Goodbye, bye, bye…

Koniec.
Urlop nad morzem stał się historią, wspomnieniem. Ze względu na pogodę skróciliśmy go nawet o jeden dzień, bo jeśli kolejny dzień mieliśmy przesiedzieć w pokoju i czekać na zmiłowanie, a każda próba wyjścia kończyła się zmoknięciem – lepiej spasować.
Trudno.
Niewiele było słońca, morze kaprysiło – a to parafina na brzegu, a to za wysokie fale, a to mgła, a to podejrzenie sinic. Biała flaga jeździła w górę na przemian z czerwoną.

Kocham morze.
Uwielbiam spacery mokrym piaskiem na granicy wody. Pokonałam wiele, wiele kilometrów w te i we wte. Obserwowałam ludzi, ptaki, ślady. Uciekałam przed łabędziem, któremu nie spodobała się zbyt bliska odległość, na jaką ośmieliłam się zbliżyć. Obserwowałam zachody słońca.

…idę brzegiem, ku jesieni…
Plaża i dla ptaków…
…i dla psiaków.

Nie mogłam przestać się dziwić, jak wspaniałe są teraz smażone ryby nad morzem! Nie wiem czy wszędzie, ale tam gdzie się stołowałam ryby nie miały praktycznie panierki, jadłam wspaniałą, świeżą rybę, na świeżym oleju. Jadłam opiekanego dorsza w zalewie, dokładnie smakował tak, jakby zrobiła go moja mama! Śledź w śmietanie z czosnkiem był naprawdę w śmietanie, a nie żelatynowatym, tłustym majonezie. Tatar z łososia – czysty artyzm kulinarny. Kiedy poprosiłam o dwa, wcale nie duże plastikowe pojemniki, które zamierzałam zawieźć mamie do spróbowania – pani powiedziała, że tyle nie ma, ale jeśli poczekam chwilkę, szybko go dla mnie zrobi.

O gołąbkach, placku po węgiersku, pierogach i żurku już wspominałam, dodam jedynie, że żurek z dnia na dzień zamiast pięciu złotych skoczył na siedem. Cóż popyt i podaż…
Lody? Nie licząc pierwszych, smakujących i wyglądających jak potarte kartofle na placki – rewelacyjne.

Miejscowi ludzie są tam przesympatyczni. Wiem, powiecie, że oni z tego żyją, ale i tak uważam, że są wyjątkowi, jak moja gospodyni, sołtys Rowów – pani Jadzia, jej mąż, jej synowie.
Jej pies Majki, jej dwa koty, z których jeden przychodził pod drzwi naszego pokoju na drugie piętro.
Jej dwumetrowe lilie o niesamowitym burakowym kolorze, pachnące tak pięknie i tak intensywnie, że zapach docierał nawet na nasze drugie piętro.
Czas niestety jest nieubłagany, czekasz, czekasz, planujesz a tu pyk! I po ptakach.
Z pewnością jeszcze niejedną notatkę poświęcę przemyśleniom związanym z pobytem w Rowach, ale na razie – dziękuję.
Dziękuję pani sołtys i życzę zdrowia i sił do walki z sypiącymi się klifami.
A ty, morze – bądź nieco łaskawsze, bo piękne już jesteś…

 

Krystyna

2 myśli na temat “Goodbye, bye, bye…”

  1. Cześć, Krysiu :).
    Mam podobne odczucia, gdy jestem nad morzem. Dzięki za ciekawe wpisy wakacyjne i nadmorskie zdjęcia, dzięki nim mam namiastkę morza u siebie.
    Cieszę się, że choć trochę odpoczęliście, wprawdzie pogoda nie do końca dopisała, ale nic straconego.
    Przed Wami jeszcze wiele, wiele nadmorskich wypadów, każdy inny, a przez to ciekawszy.
    Wprawdzie czeka się na nie długo, ale potem każdy z nich smakuje jak najlepsza nagroda.
    Pozdróweczki i uśmiechy :).

  2. Ładny niezwykle ten Twój opis, dawno już nie byłam nad Bałtykiem, będzie w tym roku 11 lat. Wkrótce trzeba będzie to nadrobić jakimś spacerem po plaży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *