Święto otwartych piwniczek…

Po raz pierwszy miałam okazję wziąć czynny udział w święcie otwartych piwniczek.
No jasne, piwniczka musi kojarzyć się w winem. Dobrym winem.
I tak było.

Na folderze świątecznym pokazano szkic jedynego takiego domu w Wolf. Zwróćcie uwagę na szerokość, a raczej wąskość uliczek, zaznaczam że dwukierunkowa!

Święto trwało cztery dni, najlepsze były dwa środkowe, bo to dni wolne od pracy i można było oddać się bez reszty degustacji, a było co.
Jedzenia niewiele, zresztą nawet nie cieszyło się jakimś specjalnym powodzeniem, ale za to wina… Tak, to było coś.
Ponieważ chcę zabrać do domu trochę tego szlachetnego trunku, oddałam się smakowaniu. Pierwszego dnia piłam Sekt – czyli szampan – różowy, buzujący, w zaparowanym, zimniutkim szkle. Pycha.
Drugiego dnia degustowałam białe, półwytrawne wina – rieslingi. Tradycyjne i najnowsze.

No, takie bajki…

Nauczono mnie, jak powinno się je degustować – dla mnie, laika, wina różniły się kolorem i tym, że albo były słodkie, albo wytrawne. No, jeszcze te w połowie takie albo takie.
Teraz wiem, że trzeba wsadzić cały nochal do kieliszka, wąchać, pokręcić nim (kieliszkiem, żeby nie było) i dalej wąchać, potem popatrzeć pod światło i docenić kolor i klarowność, następnie przechodzi się do próbowania. Malutki łyczek wina trzyma się w ustach, najlepiej zamknąć wtedy oczy, i rozprowadzać wino w ustach tak, jakby się płukało zęby po myciu. Potem jeszcze jeden taki łyczek i czuje się smak wina.
Niektórzy z gości, dla przykładu Kris – Belg, który władał prócz belgijskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim i trochę włoskim – próbowali zgadywać odmianę, rok i nie wiem, co jeszcze. Czy mu się udało – też nie wiem, bo ja laik jestem.
W każdym bądź razie białe, półwytrawne rieslingi były bardzo dobre i postanowiłam kupić kilka butelek.

Trzeciego dnia dostałam w kieliszku szkarłatne i wytrawne. Wsadziłam nos do szkła, powąchałam (nie rozpoznałam ani rocznika, ani odmiany), pokręciłam kieliszkiem szerszym na dole i węższym u góry, spojrzałam pod światło. Kolor był przepiękny, jak napisałam szkarłatny, ciemny.
Następnie zrobiłam mały łyczek.
O matko, jakie to było dobre! Wytrawne, ale wcale nie kwaśne, jak inne czerwone.
Dość szybko opróżniłam lampkę, poprosiłam o kolejną, taką samą. Już wiedziałam, jaki trunek będzie moim ulubionym.
Jednak te dwie lampki wystarczyły, że świat stał się różowszy a nogi giętkie…

Rocznik 2012. Boski, szkarłatny napitek, po dwóch widzisz różowo a po czterech – nic nie widzisz…

Nie wiem, czy była godzina pierwsza czy druga, kiedy stwierdziliśmy, że chyba pora do domu.
Było ciepło, świat wirował, a że trochę grzmiało? Zresztą czy grzmiało, czy grzmociło – wsio rybka.

Następnego dnia żadnego alkoholu…
Skupiłam się na zrobieniu kilku zdjęć piwniczki, gospodarzy i gości.
Pokazano mi to, co rzadko kto widzi – serce winnicy ze szklaną rurką do bul, bul, bulkania, beczki, półkę z asortymentem.
Coś wspaniałego.

Oto serce winnicy.

– Cały asortyment – powiedziała oprowadzająca mnie gospodyni, pokazując dłonią regał.

A więc mam swoją ulubioną piwniczkę, ulubionych, zaprzyjaźnionych gospodarzy w trzech pokoleniach, ulubione wino i wspomnienia.
Tylu wspaniałych ludzi się w tym krótkim czasie przewinęło – od wspomnianego, przesympatycznego, kochającego trunki Krisa, po inżyniera budującego kilka lat w Afryce, a na pilocie Lufthansy skończywszy. Autentycznie!
I mam coś jeszcze:

Moje i gotowe do podróży. Nie wiem, czy chcę się tym dzielić…

 

Krystyna

Różowe migdały…

Brakuje mi czasu, żeby pokazać Wam wszystko to, co pokazać chciałabym. Ponieważ miejsce jest piękne, to i tych zdjęć trochę mam. Dziś skupię się na migdałach, widzieliście jak rosną?

Nazwałam dróżkę “migdałową aleją”, ale tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej. Zwróćcie uwagę na dzikie gęsi nilowe, równie piękne zresztą jak miejsce, które sobie wybrały.
Tak kwitną migdały, mają piękne różowe kwiecie. Zdjęcie zrobiłam na przełomie marca i kwietnia.
Tu już owoce, zielone, pokryte włoskami jak morela. Zdjęcie zrobione w pierwszych dniach maja.

A to migdały znalezione w tym roku, chyba w marcu, pod jednym z migdałowych drzewek. Muszę się wziąć w garść i je rozmigdalić.

 

Krystyna

Dzieci tu i tam…

Czytam i czytam o niepełnosprawności.
Mam też wiadomości z pierwszej ręki, jeśli pamiętacie historię Matiego, któremu życie nie dało zdrowych nóg, za to głowę, że ho, ho! Absolutnie sprawny intelektualnie, ma cięty, wspaniały dowcip i często wyłapuje moje błędy ortograficzne czy interpunkcyjne na moim blogu.
Tylko z chodzeniem ma ogromne problemy.
– Zobacz – mówi i podsyła mi linki do artykułów – czytaj.

No to czytam. A to post siostry Chmielewskiej, a to wypowiedzi minister Rafalskiej, a to jeszcze coś innego.
Jest rozgoryczony.
Wiem, że jego dochód z tytułu renty to 878zł + 153zł zasiłku pielęgnacyjnego – co daje zawrotną kwotę 1031 zł do ręki miesięcznie.
Solidaryzuje się z matkami i niepełnosprawnymi, którzy w swojej bezsilności, wbrew wszystkim i wszystkiemu rozgościli się w Sejmie, choć słowo “rozgościli” jest bardzo na wyrost, aż dwadzieścia dni temu.

– Czytaj – mówi – kwalifikuję się do pomocy i należą mi się pampersy. Ale ja im za nie dziękuję! Ja ich nie potrzebuję, natomiast bardzo chciałbym taki, no wiesz, trzykołowy rower, tylko się nie śmiej – rozmarza się.

Nosz jasna cholera!
On naprawdę nie potrzebuje pampersów, ale tych parę groszy do tej renciny naprawdę by mu się przydało.

Miałam ogromne szczęście wziąć udział w święcie szkoły dla dzieci niepełnosprawnych, w Bernkastel-Kues w Niemczech.
To przede wszystkim dzieci niepełnosprawne umysłowo, z zespołem Downa.

Chórek a z tyłu zespół i wokalistka Manuela, z którą, mimo bariery językowej, mam świetny kontakt.

Mati, nie chciałabym robić Ci przykrości, ale powiem trochę o tej szkole, ale może nie próbuj porównywać, zresztą skończyłeś normalne szkoły, ponieważ twoja niepełnosprawność jest jedynie fizyczna. Wiem, jak Twój tato walczył o to, bo chcieli Cię w szkole specjalnej umieścić.

Pokój relaksacyjny – dzieci obejmują rękami szklane rury z bąbelkami.
Łóżko wodne w pokoju relaksacyjnym.
Mata dźwiękowa dla dzieci autystycznych, tzw. Klangmatte. Taka klawiatura dla stóp, percepcja i motywacja przez muzykę.

Szkoła w Bernkastel-Kues to miejsce, gdzie każde z powierzonych dzieci jest traktowane wyjątkowo. Każde.
Tam nie ma stresu, strachu, dystansów, jest bardzo ciepła, rodzinna atmosfera. Dzieci są podzielone na cztery stopnie rozwoju, uczą się wszystkiego – od podstawowych czynności higienicznych, samoobsługi, obierania ziemniaków, pracy w warsztacie po normalne lekcje. Wszystkie korzystają z basenu.
Jeżdżą na wycieczki – były min. w berlińskim Bundestagu, spotkały się z politykami niemieckimi.
Jakby było mało, w szkole powstał zespół muzyczny Donnerwetter & Band, który daje dość regularne koncerty, wydaje swoje płyty. Koncerty oczywiście okazjonalne, ale biorący w nich udział uczniowie są niesamowici, całkowicie beztroscy, bezstresowi, zaangażowani.

To już moje! Wspaniałe utwory!

Szkoła może poszczycić się absolwentką, która jest brązową medalistką w karate, ale nie pytajcie mnie na jakim szczeblu. Wiem, że medal zdobyła w Dubaju.

Sama szkoła – coś fajnego. Trudno mi to opisać, żałuję, że nie zrobiłam zdjęć we wnętrzach, w klasach, nie zrobiłam zdjęć łazienek – a są trzy – dostosowanymi do potrzeb osób niepełnosprawnych. No nie zrobiłam zdjęć, bo koparę trzymałam obiema rękami.

Wszyscy są tam tak przyjaźnie nastawieni, że każdego witają serdecznymi uściskami.
Tam, te dzieci z Downem są po prostu piękne!

Teraz tak siedzę, myślę i porównuję sytuację niepełnosprawnych dzieci niemieckich i naszych, i chce mi się wyć – dlaczego i za jakie grzechy? Nie wierzę, że Polska jest taka biedna, po prostu ma gówno wartych gospodarzy, którzy widzą tylko swoją dupę. Zażarcie i fanatycznie walczą o każdą zygotę, nawet tą skazaną na niedotrwanie do rana a jak już się urodzi to srał ją pies.
Pytam się, gdzie jest kościół, który w pierwszej kolejności powinien stać murem za wielokrotnie karanymi matkami dzieci niepełnosprawnych?
Powiem wam gdzie jest – schował się w mysiej dziurze, bo po pierwsze boi się przeciwstawić jedynie słusznej partii ze względu na obawę zakręcenia kurka z milionami, a po drugie nie pozwoli wyszarpać sobie ani feniga z posiadanego już majątku.
Niedobrze mi się robi…

 

Krystyna

Jak mały samochodzik…

Mówcie co chcecie, ale czas zasuwa jak mały samochodzik. Nawet się człowiek nie obejrzy, a tu już myk! Mamy maj.
Bzy, konwalie, kasztany i takie tam.

Gęsi nilowe na wyciągnięcie ręki, żółwie na trawie, lisie pysie z nory się pokazują.

Na śniadanie przylatują zaobrączkowani goście, a z nieba wiosenny śnieżek poprószył, w postaci wiśniowych płatków. Czereśnie wielkie już jak groch.

No i pokazał się świeży jak zapach bzu – młodziutki riesling. No w pączkach jeszcze, ale jest!

A koń model nawet nowe buty założył. Znam bajkę o kocie w butach, ale żeby koń… Cóż, świat idzie naprzód.

 

Krystyna

Rammstein…

Jest tak piękna pogoda, że doprawdy, kto może wyrywa się na świeże powietrze. Mam tak samo, uwielbiam obserwować obsypane kwieciem czereśnie, które za chwilę stanie się śniegiem, a zamiast białych kwiatków będą zawiązki owoców. Opadły już płatki migdałowców, opadają na potęgę magnolie.
Uwielbiam okoliczne koty, które chyba czują do mnie jakąś chemię, bo łaszą się do nóg domagając głaskania i smakołyka.
Ludzie mają pootwierane okna, krzesła i stoliki powystawiane na zewnątrz, na tarasy. Słychać rozmowy, muzykę.
Z jednego z uchylonych okien leci chyba muzyka, takie łup, łup, łup… Błysk geniuszu rozpoznaje mocne uderzenie.
– Rammstein* – gwiazdorzę.
– Klopfen Kottleten* – słyszę.

No i po co ja się w ogóle odzywam?

 

 

 

 

 

 

 

 

*Rammstein  https://www.youtube.com/watch?v=StZcUAPRRac
https://www.youtube.com/watch?v=Rr8ljRgcJNM
*Klopfen Kottleten – klupanie kotletów schabowych

 

Krystyna

Nie tylko pod nogi…

Jesteśmy zagonieni, przepracowani, często smutni. Nie dostrzegamy pewnych rzeczy, dzięki którym życie, może nie będzie lepsze, ale być może ładniejsze, nieco sympatyczniejsze.
Zatem -idąc – nie patrzmy jedynie pod nogi, bo jeśli mamy się potknąć, to i tak się potkniemy, ale popatrzmy nieco wyżej, nieco szerzej.
Świąteczny spacer uświadomił mi, jak często bezmyślnie mijamy rzeczy przepiękne, godne uwagi.
Spojrzałam na pewną balustradę i wpadłam w zachwyt.
Popatrzcie, to wykuty w brązie proces wytwarzania wina. Od momentu cięcia i mocowania pędów, po użyźnianie, zbiory, przetwórstwo i delektowanie. Czyż nie jest to piękne?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Krystyna

Nie wracaj tu…

Odkąd pamiętam, Ola zawsze była jakaś dziwna.
Kiedy my fascynowałyśmy się Siesicką i Snopkiewiczową – ona przeglądała magazyny wędkarskie, kiedy my gadałyśmy o neonowych, ściągaczowych bluzeczkach, które docierały do nas z NRD, ona chwaliła się nową piłką do nogi, którą przysłał jej wujek z Teksasu. My spódniczki bananowe i pierwsze, nieśmiałe obcasy, a ona gacie i getry w biało-niebieskie, poprzeczne pasy.
My na przerwach w gumę skakałyśmy, a ona zawsze z chłopakami goniła.
Z nikim się nie przyjaźniła, rzadko kiedy wychodziła po szkole na podwórko i zawsze miała wymówkę, że musi brata w domu pilnować.
Czasem prosiła mnie o lekturę, czasem o kropelkę atramentu, kiedy jej w piórze zabrakło, bo my wtedy mieliśmy pierwsze pióra wieczne, z gumką, która pompowała atrament.
Po skończeniu podstawówki nasze drogi się porozjeżdżały, kontakty również.

Słyszałam tylko od znajomych, że po kilku latach, Ola wraz z rodzicami wyjechała gdzieś za granicę na stałe.
No i minęło kilka dziesiątek lat.

Robiłam zakupy w pobliskim markecie i zauważyłam, że przygląda mi się jakiś facet. Grzebałam w pamięci jak kura w ziemi, otwierałam wszystkie szufladki i nic. Czarna dziura. Pomyślałam, że może chce mnie ekhm, poderwać, ale patrzy na mnie inaczej, jakby chciał powiedzieć – no, nie poznajesz?
No kurna, nie!
Widziałam, że dyga w moją stronę, starałam się nie uciec z zawstydzenia.
– Krysia? – zapytał.
– No – odpowiedziałam trochę głupkowato.
On się uśmiechnął i stwierdził, że pewnie go nie poznałam.
Nosz na wszystkie pijawki świata, nie poznałam. Przecież taki przystojniak, szpakowaty, o nienagannej sylwetce, powinien mi zapaść w pamięć i to solidnie.
– Olek – wyciągnął do mnie rękę.
Olek? Olek? Z Olków to tylko Kwaśniewskiego jarzyłam. O, i Halla, i Bardiniego, ale ten już dawno w niebie.
Wzruszyłam ramionami i zakręciłam głową na znak, że bardzo mi przykro, ale nie wiem, z kim mam przyjemność.
On wybuchnął śmiechem, utwierdził w przekonaniu, że znamy się, i to nie z widzenia, zaprosił na kawę w galerii. Dobrze, że w galerii, bo może jakby gdzieś dalej, to by mnie zaciukał w ciemnościach, ale i tak miałam opory.
– Podstawówka, pamiętasz Olę?
Pamiętałam Olę, ale nijak mi do niego nie pasowała.
– To ja.
Gdyby nie to, że wziął mnie pod ramię i zaprowadził do stolika – chyba bym się przewróciła. Posadził na stołku i przyniósł dwie kawy, a ja dalej ani słowa z siebie nie umiałam wydusić. Patrzyłam tylko na niego jak cielę. Widziałam, że miał ochotę parsknąć gromkim śmiechem na mój głupkowaty wyraz twarzy, ale powstrzymał się kulturnie.
Poczekał, aż wreszcie łyknę powietrza i odetkam się.
Nie wiedziałam co powiedzieć, jak się zachować, ale skoro on(ona?) sam(a) mnie zaczepił(a), to chyba ma do tego dystans.
– Jak to? – to był jedyny bełkot, jaki wydukałam.
Olek zaczął opowiadać, jak od samego dzieciństwa nie czuł się dobrze w skórze dziewczynki.
– To akurat pamiętam – powiedziałam – zamiast z dziewczynami wolałeś zawsze chłopaków. W piłkę grałeś, na ryby chodziliście na Ształwajery…
– Do szkoły też poszedłem za mechanika samochodowego się uczyć, choć był problem, bo nie chcieli dziewczynki przyjąć.
Próbował, będąc jeszcze w Polsce, rozpocząć procedurę zmiany płci, miał oparcie w rodzicach i bracie, ale Polska robiła wszystko, żeby mu to zohydzić, wybić z głowy. Wtedy rodzice zdecydowali się wyjechać, mieli rodzinę w Stanach, a mnie przed oczami stanęła Anna Grodzka.
– To nigdy nie był kraj dla zwykłych ludzi – powiedziałam – tu tylko procedury i elity mają rację bytu.
Smutnawo przytaknął, ale zaraz przyznał, że rozważa możliwość powrotu.
– A po co!? – zapytałam chyba zbyt szybko, ale nie zamierzałam go zachęcać – tu nie ma do czego wracać, tu jest bagno i Rów Mariański mułu! Zero tolerancji, oranie kraju w każdym zakamarku, nawet w sypialni…
Nie wiem czy zrozumiał, ale posmutniał jakoś.
– Tak myślałem.

Przegadaliśmy dwie godziny, umówiliśmy się na ciąg dalszy. Przyleciał tu do rodziców, którzy po dziesięciu latach pobytu w Teksasie, zatęsknili za Polską i wrócili. Nie miał tyle odwagi, by wrócić z nimi, jeszcze wtedy nie. Teraz mówi, że dojrzał, ale za to tolerancja w kraju jest nie do przyjęcia.
– Nie wiem co robić.
Powiedziałam mu, że nie chciałabym być w jego skórze, bo zawsze jakimś kanałem ktoś komuś szepnie, potem jest “tylko nie mów nikomu” i już wiedzą wszyscy. Wytykaliby go palcami, pewnie przypłaciłby to zdrowiem.

Zobaczymy.
Nie wiem, jaką podejmie decyzję, ale cieszę się, że mogłam z nim pogadać. Dla mnie to była wspaniała podróż w niezbadane, w nieprzewidywalne czeluści przeszłości.
Życie jest jednak jedną, wielką niewiadomą.

Krystyna

Jaja!

Jaja jakieś!
Już było tak pięknie, kolorowo, śpiewająco, krokusy, przebiśniegi i żonkile w pełni porozkwitały, migdały się rozmigdaliły, łabędziom i dzikim gęsiom nilowym przychodziły do głów różne prywatne sprawy, koty wylegiwały się na słonku. Ludzie płaszcze i ciepłe kurtki rozpinali, cieńsze sweterki zaczęły być coraz częściej wietrzone.

Kwitnące drzewa migdałowe
Dzikie gęsi nilowe
Łabędzie

Prace wśród winogronowych badyli szły ku latu, jaja kolorowe już zawisły w różnych dziwnych miejscach, kiedy to spadł biały, zimny drań.


Otwieram rano oczy a ten pcha się, skubany, na taras, do kuchni.
Precz! krzyczę, ale nic sobie z tego nie robi.
O przepraszam, robi se, jaja, bo Wielkanoc pod śniegiem już była.

Dzisiejszy widok z okna

Krystyna