Dziesięć kilo miłości…

Ależ ten czas leci!
Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ze schroniska małego kota, ja chciałam, żeby to był czarny kot. W schronisku były czarne, ale przysłali nam więcej zdjęć kotów do adopcji. I wtedy syn zobaczył to zdjęcie:

8.11.2008 rok. Mały pensjonariusz schroniska w Sosnowcu, któremu dano na imię Slapcio. Jakże nam się to imię nie podobało, postanowiliśmy je zmienić…

i powiedział – ten, albo żaden!

I pojechaliśmy po te wielkie uszy, po tego trzymiesięcznego wymoczka aż do Sosnowca, do wolontariuszki, u której miał dom tymczasowy. Skradł nasze serca od razu. Miłość od pierwszego spojrzenia. Synowie do dziś wspominają nieprzespane noce, kiedy to maluch buszował, właził w miejsca o których nie mieliśmy pojęcia, że są.

17.11.2008 rok. Kilka dni po tym, jak z nami zamieszkał.

Taki był maluśki…
Wiedzieliśmy, że został sam jeden z całego miotu, który to miot, wraz z matką, zginął pod kołami auta na gierkówce koło Roździenia. Ostał się on sam, miał złamany ostatni krąg ogonka. Szczęściarz jeden!

9.04.2019r. Zmienialiśmy mu imię, zmienialiśmy, i teraz nazywa się Slapo. No co… Bo wyrósł!

Teraz, po ponad dziesięciu latach, mam dziesięć kilo miłości…

W naszym małym mieszkaniu, Jego Wysokość potrzebuje sporo miejsca, żeby się rozwalić…

No co tu napisać?
Dziadek a bawi się jak dziecko.
Czasem nawet z legowiska się wylewa.

 

Krystyna

Jedna myśl na temat “Dziesięć kilo miłości…”

  1. Hejka, Krysiu :).

    Na pierwszym zdjęciu, to takie uszy zawinięte w żółty kocyk, a na ostatnich zdjęciach taki trochę Garfield, tyle, że biały :). Gdzie mu będzie lepiej, no gdzie ? :).

    Dobrego popołudnia, uśmiechy :).

    P.S. Ale kot z Sosnowca ? Jak tak można ? Żartowałem :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *