Lepiej późno niż wcale…

Podobno na naukę nigdy nie jest za późno.
Tym razem padło na drożdże, których unikałam jak ognia po tym, jak moje ciasto drożdżowe z własnoręcznie zbieranymi jagodami, okupione bólem krzyża i kolan, żałobą za paznokciami przez kilka dni – wyrosło na wysokość jagód. Wtedy powiedziałam sobie – nigdy więcej.
Minęło jednak powiedzmy ~dzieścia lat i spróbowałam ponownie.
Tym razem, jako dojrzała kuchara, która wykarmiła bardzo dojrzałych już synów, i którym zawsze mamine obiady i wypieki smakowały – sięgnęłam po drożdże ponownie.
Po prostu miałam śliwki, z którymi trzeba było coś zrobić.
Raz więc kozie śmierć, podeszłam do tego problemu nadzwyczaj profesjonalnie, na wadze niemal laboratoryjnej.
Udało się!
Ciasto drożdżowe ze śliwkami – pół na pół węgierki z mirabelkami – udało się znakomicie, zniknęło zanim zdążyłam sfotografować.
Skoro wyszło jedno, powinno wyjść i drugie – pizza.
No ba. Jak na starą wygę (wayginę?) przystało, już mniej laboratoryjnie, bardziej na wyczucie, wzięłam drożdże, ciepłą wodę, szczyptę soli, cukier, dodałam szczyptę aromatycznych, suchych ziół i (oszczędzę detali) wyrobiłam ciasto.
Zrobiło się go na dwa razy, połowę włożyłam do lodówki na zaś.
Na wierzch wiadomo, sos pomidorowy, pieczarki, cebula, salami, ogórek. I oregano. I tarty ser.
Matko, co za zapach poszedł z pieca…

Pizza wyszła cieniutka, brzegi wyrośnięte u chrupiące. Jednym słowem niemal doskonała nie chwaląc się.
Smacznego!

Połowa ciasta poszła do lodówki na zaś. Tyle, że głupie rośnie w tym foliowym worku jak… na drożdżach 🙂

 

Krystyna

2 myśli na temat “Lepiej późno niż wcale…”

  1. Wygląda pysznościowo, zapewne smakowała wybornie.
    Dzisiaj pewnie replay, może w sobotę ?
    Kurka wodna, daleko to jest, szkoda 🙂 .

    Dobrego dzionka 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *