Naiwność czy głupota?

Lena i Janka poznały się w pracy.
Mimo, że dzieliło je kilkanaście lat różnicy, świetnie się dogadywały, tworząc doskonały team, któremu prowadzenie magazynu z narzędziami hutniczymi, nigdy nie sprawiło najmniejszego problemu. Zawsze i wszystko się im zgadzało.

Janka, ta starsza, miała od urodzenia krótszą i pozbawioną mięśni nogę, przez co bardzo kulała, żeby nie powiedzieć – ledwo chodziła. Miała dwóch synów, starszy zginął tragicznie ujeżdżając nowy motor, młodszy natomiast – Adam – wyjechał przed stanem wojennym do Niemiec i nie wrócił. Mąż alkoholik zapił się na śmierć w bardzo młodym wieku.
Janka była więc sama jak ten palec.

Lena, urodzona we Francji, mająca podwójne obywatelstwo i nie dający złudzeń francuski akcent, wychowywała dwie córki i też miała męża pijaka, który wszystko z domu wynosił i sprzedawał za wódkę. W końcu nie wytrzymała, wywiozła dziewczynki do mamy a sama wyjechała do Francji zarabiać. Po kilku latach zarobiła tyle, że po powrocie kupiła mieszkanie, pospłacała długi męża i przeprowadziła rozwód. Wtedy przyjęła się do pracy we wspomnianym magazynie.
Prócz pracy na pełnym etacie w hucie, Lena znalazła jeszcze dodatkową pracę, jako sprzątaczka w szkole. Wspominając powiedziała, że nie miała wtedy czasu na sen.

Janka przeszła na rentę i bardzo chorowała.
Raz upadła i złamała biodro. Ponieważ była samiuteńka, Lena nie pozostawiła jej bez opieki. Biegała do niej codziennie.
Bezinteresownie. Mało, idąc do koleżanki kupowała po drodze smakołyki, świeże pieczywko. Nigdy nie żądała pieniędzy bo ileż to ta Janka może mieć tej renciny…
Janka przyzwyczaiła się do codziennych wizyt Lenki do tego stopnia, że kiedy ta spóźniała się pół godziny,  włosy z głowy rwała że już nie przyjdzie albo co gorsza, coś jej się stało.
Lena była coraz bardziej umęczona codziennymi obowiązkowymi wizytami, do których, nie zapominajmy cały czas dokładała. Wtedy okazało się, że Janka ma raka.
Kiedy obcięto jedną pierś, rak przeszedł spokojnie na drugą.
Lena zdecydowała się zadzwonić do syna Janki – Adama.
Kiedy przyjechał, Janka nie mogła nachwalić się jaka ta Lena dla niej jest dobra, ile jej kupuje, no i w ogóle. Kiedy poprosiła, by syn Lenie podziękował – oburzył się.
 – Wy w tej Polsce to byście tylko chcieli żeby wam za wszystko dziękować!
Lena dostała paczkę kawy i czekoladę a Adam znów wyjechał.

Jance się pogorszyło i znów wylądowała w szpitalu.
Lena była u niej codziennie, personel był przekonany że jest córką Janki i tak też z nią rozmawiali. Jak z członkiem rodziny.
W końcu została wezwana do ordynatora, który rozłożywszy ręce powiedział, że już niczego nie zrobią i że trzeba Jankę wypisać do domu.
Lena też rozłożyła ręce przyznając, że jest tylko jej koleżanką i nie jest w stanie jej zabrać. Janka została, po niecałych trzech tygodniach zmarła.
Znów zadzwoniła do syna, pomagała mu w załatwianiu wszelkich formalności i roszczeń finansowych.
Po pogrzebie, mimo iż wzbogacił się o ładnych kilka tysięcy, żalił się znajomym jak bardzo jego portfel został uszczuplony…
Lenie było bardzo przykro.
On wyjechał, a Lena zajęła się mieszkaniem Janki, remontem, opłatami, tak by syn mógł czerpać korzyści z wynajmu. Zawsze przedstawiała bardzo skrupulatne rachunki wpływów i wydatków. Ale Adamowi było ciągle mało, w końcu zabrakło chętnych na wynajem. Mieszkanie zostało puste a Lena poinformowała syna koleżanki że ma dość, że ma się sam teraz zająć mieszkaniem.

Po jakichś dwóch latach, niespodziewanie do niej zadzwonił.
W rozmowie przedstawił krótko po co.
Ma znajomego, który od ponad dwudziestu lat nie był w Polsce i marzy, by przyjechać do wspomnień. Poprosił o gościnę dla kilku osób w mieszkaniu Leny. Lena była zdziwiona że nie do mieszkania po matce, ale zgodziła się. Ostatecznie tamto mieszkanie z pewnością było nieco zapuszczone przez te dwa lata, od kiedy oddała klucz.
Powiedziała, że na czas ich pobytu pójdzie pomieszkać do córki.
Wysprzątała, umyła okna, zawiesiła nowo kupione na tą okazję firany, ubrała świeżą pościel.
Zapełniła barek, lodówkę, a że było bardzo ciepło – nakupiła napojów we wszystkich niemal barwach i smakach, bo nie wiedziała co lubią…
Poświęciła na to niemal swoje dwie, liche emerytury.

Kiedy po tygodniu wróciła do swojego mieszkania, w lodówce znalazła niewielką bombonierkę.

 – Wiesz, muszę to tak załatwić żeby nie spotkać się z nim na cmentarzu, na pewno przyjedzie pierwszego listopada, ale ja nie mam ochoty go widzieć – powiedziała mi niedawno.

Wierzę.

4 myśli na temat “Naiwność czy głupota?”

  1. Też bym nie miała ochoty na spotkanie z takim egoistą. W zyciu coraz częsciej tak bywa ,że wystarczy pokazać palec a chcą całą dłoń.Lena zrobiła bardzo dużo i nie ma zadnego obowiązku robić więcej.Dla kogo? Za okazaną dobroć często dostajemy dobrą szkołę życia,a później ludzie się dziwią dlaczego jest tak a nie inaczej.”Masz miękie serce musisz mieć twardą d……” Usciski Krysiu.

    1. Lena ma dziś 73 lata i znów biega. Do prawnuków by wnuki spokojnie mogły pracować… Taki to już człowiek – nie usiedzi na miejscu.Wszystkiego dobrego Olu.

  2. Podziwiam takie osoby, podziwiam za tą niezłomność… Ja bym mu te niemieckie bombonierki już po pogrzebie pomogła zjeść przez odwrócony proces metabolizmu…

    Ale to są ludzie urodzeni przed 1960-1965 rokiem… następne roczniki, w tym mój są egoistyczne i bardzo pretensjonalne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *