Powroty…

Rozstania i powroty.
Smutki i radości.
I ciekawość, bo jak inaczej? Raz tu, raz tam.

Na winobranie już się nie załapałam, choć resztki winogron jeszcze wiszą. Te bliżej drogi – ogrodzone.
– Warum?* – pytam.
– Z powodu dzików – wzrusza ramionami i ciszej dodaje – i turystów.
1

 

 

 

 

 

 

 

 

4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poranne spacery dostarczają nie lada wrażeń, góry we mgle, kolory już jesienne.

6

Popołudnia są jednak piękne, takie 20, 25 stopni C. W sam raz na zbieranie kasztanów – tych jadalnych, w sam raz na poszukiwania nowego.

3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O, wczoraj na przykład odkryłam drzewko figowe, bo oliwki są raczej popularne.

5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Może to znaczy, że zimy tu oszczędne w mrozy?
Oby.

_________
*-Dlaczego?

Krystyna

Przemyślenia: tumiwisizm.

jazdaOd 11-go kwietnia, kiedy wyjechałam z domu, minęło trochę czasu, ale dobrze ten dzień pamiętam. Nie tylko z powodu bolesnego pożegnania z domem, ale także z powodu ludzkiej nieodpowiedzialności.

A było to tak…

Bus miał podjechać po mnie przed godziną czwartą rano. Lało jak nie wiem co. Synowie znieśli moje bagaże, czekaliśmy z dziesięć minut zanim podjechał. Byłam trzecią osobą w pojeździe, miejsce za kierowcą było już niestety zajęte.
Pożegnanie krótkie, szybkie – bo dusiło.
Usadowiłam się, nakryłam kocem i dumałam co to będzie dalej.
Ale dalej to była podróż do Dąbrowy Górniczej po kolejną kobietę. Ciemno, zimno, mokro.
Podjechaliśmy pod dom, czekamy, kierowca dzwoni – raz na domofon, raz telefonuje; i tak na zmianę kilka razy, zabrało nam to z pół godziny.
Kobieta się nie zgłosiła.
Kierowca wnerwiony do granic możliwości zdecydował dłużej nie czekać – ostatecznie jego też obowiązują terminy i czas, więc wracamy w stronę Katowic, w stronę A4 na Wrocław.
Po, chyba kolejnej półgodzinie zorientowałam się, że my kurcze krążymy! Znam swoje tereny i wiem, że po raz trzeci przejeżdżamy w tym samym miejscu! Nie powiem, ogarnął mnie niepokój.
Co jest grane!?

Okazało się, że do kierowcy zadzwoniła kobieta, na którą tyle czekaliśmy. Zaspała!
Mało tego, kierowca domofonem się nie dodzwonił, bo podała adres nie swój a syna, a syn był akurat w pracy na nocnej zmianie. Telefon też był do syna, tamten go nie odebrał.
Kobieta wpadła do busa z niespakowanymi rzeczami, reklamówkami, w podartych rajstopach, bo nowych nie miała czasu szukać.

Kiedy współpasażerki zaczęły wtranżalać przygotowane w domu kanapki zaczęła narzekać, że nie zdążyła w domu nic zjeść ani przygotować jedzenia na podróż. No pewnie, że ją poczęstowały, i kawą, i pączkiem też. Pomyślałam wtedy z rozrzewnieniem, że mam również dwa pyszne ciastka francuskie z jabłkami, które na podróż spakował mi syn, ale nie miałam ochoty się nimi dzielić. Siedziała potem z takimi poklejonymi lukrem rękami, aż wyjęłam mokrą chusteczkę i poprosiłam, żeby się wytarła.
Całą drogę gadała, chcąc pewnie zagłuszyć jakieś wyrzuty sumienia.
Na miejsce do Zgorzelca dojechaliśmy jako ostatni bus, w drodze kierowca się nie zatrzymywał, a papiery, dokumenty, bilety wypisywał na kierownicy nie patrząc na drogę.

Nie potrafię zrozumieć takiej niefrasobliwości, lekceważenia czy wręcz głupoty tej kobiety.
Nie potrafię zrozumieć dlaczego podała adres nie swój a syna, numer telefonu nie swój a syna. Pewnie dlatego, że nie trzeba płacić za bilet wcześniej, tylko dopiero u kierowcy, bo co tam, najwyżej pojadę w innym terminie. No tak, ale jeśli jadę do pracy – to też mnie termin zobowiązuje, nie?

Przecież ona wsiadła jako czwarta a jeszcze dwie osoby gdzieś tam czekały!

Bardzo, ale to bardzo nie lubię ludzkiej niesolidności. Tak mam.

Krystyna

Przemyślenia: błysk. Geniuszu.

chowchowBłysnęłam.
I to jak błysnęłam.

Wieczorem, przed snem mamy smarowanie bolących nóg, a przy okazji nauka słówek: kolana – Knie, nogi – Beine, stopy – Füße.

No to lecę – eins Knie, zweite Knie, eins Bein, zweite Bein.
Przy stopach przypomniało mi się, że zamiast jeden, dwa – mogę powiedzieć – pierwsza i druga, zdolna jestem i umiem przecież.
Smarując stopę zaczynam od pierwszej – erste Fuß, dritte Fuß.

– Dritte Fuß? Kristina!

No tak…
Gdyby ta trzecia stopa miała boleć tak jak dwie pozostałe – to ja przepraszam.
Ile razy musiałam już tak chlapnąć i nawet nie mam o tym pojęcia?

O, na spacerze widzę pięknego, białego chow-chow. Jak miś. Przebłysk geniuszu wypalił i wyszło, że widzę wielkie, piękne, białe piwo…
No co! Miś to der Bär a piwo Bier. Wymawia się tak samo, prawie tak samo. Zresztą piana na piwie też jest biała.
A nie mówiłam, że geniusz?!

Krystyna

Przemyślenia: cupen.

8Jak śmieszne bywają wpadki językowe nikogo nie muszę przekonywać. I wcale nie chodzi o to, że z uporem maniaka mówię haloo na pożegnanie choć wiem, że to powitanie i że to faux pas.

Ostatnio był czas telefonów, urodziny i takie tam. Ostatni telefon został odebrany już w łóżku i konspiracyjnym szeptem dowiaduję się, że dzwoni cupen.
– Kto? – pytam.
– Sprawdź w internecie.

No ok… Szukam.
Nie wiem co to, kto to, ani jak się to pisze. Kombinuję z “c”, “z”, “s”. Zmieniam środkowe litery. Nic. Nie ma.

Po dwóch dniach przypomniała mi się ta zagwozdka, więc pytam, kim jest cupen.
– Kto? – słyszę.

Rozłożył ręce i mówi, że nie ma pojęcia o co mi chodzi, tłumaczę więc, że wieczorny telefon, już w łóżku i że miałam sama sprawdzić.
Chwila zastanowienia i wybuch wesołości…

– Kristina, Zypern!

Jasne. Co ja to omnibus jestem, żeby wiedzieć, że tak nazywa się po niemiecku Cypr?! Zadzwonili z Cypru z życzeniami. Wielkie mi halo.

 

Krystyna

Przemyślenia: kierowcy.

1Mówi się, że polscy kierowcy plasują się w ogonie kolejki do tytułu dobrego i kulturalnego kierowcy.
I coś w tym jest, sama jeżdżę więc widzę, niektóre zachowania, aczkolwiek wydaje mi się, że jest coraz lepiej. Najbardziej wkurza mnie, kiedy staram się zachować przyzwoitą odległość między autami, a inni kierowcy wpierdzielają mi się na siłę, wymuszając hamowanie. Albo kierunkowskazy – wielu kierowców uważa to za zbędny wymysł, inni nie sygnalizują zamiaru manewru, ale sam manewr.
Jazda na zamek staje się normą, więc spoko.
Są kierowcy, którzy za żadne skarby świata nie pozwolą się wyprzedzić. Nie bo nie i już.
Ale ok, miałam pisać o niemieckich kierowcach.
Z pewnością są życzliwsi, kulturalniejsi, wolniejsi, ale…
Ale i tu zdarzają się zakały.

Piękna i malownicza droga, którą muszę pokonywać jadąc po chleb to około pięć kilometrów. Strefy 30, 50 a potem trochę szybciej – do 70 i z kilometr bez ograniczeń, z tym że, praktycznie cały czas linia ciągła i zakręty.
Mam auto na niemieckich blachach, nie trzeba świateł dziennych, do czego nie jest łatwo się przyzwyczaić. Odruch.
I niejednokrotnie zdarzyło mi się, że na ciągłej, na zakręcie, przy ograniczeniu – wyprzedzano mnie.
Ba, nawet ktoś dał po klaksonie.

Nie chcę więc nikogo usprawiedliwiać, ale mendy są wszędzie, nawet w kulturalnych Niemczech.

Zdjęcie zrobiła Małgosia, która uczyła mnie gdzie, co i jak w aucie. Gosiu – dziękuję!

Krystyna

Przemyślenia: macane – kupione.

adidasyMacie tak, że czasem w sklepie rezygnujecie z zakupu jakieś rzeczy ze względu na obrzydzenie?
Ja kiedyś tak miałam z masłem – widziałam jak facet paznokciem kciuka nabrał trochę masła, spróbował, zapakował i odłożył na półkę. Długo ten sklep omijałam szerokim kołem.
To samo z bułkami, podnosisz klapkę i wybierasz, która Ci się podoba. Ludzie grzebią, przebierają, wybierają – a czy ja wiem, co tymi rękami wcześniej robili? Taaa, są jednorazowe rękawiczki, ale używa ich co któraś osoba.

W jednym z niemieckich marketów, do którego mam wyjątkowy sentyment, bo ten sam prosperuje pod moim blokiem w kraju – kupuję chleb.
Każdy zapakowany, nie ma chlebów bez opakowania i macania, ale ja szukam bułek. Nie znalazłam.
Byłam tam kilka razy i dopiero dziś zauważyłam, że jednak bułki są! Ale! Na przycisk!
Przy każdego rodzaju bułce jest knefel, przyciskasz go i cyk, bułka spada w twoje ręce.

Czysto i higieniczne. Podoba mi się.
Jednakże oceniając cały sklep, ten tu i ten pod moim blokiem – uważam, że lepiej zaopatrzony i łatwiej znaleźć odpowiedni towar w tym pod moim blokiem. I chyba nie jest to sentyment.

Dziś kupiłam sobie tam właśnie sportowe buty; moje się rozpadły.
Wygodne owszem, ale zakładanie to masakra – sznurowadła są jedynie ozdobą, atrapą a adidasy się wsuwa. Bez solidnej, metalowej łyżki do butów ani rusz.

No, to tyle na dziś.
Następnym razem wezmę pod lupę niemieckich kierowców – niby wzór do naśladowania…

Krystyna

Przemyślenia: ups…

werbungWracając ze spaceru wyciągam ze skrzynki pocztowej korespondencję. Otwieram i podaję adresatowi.
– Werbung – i podaje pierwszy list.
– Werbung – podaje drugi.
– Werbung – nie inaczej z trzecim, ostatnim.
Wiem już, że werbung to reklama, więc pytam czy wyepić.

– Wyepić? Was ist das wyepić, Kristina?

Ekhm…

 

Krystyna

Przemyślenia: coś złego?

5aKto był za granicą i musi posługiwać się na co dzień obcym językiem ten wie, jaką radość potrafią sprawić swojsko brzmiące słowa.
Wchodzę we wtorek do marketu i co słyszę?
– Dobra, spróbuję, ale nie wiem, czy mi się to uda…
Dziwne uczucie, ale miłe. Przyglądam się dwóm kobietom, uśmiecham się i mówię – dzień dobry, cześć…

I jedna, i druga spojrzały na mnie jak na zielonego ludzika. Dosłownie, jak na debilkę jakąś! Nie chcielibyście zobaczyć tej pogardy, tej wyniosłości w oczach. Gdyby wzrok zabijał, już by mnie nie było.

Nie to nie, bez łaski.
Zrobiło mi się głupio, bo przecież nie zrobiłam niczego złego. Zajęłam się swoimi zakupami, jedna z tych dwóch kobiet też chodziła między regałami, widziałam, bo wysoka była, ale unikałam jakiejkolwiek konfrontacji.

Kolejne doświadczenie – jeśli nikt nie prosi, trzymaj pysk zamknięty. Teraz już wiem, że nie należy chwalić się swoją tożsamością, choć na jednym ze spacerów i ja usłyszałam – dzień dobry – i było mi z tego powodu bardzo miło! Krystynę, bo tak miała na imię, spotkałam tylko raz i bardzo żałuję, że nie poprosiłam o jakiś kontakt, o numer telefonu.
Bo ja się ucieszyłam, a co tamtym odbiło?
Nie wiem…

 

Krystyna

Przemyślenia: mantra…

1Jedno zdanie wykute na pamięć jak tabliczka mnożenia: ich spreche kein Deutsch. Do tego odpowiedni błagalno-prosząco-przepraszający uśmiech i pomaga. Naprawdę pomaga.
Żetonik do wózeczka i wchodzę do sklepu.
Sklep sklepem, jeden do drugiego podobny, warzywka na początku, ładne, błyszczące. Na twarzy oczywiście wypisałam sobie mądrość i wszechwiedzę. Też mi coś. W ręku trzymam listę co kupić, po niemiecku oczywiście, no przecież.
Ładuję do wózka warzywka, owoce, chleb. Szukam herbaty, zwykłej Earl Grey, a tu nein. Kamelki, mięty, szałwie i wszystkie inne ziołowe, a Earl Grey nie ma. Czyżby w innym miejscu?
Ok, połażę to znajdę. Może.
Co tu jeszcze na tej liście? Jogurty owocowe, masło, wędliny, marmolada lub powidła śliwkowe.
Jogurty do wyboru i koloru, tudzież wielkości i różnej cenie. Wybieram z jednego sortu ale o różnych smakach: truskawka, wiśnia, kokos, morela lub brzoskwinia – nie wiem, podobne na obrazku, czekolada, orzech. Masło – co mnie od razu uderzyło – to wielkość kostki. Normalne 250 gram, cena ciut ponad euro. U nas kostka w tej samej cenie waży 200 gram a spotkałam kiedyś nawet 170 gram. I widać, że masło, margaryna wcale opakowaniem masła nie przypomina. Obracam z salomonową mądrością masło, “czytam” hahahaha cóż tam na opakowaniu interesującego i wkładam do wózka.
Wybieram hahaha wędliny, “czytam” opakowania, ale mniej więcej kumam co kupić mam. Pasta do zębów – taka jak u nas, nawet nazwa ta sama, szampon też, ino drobny druk jest dla mnie mniej zrozumiały ze zrozumiałych względów.
Na liście zostały powidła śliwkowe. Pflaumenmus – bo tak to się tu nazywa.
Wracam na dział z dżemami. Dżemy wszelkiej maści, konsystencji, koloru. Miody i wszelkie inne słodkości, ale pflaumen marmelady ni ma. Slalomem pokonuję regały jeden po drugim, wracam z odwrotnej strony, potem wzdłuż.
Ni ma.
No pięknie, nie ma pflaumen marmelady – nie ma śniadania! Kupić muszę.
Widzę, że jedna z pań tam pracujących coś sobie parafuje, podlicza. Robię wdech i raz kozie śmierć.
– Entschuldigung Sie bitte!
Też wykute jak mantra, ale co dalej?
– Marmelade.
– Bitte? – pani spojrzała na mnie trochę dziwnie. No to ja brnę dalej:
– Ich spreche kein Deutsch, bitte hilfe, Pflaumen Marmelade…
Pani, w moim mniej więcej wieku uśmiechnęła się i zachęciła ręką, żebym poszła za nią. Trzy regały w stronę wyjścia były moje powidła i nie tylko śliwkowe.
Podziękowałam bardzo serdecznie i z rozkoszą wzięłam się za wyszukiwanie odpowiednich powideł.

Teraz do kasy.
Jak wszędzie, towar wykłada się na taśmę, wiem, że nie muszę kasjerki słuchać, bo i tak nie zrozumiem, muszę patrzeć na ekranik jaka jest należność. Git, pokazało się, wyciągam euro, wyszukuję nawet drobne, które wcześniej w domu starałam się przynajmniej powierzchownie poznać.
Zapłaciłam, pani o coś tam pyta, z pewnością o jakiś program lojalnościowy albo punkty, więc mówię – nein, danke.
A pani zabiera mój paragon i chyba do kosza wrzuca!
Matko, co to to nie, paragon to ja potrzebuję!
Zaczęłam rozpaczliwie machać rękami mówiąc nein, nein!
No powiedz, żeby oddała paragon! Mówią moje ręce… I paragon odzyskały.

Teraz już tylko wrócić.
Zrobić z siebie głupa, przejechać na zakazie, 20km/h.

Wjechałam do garażu, pozamykałam, zakupy w koszyczku i idę do domu. Na schodach wita mnie trzymając się za serce mój podopieczny.
– Gut Kristina, gut.
Widzę, że oddycha z nieskrywaną ulgą…

 

Krystyna

Przemyślenia: nowości…

1No to siedzę sobie na niemieckiej wsi, budzi mnie co rano kos a nie gwar wczesno-porannej ulicy; co najwyżej traktor od czasu do czasu przejedzie w drodze do swoich winorośli.
Ciężko z tymi winoroślami w tym roku, już były takie ładne, duże pąki ale niestety natura musiała pokazać swoje – chwycił przymrozek pod koniec kwietnia i winorośle kaput. Nadzieja, że nie wszystkie.
Codzienne spacery pozwalają mi obserwować przyrodę – co ja, mieszczuch z dużego miasta zawsze miałam w deficycie i skromnie dawkowane – witam się z końmi, kucykami, kozami i owcami. Jak głupi do sera uśmiecham się na widok pobliskich ruin, na widok błękitnego nieba pooranego smugami samolotów z pobliskiego lotniska sportowego, uśmiecham się do kępek szczypiorku i dmuchawców. Psów i kotów.
Uśmiecham się do innych spacerowiczów, bo oni uśmiechają się do mnie i pozdrawiają.
Spokój, cisza i życzliwość.

Dwa razy w tygodniu jeżdżę na drugą stronę Mozeli do miasteczka po zakupy.
– Langsam Kristina, langsam!
No tak, przyzwyczajona do wiecznego pośpiechu szybko wrzucam dwójkę, trójkę, czwórkę, ręka już gotowa na wrzucenie piątego biegu a tu nie ma tak! Wolniej!
Wąskie uliczki na dwójeczce, z ogromną uwagą, wjazdy pod dość strome podjazdy, dyskretna trójeczka i 30/h. Dopiero nieco dalej czwóreczka i jaaaazdaaa! Całe 70/h…
Mam w pamięci gierkówkę, moje mitsubishi i popierdzielanie 150, 160/h. Ale ok, trzeba się dostosować.
Drogi niemieckie, ale prowadzi polski gps.
Dobrze prowadzi, ale co z tego, kiedy wczoraj jeszcze tego nie było a dziś jest! Znak zakazu i UMLAUTUNG.
No super…
Jednak objazd nie dotyczy dojazdu do kempingów, a kto wie, że moje auto na niemieckich tablicach nie jedzie właśnie na kemping? Hę?
Polizei nie widzę, więc wolniutko, rżnąc głupa, z premedytacją łamię przepisy. Niby jak mam przeczytać wskazówki czy zapytać kogokolwiek? Zresztą i tak nikogo nie ma na widoku.

Kiedy dojechałam pod market, wyłączyłam guzikiem silnik – bo jeżdżę autem na guzik zamiast kluczyka – wychodzę a tu gradobicie…
Ja w cienkim sweterku, tenisówkach, cienkich gaciach. No co, jak wyjeżdżałam było niemal lato!

Biegusiem po wózek i wjeżdżam do niemieckiego marketu, gdzie mam zrobić pierwsze za granicą zakupy i zapłacić za nie nową walutą zamiast złotówkami.
Pogratulujcie mi odwagi, bo nie znam niemieckiego…

 

Krystyna