Dla naszego dobra?

Właściwie to nie mam zdania w sprawie zakazu handlu w niedziele, mam namieszane w głowie. No bo co mi przeszkadza, że ktoś chce iść do sklepu akurat w niedzielę? Sama często umawiałam się z przyjaciółką na kawę w pasażu i szybkie zakupy właśnie w niedzielę.
Dlaczego?
Ano dlatego, że nie mogłyśmy zgrać się w czasie w tygodniu, bo praca, bo obowiązki. Nawet nie było kiedy pogadać!
Z drugiej strony, niedobrze, kiedy pracownik po prostu zmuszany jest grafikiem do pracy w niedziele, w dzień ustawowo wolny od pracy. Przecież to był jeden ze słynnych postulatów – wolna od pracy sobota i niedziela.
Przecież wielu z nas pamięta, że kiedyś sobotni handel toczył się do godziny ok. 15.00, potem zamykano, a w niedziele jedynie odpust pod kościołem!
Ale to było w obrzydliwym przecież PRL-u. Teraz mamy demokrację, ale nie dla mas, demokracja jest dla elit, to oni robią co chcą.

Mam wrażenie, że zakaz handlu w niedziele – docelowo we wszystkie – przyniesie więcej szkody niż pożytku. Już dziś czytam, że wszystko da się obejść, że zmienia się godziny handlowania – z czym nie zawsze po drodze pracownikom, że szczególne atrakcje szykuje się w soboty, żeby przyciągnąć jak największą liczbę klientów.
Zastanawiam się, w jakim celu przyczepiono się do tego handlu. Bo co? Zamiast do sklepu, to do kościoła ma się chodzić?
Sorry, ale kto chodzi do kościoła ten i tak pójdzie, a kto nie – zamknięty sklep tego nie zmieni!
Podobno mają na tym zyskać osiedlowe sklepiki. Hahaha.
Nie zyskają, bo tam po prostu jest za drogo! Klient, jeśli będzie musiał zrobić zakupy to nie pójdzie na nie w niedzielę do sklepiku, tylko pojedzie w sobotę do marketu i zrobi większe za mniejsze pieniądze. W markecie niestety jest więcej i świeższe wbrew pozorom, osiedlowy sklepik zaoferuje nam uwiędłe rzodkiewki i sałaty i wcale nie jestem przekonana, że lepsze i bez chemii.
W niedzielę w sklepie osiedlowym co najwyżej loda albo lizaka dla dziecka się kupi.
I gdzie tu sens?
Nie wierzę, że nie będzie zwolnień, już kryzys przeżywają pracownicy ochrony, których dotknie to jako pierwszych. Nie lepiej po prostu zapytać pracowników, kto ma chęć pracować w niedziele?
Aaa, trzeba więcej zapłacić? I czyż nie tu jest pies pogrzebany?
Czy nie bardziej ludzkie pany powinny zadbać o ogólny dobrobyt polskiego pracownika (czytaj: pozwolić mu zarobić, a nie dawać jałmużnę, żeby nie zdechł) i wtedy w niedzielę pojedzie z dziećmi do aquaparku, albo na kręgielnię czy do planetarium, nie będzie musiał po sześciodniowym tygodniu pracy szukać taniej karmy – bo trudno to, co jest w sklepach nazwać zdrową żywnością, bo będzie go na to stać.
Naprawdę ktoś myśli, że zakupy w niedziele to sposób na spędzanie czasu? Nikt nie pomyśli, że może akurat jest taka konieczność?
Czy takie uszczęśliwianie na siłę, nie jest przypadkiem bumerangiem, który idealnie omija prawdziwe problemy i tylko udaje troskę o człowieka? Komu potrzebne jest takie uszczęśliwianie na siłę, włażenie buciorami w każdą sferę życia, zakazywanie i nakazywanie?

Polityka staje się najbardziej znienawidzoną dziedziną zainteresowań. Polityka jest brudna, doprowadza do białej gorączki i podnosi ciśnienie. Skłóca ze sobą nawet najbliższych.
Politycy pokazują najbardziej chamskie swoje oblicza, są aroganccy i kłamią w oczy. Nawet “wystarczy nie kraść” ma swoje drugie dno.

Ot, katolicy. Katolicki, bogobojny rząd.
Jeszcze nie ochłonęłam z chęci skoku elity na kasę WOŚP-u a tu codziennie, codziennie jakieś nowe wkurwy.
Obyś żył w ciekawych czasach.
I jeszcze jedno, dobro wraca, zło też. Jak ten bumerang. Różnica tylko taka, że kiedy wróci bumerang da się przewidzieć.

Krystyna

Kumpel kumpla kumplem…

Małgosię znam od wielu lat. I jej labradorkę, Gaję, która w styczniu skończyła 14 lat.
Gaja weszła z nami na Równicę, z Małgosią i Gają zwiedziłyśmy zamek w Siewierzu, uwielbiałam spacerować z nimi po parku.

Teraz Gaja jest psią babunią i najchętniej spędza czas w domu, spacery już ją bardzo męczą, problemy sprawiają schody, mimo iż mieszkają na parterze. Na świeżym powietrzu najczęściej bywa na balkonie.

Małgosia ma ładny i zadbany balkon, usytuowany w rogu domu, osłonięty od wiatru i deszczu, nie dziwota więc, że upodobał go sobie Maniek. Kiedy zaczął na balkonie bywać regularnie, pojawiła się tam budka i miseczki na wodę i karmę.


Pewnego dnia Maniek wszedł do mieszkania Małgosi i został. Gaja kota zaakceptowała, zaprzyjaźnili się na dobre i na złe. Maniek poczuł koniunkturę i rozgościł się jak jakieś panisko, sypiał nawet w dziecięcym wózku. Jest szczęśliwcem – chce – siedzi w domu, ma ochotę wyjść – ma uchylony balkon. Wraca brudny i wytarzany, ale wraca zawsze. Padnięty.




Ostatnio jednak przesadził, przyprowadził kumpla.

Małgosiu, budka i miseczki na wodę i karmę wracają na balkon?

Krystyna

Gdzie to sumienie?

Co sądzicie o klauzuli sumienia w aptece?
Bo mnie trafia szlag.
Co rusz telewizja pokazuje nam materiał o znalezionym martwym noworodku – a to gdzieś w polu, a to w jakimś kanale, w reklamówce w śmietniku. Wszyscy litujemy się nad losem zabitego dziecka, złorzeczymy matce. Jasne. To najprostsze, choć doskonale wiadomo, że za takimi czynami kryją się ludzkie dramaty.
Bo dziecko (tak się je nazywa nawet wtedy, kiedy jest zlepkiem komórek, gametą, zygotą) musi się urodzić, bez względu na stan fizyczny czy psychiczny, na okoliczność w jakiej do zapłodnienia doszło.
Ma się urodzić, przy niewyobrażalnym cierpieniu jego i rodziców – umrzeć i zostać pochowane. To ostatnie jest chyba najważniejsze!

A tak a’propos – skoro dla kościoła dziecko jest dzieckiem od chwili poczęcia, to dlaczego nie chcą pochować samoistnie poronionego płodu, które (poronienie) jest często dla wyczekujących rodziców niebywałą traumą?

Idźmy dalej. Brak dostępu do antykoncepcji, która zresztą nie jest refundowana, tabletka dzień po, którą można kupić jedynie na receptę.
Powtórzę – tabletka dzień po – a więc trzeba ją zażyć w ciągu 24 godzin po wpadce, ale żeby ją kupić trzeba iść do ginekologa i poprosić o przepisanie, a terminy bywają najczęściej powyżej miesiąca.
Oficjalny komunikat Ministerstwa Zdrowia pierdzieli o względach bezpieczeństwa:

“Wydawanie leku na receptę to procedura, która ma na celu zapewnienie pacjentom maksymalnego bezpieczeństwa farmakoterapii. Tymczasem obecnie już bardzo młode osoby (nawet po 15. roku życia) mogą bez kontroli lekarskiej kupić i stosować ten środek”.

Jasne! Przecież każda piętnastolatka nosi w kieszeni około stówy, w razie gdyby tabletka była potrzebna.

Jednak lekarz może odmówić przepisania i zasłonić się klauzulą sumienia, choć wie, że nie jest to preparat powodujący poronienie, a na zagnieżdżony już zarodek nie ma żadnego wpływu.
Idąc do apteki z ciężko zdobytą receptą, też nie mamy gwarancji, że lek wykupimy, bo może się okazać, że aptekarz pokaże nam swoją wyższość i zasłaniając się wspomnianą klauzulą, leku nam nie wyda.

Względy bezpieczeństwa, ochrony życia i sumienie…
Sranie w banie.
Do tanga trzeba dwojga, co nie? Jednak nic nie stoi na przeszkodzie nie tylko zażywać, ale reklamować w telewizji specyfiki, ażeby męski korzeń płonął! Co za obłuda! Co za cynizm!

Wracając do klauzuli sumienia, czy nie brniemy w ślepy zaułek?
Czy za chwilę w sklepie nie kupimy ciemnego chleba, bo to rasizm? Odmówą nam zakupu kiełbasy, bo sumienie nie pozwala sprzedawać metki? Nie kupimy masła, bo to produkt z którego ograbione zostało biedne cielątko? Butów ze skóry, bo to z zamordowanych zwierząt?
O ile rozumiem lekarza odmawiającego wykonania aborcji (musi jednak wskazać kolegę, który to legalnie zrobi), o tyle aptekarz nie ma w tym względzie nic do powiedzenia!
To skandal, to niemoralne, żeby odmówić realizacji recepty.

Ponadto w kraju, w którym zadeklarowanych jest bodaj 90% katolików, czy takie ustawy są konieczne i na miejscu? Przecież każdy ma swoje sumienie, za które sam odpowiada. Prawdziwa chrześcijanka nie zabije swojego dziecka, nawet wiedząc, że Bóg dał ludziom WOLNĄ WOLĘ.

Jak w krzywym zwierciadle można teraz spojrzeć na sprawę in vitro. Raz chcą jak najwięcej dzieci, mamią banknotem pięćsetzłotowym, każą się parzyć i mnożyć jak króliki, a tym którym to nie wychodzi odmawia się jakiejkolwiek pomocy.
Aaa, przecież chodzi o bruzdę na czole…

 

Krystyna

Christina, warum?

Powoli, powoli, ale wracam na bloga. Z ogromną pomocą syna i jego mobilizującą zachętą mam nowy, choć robię wszystko, żeby był jak najbardziej podobny do starego, którego bez dwóch zdań lubiłam.
Czytelników tym bardziej.

Zwlekałam, zwlekałam, bo obiecałam sobie i Czytelnikom, że politykę będę omijać bardzo szerokim kołem, ale nie da się. No nie da!

Trzeba ruszyć ten temat, bo przecież tym się niestety żyje. Codzienny słowotok skłóconych ze wszystkimi i wszystkim polityków, nie kończące się dyskusje przemądrzałych przypałów podnoszą ciśnienie do niebezpiecznych wartości.

Coraz częściej uświadamiam sobie, jak wielu spośród naszych reprezentantów jest zwyczajnie niespełna rozumu, psychicznie rozchwianych czy zwyczajnie głupich. Wielu nigdy nie potrafi spojrzeć w oczy rozmówcy (Jackowski, Pięta).

Jest mi smutno.
Ostatnie dyskusje (o wywołanym przez mocno nie trafioną ustawę konflikcie z Tel Awiwem) utwierdzają mnie w tym, że kondycja psychiczna rządu i parlamentarzystów jest mocno nadszarpnięta.
Pomysł byleJakiego, by za sformułowanie “polskie obozy śmierci” sadzać niemal na krześle elektrycznym, i to cały świat – powinien śmieszyć, niestety jest tragiczną wtopą. Nikt nie przewidział konsekwencji, ponieważ ludzi trzeźwo myślących wśród rządzących po prostu brak.

Patrzę, słucham i analizuję. Drogą dedukcji, eliminacji i skojarzeń widzę tylko jedno – chęć zemsty i pokazania, że będzie tak jak JA chcę.
Wbrew prawu, logice, zdrowemu rozsądkowi, wbrew autorytetom – kraj został przeorany.
Jak mam teraz rozmawiać z moimi przyjaciółmi Niemcami?
Jak im tłumaczyć co się u nas dzieje i dlaczego tak długo nie było reakcji na odradzający się nazizm, który świętuje urodziny Hitlera?
Co mam opowiedzieć na pytanie: – Christina warum???

Opuszczę głowę, rozłożę ręce i spłonę ze wstydu.

Krystyna

Koncert życzeń…

http://www.dreamstime.com/stock-image-broken-pink-glasses-black-frame-isolated-image29295411Henryk w zasadzie przez całe życie nie powinien narzekać. Zawsze było tak, jak on chciał.
Nawet kiedy nie miał racji nigdy nie przyznawał się do błędu i, i tak jego musiało być na wierzchu. Tym sposobem pokłócił się z synami do tego stopnia, że od wielu lat nie utrzymywali kontaktu.
Nie było to dla niego problemem, wprost przeciwnie, cieszył się, że zamiast rozdawać wnukom, ma na swoje zachcianki.
Baśka, jego żona, cierpiała cichutko, tęskniła za chłopcami, za wnukami, ale co, kiedy była całkowicie od Henryka zależna, nie miała swojej emerytury, bo kiedy on robił karierę w wojsku ona wychowywała synów i co kilka lat urządzała mieszkanie i życie towarzyskie. W zależności gdzie mu kazali chwilowo osiąść.
Ale i ona nie narzekała, nie było jej źle, dbała o wszystko i wszystkich prócz siebie.

Kiedy świętowali czterdziestą rocznicę ślubu, przyglądał się Henryk tej swojej Szprotce – tak ją nazywał, nigdy po imieniu i pomyślał, że taka chuda i zmarnowana, że może czas już na nią. Wcale nie byłoby mu żal gdyby umarła. Ostatecznie całe życie była tylko jego kasjerką… Trochę odleciał myśląc, jakby to było fajnie być teraz samemu.
Nie czekał długo.
Szybka diagnoza, zielona karta DiLO*, przerzuty i po pół roku Henryk był wdowcem, mógł oddychać pełną piersią. Znaczy robić co chciał, bez zrzędzenia, wyliczania, wypominania marnotrawstwa.
Pierwsze co zrobił po pogrzebie, to wykupił dwutygodniowy pobyt w luksusowym pensjonacie, z osobnym wyjściem. Po co ma go ktoś sprawdzać kiedy wychodzi i przychodzi, nie?

Czuł się jak młody bóg.
Kupił sobie sporo nowych, modnych ciuchów, ostatecznie nie był przecież jeszcze taki stary i mógł się komuś podobać!
I okulary.
Drogie, modne, z kolorowymi szkłami, wyglądającymi jak lustra weneckie.
Wreszcie był wolny.

Wypożyczył sobie leżak, rozłożył go w słonecznym miejscu, podciągnął rękawy koszuli w czerwono-białą krateczkę, założył wypasione okulary i poddał się duchowemu ubogacaniu, obserwując szczególnie przychylnym wzrokiem młode i ładne dziewczyny.

Chyba nieco odpłynął, bo kiedy się ocknął było już ciemno, zrobiło się chłodno, a on…
On nie mógł wstać, ruszyć kończyną czy nawet krzyknąć.
Nie mógł nic. Mógł tylko leżeć i czekać.
Kiedy czas mijał a niemoc nie ustępowała, do Henryka chyba zaczęła dochodzić świadomość, że ma udar i że sam sobie z tym nie poradzi. No dobra, ale co ma robić – ciemno, noc, żywego ducha, a on na tym leżaku i w okularach słonecznych…
Było mu bardzo zimno.
Popadał w letarg, budził się, znów odpływał.
Rano, kiedy słońce zaczęło nieco przygrzewać, zaczęli pojawiać się i ludzie. Henryk bardzo chciał krzyczeć ratunku, chciał choć dać znać ręką, że tu jest i potrzebuje pomocy, ale nic z tego nie wyszło. Ludzie mijali go nawet nie patrząc w jego stronę, ot, podstarzały dziwak chowający zbereźny wzrok za okularami.

Kiedy nadeszła druga noc, a on tak nadal w bezruchu leżał, pomyślał, że to już jego koniec, że to za Szprotkę, za dzieci, za karę. Ale nie umiał płakać.
Był cały zesztywniały, zimny i jakby przestał czuć cokolwiek. Przypomniały mu się słowa ojca – dopóki coś cię boli to wiesz, że żyjesz. Henryka już nic nie bolało, a więc to by było na tyle? Na leżaku? W odlotowych okularach?

Następnego ranka, kiedy to już chyba nawet nie do końca był świadomy, przechodziła koło niego młoda dziewczyna z chłopakiem, długo mu się przyglądała, zagadnęła towarzysza czy widzi to co ona. On nie zwrócił uwagi na to, że gość na leżaku był siny, plamy na spodniach świadczyły o nie pracujących zwieraczach, twarz jest wykrzywiona w grymasie i że jednej strony ust wycieka ślina.
Młoda nie czekając, zadzwoniła po pomoc.

* * * * *

Przeżył.
Jest pod dobrą opieką Caritasu.
Jest pacjentem leżącym, karmionym przez sondę, inkontynentnym.
Świadomość jednak pozostała, choć czasem wolałby jej nie mieć.
Ba, wolałby już nie żyć.

________

*zielona karta DiLO (Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) to pakiet onkologiczny, który daje szansę pacjentowi w omijaniu kolejek do specjalistów. Pacjent DiLO musi być przyjęty w ciągu dwóch tygodni.

Krystyna

Pieski małe dwa…

1Znają się od dawna, mieszkają w sąsiednich blokach, spotykają się kilka razy dziennie przy okazji spacerów z pieskami, toteż zaprzyjaźniły się ze sobą.
Agnieszka i Janka.

Agnieszka sprawiła sobie rasowego Jack Russel terriera, Janka natomiast jest posiadaczką śmiesznego Grzywacza Chińskiego.
Jack Russel terrier to pies – Raffi a Grzywacz suczką – Fiffi.

Raffi i Fiffi.

Jako że obydwa psy są czystej rasy, ani Janka, ani Agnieszka nie chcą pozbawiać swoich pupilów możliwości posiadania potomstwa, tyle że Janka musi zawsze pilnować podwójnie swojej Fiffi w czasie “tych trudnych dni”.
Tym bardziej, że Raffi jest zawsze bardzo Fiffi zainteresowany i to nie tylko wtedy. No podoba mu się ta lalunia i już, robi wszystko, żeby się do niej dobrać. Bez skutku.

Zbliżało się Boże Narodzenie i Janka stawała na głowie, żeby wszystko było pięknie i odświętnie, ponieważ oczekiwała odwiedzin córki, która mieszka daleko poza granicami kraju. No wiadomo, zakupy, karpie, choinka – wszyscy to znamy, Fiffi jakoś zeszła na dalszy plan. Jak wszystkie dziewczyny, kiedy tylko mogła demonstrowała focha i znikała. I dobrze, bo jeszcze by ją kto rozdeptał.

Nadeszła oczekiwana Wigilia, łzom przy powitaniu nie było końca. Dopiero po jakimś czasie, córka zapytała o Fiffi, czemu nie przyszła się nawet przywitać.
– A takie tam fochy pokazuje.

No to poszła ona przywitać się z suczką i kiedy dochodziła do legowiska, które Fiffi zaciągnęła sobie pod biurko – usłyszała jakieś cichusieńkie piski.
Schyliła się…

– Mamo, zostałaś babcią!

Że co? Janka oczywiście w pierwszym momencie skumała, że to córka jest albo była w ciąży, ale również usłyszała piski i została sprowadzona na ziemię.
Fiffi machała radośnie ogonem, bardziej ciesząc się swoim szczęściem niż rodziny a Jankę zatkało do tego stopnia, że nie mogła złapać oddechu, bo JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?!
Nie zastanawiając się, złapała za telefon i zadzwoniła do Agnieszki, żeby natychmiast przyszła. Nie pomogło, że Wigilia, że robota, ma przyjść i koniec.
Agnieszka poszła, przeczuwając coś złego i dopiero na miejscu zobaczyła śmieszne, łaciato – biało – rude dzieci Fiffi, i nikt nie miał wątpliwości, że ojcostwo należy przypisać Raffiemu.
Szczeniaczki, a było ich pięć, były śmieszne, miały cechy i mamy i taty, ale co by nie powiedzieć – były śliczne.
Janka z Agnieszką długo deliberowały kiedy, gdzie i jak, i doszły do wniosku, że tylko wtedy, kiedy w kiosku zaprzyjaźniona kioskarka pokazała im nową gazetę z wypiekami…

Trzy szczeniaczki od razu znalazły dobre domy a dwa pozostały – jeden z mamą, drugi z tatą.

Krystyna

Każdemu wolno kochać…

MOZeszliśmy z plaży, usiedliśmy jak przy ogromnym ognisku, w półkolu, na ławkach i zabieramy się do suszenia i czyszczenia stóp z piasku. Robię to bardzo dokładnie, ponieważ niejednokrotnie źle usunięty piach spomiędzy palców zepsuł mi urlop. Do atrakcji należało szukanie aptek, plastrów i leczenie pęcherzy.
Z reguły, schodząc z plaży nie ma gdzie usiąść, jest kilka ławek, które są zawsze zajęte. Plaża w Jelitkowie jest pod tym względem wyjątkowa – miejsc dostatek.

No to pucujemy małymi ręczniczkami stopy i słyszę:
– Bo wie pani, ja to wtedy miałam dobrze. Miałam dojścia do wszelkich dóbr, bo praca mi na to pozwalała – mówi jedna z dwóch pań siedzących obok nas, obie w podobnym wieku. Emerytalnym.
Wnioskuję, że mówiąca te słowa to miejscowa, mieszkanka Gdańska, a druga wczasowiczka czy kuracjuszka. Ta druga raczej słuchająca pierwszej, pierwsza wystawiła twarz do słonka i ciągnie temat.
– Teraz też mam dobrze, ja proszę pani nie narzekam. Emeryturę mam dobrą, wyremontowałam mieszkanie…
Druga z pań westchnęła tylko:
– No ja tego powiedzieć nie mogę, przemiany w latach dziewięćdziesiątych usunęły mnie na boczny tor.
– Ilu ja ludziom automat załatwiłam, wirówkę, bo kiedyś wirówka to było coś – kontynuuje pierwsza, nawet nie patrząc na rozmówczynię. Machnęła tylko ręką, ciężką od złota – na każdym palcu pierścionek, nawet na kciuku.
– No, kiedyś nie było towaru, człowiek miał pieniądze za które nic nie mógł kupić, a teraz… Szkoda gadać. Ani pracy, ani zarobków, emerytury nędzne…
Nie skończyła, bo tamta przerwała jej tymi słowy:
– Bo ja proszę pani kocham PiS. Za to co zrobili dla dzieci, za to co zrobili dla emerytów.
– A co niby takiego zrobili?
– Nareszcie dzieci mają pieniądze a emeryci podwyżki.
– Pani chyba żartuje.
– Widzę, że się nie dogadamy – powiedziała miejscowa, wstała i odeszła.

Rozmowa obu pań była znacznie dłuższa, ale nie zapamiętałam wszystkiego. Do głowy najbardziej wbiły się słowa – kocham PiS.

Rozmawiałam ostatnio ze znajomą. Powiedziałam jej, że mimo że aż mnie świerzbią palce, żeby napisać o polityce, żeby się wyżołądkować, nie robię tego ze strachu. Najnormalniej w świecie obawiam się Błaszczaka i konsekwencji krytyki polityki rządu!
A moja znajoma mnie pocieszyła, powiedziała, że mam rację i żebym jednak o polityce nie pisała.

Nosz jasny gwint! Przecież jestem z pokolenia, które dostawało ocenzurowane listy! Narzeczony napisał do mnie list z wojska a ja połowy nie odczytałam, bo była zamazana czarnym tuszem.

Co jedna zmiana to lepsza…

Krystyna

Paranoja czy fanaberia?

Od czasu do czasu rozgrzewany jest do czerwoności temat wegetarianizmu czy weganizmu.
Tak jak dziś, a poszło o to.
Joasia, która w swoim holenderskim domu dopieszcza bodaj pięć psich nieszczęść, które sprowadziła z Polski i zawsze szuka tych najbrzydszych, najnieszczęśliwszych, które, bywa że w wózku wozi, opublikowała na fb zdjęcie kolacji, specjalnie dla niej przygotowanej. Na jej nieszczęście, na zdjęciu jest mięso z sosem.
To wystarczyło, ażeby zrobiono z niej zwłokożercę, hipokrytkę i nie chcę pisać co tam jeszcze.

Asia, która uratowała (i robi to nadal, żeby nie było) naprawdę dziesiątki zwierzaków, znajdywała im dobre domy, rozdaje, tak rozdaje, bo czymże innym jest wysyłanie pieniędzy na potrzeby schronisk, wolontariatów, konkretnych zwierząt – bo zabrakło do opłacenia faktury, wykłada i płaci za transporty, szuka tych transportów, czasem z bezsilności na forum klnie… I ta Joasia została nazwana hipokrytką, bo jak można jedne zwierzęta kochać a inne zjadać?

Otóż można. Przykro mi bardzo, ale można.
Sama mam cztery koty, każdy z moich kotów jest kochany, nie tylko przeze mnie, ale i przez męża i synów, i naprawdę nikomu nic do tego, że jemy ryby, kurczaki czy schab.
Znam Dorotę, która jest weganką. Uwielbiam ją, bo to wspaniała, mądra i również kochająca zwierzęta kobieta. Tłumaczyła mi na czym to polega, jak  wyobraża sobie, że to mięso na talerzu przed chwilą żyło i zostało zabite po to, żeby ktoś je jadł.
Rozumiem ją.
Próbowałam zmienić swoje myślenie, naprawdę próbowałam, ale nic z tego nie wyszło. Cóż z tego, że będę ograniczać spożycie mięsa – dla mnie to mięso a nie zwłoki – kiedy mąż nawet nie chce słyszeć o zielsku, synowie również. Zielsko tak, ale jako dodatek.
Dopóki w sklepach będzie mięso i wędliny – nie zrezygnuję. I niech nikt mnie nie gani za to, to moja wola i życzę sobie, żeby ją uszanowano.
Tak samo, jak nie życzę sobie obrażania Joasi, która dla zwierząt zrobiła tyle, co sto takich jak ja.

Obawiam się, że taki fanatyzm pójdzie dalej, bo przecież muchy to też zwierzęta, komary, kleszcze, pająki, nawet rozwielitki zjadane przez rybki akwariowe. Też nie wolno?
Trzy tygodnie temu pisałam o kleszczu, którego musiałam usunąć, zrobił się od razu rumień, dostałam antybiotyk – i co? Powinnam pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną?

Ludzie opamiętajcie się, nie krytykujcie tych, którzy lubią jeść mielone czy rolady! Rosół też gotuje się na mięsie. Pozwólcie dokonywać własnych wyborów – jeść jajka, smarować masłem, pić mleko, które też pochodzi z paserstwa, bo jest ukradzione cielętom.

A Joasi życzę dalszego szczęścia, zarówno tego rodzinnego, jak i płynącego z satysfakcji, jaką ma ze stosunku do braci naszych mniejszych.
zwloki matki

Krystyna

Każda zmiana dobra…

1Karol kiedyś był gościem.
Kiedyś miał wszystko, naprawdę wszystko.
I mieszkanie duże i piękne, i talon na samochód, i wczasy dwa razy w roku, i pieniądze.
Po przejściu na emeryturę i zgarnięciu odprawy wydawało mu się, że już do końca życia to tylko same przyjemności go czekają, bo emerytura była całkiem całkiem, no, powiedzmy nieco więcej niż średnia krajowa.
Karol pracował bowiem w ochronie i dbał o bardzo ważnych notabli na szczeblu województwa. Był przystojny, wysoki, dobrze zbudowany, zawsze uśmiechnięty i szarmancki, no to się podobał. Wszystkim, i chronionym, i ich żonom. Całe swoje zawodowe życie był pracowity, uczciwy i szkolił się gdzie tylko mógł, żeby pracować jak najlepiej.
Wszyscy go szanowali i z tego powodu nie mógł narzekać na jakikolwiek brak przychylności, wręcz odwrotnie.

Kiedy poznałam Karola był grubo po 60-tce, był już wdowcem i najchętniej zajmowanym w ciągu dnia miejscem, była ławeczka na skwerku, niedaleko sklepu z piwem. Nadal urodą wykraczał ponad przeciętność, zawsze opalony, znał zasadę nieszczęsnych skarpetek i sandałów, ale oczy już jakieś bez blasku, kolorowe t-shirty jakieś przepocone.

– A bo widzisz, co mi pozostało? Napić się i tyle.

Karolowi bowiem obcięli jakiś czas temu emeryturę. Bardzo to przeżył. Zapłacił zawałem serca, potem udarem, z którego jednak wyszedł obronną ręką. Zapłaciła i jego żona, bo jej niziutka emerytura, i jego najniższa z najniższych przeniosła ich w zupełne inne niż dotychczasowe życie. Ledwo, ledwo zdołali się opłacić, dlatego zmienili swoje piękne, pięciopokojowe mieszkanie na dwupokojowe. Nie mogli już pozwolić sobie na panią do sprzątania raz w tygodniu i wyjazdy co weekend.
Zmarła jakieś dwa lata po tym fakcie.

Karol bardzo przeżył śmierć ukochanej żony, dodatkowo zdawał sobie sprawę, jak trudno będzie mu utrzymać się ze swojej emerytury.
Jedyny syn, lekarz, już zaraz po wejściu do Unii, wyjechał do Szwecji.
Karol został sam, ze zdjęciami wnuków w portfelu (z nimi się nigdy nie rozstawał i chwalił się, pokazywał komu tylko mógł) a więc grzał tą swoją ławeczkę na skwerku, pociągając piwo, czasem wódkę, schowaną w papierowej, szarej torebce, wzbudzając litość i współczucie, szczególnie wśród damskiej części sąsiadów.

Kilka miesięcy temu dowiedział się o nowej ustawie dezubekizacyjnej.
– Dlaczego? Za co? Jakim prawem? – tylko tyle zdążył powiedzieć.

Zmarł w karetce, mimo prób reanimacji jego serce powiedziało basta…

 

Krystyna