Carpe diem…

Jezu, jak ja ich uwielbiałam!
Gwiazdy towarzystwa, w ich obecności nikt nie mógł się nie śmiać. Zdarzało się, że jedno, rzucone gdzieś pod stół ciche słowo powodowało ogólny wybuch wesołości. Ona, Justyna, rudowłosa piękność, dyrektorka dużego biura projektowego i on, Tomek, jakby nie pasujący do Justyny, tyczkowato chudy, nieładny a jednak razem przeżyli ponad trzydzieści lat. Jedyna córka obdarzyła ich dwoma wnukami, w których zakochani byli bez pamięci.
Gwiazdy towarzystwa, towarzystwa które znało się jak łyse konie, miało podobne problemy, spotykało się regularnie z okazji urodzin, rocznic, narodzin, komunii, świąt, z okazji pogody i niepogody.
Towarzystwo które się lubiło do tego stopnia, że wspólnie zwiedzali najciekawsze zakątki świata.
Wszyscy w podobnym wieku i podobnym statusie społecznym, już dorobieni, już zaczynali korzystać z życia, bo część z nich już pogodziła się z emeryturą.
Tomek, jako zawodowy wojskowy na emeryturze był od dawna, ale nie siedział z założonymi rękami, tylko ciągle szukał, gdzie można jeszcze coś dorobić. Zawsze i wszędzie był lubiany, bo był nadwornym śmieszkiem i wesołkiem.

Kiedy w biurowcu, gdzie pracowała Justyna zwolniło się miejsce portiera, Tomek chętnie zawiesił tam kapelusz i znów czarował wszystkich i wszystko. Nawet kwiatki w doniczkach lepiej rosły a rybki w akwarium były jakby żwawsze.
Czarował też Irenkę, sprzątaczkę, która ani urodą, ani intelektem Justynie nie dorastała do pięt.
Czarował on ją, czarowała ona jego i bum! Wyprowadził się do niej i złożył pozew o rozwód.
Justyna bardzo to przeżyła, był to dla niej straszny cios.
– Miałam to dawno już zrobić, wtedy kiedy po raz pierwszy dostałam – płakała, spotkawszy się z wypróbowanymi, starymi przyjaciółmi.
Towarzystwo zrobiło wielkie oczy, bo uchodzili za parę niemal idealną a tu tadam, Tomek-wesołek okazał się być damskim bokserem.

Ciężko było Justynie przejść przez rozwód i rozdział majątku, jednak chciała mieć to jak najszybciej za sobą. Nie wnosiła zastrzeżeń, zobowiązała się do spłaty połowy domu, byle jak najszybciej się wyprowadził.
Ale nie tak szybko. W pewnym momencie Tomek zrozumiał, że traci nie tylko stabilizację, ale również córkę, wnuki i to co lubił najbardziej – wypróbowaną i zgraną gwardię przyjaciół. Niestety stało się jasne, że dla niego i Irenki, ba, nawet tylko dla niego towarzystwo, z którym był związany od ponad dwudziestu lat – już nie istnieje.

Rzutem na taśmę próbował jeszcze coś naprawiać, o coś prosić Justynę, próbował wrócić, ale bezskutecznie. Próbował szantażować samobójstwem, ale po niej już to spływało.

Między nim a Irenką też zaczęły się jakieś niedomówienia, kłótnie z jej dziećmi a na portiernię biuro projektowe zatrudniło mężczyznę z grupą inwalidzką. Bez Justyny, nie będzie mu łatwo znaleźć jakąś sensowną robotę a siedzącego w domu z piwem Irenka nie strawi.

Sąd dał mu trzy miesiące na wyprowadzenie się od Justyny i wcale, ale to wcale nie chce mu się tego zrobić.

Justyna już się przyzwyczaiła do tej sytuacji, uspokoiła i wcale jej z tym dobrze.

Tylko towarzystwo, które przywykło do dowcipu i wygłupów Tomka wciąż nie może w to uwierzyć.

– Czy naprawdę tego chciał? Było mu to potrzebne? Naprawdę chciał w tym wieku spaprać to, na co całe życie z Justyną pracowali? – pytania zadawane w nicość i pozostające bez odpowiedzi.

– A może po prostu potrzebował adrenaliny, przecież zewsząd dudnią, żeby robić sobie dobrze, żeby nie marnować ani chwili życia bo krótkie, żeby czerpać same przyjemności – jakby do siebie, oblizując łyżeczkę z lodów rzuciła Justyna – no to ma co chciał. CARPE DIEM!

Krystyna

Jedna myśl na temat “Carpe diem…”

  1. Pan Tomasz dostał to, na co zasłużył. Szkoda tylko Justyny, że tolerowała damskiego boksera tyle lat. Mam alergię na takich.
    Jest takie stare powiedzenie, że jak ktoś ma chleb, to jeszcze szuka bułki. Oby ta bułka była tak czerstwa, że stanie mu w gardle.

    Pozdróweczki, Krysiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *