Jak z bicza strzelił…


Turnus sanatoryjny już się kończy, i chyba dobrze, bo jestem już nieco zmęczona. Wszystkie zabiegi do tej pory zaliczone, solidnie wypracowane.
Gimnastyka ogólnousprawniająca na sali gimnastycznej i ćwiczenia w basenie solankowym – to te cięższe, szczególnie sala gimnastyczna, trener kazał klęcząc dotknąć piętą pośladka… Ja pięty nawet ręką złapać nie umiałam. O zakwasach mówić chyba nie muszę, każdy je zna. Mądrze jednak powiedział, że gdybyśmy takie ćwiczenia robili dwadzieścia minut dziennie – bylibyśmy długo sprawni.
Racja, ale komu się chce?
Wśród wielu zapisanych mi zabiegów jest jeden, który specjalnie przypadł mi do gustu, nazywa się Fango. To okład z masy wulkanicznej, nagrzanej w specjalnym piecu do temperatury 50 stopni. Ten gorąc przykłada się do leczonego miejsca, w moim przypadku na kręgosłup lędźwiowy. Placek wulkaniczny jest duży i gorący, po piętnastu minutach (jest tak błogo, że niektórzy zasypiają) na ciele zostaje czerwony ślad, który po kilkunastu minutach oczywiście znika.
Raz pani obsługująca przyszła do mojego boksu i mówi, że dziś ma dla mnie wyjątkowo duży placek, i najpierw zsunąwszy całkiem majtki z tyłka chlasnęła nim na plecy.
Faktycznie był duży, zakrył niemal całą moją niewymowną i sięgnął górnej granicy biustonosza. Oprócz gorąca – a trzeba wam wiedzieć, że okład jeszcze dodatkowo okrywa się kocem, żeby zbyt szybko nie ostygł, poczułam jego ciężar. Nie wiem ile to ważyło, ale dużo, bo poczułam jak rozpłaszczyło się moje ciało, jak żołądek podszedł do serca a serce usadowiło się gdzieś w gardle. Chyba zrobiło mi się ciut niedobrze, ale pomyślałam o zbawiennym działaniu na kręgosłup, i że to tylko kwadrans. Dałam radę, wytrzymałam, a po zdjęciu tego wulkanu ze mnie poczułam się lekka jak piórko.

Chwila odpoczynku na tężni solankowej, gdzie kuracjusze jak już znajdą wygodne miejsce siedzące z oparciem, to już godzinami je okupują i pociskają pierdoły kto z kim, gdzie i kiedy.

Te setki schodów o których pisałam wcześniej stały się normalnością i pokonywanie ich nawet kilka razy dziennie – nie powiem, że bez zadyszki, nie, ale już mnie tak nie irytuje. Niemniej, kiedy w budynku natrafiam na stojącą windę, wjeżdżam nią na drugie piętro. Bez skrupułów.

Były wycieczki, o tej do Wisły pisałam, był jeszcze Cieszyn przed i za Olzą, był Szczyrk, była Równica.
W sali przeznaczonej na kulturę byliśmy na koncercie pt. “Pamiętnik wspomnień”, gdzie popisywał się podstarzały mistrzunio od znanych utworów, ale to temat na osobny post, bo takiego karaoke trudno nie opisać.

Ten koncert opiszę osobno, był śmieszno-tragiczny

W tejże sali spotkaliśmy się również z innym mistrzem, od humoru – Masztalskim. No i tu czapki z głów, Aleksander Trzaska w doskonałej formie, a sala przez ponad półtorej godziny bawiła się naprawdę przednio.

Aleksandra Trzaskę znam od dawna, widywałam go w różnych miejscach, gdzie bawił gawiedź razem z Ecikiem. Tym razem sam, ale zabawa wysublimowana i z klasą. Super.
Kupiliśmy książeczkę z wieeeloma dowcipami i pan Aleksander Trzaska wszystkim chętnym wpisał dedykację. Dacie wiarę, że książeczek zabrakło dla wszystkich?
Każda dedykacja opatrzona takim szelmowskim rysunkiem. Czy nie sympatyczne?

Na wycieczkach mieliśmy doskonałych przewodników, nie tylko od rzetelnych informacji, ale również od przedniego humoru.
Kiedy w Cieszynie, jeszcze tym naszym, przewodniczka pani Maja Michnik zaprowadziła nas na Wzgórze Zamkowe, oprowadziła po wszystkich zakamarkach i zatrzymaliśmy się na jednym z murów, skąd patrząc w dół widać było przedzielającą Polskę i Czechy – Olzę.
– Tu – mówiła – siedzioł kiedyś pon Bocek i lepił ludziki z gliny. Lepił i lepił, jak mu się ludzik udoł to zostowioł go u nos, a jak mu się nie udoł – to ciul, za Olzę.

W sobotnie popołudnie Mestsky Urad był już zamknięty, i dobrze, bo by mnie pewnie przegonili stamtąd.

Ponieważ wycieczka była w sobotnie popołudnie, sklepy w Czechach były pozamykane. Przewodniczka grzecznie nas poinformowała, że to, po co wszyscy Polacy jeżdżą do Czech jest do kupienia zaraz za mostem na głównej ulicy, i że wszystkie te sklepy okupowane są przez skośnookich. Prosiła, żeby uważać.
Jej słowa sprawdziły się co do joty.

Most na Olzie. Jedna noga w Polandii a druga w Czechach.
Sklepy, które są prowadzone przez Azjatów. Wszystkie. A nazwy? Normalne, ale i tak śmieszne.

Szczyrk jest miejscem wyłącznie dla narciarzy i ktoś nie jeżdżący na nartach raczej tam swojego miejsca nie znajdzie, o smrodzie spalinowym nie wspominając. Owszem, jest jedna piękna Galeria i mnóstwo pięknych, kolorowych kramów z ciupagami, magnesami na lodówki i baranimi futrami, tudzież oscypkami, których nie da się jeść – takie są słone.

W kościele Matki Boskiej Szczyrkowskiej na Górce, w kapliczce, jest cudowne źródełko. Współwycieczkowicze powyciągali skądś kubki i flaszki, duldali aż miło. Sorki, ja nie. Nigdzie nie pisało, że sanepid zakazuje, ale też nie było, że woda zdatna do picia. Podziękowałam, zresztą minus kilka stopni mrozu i źródlana woda…
W Szczyrku na górę skoczni wjechać nie można. Nie ma żadnych tarasów widokowych ani wież. Wyciąg z lewej strony jest tylko dla skoczków.
Szczyrkowski zbój i malutka ja.
To miejsce w Szczyrku trzeba zobaczyć. Piękno i magia.
A to zdecydowanie omijać… Droga ze Szczyrku do Ustronia przez Wisłę. Jedno wielkie zatwardzenie. Niestety, Ziętkowi i Gierkowi zabrakło dwóch lat, żeby dokończyć wiślankę. Jestem pewna, że zrobiliby to.

Na Równicę już kiedyś weszłam, dziesięć lat temu, z koleżankami z pracy, od samego dołu, szlakiem aż do samej góry. Tym razem wsadziłam d w zielony wagonik ciągnięty przez równie zieloną ciuchcię, i po około półgodzinnej jeździe, gdzie można było słuchając kierowcy – przewodnika podziwiać przepiękne okolice Ustronia, znalazłam się na Równicy.
Sama Równica to jeden wielki zawód.
Pamiętam wrześniowe piękno tego miejsca sprzed dziesięciu laty, teraz zobaczyłam jeden wielki parking. Auto na aucie, sznur ciągnący z dołu i spaliny. Nic tylko uciekać, wsiadać z powrotem do naszego zielonego pojazdu i lepiej popodziwiać widoki zza szyb.

Jeszcze czterysta metrów na szczyt.
Zimno jak za cara Mikołaja, ale widoki piękne.
To już nie jest śmieszne, miejsc już nie było, szpilki nie wciśniesz a auta wciąż wjeżdżały i wjeżdżały. Dramat. W dali widać nasz zielony pojazd…
…gdzie z radością wpakowaliśmy ciężkawe od grzańca tyłki i głowy.

No i śnieg. Tu jest, choć mieszkający tu mówią, że tak mało śniegu jak w tym roku, to tu jeszcze nie było.

Żal, że to już koniec trwającego trzy lata oczekiwania, ale chyba wystarczy. Tęsknię za moimi kotami, choć i tu były dwa koty, dla których zawsze miałam smakołyki w kieszeniach.

Przy wejściu do naszego sanatorium ma swoją budkę taki oto burasek. Mam nadzieję, że nikt świadomy pożytecznej roli kota, nie zrobi mu krzywdy. Łasi się do każdego, żal, że nie ma swojej ciepłej kanapy i chętnych kolan.
Niżej czeka i łapie promienie słonka rudzielec. Przepiękny. Ja, kociara, mogłam mu się godzinami przyglądać. Ale głaskać się nie pozwalał, widać, już coś przeżył.

Za nimi też będę tęsknić.

 

Krystyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *