Co ma młotek do gołąbków…

Morze jest kapryśne.
Bardzo kapryśne.
Raniutko było pięknie, słonecznie, w zabudowaniach niemal bezwietrznie, a takiej pogody się nie przepuszcza. Dziś jest a jutro jej nie ma.
No więc bez namowy wdzialiśmy kąpielówki, zabraliśmy leżaki, ręczniki, ja wzięłam do kieszeni moje pareo i poszliśmy na plażę. W pokoju mamy parawan, ale jakoś mamy do niego awersję widząc, jak na plaży tworzą się zagrody jak dla zwierząt, czasem kilkupokojowe apartamenty. Tylko śmieci lecą za ściany, pety, dzieci na siku wychodzą za parawan. Czasem pieski.
Nie bierzemy parawanu tłumacząc światu, że nie mamy młotka do wbijania palików.
Na plaży rozkładamy leżaki, maty i walczymy z tym, bo wieje jak diabli, leżaki wydęte w drugą stronę, maty fruwają. Przyciskamy butami, na maty stawiamy leżaki. Przeklinamy wiatr, który siecze piaskiem po ciele, ale na razie jest jeszcze w miarę ciepły.
Morze, morze, morze!
Idziemy w trójkę, moczymy stopy, wchodzimy do kolan. Wcale nie jest to proste!
Woda zimna jak cholera, każda rozpryskująca się fala powoduje zatrzymanie akcji serca i krótki bezdech, ale nic to, jest lato, jest urlop, jest morze – trzeba wejść. Tym bardziej, że po trzech ładnych dniach odczuwa się mrowienie czerwonej skóry na ramionach i karku, którą trzeba schłodzić.
Nie ma totamto, zanurzam się po szyję. Chwilowy hercszlag rekompensuje się po chwili, kiedy woda już taka zimna nie jest, ba, jest nawet przyjemna.
Ale nie za długo, po jakichś dwudziestu minutach na rękach i nogach pokazuje się pokrzywka a ciało zaczyna sinieć.
Wyjście w takim stanie na brzeg, przy słusznym wietrze – to wyzwanie ekstremalne. Staram się szybko pobiec do leżaka, ale ruchy, przy zapadających się w miałkim piasku stopach – są strasznie paralityczne. Ręcznik nieco rozgrzewa, skaczę na prawej nodze przechylając głowę, żeby wypłynęła woda, która podstępnie wdarła się do ucha i do płuc, kiedy nie zauważyłam nadpływającej fali.
Jezu, jak piździ. Jak zimno.
Widzę, że synowie też wyłażą, też trzęsą się jak nie powiem co w trawie.. Wycierają się i kładą na leżakach.
Obserwuję jak sinieją, jak zaczyna ich trzepać, choć bardzo starają się to ukryć. Na naolejkowane, mokre ciało zaczyna się przyklejać drobny piasek, który za chwilę stworzy skorupkę. Może będzie w niej cieplej.
Jeszcze kilka minut i podejmujemy męską decyzję – spie…my.

W domu zdjęłam mokry kostium kąpielowy, założyłam suche rzeczy i poszłam pomyszkować w bazarowym badziewiu, czasem można tam całkiem fajne rzeczy wypatrzeć.

Około piętnastej trzydzieści ponownie wybieramy się na spacer po plaży. Pogoda śmierdzi deszczem, ostrzegam, żeby nie oddalać się za bardzo od zejścia, ale kto by tam starej matki słuchał…
Niedługo potem zaczęło kropić, ewakuacja z plaży, schronienie pod markizą jednego z butików.
Matko, jak lało! Ulewa!

Kiedy zdawało się przechodzić, biegusiem i boso śmignęliśmy do Kaszubki, chwalonego baru w Rowach. Oczywiście, przed deszczem schroniło się tam pół Rowów, ale na szczęście znaleźliśmy wolny skrawek podłogi. Wyziębieni, wygłodzeni, zamówiliśmy pierogi ruskie z okrasą, placek po węgiersku i podwójną porcję gołąbków dla mnie – cztery sztuki plus ziemniaki, które nie zmieściły się na talerzu i dostałam je osobno, z koperkiem.

Młody człowiek, dziwnie mi się przyglądał, kiedy zamawiałam dla siebie tą podwójną porcję gołąbków. Nie dowierzał.
Kiedy zjedliśmy i poszłam regulować rachunek, młody, przesympatyczny kelner popatrzył na mnie i zapytał:
– Pokonała pani te gołąbki?
Zawstydzona odpowiedziałam, że spokojnie.
Rachunek wyniósł pięćdziesiąt siedem złotych za cztery słuszne porcje obiadowe.

Nażarliśmy się do porzygu, a potem, mimo że jeszcze padało, boso poszliśmy do domu. Jak dziecko, szłam po spływającej ulicą wodzie, rozchlapywałam wodę i nuciłam “Deszczową piosenkę”.

P.S. Uciekając przed deszczem z plaży, syn znalazł… młotek. Do wbijania palików parawanu.

Krystyna

3 myśli na temat “Co ma młotek do gołąbków…”

  1. Witaj, Krysiu.
    Jest tak, jak piszesz.
    Na plaży “obozowiska”, których teren wyznaczają parawany.
    Szczerze mówiąc, miałbym obawy chodzić boso po plaży, nigdy nie wiesz, co może się kryć pod uroczą kupką piachu :), to świadczy o braku kultury niektórych plażowiczów. Ważne, żeby Brajanka, Dżesiki i Brutusa nie cisnął pęcherz, o”babkach z piasku” nie wspominając…
    Pogoda nad morzem- to osobny rozdział, zawsze jest jak akurat nie ma się kilku wolnych dni.
    Kąpiel przy takim wietrze to prawdziwe wyzwanie, ale ważne, że zadanie zaliczone :).
    57 zł. za cztery porcje, to moim zdaniem, uczciwa cena. Lubię takie miejsca, gdzie można w normalnej cenie i smacznie zjeść. To rzadkość – zwłaszcza w sezonie.
    Miło, że trafiliście dobre miejsce.

    Ten młotek pewnie zgubili jacyś plażowi uciekinierzy, którzy koczowali tam dzień wcześniej :).
    Fajnego dnia :).

    1. Przyglądam się plaży i plażowiczom, stwierdzam, że i tak jest lepiej niż kilka, kilkanaście lat temu.
      Nawet noce są cichsze, około 20.00 już nie słychać głośnej muzyki. Pomijam weekendy, wtedy bywa głośno nawet do 3.30.
      Ale nie jest źle.

  2. Krysiu, właśnie wróciliśmy z Sarbinowa. Pod wpływem nagłej emocji wyruszyliśmy nad morze w sobotę. Dotarliśmy wczesnym popołudniem. Wiało, że hej – ja nie marzłam, ale żal mi było męża. Więc przelecieliśmy wzdłuż brzegu, a potem promenadą do punktu wyjścia, na kawę i wielki deser … lodowy! Był tak pyszny i tak wielki, że zaoszczędziliśmy na wydatkach na kolację.

    W niedzielę było znacznie lepiej. Wprawdzie nadal nie kąpielowo, ale na tym najmniej nam zależało. Naważniejszy był spacer brzegiem morza, masaż stóp piaskiem, fale i szum Bałtyku. I lody! W niedzielny wieczór już byliśmy w domu.

    Weekendowy wypad uważam za nader udany – morze szumiało, wiatr gwizdał. Najważniejsze, że niebo było błękitne i nic a nic nie padało!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *