Pamiętam…

  


Pamiętam Twój wzrok

który już w drzwiach mnie rozebrał

Pamiętam Twój dotyk

ciepły i paraliżujący zmysły

Pamiętam Twoje usta

sprawiły że byłam pijana rozkoszą

Pamiętam Twoje ciało

oplatające mnie jak dzikie wino

Pamiętam maleńki pokoik

gdzie bezwstydnie złączyliśmy łóżka

Pamiętam dwie świeczki

oświetlały złotym blaskiem nasze ciała

Pamiętam słowa  wypowiedziane

brzmiące jak najpiękniejsza muzyka

Pamiętam Ciebie

Kocham

Ale Ty o tym przecież wiesz…

  

16 kwiecień 2009r.

O głupim Jaśku

     

 

Ale heca, ale draka

Biegnie Jasiek na bosaka

Nie ma portek ni koszuli

Czyżby psami go poszczuli?

Gdzie odzienia reszta jego?

Czyżby stało się coś złego?

Czemuż zmyka tak w te pędy

Klucząc tędy i owędy?

Do Dorotki wlazł okienkiem

Zostawiła nie domknięte…

Chciał całusy skraść swawolne

Miał dla miłej kwiatki polne…

Lecz Dorotki czujny tata

Jak nie chwyci z haka bata

Jak nad uchem mu nie świśnie

Głupi Jasiek ani piśnie…

Sus przez okno, przez rabatki

Porozrzucał polne kwiatki

A Dorotka? Cicho szlocha

Bo głupiego Jaśka kocha.

Muszą pamiętać teraz oboje

Że dla kochanków domu podwoje

Niebezpieczne. Z wieczora czy z rana

Musi wystarczyć im… kopka siana.

Daleko od taty, daleko od domu

Tam mogą spotkać się po kryjomu

Swawolić do woli, sobą się cieszyć

I na złość tacie – mocno nagrzeszyć.

16 kwiecień 2009r.

Od czego jest dziadek?

  
Wiele lat temu, gdy mój syn Piotruś
był jeszcze mały,
Zadał mi pytanie: co by było gdyby
kwiaty koła miały?
Zbaraniałam i zrobiłam chyba wielkie
oczy
Bo byłam pewna że moje dziecko niczym
mnie nie zaskoczy!

Uczciwie rzekłam: nie wiem, lecz
na pewno się dowiem
I w te pędy do taty. Wiedziałam
albowiem
Że mój tata wiedział będzie.
Nie pomyliłam się wcale,
Umysł ścisły, nie rozdrabniał się
na byle detale.

Jak to, nie wiesz? Minę miał zdziwioną
Podczas gdy ja nadal gębę
rozdziawioną.
Gdyby kwiaty miały koła – no, pomyśl
– toby jeździły!
Tak po prostu, prosto z mostu
rozsądek zdzieliły.

Z historyjki tej morał wypływa więc taki:
Że i dziadek, i wnuczek z tej samej
są paki!
Niepotrzebni mama, tata gdy
blisko dziadkowie
A na “najciekawsze” pytania
– zawsze dziadek odpowie!

Napisany 2007.01.24 

Człowiek

                                                           

Łka po krzakach, w lesie świszczy

Jak wyżuta, lepka guma

Po omacku, pośród zgliszczy

Szuka ciebie twoja DUMA.

Woła, krzyczy, nasłuchuje,

Sznurem przepasał wór zgrzebny,

Sękatą laską z demonem wojuje

Twój HONOR. Czy jest ci jeszcze potrzebny?

I DUMA, i HONOR wartość swoją znają,

Jedna drżąca, druga mokra powieka.

Bo komuż dar cudny przekazać swój mają

Kiedy od wieków szukają CZŁOWIEKA?

Dziś o szczęściu mówić chcę…

       
Czymże jest szczęście, kochani moi?
Drugim człowiekiem który ból ukoi,
Gniazdkiem maleńkim, ciasnotą zmęczonym,
Ciastem sobotnim z dziećmi upieczonym.

Choinką, ubraną w najlepsze życzenia,
Koszyczkiem w którym święcisz spełnione
marzenia.
Radością znajomy jest nowo poznany
I smutkiem, gdy bliski na zawsze żegnany.

Szczęście. Ot słowo. A ile treści
W tym jednym, prostym słowie się mieści.
To miłość. Przyjaźń. Uśmiech. Pragnienie.
Płacz. Ból i smutek. I utulenie.

Napisany 2006.08.08

Jesienna para

  
Pod niebem jesiennym, po ścieżce z liści
Idzie jesienna para.
On na sękatej lasce podparty,
Ona bardzo już stara.

Bardzo powoli, godnie, dostojnie,
Kroczą szurając nogami.
Potem ławeczkę sobie zajmują
I cieszą się ciepłymi dniami.

Ona oparła białą swą głowę
Na wątłym jego ramieniu,
On dłoń w dłoń ujął i ucałował
W miłości swojej imieniu.

Długo siedzieli tak przytuleni
Że liść ich złoty obsypał.
A mały pajączek babiego lata
Zdjęć im jesiennych napstrykał.

Napisany 2006.10.17 

PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY

      

13 kwiecień 2009r          godz.11.40

PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY

Najgłupszy dzień w całym roku.

Tradycja tradycją ale ten dzień zawsze będzie mi się kojarzy ze zdarzeniem jakie miało miejsce ponad 20 lat temu.

Jechaliśmy z malutkim synkiem w wózku na proszony obiad do rodziców. Dzień był ładny, słoneczny. Na przystanku tramwajowym stała spora liczba pasażerów, nadjechał tramwaj. Kiedy drzwi się otworzyły, nagle ni stąd ni z owąd, pojawiła się grupa młodych ludzi z wiadrami wody. Nie bacząc na nic zaczęli chlustać tą wodą ludzi wychodzących z tramwaju, starszych, młodszych, wśród nich rodzinę z dzieckiem takim jak moje…

Dzieciak zmoczony i przerażony płakał zanosząc się do uduszenia. Przekleństwom ludzi nie było końca a rozbawiona do granic możliwości młodzież rozpierzchła się tak szybko jak się pojawiła.

Popatrzyłam na młodą kobietę w pięknym skórzanym płaszczyku i pomyślałam że teraz pewnie będzie już do wyrzucenia. Płaszczyk oczywiście.

I to był ostatni lany  poniedziałek kiedy wystawiłam nos z domu. Już zawsze zostanie przekleństwem, do dziś myślę jak skończył się dla nieznajomego maluszka… Pewnie zapaleniem płuc…

Jest to dzień w którym czuję się więźniem własnego domu. Przesadzam? Może. Niemniej zbyt jest mi cenne moje zdrowie a bezradność wobec bezczelności i bezmyślności jest powalająca. Wolę więc nie ryzykować zawałem serca.

A więc miłego świętowania w zaciszu domowym.

Precz z ŚMIGUSEM DYNGUSEM….

Tylko kaczki lubią wodę zawsze…

Wielkanoc

 
11 kwiecień 2009r.      godz. 9.00
sobota

No i zaczyna się Wielkanoc…

Im jestem starsza tym mniej emocji, tym spokojniej, tym mniej szaleństwa.

No bo co? Że wolne dni? Jestem od lutego na szpitalnym chorobowym więc dni wolne nie robią jakoś piorunującego wrażenia, powiedziałabym wręcz że mam wolnego po dziurki w nosie.

Sprzątanie? Przecież sprzątam regularnie, staram się nie hodować roztoczy, nie potykać o porozwalane śmieci, staram się by pościel pachniała świeżością zawsze. Przez okno widzę słonko a wanna lśni, choć wczoraj na złość mężowi zostawiłam ją po kąpieli nie umytą w rewanżu za podrzucone do prasowania nadprogramowe koszule. No, co do mojej półki z ciuchami ktoś mógłby się przyczepić ale to uważam – mały pikuś… Mam poprawiać to co jest zrobione? Ani myślę.

Zakupy… Wariactwo! Ileż można nakupić żarcia na dwa świąteczne dni? Toć nie zje się więcej niż normalnie da się zjeść!!! Wędliny i sine jaja na twardo walają się potem jeszcze po lodówce wiele dni po świętach i nie wiadomo co z tym zrobić.

Że o poniesionych kosztach nie wspomnę.

Lepiej kupić świeże żonkile do wazonu bo w żołądku nie zalegną a oczy cieszyć będą, choć u mnie w wazonie stoją tylko ohydne plastikowe bazie… Żonkile zeżarł kot. Świece też, bo były ładne, żółto -zielone. Ale niech tam. Zeszłoroczną palmę też zeżarł, zostawił tylko badyle i igiełki z jałowca, po baziach nie było śladu. No to co mam zrobić albo zrezygnować z nadmiaru ozdób albo wywalić kota? Wybieram to pierwsze.

WESOŁYCH ŚWIĄT !