Koncert życzeń…

http://www.dreamstime.com/stock-image-broken-pink-glasses-black-frame-isolated-image29295411Henryk w zasadzie przez całe życie nie powinien narzekać. Zawsze było tak, jak on chciał.
Nawet kiedy nie miał racji nigdy nie przyznawał się do błędu i, i tak jego musiało być na wierzchu. Tym sposobem pokłócił się z synami do tego stopnia, że od wielu lat nie utrzymywali kontaktu.
Nie było to dla niego problemem, wprost przeciwnie, cieszył się, że zamiast rozdawać wnukom, ma na swoje zachcianki.
Baśka, jego żona, cierpiała cichutko, tęskniła za chłopcami, za wnukami, ale co, kiedy była całkowicie od Henryka zależna, nie miała swojej emerytury, bo kiedy on robił karierę w wojsku ona wychowywała synów i co kilka lat urządzała mieszkanie i życie towarzyskie. W zależności gdzie mu kazali chwilowo osiąść.
Ale i ona nie narzekała, nie było jej źle, dbała o wszystko i wszystkich prócz siebie.

Kiedy świętowali czterdziestą rocznicę ślubu, przyglądał się Henryk tej swojej Szprotce – tak ją nazywał, nigdy po imieniu i pomyślał, że taka chuda i zmarnowana, że może czas już na nią. Wcale nie byłoby mu żal gdyby umarła. Ostatecznie całe życie była tylko jego kasjerką… Trochę odleciał myśląc, jakby to było fajnie być teraz samemu.
Nie czekał długo.
Szybka diagnoza, zielona karta DiLO*, przerzuty i po pół roku Henryk był wdowcem, mógł oddychać pełną piersią. Znaczy robić co chciał, bez zrzędzenia, wyliczania, wypominania marnotrawstwa.
Pierwsze co zrobił po pogrzebie, to wykupił dwutygodniowy pobyt w luksusowym pensjonacie, z osobnym wyjściem. Po co ma go ktoś sprawdzać kiedy wychodzi i przychodzi, nie?

Czuł się jak młody bóg.
Kupił sobie sporo nowych, modnych ciuchów, ostatecznie nie był przecież jeszcze taki stary i mógł się komuś podobać!
I okulary.
Drogie, modne, z kolorowymi szkłami, wyglądającymi jak lustra weneckie.
Wreszcie był wolny.

Wypożyczył sobie leżak, rozłożył go w słonecznym miejscu, podciągnął rękawy koszuli w czerwono-białą krateczkę, założył wypasione okulary i poddał się duchowemu ubogacaniu, obserwując szczególnie przychylnym wzrokiem młode i ładne dziewczyny.

Chyba nieco odpłynął, bo kiedy się ocknął było już ciemno, zrobiło się chłodno, a on…
On nie mógł wstać, ruszyć kończyną czy nawet krzyknąć.
Nie mógł nic. Mógł tylko leżeć i czekać.
Kiedy czas mijał a niemoc nie ustępowała, do Henryka chyba zaczęła dochodzić świadomość, że ma udar i że sam sobie z tym nie poradzi. No dobra, ale co ma robić – ciemno, noc, żywego ducha, a on na tym leżaku i w okularach słonecznych…
Było mu bardzo zimno.
Popadał w letarg, budził się, znów odpływał.
Rano, kiedy słońce zaczęło nieco przygrzewać, zaczęli pojawiać się i ludzie. Henryk bardzo chciał krzyczeć ratunku, chciał choć dać znać ręką, że tu jest i potrzebuje pomocy, ale nic z tego nie wyszło. Ludzie mijali go nawet nie patrząc w jego stronę, ot, podstarzały dziwak chowający zbereźny wzrok za okularami.

Kiedy nadeszła druga noc, a on tak nadal w bezruchu leżał, pomyślał, że to już jego koniec, że to za Szprotkę, za dzieci, za karę. Ale nie umiał płakać.
Był cały zesztywniały, zimny i jakby przestał czuć cokolwiek. Przypomniały mu się słowa ojca – dopóki coś cię boli to wiesz, że żyjesz. Henryka już nic nie bolało, a więc to by było na tyle? Na leżaku? W odlotowych okularach?

Następnego ranka, kiedy to już chyba nawet nie do końca był świadomy, przechodziła koło niego młoda dziewczyna z chłopakiem, długo mu się przyglądała, zagadnęła towarzysza czy widzi to co ona. On nie zwrócił uwagi na to, że gość na leżaku był siny, plamy na spodniach świadczyły o nie pracujących zwieraczach, twarz jest wykrzywiona w grymasie i że jednej strony ust wycieka ślina.
Młoda nie czekając, zadzwoniła po pomoc.

* * * * *

Przeżył.
Jest pod dobrą opieką Caritasu.
Jest pacjentem leżącym, karmionym przez sondę, inkontynentnym.
Świadomość jednak pozostała, choć czasem wolałby jej nie mieć.
Ba, wolałby już nie żyć.

________

*zielona karta DiLO (Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) to pakiet onkologiczny, który daje szansę pacjentowi w omijaniu kolejek do specjalistów. Pacjent DiLO musi być przyjęty w ciągu dwóch tygodni.

Krystyna

Pieski małe dwa…

1Znają się od dawna, mieszkają w sąsiednich blokach, spotykają się kilka razy dziennie przy okazji spacerów z pieskami, toteż zaprzyjaźniły się ze sobą.
Agnieszka i Janka.

Agnieszka sprawiła sobie rasowego Jack Russel terriera, Janka natomiast jest posiadaczką śmiesznego Grzywacza Chińskiego.
Jack Russel terrier to pies – Raffi a Grzywacz suczką – Fiffi.

Raffi i Fiffi.

Jako że obydwa psy są czystej rasy, ani Janka, ani Agnieszka nie chcą pozbawiać swoich pupilów możliwości posiadania potomstwa, tyle że Janka musi zawsze pilnować podwójnie swojej Fiffi w czasie “tych trudnych dni”.
Tym bardziej, że Raffi jest zawsze bardzo Fiffi zainteresowany i to nie tylko wtedy. No podoba mu się ta lalunia i już, robi wszystko, żeby się do niej dobrać. Bez skutku.

Zbliżało się Boże Narodzenie i Janka stawała na głowie, żeby wszystko było pięknie i odświętnie, ponieważ oczekiwała odwiedzin córki, która mieszka daleko poza granicami kraju. No wiadomo, zakupy, karpie, choinka – wszyscy to znamy, Fiffi jakoś zeszła na dalszy plan. Jak wszystkie dziewczyny, kiedy tylko mogła demonstrowała focha i znikała. I dobrze, bo jeszcze by ją kto rozdeptał.

Nadeszła oczekiwana Wigilia, łzom przy powitaniu nie było końca. Dopiero po jakimś czasie, córka zapytała o Fiffi, czemu nie przyszła się nawet przywitać.
– A takie tam fochy pokazuje.

No to poszła ona przywitać się z suczką i kiedy dochodziła do legowiska, które Fiffi zaciągnęła sobie pod biurko – usłyszała jakieś cichusieńkie piski.
Schyliła się…

– Mamo, zostałaś babcią!

Że co? Janka oczywiście w pierwszym momencie skumała, że to córka jest albo była w ciąży, ale również usłyszała piski i została sprowadzona na ziemię.
Fiffi machała radośnie ogonem, bardziej ciesząc się swoim szczęściem niż rodziny a Jankę zatkało do tego stopnia, że nie mogła złapać oddechu, bo JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?!
Nie zastanawiając się, złapała za telefon i zadzwoniła do Agnieszki, żeby natychmiast przyszła. Nie pomogło, że Wigilia, że robota, ma przyjść i koniec.
Agnieszka poszła, przeczuwając coś złego i dopiero na miejscu zobaczyła śmieszne, łaciato – biało – rude dzieci Fiffi, i nikt nie miał wątpliwości, że ojcostwo należy przypisać Raffiemu.
Szczeniaczki, a było ich pięć, były śmieszne, miały cechy i mamy i taty, ale co by nie powiedzieć – były śliczne.
Janka z Agnieszką długo deliberowały kiedy, gdzie i jak, i doszły do wniosku, że tylko wtedy, kiedy w kiosku zaprzyjaźniona kioskarka pokazała im nową gazetę z wypiekami…

Trzy szczeniaczki od razu znalazły dobre domy a dwa pozostały – jeden z mamą, drugi z tatą.

Krystyna

Każdemu wolno kochać…

MOZeszliśmy z plaży, usiedliśmy jak przy ogromnym ognisku, w półkolu, na ławkach i zabieramy się do suszenia i czyszczenia stóp z piasku. Robię to bardzo dokładnie, ponieważ niejednokrotnie źle usunięty piach spomiędzy palców zepsuł mi urlop. Do atrakcji należało szukanie aptek, plastrów i leczenie pęcherzy.
Z reguły, schodząc z plaży nie ma gdzie usiąść, jest kilka ławek, które są zawsze zajęte. Plaża w Jelitkowie jest pod tym względem wyjątkowa – miejsc dostatek.

No to pucujemy małymi ręczniczkami stopy i słyszę:
– Bo wie pani, ja to wtedy miałam dobrze. Miałam dojścia do wszelkich dóbr, bo praca mi na to pozwalała – mówi jedna z dwóch pań siedzących obok nas, obie w podobnym wieku. Emerytalnym.
Wnioskuję, że mówiąca te słowa to miejscowa, mieszkanka Gdańska, a druga wczasowiczka czy kuracjuszka. Ta druga raczej słuchająca pierwszej, pierwsza wystawiła twarz do słonka i ciągnie temat.
– Teraz też mam dobrze, ja proszę pani nie narzekam. Emeryturę mam dobrą, wyremontowałam mieszkanie…
Druga z pań westchnęła tylko:
– No ja tego powiedzieć nie mogę, przemiany w latach dziewięćdziesiątych usunęły mnie na boczny tor.
– Ilu ja ludziom automat załatwiłam, wirówkę, bo kiedyś wirówka to było coś – kontynuuje pierwsza, nawet nie patrząc na rozmówczynię. Machnęła tylko ręką, ciężką od złota – na każdym palcu pierścionek, nawet na kciuku.
– No, kiedyś nie było towaru, człowiek miał pieniądze za które nic nie mógł kupić, a teraz… Szkoda gadać. Ani pracy, ani zarobków, emerytury nędzne…
Nie skończyła, bo tamta przerwała jej tymi słowy:
– Bo ja proszę pani kocham PiS. Za to co zrobili dla dzieci, za to co zrobili dla emerytów.
– A co niby takiego zrobili?
– Nareszcie dzieci mają pieniądze a emeryci podwyżki.
– Pani chyba żartuje.
– Widzę, że się nie dogadamy – powiedziała miejscowa, wstała i odeszła.

Rozmowa obu pań była znacznie dłuższa, ale nie zapamiętałam wszystkiego. Do głowy najbardziej wbiły się słowa – kocham PiS.

Rozmawiałam ostatnio ze znajomą. Powiedziałam jej, że mimo że aż mnie świerzbią palce, żeby napisać o polityce, żeby się wyżołądkować, nie robię tego ze strachu. Najnormalniej w świecie obawiam się Błaszczaka i konsekwencji krytyki polityki rządu!
A moja znajoma mnie pocieszyła, powiedziała, że mam rację i żebym jednak o polityce nie pisała.

Nosz jasny gwint! Przecież jestem z pokolenia, które dostawało ocenzurowane listy! Narzeczony napisał do mnie list z wojska a ja połowy nie odczytałam, bo była zamazana czarnym tuszem.

Co jedna zmiana to lepsza…

Krystyna

Paranoja czy fanaberia?

Od czasu do czasu rozgrzewany jest do czerwoności temat wegetarianizmu czy weganizmu.
Tak jak dziś, a poszło o to.
Joasia, która w swoim holenderskim domu dopieszcza bodaj pięć psich nieszczęść, które sprowadziła z Polski i zawsze szuka tych najbrzydszych, najnieszczęśliwszych, które, bywa że w wózku wozi, opublikowała na fb zdjęcie kolacji, specjalnie dla niej przygotowanej. Na jej nieszczęście, na zdjęciu jest mięso z sosem.
To wystarczyło, ażeby zrobiono z niej zwłokożercę, hipokrytkę i nie chcę pisać co tam jeszcze.

Asia, która uratowała (i robi to nadal, żeby nie było) naprawdę dziesiątki zwierzaków, znajdywała im dobre domy, rozdaje, tak rozdaje, bo czymże innym jest wysyłanie pieniędzy na potrzeby schronisk, wolontariatów, konkretnych zwierząt – bo zabrakło do opłacenia faktury, wykłada i płaci za transporty, szuka tych transportów, czasem z bezsilności na forum klnie… I ta Joasia została nazwana hipokrytką, bo jak można jedne zwierzęta kochać a inne zjadać?

Otóż można. Przykro mi bardzo, ale można.
Sama mam cztery koty, każdy z moich kotów jest kochany, nie tylko przeze mnie, ale i przez męża i synów, i naprawdę nikomu nic do tego, że jemy ryby, kurczaki czy schab.
Znam Dorotę, która jest weganką. Uwielbiam ją, bo to wspaniała, mądra i również kochająca zwierzęta kobieta. Tłumaczyła mi na czym to polega, jak  wyobraża sobie, że to mięso na talerzu przed chwilą żyło i zostało zabite po to, żeby ktoś je jadł.
Rozumiem ją.
Próbowałam zmienić swoje myślenie, naprawdę próbowałam, ale nic z tego nie wyszło. Cóż z tego, że będę ograniczać spożycie mięsa – dla mnie to mięso a nie zwłoki – kiedy mąż nawet nie chce słyszeć o zielsku, synowie również. Zielsko tak, ale jako dodatek.
Dopóki w sklepach będzie mięso i wędliny – nie zrezygnuję. I niech nikt mnie nie gani za to, to moja wola i życzę sobie, żeby ją uszanowano.
Tak samo, jak nie życzę sobie obrażania Joasi, która dla zwierząt zrobiła tyle, co sto takich jak ja.

Obawiam się, że taki fanatyzm pójdzie dalej, bo przecież muchy to też zwierzęta, komary, kleszcze, pająki, nawet rozwielitki zjadane przez rybki akwariowe. Też nie wolno?
Trzy tygodnie temu pisałam o kleszczu, którego musiałam usunąć, zrobił się od razu rumień, dostałam antybiotyk – i co? Powinnam pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną?

Ludzie opamiętajcie się, nie krytykujcie tych, którzy lubią jeść mielone czy rolady! Rosół też gotuje się na mięsie. Pozwólcie dokonywać własnych wyborów – jeść jajka, smarować masłem, pić mleko, które też pochodzi z paserstwa, bo jest ukradzione cielętom.

A Joasi życzę dalszego szczęścia, zarówno tego rodzinnego, jak i płynącego z satysfakcji, jaką ma ze stosunku do braci naszych mniejszych.
zwloki matki

Krystyna

Każda zmiana dobra…

1Karol kiedyś był gościem.
Kiedyś miał wszystko, naprawdę wszystko.
I mieszkanie duże i piękne, i talon na samochód, i wczasy dwa razy w roku, i pieniądze.
Po przejściu na emeryturę i zgarnięciu odprawy wydawało mu się, że już do końca życia to tylko same przyjemności go czekają, bo emerytura była całkiem całkiem, no, powiedzmy nieco więcej niż średnia krajowa.
Karol pracował bowiem w ochronie i dbał o bardzo ważnych notabli na szczeblu województwa. Był przystojny, wysoki, dobrze zbudowany, zawsze uśmiechnięty i szarmancki, no to się podobał. Wszystkim, i chronionym, i ich żonom. Całe swoje zawodowe życie był pracowity, uczciwy i szkolił się gdzie tylko mógł, żeby pracować jak najlepiej.
Wszyscy go szanowali i z tego powodu nie mógł narzekać na jakikolwiek brak przychylności, wręcz odwrotnie.

Kiedy poznałam Karola był grubo po 60-tce, był już wdowcem i najchętniej zajmowanym w ciągu dnia miejscem, była ławeczka na skwerku, niedaleko sklepu z piwem. Nadal urodą wykraczał ponad przeciętność, zawsze opalony, znał zasadę nieszczęsnych skarpetek i sandałów, ale oczy już jakieś bez blasku, kolorowe t-shirty jakieś przepocone.

– A bo widzisz, co mi pozostało? Napić się i tyle.

Karolowi bowiem obcięli jakiś czas temu emeryturę. Bardzo to przeżył. Zapłacił zawałem serca, potem udarem, z którego jednak wyszedł obronną ręką. Zapłaciła i jego żona, bo jej niziutka emerytura, i jego najniższa z najniższych przeniosła ich w zupełne inne niż dotychczasowe życie. Ledwo, ledwo zdołali się opłacić, dlatego zmienili swoje piękne, pięciopokojowe mieszkanie na dwupokojowe. Nie mogli już pozwolić sobie na panią do sprzątania raz w tygodniu i wyjazdy co weekend.
Zmarła jakieś dwa lata po tym fakcie.

Karol bardzo przeżył śmierć ukochanej żony, dodatkowo zdawał sobie sprawę, jak trudno będzie mu utrzymać się ze swojej emerytury.
Jedyny syn, lekarz, już zaraz po wejściu do Unii, wyjechał do Szwecji.
Karol został sam, ze zdjęciami wnuków w portfelu (z nimi się nigdy nie rozstawał i chwalił się, pokazywał komu tylko mógł) a więc grzał tą swoją ławeczkę na skwerku, pociągając piwo, czasem wódkę, schowaną w papierowej, szarej torebce, wzbudzając litość i współczucie, szczególnie wśród damskiej części sąsiadów.

Kilka miesięcy temu dowiedział się o nowej ustawie dezubekizacyjnej.
– Dlaczego? Za co? Jakim prawem? – tylko tyle zdążył powiedzieć.

Zmarł w karetce, mimo prób reanimacji jego serce powiedziało basta…

 

Krystyna

Niechciany gość…

Na dwa dni przed wyjazdem do pracy, w niedzielę, wybraliśmy się na grzyby. Bo się podobno pokazały, bo jest wysyp. Zresztą grzyby to dopełnienie, samo łażenie po lesie, podziwianie natury i oddychanie leśnym powietrzem jest odpoczynkiem samym w sobie. Uwielbiam las, jesienne klimaty i fotografowanie.

1a

 

 

 

 

 

Na tle powalonego przez wiatr drzewa

 

Grzybobranie było takie sobie jak na dwie osoby, łażenia dużo i zmęczenie spore, niemniej wróciliśmy zadowoleni.
Pierwszą rzeczą, którą robimy po powrocie z lasu – to sprawdzanie siebie, czy nie przywieźliśmy jakiegoś nieproszonego, niechcianego gościa. Szczególnie ja jestem podatna na takie gadziny, kleszcza miałam dwukrotnie, zainstalował się na mnie nawet podczas kawy na tarasie u przyjaciół, więc przeglądam się kilkakrotnie.Tak było i teraz.
Z ulgą stwierdziłam, że jesteśmy “czyści”.

W poniedziałek rano pojechałam do mamy. Kiedy przebierałam się do fartuszka, przejechałam dłonią po brzuchu i… zdrętwiałam.
Kleszcz jak byk, z pięknym, czerwonym rumieniem.
Cóż było robić, nie ma co lamentować, tylko zbierać się do poradni. Pozbyłam się gada poprzez wprawne ręce pielęgniarki, pani Urszulki, potem wizyta u lekarza i antybiotyk – 20 szt. co 12 godzin. Po powrocie trzeba będzie zrobić badania w kierunku boreliozy i tak szczerze mówiąc, nie taniej i prościej byłoby mi kupić 4 kg. grzybów na targu???

2

 

 

 

 

 

 

3

 

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Jeszcze raz Gdańsk…

Wracam jeszcze do Gdańska, chciałabym Wam pokazać, których miejsc lepiej unikać w sezonie. To co działo się na gdańskiej Starówce, na jarmarku i w okolicach – to horror.
Nie żeby mi się nie podobało, ale te tłumy… Wszędzie tłumy. Trzeba dużo spokoju i samozaparcia, żeby zobaczyć to, co się chce.

1

 

 

 

 

 

 

 

 

Na jarmarku było wszystko – od historycznego umundurowania polskiego i niemieckiego, wraz z medalami, krzyżami, poprzez cały PRL, do współczesnych rzeźb i innych nie do opowiedzenia.
2

 

 

 

 

 

 

 

3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4

 

 

 

 

 

 

 

 

5

 

 

 

 

 

 

 

 

Fajne były też “żywe” rzeźby.
3b

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Raz do roku zamiast Skiroławek…

– Jadę na kilka dni do Gdańska, masz ochotę zabrać się ze mną?
Pfff…
Syn wie , jak mnie podejść, bo jeśli chodzi o jakiekolwiek wyjazdy, to ja w pięć minut gotowa jestem.
Problemem był nocleg, nie jest łatwo znaleźć pokój nad morzem w pełni sezonu, na kilka dni przed wyjazdem, ale co tam, pożyczyliśmy od Kasi namiot, materace, kuchenkę gazową, gaz. Śpiwory mieliśmy swoje.
Chciałam bardzo, żeby pojechał z nami również młodszy syn, ale to akurat był długi weekend i nie dostał urlopu a za porządny jest, żeby brać “żądło”, czyli dzień na żądanie. Odkąd się wyprowadził, mam niedosyt wspólnego bytowania.

Pole namiotowe, na którym mieliśmy się zatrzymać, okazało się polem namiotowym tylko z nazwy. W nocy (z 12-go na 13-go sierpnia) przeszła nawałnica, wszystko zalane, poprzewracane, zrujnowane. Amba. Trzeba było na siłę szukać czegokolwiek, mieliśmy wiele szczęścia, że trafiliśmy na Rzęsną, do Domu Turystycznego, gdzie załapaliśmy się na całkiem sympatyczny pokoik, tyle, że bez klopa. Węzeł sanitarny na końcu korytarza skręć w lewo…
Przy wypakowywaniu się stwierdziliśmy, że nasze śpiwory spokojnie spoczywają w domu. I dobrze, po co byłoby je wozić, co nie?
Fajnie było, tylko wszędzie daleko. Nie chcieliśmy ruszać auta, bo nie po to jedzie się nad morze, żeby dupę wozić, na nogach nie łaska?
Nabijaliśmy kilometry ile wlazło.
Po co ja to piszę?
Głównie, żeby powiedzieć Wam o Barze Mlecznym.
Zwiedzając gdańską Starówkę, która chyba jest przepiękna, ale my widzieliśmy raczej morze, morze ludzkich głów, jak weszliśmy w tłum, tak z tym tłumem trzeba było się posuwać. Popłynęliśmy na Westerplatte, nie jestem pompatyczna, ale zrobiło wrażenie. Trzeba było wreszcie coś zjeść, w Gdańsku nie było opcji… Na Westerplatte był jeden jedyny kiosk z jakimkolwiek żarciem, w tym ze smażonymi rybami, ale nie był specjalnie oblegany. Był jedynie jeden mężczyzna w sile wieku, niesamowicie psioczący, że czeka już godzinę, że przywiózł dzieci autobusem, że dzieci już zwiedziły co zwiedzić miały a on ciągle czeka.
– Proszę spojrzeć – pokazał dłonią sporą grupę kolonistów – już zjadłem…
Wściekły podziękował obsłudze, że mogą się już dla niego nie trudzić i poszedł, ja zapytałam grzecznie czy w ciągu pół godziny możemy coś zjeść, bo tyle mamy czasu do powrotu na statek. Młodziutka dziewczyna poszła na zaplecze i wróciła z obolałą miną kręcąc głową.
– Co najmniej 40 minut…

Tłum w Gdańsku przyprawiał mnie o zawrót głowy, a kichy domagały się paliwa.
Ni hu hu. Nigdzie palca nie wciśniesz, a do domu kilka kilometrów na nogach. Kiedy w oczy rzucił mi się napis “Bar Mleczny” – prawie mnie zamroczyło! Pamiętam te bary za przebrzydłej komuny, pamiętam podawane tam gołąbki, naleśniki, ziemniaki z kwaśnym mlekiem, kaszę gryczaną. Wiem, że poupadały, że rzucano kłody pod progi nogi – a to zakazano używania nazwy, a to zakazano używania przypraw – w tym soli, pieprzu czy cukru.
W gdańskim barze tłum. Ogon kilkakrotnie pozawijany, reakcja syna mogła być tylko jedna – jeszcze mnie nie pojemało, czy jakoś tak.
Prosiłam, błagałam – nie.
Odeszliśmy kawałek, ale foch matki działa na syna niezwykle mobilizująco i z westchnieniem usłyszałam – no dobra, wracamy.
– Już mi się nie chce.
2

 

 

 

 

 

 

Minęło kilka minut, a kolejka w barze posunęła się i to sporo. Światełko w tunelu!
Faktycznie, staliśmy może kwadrans, kwasy żołądkowe pracowały na podwyższonych obrotach, podchodzimy do lady, pokazujemy palcem co chcemy, a tam i mielone, i zawijane, i kluski, i bigos, i ziemniaki, i kurczak, i GOŁĄBKI. W tym momencie chciało się WSZYSTKIEGO, jednak górę wzięły gołąbki, dwa od razu. I kompot.

1

 

 

 

 

 

 

O mamusiu, jakie to było dobre. No smak dzieciństwa jak znalazł.
Następnego dnia poszliśmy tam na śniadanie, nie uwierzycie, ale zamówiłam bigos i śledzie… Zryty beret? Wiem, ale taki miałam kaprys i zeżarłam to w try miga, było pyszne i zero sensacji.

Ostatni dzień, niedziela, był dniem kłód.
Postanowiliśmy spakować się, zdać pokój i od rana pojechać na plażę do Jelitkowa. Ledwo wyjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu, miły pan w oznakowanym radiowozie nakazał jechać objazdem. Taaa, jak się zna drogę to pikuś, ale jak się nie zna to gorzej. Zabrało nam to trochę czasu, już, już zbliżaliśmy się do Jelitkowa a tam… maraton i wszystkie drogi zamknięte. Muszę coś dodawać?
Zostawiliśmy auto pod Biedronką i ładnych kilka kilometrów zasuwaliśmy na plażę na nogach. Dobrze, że choć pogoda dopisała.

Jaka jest plaża, każdy widzi, ale są miejsca pomiędzy zejściami, gdzie jest spokój i luz, tam też się zainstalowaliśmy. Syn tylko zdjął portki i sru do morza, zdążył mi tylko powiedzieć – będziesz żałować. Spojrzałam na na najbliższą, oddaloną o około 500 m przebieralnię i walczyłam ze sobą – iść nie iść. Poszłam jednak i zimną jak nie wiem co wodę w Bałtyku zaliczyłam.
Kiedy należało pomyśleć o jakimś posiłku i powrocie, zachciało nam się placków ziemniaczanych, które serwowali w nadmorskiej jadłodajni, gdzie kolejka zawsze była długa a małe, ciemne piwo w cienkim szkle kosztowało ponad 12 zł.
Ale o 14.00 placków nie było.Czegoś tam jeszcze też nie było, spojrzeliśmy sobie z synem w oczy i pomyśleliśmy to samo – bez łaski, zjemy w domu. Jak staliśmy, w mokrych kąpielówkach na które tylko wciągnęliśmy spodnie pomaszerowaliśmy pod Biedrę do auta i do domu. Przez całą Polskę, od Bałtyku po Śląsk.

Auto prowadził syn…
Jak mnie wsadził w tym Jelitkowie, około 15.30, w mokrym kostiumie kąpielowym do auta, tak pozwolił wysiąść o 22.30 w Katowicach, na parkingu pod blokiem. Zero postojów.
Po drodze zadzwonił młodszy syn i zapytał gdzie jesteśmy i o której można się nas spodziewać, bo robi dla nas… PLACKI!

Krystyna