Na gazownika…

W zasadzie dziś chcę napisać o czymś innym, ale najpierw chcę się odnieść do zdjęcia z korytarza sejmowego. Jedyna kandydatka na Rzecznika Praw Obywatelskich, czyli również mojego rzecznika – Zuzanna Rudzińska-Bluszcz czeka na przesłuchanie, na jakiekolwiek oficjalne informacje dotyczące głosowania od Jaśnie Pani Marszałek Witek.
Nie wpuszczono jej na galerię, nie podano nawet krzesła. Głosowanie odwołano.
To już naprawdę upadek dobrych obyczajów. Tak zachowują się obrońcy rodziny? Tak wygląda szacunek dla kobiety?
No serdecznie gratuluję dobrego samopoczucia.

A teraz do rzeczy.
Od wielu lat powtarzam mojej starej mamie, żeby nie otwierała nikomu drzwi, że my mamy klucz, że jak ktoś chce ją odwiedzić – najpierw zadzwoni.
Uczulam na złodziei na wnuczka, na lekarza, na covid, na listonosza, policjanta. Powtarzam to jak mantrę z uporem maniaka, za każdym razem kiedy od niej wychodzę.
I co?
Ano, sama dałam się nabrać. No prawie.
Było po 15.00, piliśmy z mężem kawę, kiedy nagle zadzwonił domofon. Bez umówionego sygnału. Obiecujemy sobie, że takim nie otwieramy, bo to albo naciągacze, albo fałszywi monterzy, żebracy, albo domokrążcy. Ale mąż otworzył.
Przystojny, około 30-to letni młody mężczyzna podaje się za technika gazowego, jestem przekonana, że z naszej Spółdzielni Mieszkaniowej.

– U sąsiadów ciekła woda z piecyka, muszę sprawdzić u państwa czy też nie kapie.
Żadna lampka się zapala.
No czasem się tak zdarza, ale skoro ciekło u sąsiada to czego szuka u nas?
Mąż go grzecznie przepuszcza i wpuszcza do łazienki.
– No oczywiście, że tu też kapie – mówi z satysfakcją i pokazuje mokry palec i kropelkę wody wiszącą od dołu junkersa.
Nie pytając ściąga obudowę naszego piecyka, wyciąga pokrętła i demonstracyjnie przeciąga palcem po nagrzewnicy, a tam wiadomo, kurz.
– Proszę spojrzeć, ten piec jest w stanie opłakanym…

Łi łuu, łi łuu coś się w mózgu zapala, bo przecież piecyk, może nie pierwszej młodości i kilka latek ma, był około trzy lata temu czyszczony i sprawuje się bez zarzutu, regularnie sprawdzany przez kominiarzy ze spółdzielni, a co ważniejsze – nigdy z niego nie kapało. Zresztą z gazownikiem, który go przywiózł, założył i do którego dzwonimy w razie potrzeby, bo zostawił na piecyku nalepkę ze swoim numerem telefonu – jesteśmy w kontakcie.

Patrzymy z mężem na siebie a pan technik gazowy w tym czasie w swojej komórce szuka nagrzewnicy, pokazuje nam tłumacząc, że nowa kosztuje około 860 złotych, że się nie opłaca, że lepiej od razu kupić nowy piecyk za 1500. Otwiera swój skórzany skoroszyt, gruby od ilości zleceń i wyszukuje dla nas wolną datę.
Już wiem, że trzeba grzecznie a skutecznie gościa się pozbyć, więc mówię, że owszem, planujemy wymianę piecyka, ale dopiero w momencie, kiedy będziemy przeprowadzać remont łazienki, co jest zresztą zgodne z prawdą. Proszę o założenie obudowy i pokręteł, oraz o namiary, bo wielce prawdopodobne, że skorzystamy z usługi.
Podał mi numer telefonu i swoje imię i nazwisko – Paweł Markowski.
Uśmiechnęłam się do niego, powiedziałam, że mam sentyment do Pawłów, podziękowałam i zamknęłam za nim drzwi.
Odetchnęliśmy.
Od razu wydzwaniałam do zaprzyjaźnionych sąsiadów, by mieli się na baczności – żadnego z nich nie było w domu, nie odbierali telefonów. Trudno.
W pewnym momencie mąż krzyczy z kuchni:
– Krysiu, ale my nie mamy ciepłej wody!

Ciśnienie skoczyło do 300.
Nie wierzę, sama muszę przecież sprawdzić, ale naprawdę nie leci ciepła woda. Dzięki bogu, że byłam taka zapobiegawcza i mam numer telefonu. Dzwonię. Odebrał.
Grzecznie tłumaczę, że po jego działaniach nie mamy ciepłej wody i że proszę, żeby wrócił i zrobił piecyk taki, jaki mieliśmy przed jego przyjściem. Wiecie co odpowiedział?

– A skąd ja mam wiedzieć, że ciepła woda była, piec jest w tragicznym stanie.
Zresztą, nawet jeśli wróci, to takie usługi są płatne.

Oszczędzę opisu dalszej rozmowy, ale kto mnie zna ten wie, że mnie wyprowadzić z równowagi jest naprawdę bardzo, bardzo trudno. Jemu się udało, stanęło na tym, że ma natychmiast wracać i doprowadzić piecyk do takiego stanu, w jakim był. Odpowiedział, że teraz jest zajęty, ale postara się przyjść. Po kwadransie oddzwonił i oznajmił, że przyjdzie za 15 minut. Przyszedł po 25-ciu.
Bardzo oburzony, bo czego my od niego chcemy, przecież mówił, że piec jest do wymiany i nadal wciskał kit, że prawdopodobnie jak przyszedł my już tej ciepłej wody nie mieliśmy.
Byłam już opanowana, już ochłonęłam.
On znów ściąga obudowę, wyciąga pokrętła a ja pytam, po jakie licho przyszedł i po drugie licho rozebrał nasz, dobry przecież piecyk?
– Przyszedłem, żeby państwu pomóc…
– Jeśli potrzebuję pomocy sama potrafię o nią zadbać, nie zapraszałam pana a tym bardziej nie prosiłam o pomoc przy dobrym piecu!
– Ten piec jest do wymiany a ja tu jestem, żeby pomóc.
Pytam z jakiej jest firmy, odpowiada, że jest szefem swojej firmy, podaje jej nazwę a ja proszę o adres.
– Dam pani pieczątkę.
Ale nie daje, ma ją ponoć zapomnianą w aucie, zapisuje mi jeszcze raz ten sam numer telefonu, imię i nazwisko. Inne niż poprzednio, więc pytam dlaczego, odpowiada, że tak nazywa się monter.
Nie wnikam już, czy jako monter nazywa się inaczej a jako szef firmy inaczej, chcę, żeby jak najszybciej wyniósł się z mojego mieszkania.
Kiedy wyszedł, mąż popoprawiał, znaczy podociskał pokrętła, bo wsadził je byle jak, wyregulował płomień i ciśnienie, domknął pojemnik na baterię, bo też go nie domknął, a ja w Google i dawaj szukać firmy pana Rafała Ł. Znalazłam. Gość fatygował się aż z dolnośląskiego Sycowa.

Na pewno nie skorzystam z jego usług, co i państwu polecam. Nie da się zaskarbić klientów, jeśli na dzień dobry daje się poznać jako hmmm, oszust?

I znów obiecujemy sobie, że już nie otworzymy drzwi nikomu, z kim nie będziemy umówieni, choć to bezsens i absurd.
A swoją drogą, jak on to zrobił, że na rurce wisiała kropla wody, wody, której ani wcześniej, ani później nie było.

Krystyna

2 myśli na temat “Na gazownika…”

  1. Witaj, Krysiu.

    Skóra cierpnie na myśl o takich przedsiębiorczych fachowcach.
    Z każdego pieca mu zapewne cieknie.
    Pomyliłaś się chciałaś dobrze, najważniejsze, że nie dałaś się oszukać.
    Jestem pewien, że jego “oferta” była zwykłym szukaniem jelenia, na szczęście w porę zreflektowałaś się.
    Pan nie tyka się działalności w swoim miejscu zamieszkania, głowę dam, że jest tam dobrze znany – zatacza więc coraz szersze kręgi.

    Pozdróweczki :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *