Matka Polka…

Wigilia.
Najpiękniejszy dzień w roku, na który się tak bardzo czeka tyle dni, ba, już po kolacji czuje się żal, że znów rok trzeba czekać…
Zakupy, przygotowania i radość z bycia razem, że ma się najbliższych przy stole.
Czas szybko mija, każdy chwali kapustę z grzybami, karpia w galarecie.
Prezenty.
– Naprawdę wszystko dla mnie? – pyta wzruszony syn.
O 20.00 mama jest już zmęczona, chce wracać do siebie, a więc odwozimy, pakuję jeszcze smażone ryby na zaś.

Ogarniamy bajzel, którego uniknąć się nie da kiedy wyciąga się te lepsze rzeczy na stół, słuchamy kolęd i rozmawiamy. O wszystkim i o niczym. Lubię te dyskusje synów, kiedy dzielą się przeżyciami, doświadczeniami, planami, i tak do 1.00 w nocy. Potem sięgam jeszcze po kolejną książkę Tokarczuk, bo przecież nie mogę zostać w intelektualnym tyle, o 2.00 już decyduję się położyć spać.
Ledwo zasypiam, a przynajmniej tak mi się wydaje, łapie mnie skurcz w nodze, od kolana do góry. Szlag trafił, jaki to ból! Wyskakuję z wyra zgięta w pół, co chcę się wyprostować to kolano z bólu idzie w górę, kolano w dół – zgina mnie w pasie. Jak marionetka na sznurku. Na zegarze 3.30, masuję bolesny mięsień, żeby minął ból musi minąć jakiś czas, jakieś pół godziny.
Szukam wygodnego miejsca w łóżku, kładę się na waleta, zasypiam, ale na krótko, chyba, ze snu wyrywa mnie dźwięk telefonu.
To mama.

– Przewróciłam się, nie umiem wstać, potrzebuję pomocy – mówi.
– Mamuniu, która jest?
– Minęła piąta.

Budzę syna, musi pojechać ze mną, bo sama nie dam rady mamy z podłogi podnieść, zresztą nawet nie wiem jak to się stało i co zastanę. Przy windzie spotykam sąsiadkę, która właśnie wychodzi z psem, pod blokiem spotykamy inną, już spacerującą.

– W śmietniku śpi jakiś bezdomny, matko, jak on chrapie – mówi ta druga, podchodzimy bliżej, faktycznie leży gość w jasnych spodniach, na tekturze, a tu zimno jak diabli i mżawka. Mówię, że trzeba zadzwonić na 112 i myślę o czekającej na podłodze mamie.
– Nie mam przy sobie komórki.
– Ja też nie mam.

No ja mam, trzymam w ręce w razie, gdyby mama zadzwoniła.
Dzwonię, odbiera dyżurny, przedstawiam się, klaruję o co chodzi.
– Śmietnik zadaszony?
– Nie, zbudowany z estetycznych deseczek, bez dachu, człowiek leży przy samym murku.
– Jest przytomny?
– Skoro chrapie – to chyba przytomny.
– Jest z nim kontakt?

Tłumaczę, że nie podchodziłam do niego, nie wiem czy kontaktuje, czy trzeźwy, czy naćpany, śpieszę się do matki, która leży na podłodze u siebie w domu i czeka na moją pomoc. Uważam, że trzeba facetowi pomóc, jest zimno i mokro, dlatego dzwonię.
– Czy numer z którego pani dzwoni, jest numerem kontaktowym?
– Tak, to mój numer.
– Proszę się nie rozłączać, łączę panią z ratownikami medycznymi.

Czekam idąc w stronę parkingu, bo zaczynam się niecierpliwić.

– Słucham – słyszę z tamtej strony głos wybudzonej ze snu zimowego wściekłej niedźwiedzicy.

Znów od początku dokładnie ta sama procedura, te same pytania, czy jest z nim kontakt, czy trzeźwy. Tłumaczę wkurwionej, że ją obudziłam koordynatorce, że nie wiem, że nie mam czasu sprawdzać, bo śpieszę się do leżącej na podłodze mamy a ona wiecie co do mnie?

– Proszę podejść do niego, zagadnąć i sprawdzić czy trzeźwy.

Nie wytrzymuję, dość niegrzecznie odpowiadam, że jestem już na parkingu i właśnie wsiadam do auta, bo ŚPIESZĘ SIĘ DO MATKI, KTÓRA SIĘ PRZEWRÓCIŁA W SWOIM MIESZKANIU I CZEKA NA MNIE. Dodaję, że chcę człowiekowi pomóc, że wszystko rozumiem, ale nic więcej zrobić już nie mogę.

– To wszystko – słyszę i pędzę do mamy.

Jest wczesny, bardzo wczesny świąteczny poranek, nie powiem, że wymarzony, jestem niewyspana, zmęczona, zniesmaczona.
A pies to drapał, po powrocie wskakujemy z powrotem w piżamy, śpimy do południa.
Ostatecznie mamy Boże Narodzenie.

Krystyna

3 myśli na temat “Matka Polka…”

  1. Witaj, Krysiu.
    Tak to już jest, że chcąc przygotować świąteczne smakołyki stajemy na głowie, mówiąc : “Potem odpocznę”.
    Zabiegana, zalatana, zmęczona, a do tego jeszcze kłopoty i ratowanie Twojej Mamy – liczę, że oprócz kilku siniaków i stresu nic sobie nie zrobiła.
    Im bardziej na czymś nam zależy, tym bardziej to się potem nie udaje.
    Nie wiem jak Ty uważasz, ale mnie bardziej cieszy, że ten świąteczny czas już za mną.
    Aż się dziwię, że pani dyspozytorka z numeru 112 nie zasugerowała Ci zabrania jegomościa do siebie, wszak trzeba okazywać miłosierdzie :).
    Oprócz wielu przypadków ratowania życia przez dyspozytorów, zdarza też często tak, że swoimi wezwaniami im “przeszkadzamy” – wystarczy poczytać w necie lub pooglądać reportaże o odmowie wysłania karetek do osób naprawdę potrzebujących pomocy.

    Pozdrawiam serdecznie, życzę Tobie i sobie abyśmy chorowali jak najmniej i nie przeszkadzali dyspozytorom z numeru 112 :).

    1. Nie, to nie tak. Dyżurny spod 112 był rzeczowy i profesjonalny, dopiero połączenie z ratownikami medycznymi podniosło mi ciśnienie. Jednaj już zapominam, był poranek bożego narodzenia. Rozgrzeszam.
      Pozdrawiam serdecznie Jarząbku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *