Noc w muzeum…

Tak jak i w Polsce, w Niemczech jeden raz w roku jest Noc Otwartego Muzeum. Napisałam w liczbie pojedynczej, ponieważ nie wiem, czy inne muzea też były w tym samym czasie otwarte, a chcę być wiarygodna.
Inna sprawa, że do tego otwartego muzeum w Traben-Trarbach ludzie parli nie dlatego, że za darmo wstęp, ale dlatego, że można było obejrzeć niemalże spektakl; wejście do tego muzeum jest zawsze bezpłatne. Samo muzeum, to barokowa willa bogatego, niemieckiego handlowca Johanna Adolfa Böckinga.
No to dawaj, idziemy.
Wrześniowy wieczór, otwarcie o 19.00, leje jak z cebra, jednak tłum przed wejściem pozwala mieć nadzieję, że warto moknąć…
Wchodzimy z tłumem. Do obejrzenia parter i trzy piętra.
Spróbuję Was choć trochę zainteresować, pokazać choć część zdjęć, mam ich masę i wiadomo, muszę wybrać. Patrzcie i uśmiechajcie się.

Trzecie piętro to teren Czerwonego Kapturka. Babcia w wielkim, wiklinowym koszu miała kilka flaszek wina i bez skrępowania wciągała lampkę po lampce. Kapturek dokarmiał i dopajał Wilka, na którym dość żałośnie zwisała skóra. Obok była pralnia. Wielka balia a w niej kilka par białych pantalonów i tara do prania, zwana tutaj Waschbrett.
Oglądałam i podziwiałam rzeczy, co do użyteczności których nie miałam i nadal nie mam zielonego pojęcia. Oto jedna z nich – jakby młot, jakby miech. Skute toto łańcuchami, stoi na jakichś szpilach i na tle beczek z winem w piwnicy. Ktoś coś?
Życie Celtów na żywo. Co jedli, jak się ubierali, monety wybijali, jakieś rękodzieła z dziećmi robili. Można było spróbować chleba z czymś tam. Obok stało krosno, na którym kobieta tkała kolorowe pasy, takie krajki. Po terenie tego piętra przechadzał się Rzymianin w hełmie, chętnie pozował do zdjęć, nawet hełm wypożyczał. Metalowej koszuli i spódniczki już nie.
Epoki przemieszane, ale nie szkodzi. Te panie przez wiele godzin układały loki, no ale jak lokówka zimna… Za to atmosferę podgrzewało oczywiście wszędobylskie wino. Ale kapelusik na łóżku zarąbisty, nie?
Przepiękny stojak na olbrzymią karafkę i wiele, wiele pięknych kielichów – pucharów. Wygląda na to, że tu spotykali się myśliwi., na ścianie wisi łeb jelenia, ale tylko rogi prawdziwe, reszta z jakiegoś tworzywa, Paskudztwo.
To sypialnia małżeńska. Nocnik, takie “żelazko” do ogrzewania wyra, kołyska. Z prawej strony stoi szafa pełna bielizny, również damskiej. Tu lądowały wyprane wcześniej i wyprasowane żelazkiem na duszę pantalony, koszule i pościel. Z gościem pykającym faję można było pogadać – tylko na to czekał! Jak cię złapał – przepadłeś bracie…
Ten tam z tyłu – sztuczny, ale ten skryba na przodzie – całkiem żywy. Nie wiem co on tam pisze, liczy ale wszystko jest oryginalne, prawdziwe – i meble, i papierzyska i ubiór uczonego jegomościa.
Jaaa… To moje ulubione miejsce w całym muzeum. Prawdziwy jesienny chleb z kartofli, prawdziwa kiełbasa, prawdziwa szynka parmeńska, sery, jakieś pasztety. Matko, jakie wszystko dobre. Uwierzycie albo nie, ale z powodu tej kuchni zwiedzałam całe muzeum chyba z cztery razy… Za każdym razem dostawałam grubą kromę z czymś tam, zawsze pysznym!
To chyba prawdziwe nie jest, no chyba, że wisi tam już jakieś dwieście lat…
Ekhm, miało być zdjęcie zabytkowego zegara a jest zabytkowej, przykurzonej i lekko spróchniałej matrony. A niech tam, skoro tak wyszło.
Nie wiem co to jest i do czego służy, przed chwilą taki mały, teraz taki duży… Ups, to nie ta bajka. Ale wygląda na jakieś narzędzie tortur, cy cuś.
O, patrzcie, autentyczna uczta. Mają pyszne ciasta i wino, częstowali, ale mnie jednak podobała się bardziej kuchnia… Wnętrza zabytkowe, częściowo stroje, a ksiądz jak wszędzie – najchętniej przy stole. Albo z tacą.
Johann Wolfgang von Goethe. Poeta. Był tam rzeczywiście w listopadzie 1792 roku. Mistrzami drugiego planu jest młoda para, a sam mistrz Goethe – sami widzicie, miał mrówy w pantalonach, nie dało się mu zrobić normalnego zdjęcia i też szukał ofiary do słuchania…
W pokoju, gdzie polowałam na Wolfganga Goethego są cuda techniki. Lunety i… skąd mam wiedzieć co to jest?
I dzidy jakieś. Pamiętacie budowę dzidy? Zadzidzie dzidy, przeddzidzie dzidy, zadzidzie zadzidzia dzidy itd.
To gratka. Autentyk. Dotknęłam jednym palcem ze strachem, że się rozleci. Nie rozleciała. Dotknęłam historii.
Sekretarzyk. Nad nim wiszą portrety tych, którzy z niego korzystali. Ileż tam tajemnic zostało powierzonych…
Na suficie dojrzałam dzwonki. Już widzę, jak pan domu pociąga za szarfę, prawy dzwonek budzi służącą, bo pan chce siku. Albo lewym pani budzi kamerdynera, bo głowa przestała boleć…
Jest i atelier fotograficzne! Wyobraźcie sobie, że asystentka fotografa ubierała chętnych delikwentów, dobierała kapelusze, cylindry, laseczki, binokle, fotograf – niestety aparatem całkiem współczesnym – robił cyk cyk i…
i… tadam! Oto ja.
Nazajutrz, ponieważ w muzeum zrobiło się duszno a pogoda zmieniła o 180 stopni – cała arystokracja wyruszyła na spacer. No tak mnie prosili o zdjęcie, tak mnie prosili, że w końcu uległam…

 

Krystyna

3 myśli na temat “Noc w muzeum…”

  1. Witaj, Krysiu.

    Bardzo sympatyczna wycieczka i klimatyczne miejsce.
    Uwielbiam stare, odrestaurowane meble.
    Ten sekretarzyk, hmm, gdyby on umiał mówić…
    Widać, że Noc w Muzeum organizowana tamże, jest robiona z pomysłem – eksponaty swoją drogą, ale ludzie, którzy odgrywali tam sobie przypisane role, tak jak Goethe, urzędnik, kucharki, czy ten pan w sypialni, ( to najlepsza robota, siedząca, ciepło i jak coś – nie pada ani nie wieje ) – pozwalali przenieść się zwiedzającym w tamte czasy i poczuć ich namiastkę.
    Fajnie, że macie zdjęcie w rzeczach z epoki, bardzo miła pamiątka, która pobudza wyobraźnię – w jakich to rzeczach kiedyś się chodziło
    Muzeum, które karmi – mój ideał, zaraz potem można wygodnie pójść spać :).
    Nic, tylko zwiedzać, cieszyć oczy i czekać do przyszłego roku :).

    Pozdróweczki :).
    P.S. Czy czterdziestoletni eksponat, trochę wyeksploatowany, tu i ówdzie podrapany, trochę krzywy, lecz stabilny, może zostać tam przyjęty ? Wtedy będzie wniebowzięty.
    Trochę gubi już trociny, oraz siwe ma włosiny, gdyby zeszyć, pofarbować, konserwować, przypudrować – może jeszcze pobalować. Bardzo ładnie zbiera kurz i nie jada tyle już.
    Gdy poweźmiesz już wiadomość, daj znać, proszę w Twym diariuszu – dodasz jemu animuszu :).

    1. Powiedz mi co jadasz, że tak ładnie do rymu gadasz? Ze mnie wena uleciała, choć rymować też bym chciała…
      Do wierszy pisania bierz się już, zanim całkiem pokryje Cię kurz!
      Z pozdrowieniami!

  2. Co ja jadam ?
    Już powiadam : przed świtem mgły troszeczkę na śniadanko, zapijam to, a jakże, maślanką.
    Na obiadek garść uśmiechu z rodzynkami, źródlaną wodą i ziemniakami.
    Podwieczorek – mandarynki, nieco ciasta z orzechami – to już w brzuchu mam dynamit.
    Kolacyjka – a to różnie, co popadnie, czasem kawał mi marchewki wpadnie, tu brukselka, pomidorek, może być winogron worek.
    A zaś w nocy, gdy to wszystko mi się zmiesza…
    Gwałtu, rety ! Gdzie toaleta !
    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *