Kawa

  

Na bazarze kupiłam z listkiem małym patyczek,

W foliowym był mieszku, nie było doniczek.

Rzekli że to kawa, ja w to uwierzyłam

Odtąd koślawy badylek czule hołubiłam.

Niczego brakować nie mogło roślinie,

Podlewałam nawozami, obornikiem w płynie.

Tak rósł lat czternaście, tyleż samo zim

A moje marzenia o kwitnącej kawie rosły razem z nim.

Nadeszła ta chwila, pączki popękały,

Piękne białe kwiateczki oczom pokazały.

Teraz słów nie mogę znaleźć by cudo opisać,

Wszystko zda się grafomaństwem, jakby nie zapisać.

Radość krótka była bo natury moce,

Białe kwiecie zabrały a dały owoce.

Gdy i te dojrzały, czerwone się stały –

Kawa umierała, owoce spadały …

Dziś mam znów badylek z listkiem,  jako na początku

Kawa – Matka. Hołubiony stoi cicho w kątku.

I pozwól mi Panie, doczekać tej chwili

Gdy pączków pękanie znów życie umili.

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *