Chcieć to móc?

Mikołaj łaził za Małgosią całe pół roku. Pół roku zachowywała się jak księżniczka obrażona na cały świat, dając Mikołajowi do zrozumienia, że ma sobie dać spokój, bo i tak ma go gdzieś.
Nie dał.
Aż raz nadarzyła się sposobność, bo lało, a on obserwował jak będzie z uczelni wychodzić, była bez parasola. Po prostu złapał ją w pasie, wziął pod swój parasol i zaciągnął do najbliższej kawiarenki.
Małgosia była śliczna, zresztą nie to ładne co ładne, ale to, co się komuś podoba. Dla Mikołaja była po prostu śliczna. Wiotka, długie nogi, włosy w lokach do ramion. Kończyła prawo, tak zresztą jak jej rodzice, miała po nich objąć dobrze prosperującą kancelarię.
Mikołaj postawił na zwierzaki i skończył weterynarię, bez dwóch zdań nieźle na tym wyszedł. Otworzył swój gabinet, póki co sam w nim nawet sprząta, ale pacjentów ma coraz więcej, bo i wieść o jego empatii dla zwierząt i ich właścicieli rozeszła się szybko. Zamierza zatrudnić jeszcze jedną osobę, bo przecież musi mieć czas dla Małgosi.
Zaczęli się spotykać i Mikołaj był jak w euforii. Nie zauważał, że ona jest ciągle nabzdyczona, wiecznie ma o coś pretensje. Ważne, że mógł wreszcie ją za rękę chwycić, odgarnąć loczki z oczu.
Kiedy Małgosia się obroniła na bardzo dobrą ocenę – świętowali. Właściwie świętował on, bo ona jakby wcale się z tego nie cieszyła.
Znów jakby z łaski siedziała razem z zaproszonymi przyjaciółmi, jakby myślami była zupełnie gdzieś indziej. Przypisywali ten stan zauroczeniem młodym, przystojnym weterynarzem, któremu nie przeszkadzało nic. Nic.
Nie przejrzał na oczy nawet wówczas, kiedy rodzice próbowali mu jakoś wytłumaczyć, że trwanie u boku kogoś wiecznie na coś nabuzowanego, na dłuższą metę nie ma sensu.
Nie dał się przekonać, nie widział, jak bardzo się o niego martwią.
Kiedy pojechał do Małgosi z pierścionkiem i kwiatami dla mamy, poprosiła o czas do namysłu i zastanawiała się przez dwa tygodnie.
Potem się łaskawie zgodziła, od razu zaznaczając, że gotować, sprzątać i prać nie zamierza.
Jemu to nie przeszkadzało.
– Ja lubię gotować, a prać się nauczę – powiedział ku rozpaczy mamy.
W dniu ślubu zakochał się w niej po raz drugi. Wyglądała zjawiskowo i chyba ona sama się sobie podobała, bo nawet się uśmiechała.

Kiedy miał ją już tylko dla siebie, kiedy zamieszkali razem, było nawet fajnie, ona traktowała związek jak dobrą zabawę, tym bardziej, że Mikołaj robił wszystko, żeby jej życie umilać. Kwiaty, kolacje przy świecach i takie tam. Jej zadaniem było być, niczego więcej od niej nie chciał.
Kiedy zaszła w ciążę Mikołaj całkiem oszalał, a znajomi i przyjaciele z bezradności kręcili kółka na czołach.
– Kiedy on wreszcie przejrzy na oczy – pytali sami siebie.

Małgosia ciążę znosiła źle, była słaba i właściwie sama nie wiedziała, czy się cieszy, czy nie. Przestała chodzić do pracy, początkowo Mikołaj przynosił jej papiery z kancelarii papy, ale potem już nawet nie chciała do nich zaglądać.
Zosia urodziła się siłami natury, była cudowną i podobną do mamy dziewczynką, a szaleństwo Mikołaja do, teraz dwóch kobiet – nie miało granic.

Jednak im bardziej kochający był Mikołaj, tym mniej kochała go żona, jednak na nim nie robiło to wrażenia, bo teraz miał Zosię.
Księżniczkę Zosię.
Ponieważ Małgosia do kancelarii już nie wróciła, ba, nawet z domu jej się wychodzić nie chciało, zabierał córeczkę w różne ciekawe miejsca, uczył empatii i poczucia piękna.
Im piękniej rozwijała się Zosia, tym bardziej gnuśniała Małgosia. Przestała o siebie dbać, przytyła, zapuściła się intelektualne.
– Co ty kurwa ze sobą robisz!? – przyjaciółka od dzieciństwa mało nie uderzyła jej w twarz – opamiętaj się wreszcie! On cię zostawi, dziecko zabierze i żaden sąd się za tobą nie ujmie. Czemu taka jesteś – to już powiedziała łagodniej.
Małgosia popatrzyła głęboko w oczy przyjaciółce i z miną skopanego psa, cicho powiedziała:
– Bo mnie jest właściwie wszystko jedno, ja zawsze chciałam tańczyć…
– Super! Czy ty się kobieto słyszysz? A kto ci tego broni? Mikołaj?

Kiedy rodzice Małgosi usłyszeli, że ich jedyna spadkobierczyni wszystkiego, czego się w ciągu życia dorobili chce, jak to powiedzieli – w rozrywce robić – postawili ultimatum – albo kończy studia prawnicze i jest adwokatem, albo znajdą kogoś, kto ich ciężkiej pracy nie roztrwoni. Dla nastoletniej wówczas Małgosi było jasne, że musi raz na zawsze pożegnać się z marzeniami, że musi, bo tak chcą rodzice – skończyć nielubiane prawo i być do końca życia marionetką tatusia i mamusi.
Nie była na tyle silna, żeby pokazać im, jak bardzo ją krzywdzą i popełnić samobójstwo – choć próbowała, bezwolnie poddała się ich woli i traktowała życie jak pokutę za grzechy niepopełnione.
– A ja chciałam tańczyć, traktować to jak sport, marzyłam o choreografii a nie prawie. Miałam predyspozycje, tak mi nauczycielka wuefu powiedziała.
– Gośka, jesteś dużą dziewczynką, nie karz Michała za to, że kocha cię jak wariat, co on jest winien temu, że rodzice zrujnowali ci życie? Czy kochasz go choć trochę?
– Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, jest to jest, tyle.
– To może czas wreszcie się nad tym zastanowić moja droga.

Ta krótka rozmowa sprawiła, że Małgosi zrobiło się jakoś lżej, żałowała, że nie wstrząśnięto nią wcześniej, o jakieś kilka lat, może wtedy inaczej spojrzałaby na Mikołaja i na ich wspólne życie.
Teraz go pożałowała, przecież on cały czas jest dla niej dobry! Cały czas ją kocha, tu nie miała żadnych wątpliwości.

Pewnego wieczoru, kiedy Mikołaj z Zosią przygotowywali kolację, weszła do kuchni i zapytała, czy może im się w kuchni przydać. Mikołaj od razu, jakby to było absolutną normalnością, polecił przygotować kieliszki i wino.
Kiedy tak sobie w trójkę siedzieli, jedli i rozmawiali, Małgosia zapytała Mikołaja, czy nie przydałaby mu się jakaś pomoc w gabinecie, bo jeśli tak, ona chętnie skończy jakiś kurs weterynarii i będzie mu pomagać, choćby sprzątać, bo bardziej lubi zwierzęta niż paragrafy. I że na jakąś zumbę się zapisze, żeby wrócić do formy, i że może Zosia chciałaby na balet się zapisać, bo to takie piękne dla dziewczynki…
– Mamusiu, tata mnie już dwa lata temu na balet zapisał, ja już umiem tańczyć!
Wstała i zademonstrowała kilka figur, nazywając je po francusku.

Wtedy Małgosia się rozpłakała a Mikołaj rozlał wino do kieliszków, jeden podał żonie, drugim wzniósł toast.
– Za to, że jesteś Małgosiu, i za naszą wspaniałą, podobną do ciebie córkę.

Krystyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *