Gość…

Wieczorem słyszałam miauczenie pod drzwiami. Wiem, to omamy, bo tęsknię za moimi kotami.
Jednak kiedy drapanie w drzwi i miauczenie usłyszałam ponownie tuż po szóstej rano, musiałam uchylić drzwi, coś zrobiło szuuu, i kociak gospodarzy już był u nas. Wiedział, pod którymi drzwiami ma warować!

– Weź się z tym aparatem i głaszcz!
– Piotr robi to lepiej. Patrz i się ucz!
– I tej szynki jeszcze daj, kobieto!

Furceniu nie było końca!
Radość obopólna, mały załapał się na plasterek szynki, czuł się jak u siebie. Co ja gadam, przecież on jest u siebie!
Posprawdzał wszystkie kąty, nakazał odkurzyć i usiadł pod drzwiami, ze wzrokiem utkwionym w klamkę na znak, że audiencja skończona.

– Główka proszę bardzo, ale od brzucha wara!
Nie mógł mi tego wcześniej powiedzieć? Musiał ugryźć i podrapać?

Jak ja kocham koty!

Krystyna

Obiecanek nie było…

Wstaję rano razem z sąsiadem zza ściany – budzi mnie jego budzik o szóstej. Słyszę każdą jego pięciominutową drzemkę.
Pogoda nie rozpieszcza, cóż nikt nie obiecywał, że będą upały. Po deszczu, rano, morze wygląda dokładnie tak samo jak przed, tylko ludzi brakuje na niej, a górna warstwa piasku jest mokra.

Kormorany. Od zawsze w głowę zachodzę po co siedzą tak z rozpostartymi skrzydłami. Wiatr, deszcz, nieważne. Suszą pióra?
Uwielbiam tą kurtkę, bo ma same zalety: do kieszeni wewnętrznych wejdą buty, do zewnętrznych komórka, paczka chusteczek higienicznych, ma kaptur, jest leciutka i nigdy w niej nie zaginę – widać mnie z daleka.

Wkładam buty do wewnętrznych kieszeni kurtki i spaceruję. Zawsze szukam bursztynów, w ciągu całego życie znalazłam tylko dwa, ale za to ładne. Wczoraj znalazłam pięknie wyrzeźbiony przez korniki kawałek drewna , pół gogli pływackich, pęknięty materacyk do pływania i…

Wróci?
Małe dzieło sztuki, bo i artysta mały.

Krótkie przerwy pomiędzy ulewami wykorzystujemy na wypady w teren, żeby choć co ciekawsze rzeczy zobaczyć. Wczoraj zaliczyliśmy muzeum przyrodnicze Słowińskiego Parku Narodowego.
Wstęp cztery złote, wraz ze wstępem do Słowińskiego Parku Narodowego – sześć złotych.
Na razie, ze względu na deszcz – tylko muzeum. Niewielkie, bo mieści się w jednej sali, ale ciekawe, ładne.

Rozmawiałam z rybakiem o fokach, powiedział, że są traktowane jak szkodniki.

Po piętnastej, mimo deszczu, poszliśmy, a jakże, na obiad do Kaszubki, na gołąbki. Jakiż był mój zawód, kiedy okazało się, że gołąbków już nie ma, schabowych, nie ma, drobiu nie ma.
Były pierogi, placki po węgiersku i inaczej nazwane mielone. Ale żurek z jajkiem był wspaniały i kosztował jedynie pięć złotych.
Na gołąbki zostałam zaproszona na jutro.
Potem, z butami w kieszeniach, oczywiście długi spacer plażą.
Na kolację deser. Lody.
Tym razem w innym miejscu, firmowe, podane przez kelnera, w szkle. Wspaniałe!

Ogromne, smak każdej gałki od razu rozpoznawalny, bita śmietana nie za słodka, w środku pokruszony herbatnik i adwokat, wszystko polane musem truskawkowym. Za piętnaście polskich złotych.

Dobrego dnia!

Krystyna

Co ma młotek do gołąbków…

Morze jest kapryśne.
Bardzo kapryśne.
Raniutko było pięknie, słonecznie, w zabudowaniach niemal bezwietrznie, a takiej pogody się nie przepuszcza. Dziś jest a jutro jej nie ma.
No więc bez namowy wdzialiśmy kąpielówki, zabraliśmy leżaki, ręczniki, ja wzięłam do kieszeni moje pareo i poszliśmy na plażę. W pokoju mamy parawan, ale jakoś mamy do niego awersję widząc, jak na plaży tworzą się zagrody jak dla zwierząt, czasem kilkupokojowe apartamenty. Tylko śmieci lecą za ściany, pety, dzieci na siku wychodzą za parawan. Czasem pieski.
Nie bierzemy parawanu tłumacząc światu, że nie mamy młotka do wbijania palików.
Na plaży rozkładamy leżaki, maty i walczymy z tym, bo wieje jak diabli, leżaki wydęte w drugą stronę, maty fruwają. Przyciskamy butami, na maty stawiamy leżaki. Przeklinamy wiatr, który siecze piaskiem po ciele, ale na razie jest jeszcze w miarę ciepły.
Morze, morze, morze!
Idziemy w trójkę, moczymy stopy, wchodzimy do kolan. Wcale nie jest to proste!
Woda zimna jak cholera, każda rozpryskująca się fala powoduje zatrzymanie akcji serca i krótki bezdech, ale nic to, jest lato, jest urlop, jest morze – trzeba wejść. Tym bardziej, że po trzech ładnych dniach odczuwa się mrowienie czerwonej skóry na ramionach i karku, którą trzeba schłodzić.
Nie ma totamto, zanurzam się po szyję. Chwilowy hercszlag rekompensuje się po chwili, kiedy woda już taka zimna nie jest, ba, jest nawet przyjemna.
Ale nie za długo, po jakichś dwudziestu minutach na rękach i nogach pokazuje się pokrzywka a ciało zaczyna sinieć.
Wyjście w takim stanie na brzeg, przy słusznym wietrze – to wyzwanie ekstremalne. Staram się szybko pobiec do leżaka, ale ruchy, przy zapadających się w miałkim piasku stopach – są strasznie paralityczne. Ręcznik nieco rozgrzewa, skaczę na prawej nodze przechylając głowę, żeby wypłynęła woda, która podstępnie wdarła się do ucha i do płuc, kiedy nie zauważyłam nadpływającej fali.
Jezu, jak piździ. Jak zimno.
Widzę, że synowie też wyłażą, też trzęsą się jak nie powiem co w trawie.. Wycierają się i kładą na leżakach.
Obserwuję jak sinieją, jak zaczyna ich trzepać, choć bardzo starają się to ukryć. Na naolejkowane, mokre ciało zaczyna się przyklejać drobny piasek, który za chwilę stworzy skorupkę. Może będzie w niej cieplej.
Jeszcze kilka minut i podejmujemy męską decyzję – spie…my.

W domu zdjęłam mokry kostium kąpielowy, założyłam suche rzeczy i poszłam pomyszkować w bazarowym badziewiu, czasem można tam całkiem fajne rzeczy wypatrzeć.

Około piętnastej trzydzieści ponownie wybieramy się na spacer po plaży. Pogoda śmierdzi deszczem, ostrzegam, żeby nie oddalać się za bardzo od zejścia, ale kto by tam starej matki słuchał…
Niedługo potem zaczęło kropić, ewakuacja z plaży, schronienie pod markizą jednego z butików.
Matko, jak lało! Ulewa!

Kiedy zdawało się przechodzić, biegusiem i boso śmignęliśmy do Kaszubki, chwalonego baru w Rowach. Oczywiście, przed deszczem schroniło się tam pół Rowów, ale na szczęście znaleźliśmy wolny skrawek podłogi. Wyziębieni, wygłodzeni, zamówiliśmy pierogi ruskie z okrasą, placek po węgiersku i podwójną porcję gołąbków dla mnie – cztery sztuki plus ziemniaki, które nie zmieściły się na talerzu i dostałam je osobno, z koperkiem.

Młody człowiek, dziwnie mi się przyglądał, kiedy zamawiałam dla siebie tą podwójną porcję gołąbków. Nie dowierzał.
Kiedy zjedliśmy i poszłam regulować rachunek, młody, przesympatyczny kelner popatrzył na mnie i zapytał:
– Pokonała pani te gołąbki?
Zawstydzona odpowiedziałam, że spokojnie.
Rachunek wyniósł pięćdziesiąt siedem złotych za cztery słuszne porcje obiadowe.

Nażarliśmy się do porzygu, a potem, mimo że jeszcze padało, boso poszliśmy do domu. Jak dziecko, szłam po spływającej ulicą wodzie, rozchlapywałam wodę i nuciłam “Deszczową piosenkę”.

P.S. Uciekając przed deszczem z plaży, syn znalazł… młotek. Do wbijania palików parawanu.

Krystyna

Plaża, dzika plaża, morze dookoła…

No przecież nad morze nie jedzie się kąpać! Nad morze jedzie się po to, żeby nad nim być! Przecież nie od dziś wiadomo, że nad morzem WIEJE! A jak wieje, to opalanie się jest rzeczą nader śmieszną, pozostają spacery plażą.
Wczoraj pokonaliśmy plażą, boso, dystans od Rowów, przez Dębinę do Poddąbia. Niestety, nie udało mi się dokładnie ustalić odległości, myślę, że było około siedem, osiem km w jedną stronę (daje razem czternaście – szesnaście kilosów!). Właściwie to szliśmy z intencjami – chcieliśmy pod świętym obrazkiem, pozostawionym na pamiątkę przez pielgrzyma, zostawić symboliczne kamienie niesione z Rowów; taka sobie pielgrzymka bezbożników. Przyjemność bardziej dla siebie niż bozi.
Po drodze (czyt: plaży) podziwialiśmy piękno wybrzeża i czyniliśmy dobre uczynki.
Syn uratował od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia biedronkę, którą niósł przez kilka kilometrów (może raczej ona sama się niosła, bo uczepiła się jego ręki i ani myślała odfrunąć), do szukanego przez nas miejsca, nazywając ją całą drogę “pielgrzymem”.

Biedra – pielgrzym. Może chciała samobója popełnić?

Ja uratowałam od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia rybkę, która rzucała się nerwowo na piasku, nie mogąc trafić z powrotem do wody.
Nie pomyślałam jednak o trzech życzeniach, trudno. Może ona mnie zapamięta.

Może to malutka makrela, którą zjem jak już będzie duża?

Uratowałam też żuczka, który jeśli nie zostałby rozdeptany, to zapewne usechłby w piaskach Poddąbia.

Miał chyba ze 2,5 cm. Może szedł do biedronki?

Klifowe wybrzeże w tym miejscu jest przepiękne.
Wyraźnie widać, jak morze wykrada podstępnie kolejne metry lądu. Krótka, kamienista plaża, jest podobno namagnesowana tak bardzo, że niektóre urządzenia potrafią wariować.
W klifie wydłubały sobie gniazda jaskółki, jak zauroczeni staliśmy i patrzeliśmy na uwijające się wokół swoich domków ptaki.

Morze wdziera się w ląd. Ot, siła natury.
Magnetytowe pole. Ponoć elektronika dostaje świra. Mój gps nakazywał iść w odwrotną stronę, a ja tak bardzo bałam się zabłądzić…
Jaskółki nieuwięzione.

Niestety, magicznego miejsca w Poddąbiu nie znaleźliśmy. Pytaliśmy mieszkańców – ale też nie byli zorientowani. Nasze kieszenie opróżniliśmy z kamieni pod jednym z drzew niedaleko TOY TOY-ki, biedronka – pielgrzym również została oddana naturze.
Zmęczeni wracaliśmy tą samą drogą, dostrzegając już te brzydsze rzeczy – padłe mewy, wyrzuconą na brzeg śniętą flądrę, pety i wszędobylskie plastiki.

Syn był tak zniesmaczony, że złapawszy pierwszą lepszą broń, nie zawahał się jej użyć…

Ze zmęczenia zrezygnowaliśmy nawet z obiadu. Ale było warto, klif jest piękny!

To tam malutkie, różowiutkie – to ja. Jestem dumna, że dotrzymałam kroku dzieciom. No dobra, w końcówce marudziłam, do domu doszłam na bosaka, bo nie miałam siły zakładać sandałów, powłóczyłam szłapami, ale doszłam!

Nie mieliśmy sił już na nic prócz meczu Belgia – Francja.

 

Krystyna

Dzieła sztuki ludowej…

Rowy są piękne, nawet kiczowate stragany z badziewiem się bronią. Te, jak wszędzie, po prostu są. I dobrze, bo jak potrzebowałam czegoś do opalania, to nawet w niedzielę kupiłam. Piękne pareo wyglądające jak akwarium – też sobie kupiłam. I to wcale niedrogo, dwadzieścia złotych to przecież żaden majątek.
Jedynie koszy na śmieci trochę mało, trzeba szukać. Zwróciłam na to uwagę dopiero w momencie, kiedy usłyszałam z ust młodego taty, trzymającego w jednej ręce śmieć, a w drugiej rączkę dziecka – słowa: popatrz, takie przepiękne miejsce a koszów na śmieci brak… Szkoda, ale i tak jest tu czysto.
Idąc na spacer po najbliższej okolicy mijam takie dzieła:

Córkooooo rybakaaaa!
Powyższa rzeźba kobiety chyba przeskoczyła epokę, nie powiem z czym mi się kojarzy… Aczkolwiek ma swój urok.

 

Krystyna

 

Lodowa rozkosz…

Lodowa rozkosz. Lody nowej generacji.
Prawda, ale tylko połowiczna, bo z tą lodową rozkoszą to gruba przesada.
Ale po kolei.
Upragniony urlop, morze, przepiękna pogoda, to i na spełnianie zachcianek pora najwyższa. Jestem z tych, dla których słodycze, ciasta i lody mogą nie istnieć. No tak mam, że dla mnie lody mogłyby mieć smak śledziowy, ogórkowy czy pieczonego kurczaka. Niestety, na razie takich nie ma, w związku z czym skusiłam się na karmelowe. Skusiłam się, bo były podawane w estetycznych pojemnikach i ładnie się nazywały – śnieżny puch.

Piękna dziewczyna podstawiła pod podajnik plastikowy kubeczek i za chwilę posypała się do niego… sieczka lodowa.
Ładnie to wyglądało, poprosiłam o posypanie drobniutkimi lentilkami i poszłam się delektować.

Delektowałam się urokiem podanych lodów, smakiem lentilków i wspomnianym kubkiem.
Lodami już niekoniecznie.
Smakiem do złudzenia przypominały zamarzniętą na kość wodę, startą jak kartofle na placki . Trochę kapnięto herbaty dla koloru i dużo, dużo za mało karmelu. No, może jeszcze odrobinka mleka w proszku się tam przypadkowo znalazła.
Mało tego, miały kosztować – tak było na cenniku – 9 złotych, a na paragonie – złotówka więcej – dziesięć złotych polskich.
Czyżby doliczono za ładny wygląd? Może za niedzielę? Za ładną pogodę?

Osobiście tej zmarzliny nie polecam, ta rozkosz się nie sprawdziła.

 

Krystyna

Co to jest?

W południe zdjęto czerwone flagi na masztach przy budkach ratowników i zastąpiono je białymi. Morze stanęło otworem dla wczasowiczów. Może nie od razu, bo wydawało nam się, że jest zbyt wietrznie na kąpiel, ale ostatecznie i nas ogarnęło szaleństwo. Woda wydaje się zimna jedynie w pierwszym momencie, potem jest już tylko rozkosz…
Istnieją pewne przesłanki, że jutro niektórzy będą trochę cierpieć z powodu nadmiaru promieni słonecznych. Zobaczymy.

Tymczasem chciałabym wam pokazać, co znalazłam. Według mnie, może to być jakaś skamielina, kamień jest jakimś rodzajem łupka.
Jak myślicie, co to może być?

Krystyna

Morze, nasze morze, będziem ciebie…

Czekasz i czekasz, aż wreszcie nadchodzi ten dzień.
Dzień urlopu.
Osiem godzin jazdy i voilà – jesteśmy nad morzem, w Rowach. Po zjeździe z A1 czekała nas jazda niewielkimi miejscowościami i drogami z kocimi łbami, co skomentował syn: jedziecie do Rowów, nazwa zobowiązuje, proszę was…

Średnia prędkości – 160 km/h. Bywało więcej… Ale nie ja prowadziłam.

Droga dobra, prędkościomierz wariował, tylko jedna, krótka przerwa. Po ośmiu godzinach zameldowaliśmy się na miejscu.
Podróż trochę sentymentalna, bo powrót w to samo miejsce, do tego samego pensjonatu, po dziewiętnastu latach. Rowy się zmieniły, wypiękniały, rozwinęły, ale są miejsca które pamiętam, żywcem wyjęte z czasów słusznie minionych. Odezwał się sentyment.

Przywitanie z morzem nastąpiło niemal natychmiast po zajęciu pokoju, i od razu przykra niespodzianka: jakaś jednostka pływająca zanieczyściła morze parafiną. Zakaz kąpieli do odwołania. Wrrr!
Swoją drogą wyrzucone na brzeg parafinowe dzieła robią wrażenie.

Morze wyrzuca różne różne rzeczy, rośliny jakieś też. Ładne toto.

Tak więc spacer mokrą plażą zaliczony. Słuszne porcje dorsza z frytami – zaliczone.
Teraz czekam na upały.
Zastanawiam się jednak nad fenomenem naszego Bałtyku – woda w nim jest zimna, średnio czysta, z glonami i parzącymi meduzami, niepoważnymi parawanami, słoneczna pogoda jest loterią, ponadprzeciętna drożyzna – a jednak, latem kto żyw, rusza nad to morze… Co w nim jest?

Krystyna

Cel – Zell.

Wczoraj byłam w Zell.
Niewielkie miasteczko nad Mozelą.

Dla mnie miodzio, bo miasteczko kotami stoi. Gdzie się nie obrócisz – wszędzie koty – drewniane, metalowe, kamienne, na nalepkach, na ścianach. Na wystawach, pomnikach, do kupienia. Trzeźwe i narąbane.

Białe koty tylko dwa – jeden żywy a drugi drewniany, reszta czarna. Jakiś związek z miasteczkiem to ma, ale jeszcze się w to nie zagłębiłam, jak ktoś wie – proszę się podzielić.
Ale ja nie o tym chciałam.
Czekałam w poczekalni na wizytę u lekarza, współczekającą była ciemnoskóra, młoda kobieta opatulona od stóp do głów w jasnobrązową chustę, widziałam tylko twarz, dłonie i sandały a i to chyba przez przypadek, bo młoda kobieta była mamą i zajmowała się półtorarocznym może synkiem, równie ciemnym jak i ona. Zwracała się do niego w swoim języku, dla mnie nieznanym, nie po niemiecku.
Dzieciak się nudził, dokazywał, marudził, popłakiwał – bo jak nie, jak było gorąco a on był zniecierpliwiony. Chłopczyk śliczny, ubrany w dżinsy i niebieską bluzeczkę z krótkim rękawem. Pomyślałam, jak tej kobiecie nie jest w tym gorąco, ja w krótkich spodniach i bluzce bez rękawów, a i tak pot mi po … spływał.
Ale wracam do dziecka z czarnymi loczkami na głowie.
W pewnym momencie kobieta posadziła chłopca na krześle obok siebie i podała mu malutkie autko, które było w skrzyni w poczekalni – wśród zabawek dla znudzonych czekaniem dzieci.
Mały chwilę zamilkł, jeździł autkiem po dłoni matki i w pewnym momencie autko mu spadło.
Zgadnijcie co powiedział?!

– Mama buch.

Niby nic, ale popatrzcie, pod każdą szerokością geograficzną, niezależnie od koloru skóry, niezależnie w jakim języku – dziecko mówi tak samo.

– Mama buch.

Patrzyłam z rozczuleniem na tego malucha, na jego inaczej ubraną mamę. Moje dzieci też tak mówiły, kiedy coś lądowało na podłodze – mama, buch!

Na koniec dodam, że tam wcale z wizytami nie lepiej niż u nas. Wizyta była ustalona na 11.45, pani w rejestracji powiedziała, że jest godzina poślizgu, a lekarz wezwał o 13.20.
No, prawie jak w domu.

Tam właśnie siedziała młoda mama z czarnym chłopczykiem. Tak wygląda poczekalnia u niemieckiego specjalisty.

Krystyna

…niby biało-czerwony, a jednak w żałobie…

Zamiast komentarza 🙂

Mamy to!Słowo od najważniejszej komentatorki piłkarskiej w Polsce!!!💪⚽️❤️

Opublikowany przez Kabaret Nowaki Wtorek, 19 czerwca 2018