Gdzie tkwił błąd…

Kiedy Anna miała pięćdziesiąt lat była babcią kilkunastoletnich, wspaniałych wnuczek. Córki miały swoje, dobre życia, odwiedzały mamę i babcię dość często, niemniej Anna zwyczajnie się nudziła.
Miała swój ulubiony portal, gdzie publikowała swoje naprawdę piękne i dobre wiersze, ale to było dla niej za mało.
Mogła pracować, chciała nawet ale dla kobiet w jej wieku pracy ani na lekarstwo.
I nie chodziło wcale o pieniądze. Mąż Anny, dobry, pracowity i szlachetny, był kierowcą tira, wyjeżdżał na dwa, trzy miesiące na trasy po całej Europie, potem tydzień, dwa odpoczynku w domu.
Zarabiał kilka tysięcy miesięcznie, toteż Annie niczego nie brakowało.
Niczego prócz zajęcia się czymś, kimś..
Toteż nie zdziwiło to dobrotliwego męża, kiedy Anna postanowiła zostać rodziną zastępczą dla trzynastoletniej dziewczynki.
Nie wybierała jej, ot po prostu, powiedziała w ośrodku, że może i chce pomóc skrzywdzonemu dziecku.
Padło na Joasię, chudą, bladą, niebieskooką blondynkę.
Anna oddała jej całe swoje schorowane serce.
Najpierw urządziły pokój Joasi (mieszkanie Anny liczyło 5 pokoi), wedle gustu małej. Chodziły na zakupy, Anna ubrała Joasię jak małą modelkę. Pozwoliła jej na kosmetyczne szaleństwo, kupiła jej kilka różnych wód toaletowych.
Kiedy w szkole okazało się, że Joasia ma ogromne zaległości w nauce, Anna odrabiała z nią lekcje, uczyła każdego przedmiotu, dwoiła się i troiła by małej było dobrze.
O ile życie pozaszkolne Joasi bardzo się podobało, o tyle szkoła nie podobała jej się. Nic a nic.
Godziny poświęcone na korepetycje poszły na marne, ponieważ do dziewczynki nic nie docierało. Tępa była jakaś, albo ograniczona.
Ze szkoły przestała wracać na czas, Anna początkowo nie była tego świadoma, ale Aśka coraz częściej jeździła do matki, do miasta odległego jakieś 40 km.
Nosiła matce alkohol i papierosy, do których matka coraz częściej ją zachęcała, zabawiały się razem, czasem matka zapraszała swoich przyjaciół płci męskiej, by córka przestała być całkiem zieloną w te klocki.
Anna dzwoniła do matki Joasi, dzwoniła do ośrodka, prosiła o pomoc psychologów ale nic nie pomagało. Dziecko było zepsute. Córki coraz częściej prosiły matkę, by przestałą się bawić w matkę Teresę i miłosierną Samarytankę w jednej osobie, by odpuściła sobie ambicję dogadzania komuś, kto tego nie docenia i nie chce.
Ale najgorsze jeszcze miało nadejść.
I nie było to repetowanie zmarnowanego roku.

Kiedy mąż Anny meldował się, że wraca do domu, Joasia zmieniała się, potulniała i robiła się przymilna. Była grzeczna a Anna nie chciała męża martwić, więc nie skarżyła. Zachowanie wychowanki było nieco dziwne, ale Anna poważnie zaniepokoiła się dopiero wówczas, kiedy przed powrotem męża, Joanna zamykała się na długie godziny w łazience, kąpała się, perfumowała, robiła nader widoczny makijaż, prostowała włosy, ubierała się w spódnice najkrótsze jakie miała.
Potem obskakiwała opiekuna do tego stopnia, że chciała z nim spać.
Mąż powiedział, że to nie po raz pierwszy, że starał się obracać to w żart, brał na ręce jak dziecko i zanosił do jej pokoju.

Tego było już za wiele.
Anna skapitulowała.
Dziewczynka wróciła do Domu Dziecka a małżeństwo wylądowało w poradni psychologicznej.
Dziś Anna znów ma czas na pisanie swoich wierszy, tyle że zamiast o ważkach i motylach, pisze o mijającym życiu i jego smutkach. Wyleczyła się skutecznie z chęci niesienia pomocy biednym, skrzywdzonym dzieciom.

Krystyna

 

 

12 myśli na temat “Gdzie tkwił błąd…”

  1. Jeżeli chcemy być rodziną zastępczą dla dziecka z rodziny patologicznej, to nie jest wcale prosta sprawa. Część dzieci chce żyć lepiej i wszelkimi sposobami się stara. Inne mają już gdzieś w podswiadomości zakorzenione nawyki z domu rodzinnego i wtedy nie jest łatwo. Rozumiem Annę, że w końcu dała za wygraną. Mam ndzieję, że małżeństwo przetrwa i będzie tak jak dawniej. Wiele osob zadaje sobie to pytanie: czy warto? Pozdrawiam serdecznie.

  2. No i masz… A jeśli ktoś nie ma rodzonego a bardzo dziecka chce?
    Jaki ma wybór? Mam nadzieję, że jednak częściej dzieci adoptowane pozwalają się kochać i same kochają.
    Anna i Jerzy są nadal dobrym i kochającym się małżeństwem. Ba, ona nawet zabiera się i jedzie z nim w trasę. Ostatnio była w Paryżu.
    Pozdrawiam Oleńko.

    1. Witam,
      moja s.p. ciotka miala jeszcze mniej szczescia. Wyszla bardzo pozno za maz za schorowanego kombatanta. Oboje jednak zapragneli rowniez zaopiekowac sie jakims biednym dzieckiem. Ten chloptas jednak nie byl zbyt sklonny “dac sie zaglaskac” i zaczal ich systematycznie podtruwac. Mieli szczescie ze trafili w rece dobrego lekarza ktory szybko sie zorientowal co jest grane. Oczywiscie o dalszej opiece nie bylo juz mowy. Dzis oboje juz od dawna nie zyja, mnie pozostal sceptycyzm polaczony z podziwem i odrobina politowania dla ludzi ktorzy podejmuja ten ogromny trud i ryzyko.

      1. No i co mam odpowiedzieć? Brak mi słów.
        Moja przyjaciółka powiedziała mi kiedyś: im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham koty…
        Pozdrawiam rami.

  3. Rodzice mojej znajomej również podjęli się pomocy dzieciom. Oni działali jako pogotowie rodzinne. W ciągu roku przez ich dom przewinęło się chyba z 7 dzieciaków… niestety 5 z nich było pokroju Joasi.
    To jest smutne zjawisko, ale patrząc na postęp patologii w społeczeństwie będzie ono coraz częstsze…

    1. Moja przyjaciółka też była takim pogotowiem przez rok. Potem chcąc adoptować pierwsze dziecko, które do nich trafiło, musieli zrezygnować z takiej pracy.
      Dzieci u niej były malutkie. Kochane. Po roku szły do Domu Małego Dziecka… Kiedyś napiszę o Tomku..

  4. A mnie sie wydaje, ze blad tkwi w polityce rodzinnej panstwa, w zasadzie w jej braku. Panstwo zajmuje sie niezwykle wktywnie nienarodzonymi a dalej? Dalej jest wlasnie to – patologia wynikajaca z biedy, braku wykszatalcenia, braku tego, braku tamtego… Przyczyn jest tysiace. Zmierzam do tego, ze gdyby nasze spoleczenstwo w koncu przestalo pietnowac matki, ktore urodzily dzieci a nie sa w stanie ich wychowac i w zwiazku z tym oddaly je do adopcji; dalej – przepisy adopcyjne przeciagajace ten proces w cale lata; dalej – dzieci z rodzin naprawde patologicznych pozostawione przez wiele lat swojemu losowi.
    Dluuugo mozna na ten temat. Uwazam po prostu, ze gdyby dzieci mogly byc adoptowane w minimalnym terminie, to byloby rzeczywiscie uwzglednione dobro dziecka a nie matki z problemami.
    Jestem niepoprawna optymistka i wierze, ze ta dziewczynka w koncu zrozumie.
    Pozdrawiam, Irez

    1. Nic dodać, nic ująć.
      Gdyby jeszcze kościół się w to nie mieszał. Wszystkie kobiety chodzące do kościoła, będące żonami, partnerkami, używają jakiejś antykoncepcji.
      Po co więc takie zakłamanie?
      Mam rację?

      1. Pani Krystyno, co moge powiedziec?
        AMEN.
        Zastanawiam sie tylko kiedy Kosciol (w Polsce) i czesc spoleczenstwa ocknie sie, ze to nie Sredniowiecze (niczego tej epoce nie ujmujac), ze znakomita czesc narodu nie tylko potrafi czytac ale rowniez rozumie to co czyta ba, nawet potrafi wyciagac samodzielne wnioski.
        Znaczy nie sama wiara czlek zyje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *