nikt nie przewidział konsekwencji, ponieważ ludzi trzeźwo myślących wśród rządzących po prostu brak.

Patrzę, słucham i analizuję. Drogą dedukcji, eliminacji i skojarzeń widzę tylko jedno – chęć zemsty i pokazania, że będzie tak jak JA chcę.
Wbrew prawu, logice, zdrowemu rozsądkowi, wbrew autorytetom – kraj został przeorany.
Jak mam teraz rozmawiać z moimi przyjaciółmi Niemcami?
Jak im tłumaczyć co się u nas dzieje i dlaczego tak długo nie było reakcji na odradzający się nazizm, który świętuje urodziny Hitlera?
Co mam opowiedzieć na pytanie: – Christina warum???

Opuszczę głowę, rozłożę ręce i spłonę ze wstydu.

Krystyna

Siema. Sumienie…

Jak złym, jak podłym trzeba być
człowiekiem, żeby dyskredytować
działalność Owsiaka i WOŚP-u?
Naprawdę lepiej dać księdzu na tacę?
Co trzeba mieć w głowie, żeby w telewizji publicznej robić wszystko, żeby
wzmianki o tym ogólnopolskim,
corocznym zrywie powiedzieć jak
najmniej, żeby maksymalnie ukrywać serduszka, które mają przyklejone zaproszeni goście?
Dlaczego?

Wyjaśnił to Patryk Jaki, którego zdaniem pieniądze przeznaczane są na znienawidzony przez niektórych Przystanek Woodstock. Prawie natychmiast głos zabrał Jerzy Owsiak i człowiek z jego sztabu.
Pokazali rozliczenia, powiedzieli gdzie można je znaleźć w sieci i udowodnili, że ani grosz, z zebranych pieniędzy nie został przeznaczony na Woodstock.
Nie mam powodu, żeby im nie wierzyć.
Jaki zripostował, że jego zdaniem Owsiak manipuluje, bo jest przekonany, że jednak satanistyczne koncerty, promujące śmierć i aborcje, cytuję: …”Owsiak dopuszcza się manipulacji. – Woodstock jest organizowany z tego, że pieniądze z WOŚP są “przeciągane”, nie wydawane. I z tych odsetek jest finansowany Przystanek Woodstock.
Całe szczęście można wspierać fundacje, które nie promują wartości aborcyjnych – powiedział”.
Te inne fundacje to Caritas i tace w kościołach.

Pamiętam rozmowę z Jerzym Owsiakiem w jego mieszkaniu – można to znaleźć na YouTube, podczas której, kamera wielokrotnie
pokazywała ładną, srebrną cukiernicę, w której był cukier do słodzenia kawy czy herbaty.
Nosz to dopiero bogactwo! Srebrna cukierniczka! Z pewnością kupił ją z pieniędzy zbieranych przez wolontariuszy do puszek. Złodziej
jeden, no.

Gdzieś padła propozycja, ażeby ci, którzy tak zawzięcie i nieładnie atakują działalność WOŚP-u, do portfela włożyli sobie karteczkę, że nie życzą sobie pomocy ze sprzętu z serduszkiem.
Ale nic z tego, nie ma chyba miejsca, gdzie pomoc WOŚP-u nie
dotarła.
Jerzy Owsiak apelował i prosił, że jeśli ktoś nie chce brać udziału w zbiórce, to nie musi, ale niech nie przeszkadza!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ja przyłączyłam się do akcji. Mam osiem serduszek i czuję się z tym bardzo dobrze.
To dla mnie bardzo wzruszająca sytuacja, kiedy kwestują dzieci,
które sprzętowi z serduszkiem zawdzięczają zdrowie i życie.

Powtórzę pytanie – jak małym i podłym trzeba być człowiekiem, żeby atakować i rzucać kłody pod nogi takiej akcji?
Nie chcesz pomagać? Twoja wola, ale NIE PRZESZKADZAJ!!!

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Wielkie grillowanie…

Grill.
Trzeba mieć nieźle zryty beret, żeby targnąć się na grilla w
górach, w lepki, mglisty dzień, przy temperaturze około
3 stopnie C.
Drewno było w szopie, ale trzeba było je najpierw porąbać, czym zajął się syn.
Piękne, równiutkie patyczki aż prosiły się o to, by je podpalić.
W szopie były kartony po
ciastkach i torcie, które miały służyć za podpałkę. Gdzieś tam, między deskami leżały zapałki.

Kiełbaski pierwszego sortu pokroiłam i misternie ponacinałam;
czekały na ułożenie na ruszcie.
Bierzemy zapałki, pocieramy… Nic z tego. Mokra siarka skrusza się,
z drugą i  trzecią to samo. Nie zapalimy. Zresztą kartony z szopy też są zawilgocone.
Gdzieś miałam zapalniczkę, przekopałam torbę i znalazłam, ale ona również zdychała. Przypomniało się nam, że w kuchni mamy suchy karton po ciastkach, bierzemy, drzemy na drobne paski,
rozwarstwiamy, byle tylko się zapaliło. Od zdychającej zapalniczki
odpalamy zapałkę, od zapałki, drugą i trzecią. Papier zaczyna się tlić, a my niczym Prometeusz chronimy w dłoniach ogień, żeby nie zgasł.
Ostatnim rzutem na taśmę, już bez nadziei na grilla, położyliśmy na tlący się papierek cieniutkie patyczki, drobinki kory znalezione
w szopie na podłodze po zamiataniu, potem ciut ciut grubsze.
Rozpaliło się!
Ogień zaczął buzować, ale my byliśmy już tak zmarznięci, że nawet gorąca kawa nie pomogła. Szybko, szybko, szybko, kiełbaski ułożone, ogień duży, na stole chleb, musztarda, chrzan, keczup. I piwo.
Ciach, ciach, jedna strona przypieczona, obrót na drugą, byle szybko.
O ile rozpalenie ognia zajęło nam półtorej godziny, o tyle na samo grillowanie wystarczyło pół.
Kiełbaski wyszły twarde, były cholernie pikantne, cóż, jak się nie umie czytać po ichniemu to potem takie jaja wychodzą. Ale nic to, wpierniczaliśmy je jak najlepszą ambrozję, ciesząc się, że mamy
ciepły posiłek.

Po piętnastu minutach palenisko zgasło, a my z pustymi talerzami biegusiem do pokoju i pod kołderki się grzać. Zmarzliśmy na kość.
I to by było na tyle. Po balu.

A mnie się marzył grill na śniegu, na mrozie…
Chyba ta ciepła, termalna woda zmiękczyła mi resztki rozumu
a wraz z nim, zdrowy rozsądek.

Krystyna

Po słowackiej stronie…

Wszystko mnie boli. Wszystko. No, ale sama tego chciałam, czy ktoś mi kazał jechać w góry?
Pierwszy dzień spędziłam w termach, ostatecznie na tym najbardziej mi zależało. Woda ciepła, cieplejsza i gorąca – do wyboru. W gorącej ruch nie wskazany, bo to jakieś 58 stopni, siarką waliło, ale w tej ciepłej i cieplejszej hulaj dusza piekła nie ma. No to dusza hulała!
Następnego dnia wędrówka.
Ludzie, na nogach, z pensjonatu do granicy i dalej przez Chochołów, aż do Chochołowskich Term i z powrotem. Razem ze 20 kilometrów i choć w pewnym momencie chciałam umrzeć – dałam radę.
Potem zdjęłam tylko buty i padłam.

Wędrując słowackimi wioskami, myślałam o nich niezbyt ciepło.
Dymy z kominów takie, że palą chyba wszystkim prócz tego, co do palenia się nadaje a wiatr kładzie je mgłą aż po horyzont. Smród, jakby zamiast do szamb, wpuszczali nieczystości w glebę.
Brak chodników, brak poboczy!
Wędrując, nie da się zejść z ulicy, bo można utopić się w gruncie podmokłym przez cuchnące ścieki, a wędrowanie drogą, ulicą to narażanie się na ochlapanie i uderzenia kamykami spod kół, którymi prawdopodobnie sypano jezdnie. No i zamiast obserwować piękno okolicy – trzeba obserwować nadjeżdżające auta.
Wszędzie walają się śmieci. Mogłam skompletować opony, znalazłam zderzak oraz bęben z automatu, Byłby na grilla.
Co mnie jeszcze niemiło zaskoczyło – to uwiązane psy na brudnych, błotnych podwórkach.
Wszędzie szczekające, uwiązane psy.

  • Nawet nie chcę myśleć, co tam leci…

Kolejny dzień, to znów wylegiwanie się w termach.
Co za uczucie, dookoła zaśnieżone szczyty, zimno, styczeń a ja z wystawioną nad powierzchnię głową pławię się w wodzie. Wystawienie – jakiejkolwiek innej części ciała groziło paraliżem, ale i tak biegałam między basenami w zależności od tego, na jaką temperaturę wody miałam akurat ochotę.
Na razie żyję, choć jak rzekłam na początku – wszystko mnie boli i od chodzenia i od pływania.

Dziś będzie grill.

 

Krystyna

Koncert życzeń…

http://www.dreamstime.com/stock-image-broken-pink-glasses-black-frame-isolated-image29295411Henryk w zasadzie przez całe życie nie powinien narzekać. Zawsze było tak, jak on chciał.
Nawet kiedy nie miał racji nigdy nie przyznawał się do błędu i, i tak jego musiało być na wierzchu. Tym sposobem pokłócił się z synami do tego stopnia, że od wielu lat nie utrzymywali kontaktu.
Nie było to dla niego problemem, wprost przeciwnie, cieszył się, że zamiast rozdawać wnukom, ma na swoje zachcianki.
Baśka, jego żona, cierpiała cichutko, tęskniła za chłopcami, za wnukami, ale co, kiedy była całkowicie od Henryka zależna, nie miała swojej emerytury, bo kiedy on robił karierę w wojsku ona wychowywała synów i co kilka lat urządzała mieszkanie i życie towarzyskie. W zależności gdzie mu kazali chwilowo osiąść.
Ale i ona nie narzekała, nie było jej źle, dbała o wszystko i wszystkich prócz siebie.

Kiedy świętowali czterdziestą rocznicę ślubu, przyglądał się Henryk tej swojej Szprotce – tak ją nazywał, nigdy po imieniu i pomyślał, że taka chuda i zmarnowana, że może czas już na nią. Wcale nie byłoby mu żal gdyby umarła. Ostatecznie całe życie była tylko jego kasjerką… Trochę odleciał myśląc, jakby to było fajnie być teraz samemu.
Nie czekał długo.
Szybka diagnoza, zielona karta DiLO*, przerzuty i po pół roku Henryk był wdowcem, mógł oddychać pełną piersią. Znaczy robić co chciał, bez zrzędzenia, wyliczania, wypominania marnotrawstwa.
Pierwsze co zrobił po pogrzebie, to wykupił dwutygodniowy pobyt w luksusowym pensjonacie, z osobnym wyjściem. Po co ma go ktoś sprawdzać kiedy wychodzi i przychodzi, nie?

Czuł się jak młody bóg.
Kupił sobie sporo nowych, modnych ciuchów, ostatecznie nie był przecież jeszcze taki stary i mógł się komuś podobać!
I okulary.
Drogie, modne, z kolorowymi szkłami, wyglądającymi jak lustra weneckie.
Wreszcie był wolny.

Wypożyczył sobie leżak, rozłożył go w słonecznym miejscu, podciągnął rękawy koszuli w czerwono-białą krateczkę, założył wypasione okulary i poddał się duchowemu ubogacaniu, obserwując szczególnie przychylnym wzrokiem młode i ładne dziewczyny.

Chyba nieco odpłynął, bo kiedy się ocknął było już ciemno, zrobiło się chłodno, a on…
On nie mógł wstać, ruszyć kończyną czy nawet krzyknąć.
Nie mógł nic. Mógł tylko leżeć i czekać.
Kiedy czas mijał a niemoc nie ustępowała, do Henryka chyba zaczęła dochodzić świadomość, że ma udar i że sam sobie z tym nie poradzi. No dobra, ale co ma robić – ciemno, noc, żywego ducha, a on na tym leżaku i w okularach słonecznych…
Było mu bardzo zimno.
Popadał w letarg, budził się, znów odpływał.
Rano, kiedy słońce zaczęło nieco przygrzewać, zaczęli pojawiać się i ludzie. Henryk bardzo chciał krzyczeć ratunku, chciał choć dać znać ręką, że tu jest i potrzebuje pomocy, ale nic z tego nie wyszło. Ludzie mijali go nawet nie patrząc w jego stronę, ot, podstarzały dziwak chowający zbereźny wzrok za okularami.

Kiedy nadeszła druga noc, a on tak nadal w bezruchu leżał, pomyślał, że to już jego koniec, że to za Szprotkę, za dzieci, za karę. Ale nie umiał płakać.
Był cały zesztywniały, zimny i jakby przestał czuć cokolwiek. Przypomniały mu się słowa ojca – dopóki coś cię boli to wiesz, że żyjesz. Henryka już nic nie bolało, a więc to by było na tyle? Na leżaku? W odlotowych okularach?

Następnego ranka, kiedy to już chyba nawet nie do końca był świadomy, przechodziła koło niego młoda dziewczyna z chłopakiem, długo mu się przyglądała, zagadnęła towarzysza czy widzi to co ona. On nie zwrócił uwagi na to, że gość na leżaku był siny, plamy na spodniach świadczyły o nie pracujących zwieraczach, twarz jest wykrzywiona w grymasie i że jednej strony ust wycieka ślina.
Młoda nie czekając, zadzwoniła po pomoc.

* * * * *

Przeżył.
Jest pod dobrą opieką Caritasu.
Jest pacjentem leżącym, karmionym przez sondę, inkontynentnym.
Świadomość jednak pozostała, choć czasem wolałby jej nie mieć.
Ba, wolałby już nie żyć.

________

*zielona karta DiLO (Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) to pakiet onkologiczny, który daje szansę pacjentowi w omijaniu kolejek do specjalistów. Pacjent DiLO musi być przyjęty w ciągu dwóch tygodni.

Krystyna