Co ja pacze…

Dwa i pół dnia obserwacji w sanatoryjnej stołówce powoduje u mnie odruch ucieczki.
Patrzę i oczom nie wierzę, myślałam, że takie rzeczy już się nie zdarzają.
Przy stolikach siedzi od sześciu do dziesięciu osób i nie uwierzycie – kto pierwszy ten lepszy. Dwóch pierwszych kuracjuszy ma wszystko dla siebie a każdy, kto przyjdzie kilka minut później musi iść do kuchni i prosić o dokładki, mimo, że na stole jest tyle porcji, ile przewidzianych osób.
Kiedy była na kolację fasolka po bretońsku, jeden z panów przy moim stoliku zaaplikował na swój talerz mniej więcej połowę wazy, która była dla wszystkich. Powiedział bezceremonialnie, że to lubi.
Kiedy na śniadanie na talerzu mieliśmy twarożek, potartą rzodkiew, dwa plastry kiełbasy krakowskiej i masło roślinne, a w koszyczku na stole leżały sztućce – ten sam pan, po posmarowaniu chleba zjadał twarożek nożem, mimo, że widelce i łyżeczki leżały obok. Nóż smakowicie wylizał.
Inny z panów, odsunąwszy talerzyk z mielonką, masłem roślinnym i liściem sałaty rozłożył chleb na obrusie, posmarował, nałożył wędlinę, sałatę, nakrył drugą kromką i bez przekrawania wsuwał, zostawiając na stole niesamowity wstyd. Podczas obiadu miał pretensje, że nie podają do zupy chleba.
O usypywaniu cukru do serwetki, o stosach kromek chleba zabieranych do pokoju – już nawet nie wspomnę.
A na łopatki położył mnie jedząc widelcem w prawej a nożem w lewej ręce, bo tak było mu wygodniej. Ręką wyławiał torebki z herbaty, wyciskał w palcach i ciskał nimi na talerz.
Wiem, że się czepiam, ale kiedy byłam z Gabi w październiku w spa, w Długopolu – nie do pomyślenia było, żeby na posiłek ktoś przyszedł w plastikowych czy domowych laczkach!
A tu? Powyciągane i pewnie po przejściach na zabiegach (co wnioskuję z ciągnącej się za gościem woni), za krótkie gacie z dresa – to pewien standard. Dla mnie nie do zaakceptowania.

Posiłki takie sobie, ani dobre, ani niedobre, porcje nie za duże, żeby nie powiedzieć – niewielkie. Za to gospodarka jest tutaj niezła – jak na obiad były buraki, to następnego dnia na śniadanie – pasta z buraków do chleba. Mnie smakowała…

Jednak zrobiłam zdjęcie, ta pasta z buraków mnie urzekła…

Dwa i pół dnia minęło. Do końca turnusu zostało dwa i pół tygodnia. Co jeszcze zaobserwuję? Aż strach się bać.

Krystyna

2 myśli na temat “Co ja pacze…”

  1. Nie zazdroszczę współtowarzyszowi w pokoju tego pana, który lubi fasolkę, już wyobrażam sobie te skrytobójcze nocne naloty bombowe :).
    Patentu z usypywaniem cukru do serwetki nie znałem, ale co ja tam w życiu widziałem :). To pewnie wynika z tego, że bym nie doniósł – ot, co :).
    A chleb do pokoju ? Może w mniemaniu co poniektórych to taki podwieczorek z NFZ ?
    Teraz mi do głowy przyszło, że chleb można cukrem posypać, wodą polać i mamy ciasteczko :). Sam tak w domu robiłem, smakowało mi, ale miałem wtedy siedem lat.
    Co to jest pasta z buraków ? Coś jak ćwikła ? Ale do tego chrzanu przecież potrzeba.
    Nurtuje mnie to :).

    Proszę już zawczasu o część trzecią i pozdrawiam niedzielnie 🙂

    1. Pan od fasolki ma jedynkę, znaczy mieszka sobie sam jeden w pokoju, co usprawiedliwia ilość zjedzonej tejże.
      Pasta z buraków była niezła (wczoraj z brokułów podali), myślę, że były tam zmielone buraki, cebula, majonez i jogurt, wszystko dobrze doprawione. Może i siekane jajko, jak w paście z brokułów?
      Dziś za to sałatka śledziowa, z groszkiem, papryczką. Poezja! Szkoda, że tak mało…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *