Siema. Sumienie…

Jak złym, jak podłym trzeba być
człowiekiem, żeby dyskredytować
działalność Owsiaka i WOŚP-u?
Naprawdę lepiej dać księdzu na tacę?
Co trzeba mieć w głowie, żeby w telewizji publicznej robić wszystko, żeby
wzmianki o tym ogólnopolskim,
corocznym zrywie powiedzieć jak
najmniej, żeby maksymalnie ukrywać serduszka, które mają przyklejone zaproszeni goście?
Dlaczego?

Wyjaśnił to Patryk Jaki, którego zdaniem pieniądze przeznaczane są na znienawidzony przez niektórych Przystanek Woodstock. Prawie natychmiast głos zabrał Jerzy Owsiak i człowiek z jego sztabu.
Pokazali rozliczenia, powiedzieli gdzie można je znaleźć w sieci i udowodnili, że ani grosz, z zebranych pieniędzy nie został przeznaczony na Woodstock.
Nie mam powodu, żeby im nie wierzyć.
Jaki zripostował, że jego zdaniem Owsiak manipuluje, bo jest przekonany, że jednak satanistyczne koncerty, promujące śmierć i aborcje, cytuję: …”Owsiak dopuszcza się manipulacji. – Woodstock jest organizowany z tego, że pieniądze z WOŚP są “przeciągane”, nie wydawane. I z tych odsetek jest finansowany Przystanek Woodstock.
Całe szczęście można wspierać fundacje, które nie promują wartości aborcyjnych – powiedział”.
Te inne fundacje to Caritas i tace w kościołach.

Pamiętam rozmowę z Jerzym Owsiakiem w jego mieszkaniu – można to znaleźć na YouTube, podczas której, kamera wielokrotnie
pokazywała ładną, srebrną cukiernicę, w której był cukier do słodzenia kawy czy herbaty.
Nosz to dopiero bogactwo! Srebrna cukierniczka! Z pewnością kupił ją z pieniędzy zbieranych przez wolontariuszy do puszek. Złodziej
jeden, no.

Gdzieś padła propozycja, ażeby ci, którzy tak zawzięcie i nieładnie atakują działalność WOŚP-u, do portfela włożyli sobie karteczkę, że nie życzą sobie pomocy ze sprzętu z serduszkiem.
Ale nic z tego, nie ma chyba miejsca, gdzie pomoc WOŚP-u nie
dotarła.
Jerzy Owsiak apelował i prosił, że jeśli ktoś nie chce brać udziału w zbiórce, to nie musi, ale niech nie przeszkadza!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ja przyłączyłam się do akcji. Mam osiem serduszek i czuję się z tym bardzo dobrze.
To dla mnie bardzo wzruszająca sytuacja, kiedy kwestują dzieci,
które sprzętowi z serduszkiem zawdzięczają zdrowie i życie.

Powtórzę pytanie – jak małym i podłym trzeba być człowiekiem, żeby atakować i rzucać kłody pod nogi takiej akcji?
Nie chcesz pomagać? Twoja wola, ale NIE PRZESZKADZAJ!!!

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Wielkie grillowanie…

Grill.
Trzeba mieć nieźle zryty beret, żeby targnąć się na grilla w
górach, w lepki, mglisty dzień, przy temperaturze około
3 stopnie C.
Drewno było w szopie, ale trzeba było je najpierw porąbać, czym zajął się syn.
Piękne, równiutkie patyczki aż prosiły się o to, by je podpalić.
W szopie były kartony po
ciastkach i torcie, które miały służyć za podpałkę. Gdzieś tam, między deskami leżały zapałki.

Kiełbaski pierwszego sortu pokroiłam i misternie ponacinałam;
czekały na ułożenie na ruszcie.
Bierzemy zapałki, pocieramy… Nic z tego. Mokra siarka skrusza się,
z drugą i  trzecią to samo. Nie zapalimy. Zresztą kartony z szopy też są zawilgocone.
Gdzieś miałam zapalniczkę, przekopałam torbę i znalazłam, ale ona również zdychała. Przypomniało się nam, że w kuchni mamy suchy karton po ciastkach, bierzemy, drzemy na drobne paski,
rozwarstwiamy, byle tylko się zapaliło. Od zdychającej zapalniczki
odpalamy zapałkę, od zapałki, drugą i trzecią. Papier zaczyna się tlić, a my niczym Prometeusz chronimy w dłoniach ogień, żeby nie zgasł.
Ostatnim rzutem na taśmę, już bez nadziei na grilla, położyliśmy na tlący się papierek cieniutkie patyczki, drobinki kory znalezione
w szopie na podłodze po zamiataniu, potem ciut ciut grubsze.
Rozpaliło się!
Ogień zaczął buzować, ale my byliśmy już tak zmarznięci, że nawet gorąca kawa nie pomogła. Szybko, szybko, szybko, kiełbaski ułożone, ogień duży, na stole chleb, musztarda, chrzan, keczup. I piwo.
Ciach, ciach, jedna strona przypieczona, obrót na drugą, byle szybko.
O ile rozpalenie ognia zajęło nam półtorej godziny, o tyle na samo grillowanie wystarczyło pół.
Kiełbaski wyszły twarde, były cholernie pikantne, cóż, jak się nie umie czytać po ichniemu to potem takie jaja wychodzą. Ale nic to, wpierniczaliśmy je jak najlepszą ambrozję, ciesząc się, że mamy
ciepły posiłek.

Po piętnastu minutach palenisko zgasło, a my z pustymi talerzami biegusiem do pokoju i pod kołderki się grzać. Zmarzliśmy na kość.
I to by było na tyle. Po balu.

A mnie się marzył grill na śniegu, na mrozie…
Chyba ta ciepła, termalna woda zmiękczyła mi resztki rozumu
a wraz z nim, zdrowy rozsądek.

Krystyna

Po słowackiej stronie…

Wszystko mnie boli. Wszystko. No, ale sama tego chciałam, czy ktoś mi kazał jechać w góry?
Pierwszy dzień spędziłam w termach, ostatecznie na tym najbardziej mi zależało. Woda ciepła, cieplejsza i gorąca – do wyboru. W gorącej ruch nie wskazany, bo to jakieś 58 stopni, siarką waliło, ale w tej ciepłej i cieplejszej hulaj dusza piekła nie ma. No to dusza hulała!
Następnego dnia wędrówka.
Ludzie, na nogach, z pensjonatu do granicy i dalej przez Chochołów, aż do Chochołowskich Term i z powrotem. Razem ze 20 kilometrów i choć w pewnym momencie chciałam umrzeć – dałam radę.
Potem zdjęłam tylko buty i padłam.

Wędrując słowackimi wioskami, myślałam o nich niezbyt ciepło.
Dymy z kominów takie, że palą chyba wszystkim prócz tego, co do palenia się nadaje a wiatr kładzie je mgłą aż po horyzont. Smród, jakby zamiast do szamb, wpuszczali nieczystości w glebę.
Brak chodników, brak poboczy!
Wędrując, nie da się zejść z ulicy, bo można utopić się w gruncie podmokłym przez cuchnące ścieki, a wędrowanie drogą, ulicą to narażanie się na ochlapanie i uderzenia kamykami spod kół, którymi prawdopodobnie sypano jezdnie. No i zamiast obserwować piękno okolicy – trzeba obserwować nadjeżdżające auta.
Wszędzie walają się śmieci. Mogłam skompletować opony, znalazłam zderzak oraz bęben z automatu, Byłby na grilla.
Co mnie jeszcze niemiło zaskoczyło – to uwiązane psy na brudnych, błotnych podwórkach.
Wszędzie szczekające, uwiązane psy.

  • Nawet nie chcę myśleć, co tam leci…

Kolejny dzień, to znów wylegiwanie się w termach.
Co za uczucie, dookoła zaśnieżone szczyty, zimno, styczeń a ja z wystawioną nad powierzchnię głową pławię się w wodzie. Wystawienie – jakiejkolwiek innej części ciała groziło paraliżem, ale i tak biegałam między basenami w zależności od tego, na jaką temperaturę wody miałam akurat ochotę.
Na razie żyję, choć jak rzekłam na początku – wszystko mnie boli i od chodzenia i od pływania.

Dziś będzie grill.

 

Krystyna