BardzoWażnaPani…

Początek lipca, upał niemiłosierny.
Nigdy nie ukrywałam, że nie lubię lata, że moją porą roku jest zima. Teraz moje odczucia się pogłębiły, bo lata już nienawidzę.
Mam ciepłolubnych przyjaciół, ale nawet oni mówią, że co za dużo to ani świnia nie chce.
Czuję się źle, siedzę jak ten kret w zaciemnionym pokoju, przy wentylatorze. Pogoda odbija się na zdrowiu, kilka dni temu normalnie straciłam przytomność, złe ekg, dostałam skierowanie do kardiologa.
W pierwszej poradni zaleconej przez doktor rodzinną okazało się, że kardiolog przyjmuje tylko prywatnie. W drugiej nie zapisywali na termin ze względu na przepełnienie do drugiej połowy 2019 roku.
W trzeciej kazali przyjść za pół roku, żeby zapisać się na pierwszą połowę 2020 roku, w czwartej było miejsce w styczniu, ale niestety, przez telefon niczego nie da się załatwić, usłyszałam, że trzeba przyjechać ze skierowaniem. Niekoniecznie osobiście, ale oni muszą skierowanie mieć.

Upał nie upał, słabości nie słabości – trzeba jechać. Nie autem – bo w centrum miasta miejsc do parkowania, nawet płatnych – ani na lekarstwo. Autobus na szczęście był klimatyzowany, ale zderzenie z rzeczywistością po wyjściu – masakra. Trzeba było wychodząc pokonać ścianę lepkiego, ciężkiego upału.

Przychodnia jak z początku XX wieku. Moloch z mnóstwem wąskich korytarzy, za mało miejsc na krzesełka. Jak już się zdobędzie miejsce siedzące to trzeba szłapy pod krzesłem trzymać, żeby się ktoś o nie nie potknął.
Muszę się dostać na drugie piętro do rejestracji. Matko, jaka tam była kolejka, ale jak już weszłam – duże pomieszczenie, drewniana lada, kilka szaf z kartotekami ustawionymi tak, że pracujące tam panie mają intymny kącik do picia kawy i nie są obserwowane przez pacjentów. Bo wchodzi się pojedynczo i zamyka za sobą drzwi. RODO.
Kiedy już weszłam i niemal pokornie poprosiłam o taki termin, by nie kolidował z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech, BardzoWażnaPani Rejestratorka popatrzyła na mnie jak na spleśniałą skórę z kiełbasy i powiedziała wyniosłym głosem:
– Proszę pani, to pani musi dostosować się do naszych terminów a nie my do pani.

A ja pinda głupia myślałam, że służba zdrowia jest dla mnie a nie ja dla niej…
Negocjowałam jednak, bo bardzo lubię swoje życie i kolorowy świat.
Udało mi się zapisać na termin za pół roku, na koniec stycznia. Super. Na koniec dostałam karteczkę-niezapominajkę z datą i numerem telefonu do tejże właśnie BardzoWażnejPani, która dodała:
– W wyznaczonym dniu wcześniej proszę zadzwonić i potwierdzić wizytę, a przy okazji sprawdzić czy i o której lekarz będzie przyjmował.
No tak, przecież lekarz też człowiek i może być na urlopie, albo na L4…
Kiedy termin nadszedł, rano dzwonię, żeby się upewnić co i jak. I co słyszę?
– Lekarz już przyjmuje, proszę natychmiast przyjść.

Poprosiłam o wyjęcie kartoteki, ale nic z tego, telefonicznie nie wyciągają, trzeba być osobiście, a ja jeszcze w domu, w piżamie… Dojazd autobusem to godzinne przebijanie się przez korki w centrum.
No to nie ma co – sprint godny Usaina Bolta.

Zdążyłam. W rejestracji, po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, byłam bardzo niemiła. Dałam upust swojemu niezadowoleniu, żeby nie powiedzieć wściekłości, BardzoWażnaPani nie pozostała mi dłużna. Ale dała mi skierowanie na EKG i do pracowni z aparatami Holtera. Nie miałam wątpliwości, że ciśnienie będzie kiepskie, na Holtera muszę czekać cztery miesiące, do maja, bo ogromna przychodnia ma tylko trzy aparaty, z czego jeden jest zepsuty…
Z wynikiem wizyta u kardiologa – 29-go maja. Może po jedenastu miesiącach czekania dowiem się, w jakim stanie jest moje serce, może dożyję, już tylko miesiąc.

A, zanim wyszłam z przychodni – molocha wróciłam do rejestracji i przeprosiłam BardzoWażnaPaną, że się tak uniosłam.
Spłynęło to po niej jak woda po kaczce i nawet na mnie nie spojrzała.

Teraz i po mnie to spływa.

Krystyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *