Od czego jest dziadek?

  
Wiele lat temu, gdy mój syn Piotruś
był jeszcze mały,
Zadał mi pytanie: co by było gdyby
kwiaty koła miały?
Zbaraniałam i zrobiłam chyba wielkie
oczy
Bo byłam pewna że moje dziecko niczym
mnie nie zaskoczy!

Uczciwie rzekłam: nie wiem, lecz
na pewno się dowiem
I w te pędy do taty. Wiedziałam
albowiem
Że mój tata wiedział będzie.
Nie pomyliłam się wcale,
Umysł ścisły, nie rozdrabniał się
na byle detale.

Jak to, nie wiesz? Minę miał zdziwioną
Podczas gdy ja nadal gębę
rozdziawioną.
Gdyby kwiaty miały koła – no, pomyśl
– toby jeździły!
Tak po prostu, prosto z mostu
rozsądek zdzieliły.

Z historyjki tej morał wypływa więc taki:
Że i dziadek, i wnuczek z tej samej
są paki!
Niepotrzebni mama, tata gdy
blisko dziadkowie
A na “najciekawsze” pytania
– zawsze dziadek odpowie!

Napisany 2007.01.24 

Człowiek

                                                           

Łka po krzakach, w lesie świszczy

Jak wyżuta, lepka guma

Po omacku, pośród zgliszczy

Szuka ciebie twoja DUMA.

Woła, krzyczy, nasłuchuje,

Sznurem przepasał wór zgrzebny,

Sękatą laską z demonem wojuje

Twój HONOR. Czy jest ci jeszcze potrzebny?

I DUMA, i HONOR wartość swoją znają,

Jedna drżąca, druga mokra powieka.

Bo komuż dar cudny przekazać swój mają

Kiedy od wieków szukają CZŁOWIEKA?

Dziś o szczęściu mówić chcę…

       
Czymże jest szczęście, kochani moi?
Drugim człowiekiem który ból ukoi,
Gniazdkiem maleńkim, ciasnotą zmęczonym,
Ciastem sobotnim z dziećmi upieczonym.

Choinką, ubraną w najlepsze życzenia,
Koszyczkiem w którym święcisz spełnione
marzenia.
Radością znajomy jest nowo poznany
I smutkiem, gdy bliski na zawsze żegnany.

Szczęście. Ot słowo. A ile treści
W tym jednym, prostym słowie się mieści.
To miłość. Przyjaźń. Uśmiech. Pragnienie.
Płacz. Ból i smutek. I utulenie.

Napisany 2006.08.08

Jesienna para

  
Pod niebem jesiennym, po ścieżce z liści
Idzie jesienna para.
On na sękatej lasce podparty,
Ona bardzo już stara.

Bardzo powoli, godnie, dostojnie,
Kroczą szurając nogami.
Potem ławeczkę sobie zajmują
I cieszą się ciepłymi dniami.

Ona oparła białą swą głowę
Na wątłym jego ramieniu,
On dłoń w dłoń ujął i ucałował
W miłości swojej imieniu.

Długo siedzieli tak przytuleni
Że liść ich złoty obsypał.
A mały pajączek babiego lata
Zdjęć im jesiennych napstrykał.

Napisany 2006.10.17 

PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY

      

13 kwiecień 2009r          godz.11.40

PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY

Najgłupszy dzień w całym roku.

Tradycja tradycją ale ten dzień zawsze będzie mi się kojarzy ze zdarzeniem jakie miało miejsce ponad 20 lat temu.

Jechaliśmy z malutkim synkiem w wózku na proszony obiad do rodziców. Dzień był ładny, słoneczny. Na przystanku tramwajowym stała spora liczba pasażerów, nadjechał tramwaj. Kiedy drzwi się otworzyły, nagle ni stąd ni z owąd, pojawiła się grupa młodych ludzi z wiadrami wody. Nie bacząc na nic zaczęli chlustać tą wodą ludzi wychodzących z tramwaju, starszych, młodszych, wśród nich rodzinę z dzieckiem takim jak moje…

Dzieciak zmoczony i przerażony płakał zanosząc się do uduszenia. Przekleństwom ludzi nie było końca a rozbawiona do granic możliwości młodzież rozpierzchła się tak szybko jak się pojawiła.

Popatrzyłam na młodą kobietę w pięknym skórzanym płaszczyku i pomyślałam że teraz pewnie będzie już do wyrzucenia. Płaszczyk oczywiście.

I to był ostatni lany  poniedziałek kiedy wystawiłam nos z domu. Już zawsze zostanie przekleństwem, do dziś myślę jak skończył się dla nieznajomego maluszka… Pewnie zapaleniem płuc…

Jest to dzień w którym czuję się więźniem własnego domu. Przesadzam? Może. Niemniej zbyt jest mi cenne moje zdrowie a bezradność wobec bezczelności i bezmyślności jest powalająca. Wolę więc nie ryzykować zawałem serca.

A więc miłego świętowania w zaciszu domowym.

Precz z ŚMIGUSEM DYNGUSEM….

Tylko kaczki lubią wodę zawsze…

Wielkanoc

 
11 kwiecień 2009r.      godz. 9.00
sobota

No i zaczyna się Wielkanoc…

Im jestem starsza tym mniej emocji, tym spokojniej, tym mniej szaleństwa.

No bo co? Że wolne dni? Jestem od lutego na szpitalnym chorobowym więc dni wolne nie robią jakoś piorunującego wrażenia, powiedziałabym wręcz że mam wolnego po dziurki w nosie.

Sprzątanie? Przecież sprzątam regularnie, staram się nie hodować roztoczy, nie potykać o porozwalane śmieci, staram się by pościel pachniała świeżością zawsze. Przez okno widzę słonko a wanna lśni, choć wczoraj na złość mężowi zostawiłam ją po kąpieli nie umytą w rewanżu za podrzucone do prasowania nadprogramowe koszule. No, co do mojej półki z ciuchami ktoś mógłby się przyczepić ale to uważam – mały pikuś… Mam poprawiać to co jest zrobione? Ani myślę.

Zakupy… Wariactwo! Ileż można nakupić żarcia na dwa świąteczne dni? Toć nie zje się więcej niż normalnie da się zjeść!!! Wędliny i sine jaja na twardo walają się potem jeszcze po lodówce wiele dni po świętach i nie wiadomo co z tym zrobić.

Że o poniesionych kosztach nie wspomnę.

Lepiej kupić świeże żonkile do wazonu bo w żołądku nie zalegną a oczy cieszyć będą, choć u mnie w wazonie stoją tylko ohydne plastikowe bazie… Żonkile zeżarł kot. Świece też, bo były ładne, żółto -zielone. Ale niech tam. Zeszłoroczną palmę też zeżarł, zostawił tylko badyle i igiełki z jałowca, po baziach nie było śladu. No to co mam zrobić albo zrezygnować z nadmiaru ozdób albo wywalić kota? Wybieram to pierwsze.

WESOŁYCH ŚWIĄT !

Opowiedz mi Matko

 

Opowiedz mi Matko jak to kiedyś było
Ile dobrego zostało a co się zmieniło?
Czy warto było nadstawiać i grzbiety i karki
Gdy zapłatą były jak diabłu – ogarki?

Patrzę z czułością na śnieg głowy Matki
Na twarz przeoraną, na te zmarszczek siatki.
Na oczy wyblakłe za szkłami ukryte,
O wspomnienia pytam, jakże dziś rozmyte.

Czasy były cudne! Matka się rozmarza,
Każde słowo nim wypowie starannie rozważa.
Byłam młoda, piękna, chciałam żyć i kochać!
Dziś już jestem sama, pozostało szlochać …

Urodziny Mamci

    

9 kwiecień 2009r.      godz. 8.50

czwartek

Dziś są urodziny Mamci.

Odkąd pamiętam zawsze miała wokół siebie wianuszek rodzeństwa i przyjaciół. Corocznie schodził się wesoły tłumek a wtedy brat i ja schodziliśmy z drogi bawiącej się młodzieży.

Uświadomiłam sobie właśnie jak ten tłumek młodzieży zmieniał się przez lata. Jedni poumierali, ich miejsce zajęliśmy my z bratem i swoimi już rodzinami, bratanica wyszła za mąż.

Brat dorobił się białego łaciatego psa, ja białego kota w berecie.

Coraz mniej osób zasiada przy urodzinowym stole Mamci, choć wolne miejsca zawsze czekają.

I zawsze te same młodzieńcze, zaróżowione policzki Mamci po toaście, ten Jej filuterny uśmiech jakby chciała zakpić JESZCZE ŻYJĘ!

ŻYJ MAMCIU JESZCZE DŁUGO, DŁUGO I ZAWSZE BĄDŹ ZDROWA.

Jesteś mi bardzo potrzebna.