PROSTYTUTKA

W szemranej dzielnicy, na ciemnej ulicy
Stoi kobieta bez wiary.
O smutnej twarzy, czy jeszcze marzy?
W jej głowie się kłębią koszmary.

Bo w domu dzieci same zostały,
Lodówka ciemna i pusta.
Mężowskie ręce co kochać miały
biły. Różne miłości są gusta.

Ma prąd odłączony, telefon nie działa,
A gaz niby jeszcze lecz chyba niedługo,
Nie takiej przyszłości dla dzieci swych chciała
Ich życie słoneczne się stało szarugą.

Dlatego tak stoi, smutna i wściekła,
Pięści zaciska w kieszeni.
Czeka klienta, chociażby z piekła
Co życie jej dzieci odmieni.

Tryptyk

Tęsknota. Ona.


Weź mnie za rękę

i zaprowadź do miejsc

które znam ze snu.


Byłeś tam już, wiem

wydeptałeś dla mnie ścieżkę

między poziomkami.


Zbudowałeś szałas

z zaczarowanych szyszek

które sypią złote nasionka.


Będziemy mieli nowy las

gdzie zamieszkamy

między szumem a zapachem świerków.


Będziemy chodzić boso

Po zroszonym kochaniem igliwiu

i palcami przeczesywać konwalie.


Tęsknota. On.


Gdzie jesteś słońce

mrok otulił ziemię

pogrążył utopił

w bezdusznym niebycie


gdzie jesteś radości

gdzie twoja uciecha

gdzie miejsce na szczęście

szarego człowieka.


Mieliśmy pójść razem

ścieżkę wydeptałem

i magiczny szałas

z szyszek budowałem


miałem zaprowadzić

do miejsc ze snu znanych

mieliśmy wśród miejsc być

tak przez nas kochanych.


Chciałem ci pokazać

wiatr w polu wiejący

kwiaty, pola, łąki

las świerkiem pachnący


Chciałem ci pokazać

chmury co na niebie

chciałem ci w prezencie

ofiarować siebie.


Tęsknota. Oni.


A gdy się znaleźli

dłoń czule całował

a ona szron jego włosów

i poszli by szukać

okruchów swych marzeń

zgubionych, splątanych swych losów.


Tych świerków, konwalii

lecz nic nie znaleźli

ni ścieżki, poziomek, szałasu

i snu też nie było

i złotych nasionek

od bardzo długiego już czasu.

Ktoś zniszczył, zadeptał

wygasił moc szyszek

lecz nie przeszkodził uczuciu

powiodło ich ono

gdzieś hen, za horyzont

gdzie inne czekało ich łono.


Tęsknota. Razem do gwiazd.


Nie było już magii

i czar przestał działać

miast świerków kamienna pustynia

lecz „nic to” rzekł do niej


i wziąwszy na ręce, zaniósł

gdzie dla nich świątynia.

Już nigdy, już zawsze

my tylko we dwoje


choć włosy czas mocno wybielił

tak stali cichutko

boleśnie szczęśliwi

Bóg im odpuszczenia udzielił.

Wiersz napisany wspólnie we wrześniu 2008r. przeze mnie i mojego przyjaciela.

Okna na oścież otwarte

 

Wtargnął jak wiatr do pustego ogrodu
jak kocię zgrzane w zdroju szukał chłodu
siadł obok, o wodę prosił, puścił korzenie.
Me marzenie jesteś – rzekł. Me marzenie.

Ogród od dawna stoi zimny i cichy
studzienka wyschnięta, żuraw spróchniały, lichy
na oścież pootwierane i okna i wrota
o nic nie pytał, wlazł po prostu, niecnota.

Ogarnął wzrokiem czułym to co pozostało
grusza rachityczna i trawa. Było mu za mało.
Pszczoły zaprosimy – rzekł. A, by nektar był słodki
poprosimy, by w trawie zakwitły stokrotki.

Parę słowików zamówimy by co wieczór kląskały
i koniki polne by do snu nam nocami grały
by radowały również małe serca słowików
co już gniazdo sobie uwiły z zaklętych patyków.


18 lipiec 2008r.


Zapisana kartka

Kiedy czynem staje się słowo

tęskne myśli ciepłym dotykiem

Zmysły igrają w głowie na nowo

przeszłość daleko zimnym granitem…

Jak mam Ci powiedzieć Kochany

Co czuję, jak myślę, jak trwam

jak pragnę by szał rozedrgany

był ze mną, był przy mnie, by grał.

Jak świecy promyczek ciepły

grzał serca nasze zziębnięte

jak pot na czole zakrzepły

sprostuje złe myśli pomięte.

Jak żyć tu, jak być i jak spać?

Jak budzić się rano bez Ciebie?

Jak durną swą rolę mam grać

Gdy pamięć pamięć grzebie…

Dopiszmy Kochany wspomnienie

Gdy raz przekręcony klucz w zamku

Bo jakież ma teraz znaczenie

Brak słońca w styczniowym poranku?

Myślami bądź przy mnie jak cień

Czy światło czy świeczek mrok

Czy miesiąc jaśnieje czy dzień

Ty przy mnie bądź zawsze krok w krok.

Bądź mi powietrzem, oddechem

Chleba bochenkiem, konwalią

Oazą co daje pociechę

I siłą matki schylonej nad balią…

Mnie kochaj! krzyczę choć wiem że nie wolno

Że nie dla mnie ramiona Twe, usta,

To mnie zabierz hen, drogą polną

Gdzie miłość gorąca, nie pusta.

I moje imię w granicie

wykute ma być, a nie jej

Ech życie przewrotne, ty życie

Cichaczem się teraz z nas śmiej…

* * * * * * *

Styczeń 2009r.

Arlekinada


 

Smutny arlekin ze smutną łzą w oku

Tchnie zimnem jak księżyc styczniowy

Niemymi usty o miłość wyprasza

Wierząc że jest już na nią gotowy

 

Już w myślach układa kalle kobierca

Choreografię zmysłów szaleństwa

Już kolombiny czuje gorąc serca

Lecz lód pozostał. Nie zabił przekleństwa

 

I patrzy z daleka i roni łzy suche

Lecz nic nie czyni by ulżyć cierpieniu

I kolombina czeka tuląc życie kruche

Samotna i wściekła w swym marnym istnieniu

 

Rusz się arlekinie dotyk jak roztopy

Spójrz na kolombinę jej wzrok taki głodny

Muśnij usty bladymi jej maleńkie stopy

I zamień w gorący uścisk teraz chłodny

 

Bądź żarliwym kochankiem ona pragnie tego

Kochaj mocno wszystkim zmysłem swoim

Świat tak ułożony przecież to nic złego

Gdy jej czułe jestestwo połączy się z twoim

 

Zrozumiał arlekin pokochał do bólu

Pchnięty złotym grotem oszalał z rozkoszy

Dał jej najpiękniejszy rezerwat dla królów

Wspomnienie miłości słodka pieśń doboszy

 

I trwali w miłosnym uścisku spleceni

Jak darń co poziomki z mchem mocno splata

Dla świata się stali magicznie zgubieni

Niech kochanie to przetrwa wieki, nie lata.

 

 

4 marzec 2009r.

Ciche błaganie

                                               

 
Kominku Twoich dłoni
Ogrzej to, co zziębnięte.
Muszlo Twoich ust
Uwięź to, co może ulecieć
Hen, daleko
Spłynie potokiem górskim,
Pomknie na szczyty szczytów,
Popłynie w najdalsze morza.
Chroń to,
co może się skończyć.
Może już się skończyło …