Małe wielkie przyjemności…

Jakoś tak sobie wymyśliliśmy, że rodzinne święta obchodzimy nie w domu, gdzie trzeba było tylko zapieprzać w kuchni przed i po, a wychodzimy na obiad do wybranej przez solenizanta restauracji, idziemy na kręgle, do kina, albo wyjeżdżamy coś zobaczyć.
Listopadowe urodziny syna, w ramach prezentu, spędziliśmy we wrocławskim zoo, a właściwie w samym afrykarium, bo tam upłynęło nam niezauważenie prawie sześć godzin. Naprawdę.

Kiedy z daleka zobaczyłam wielki wagon kolejowy z dziwnym graffiti pomyślałam, że chyba bez sensu było jechać tu niemal trzysta kilometrów, przy niesprzyjającej, mokrej aurze.
Jakże się myliłam!

Wrocławskie zoo znam teoretycznie od dziecka dzięki programowi “Z kamerą wśród zwierząt”, który prowadziła para dyrektorów – Hanna i Antoni Gucwińscy, których potraktowano, według mnie, bardzo niesprawiedliwie. Znając ich absolutną empatię do zwierząt nie wierzę, żeby znęcali się nad niedźwiedziem Mago.
Antoni Gucwiński został zresztą sądownie z tych zarzutów oczyszczony, ale smród i żal pozostał.

Wracając do tego a’la wagonu, pomyślałam też, że jakiś on mały, i że cóż tam może się zmieścić, jednak za progiem wkroczyliśmy w inny świat.
Czego tam nie było…

Wagon jak się patrzy, przed nim sadzawka, ale w środku…
Hipcie razem z rybami i ptakami w absolutnej symbiozie. Ludzie mają gorzej, ale o tym potem.

 

Wkraczam w podwodny świat. Nie da się tego słowami opisać, to trzeba zobaczyć.
Przepływająca nad głową płaszczka robi wrażenie. Za pierwszym razem człowiek aż kurczy się ze strachu… I te miny – raz uśmiechnięta, raz zawzięta i gotowa do pożarcia…
Dobrze, że szyby są odpowiedniej grubości, takie spotkanie oko w oko budzi respekt.
Karmienie zwierząt odbywa się w określonych przy wejściu godzinach, w towarzystwie opowiadającej o wszystkim pani. Niezwykła lekcja przyrody a na zdjęciu karmienie manatów. Zieloną sałatą. Podsłyszeliśmy panią z mikrofonem: cyt: jeszcze popieprzę trzy godziny a o piętnastej idę na kawę. Oczywiście nie było to dla naszych uszu, a do koleżankowych 🙂
Kaczka? Gęś? Nie mam pojęcia, ale była śliczna.
Wielkość i ogon dużej myszy albo małego szczura, pyszczek z kilkucentymetrową trąbką. Ruchliwe jakby z ADHD i trudno było zrobić lepsze zdjęcie.
Antylopa poskładana chyba z kijowo do siebie pasujących części. Jakby każdy zwierz coś jej podarował…
Rarytas – małe, rude pandy. Padał deszcz, było szaro i brzydko, to i zdjęcie takież.
Ten słoń podejrzanie i jednostajnie kiwał się z nogi na nogę. Albo słyszał wewnętrzną muzykę, albo miał problemy natury psychicznej.
Pantera śnieżna. Stałam przy niej chyba pół godziny, dwukrotnie do niej wracałam. Jest przepiękna. Tylko nerwowa jakaś, bo na papu czekała.
Ostatnia pani nosorożcowa. Chłopa wykończyła i sama sobie dzieci nie zrobi, umrze samotnie. Poważnie mówiąc, niedługo nosorożce będziemy znać tylko ze zdjęć. Białe nosorożce są już gatunkiem wymarłym, na wolności są tylko dwie samice…
O tym wspomniałam przy okazji hipopotamów, bo…
…bo fruwające nad głowami odwiedzających ludzi ptaki, duże przecież, potrafią zostawić pamiątki wielkości sadzonego jajka. Tyle w temacie wolno fruwających ptaków.
No, a to je jo…

Część zwierząt ze zdjęć znajduje się oczywiście na zewnątrz, nie w afrykarium, niemniej aura nie sprzyjała dokumentowaniu i robieniu ładnych fotek. Co tu dużo mówić – padało i to nieźle. Wybrałam według mnie najlepsze zdjęcia, aczkolwiek z żalem odkładałam pozostałe. Warto tam pojechać i zobaczyć na własne oczy.

 

Krystyna

Jedna myśl na temat “Małe wielkie przyjemności…”

  1. Hejka, Krysiu :).
    Mieliście fantastyczną wycieczkę. Cieszę się, bo dzięki zdjęciom mogłem “pobyć” tam i ja – dziękuję.
    Antylopa wygląda całkiem przyjaźnie i sympatycznie, słonik pogrążony w zadumie, wszak koniec roku blisko i już niedługo będzie rok starszy – pewnie szuka sensu życia :).
    “Kotecek” – pantera śnieżna, pewnie wkurzała się, że tyle mięsa łazi za szybą, a ona nic nie może dziabnąć :).
    Ze zrozumiałych względów “kupił” mnie podwodny świat – tam mógłbym wziąć sobie krzesełeczko, posiedzieć godzinkę w jednym miejscu, potem godzinkę w drugim miejscu, etc., etc. :).
    Uśmiech, uśmiechem, ale dziękuję Ci także za dobre słowo o Państwu Gucwińskich, wychowałem się na Ich programie.
    Boli mnie, że tak ich potraktowano, odnoszę wrażenie, że sprawa z niedźwiedziem była tylko pretekstem, by się ich pozbyć z zoo.
    Musieli opuścić służbowe mieszkanie, zostali wyrzuceni jak stary mebel, dziś żyją w zapomnieniu.
    Oglądałem kiedyś wywiad z Tą Cudowną Parą, nie mają nawet przyjaciół, bo całe życie poświęcili dla zoo.
    Tak się dziękuje dziś osobom, które tworzyły historię programów przyrodniczo zoologicznych w TVP, jest to mega przykre, dziś większą postacią jest Zenon Martyniuk, któremu urządza się benefis – naprawdę, nic do niego nie mam, lubię czasem posłuchać jego piosenek, ale jeśli on został tak uhonorowany, ( moim zdaniem – na wyrost ), to czy na uczciwy program wspomnieniowy w TVP, doceniający dwoje wspaniałych ludzi nie należy się Państwu Gucwińskim ?

    Pozdrowienia i jeszcze raz dziękuję :).

    P.S. Dobrze, że Kurski nie lubi słuchać ciężkiego metalu, bo wtedy dopiero by było – tu niech każdy wstawi sobie takie słowo, jakie uważa za stosowne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *