Obiecanek nie było…

Wstaję rano razem z sąsiadem zza ściany – budzi mnie jego budzik o szóstej. Słyszę każdą jego pięciominutową drzemkę.
Pogoda nie rozpieszcza, cóż nikt nie obiecywał, że będą upały. Po deszczu, rano, morze wygląda dokładnie tak samo jak przed, tylko ludzi brakuje na niej, a górna warstwa piasku jest mokra.

Kormorany. Od zawsze w głowę zachodzę po co siedzą tak z rozpostartymi skrzydłami. Wiatr, deszcz, nieważne. Suszą pióra?
Uwielbiam tą kurtkę, bo ma same zalety: do kieszeni wewnętrznych wejdą buty, do zewnętrznych komórka, paczka chusteczek higienicznych, ma kaptur, jest leciutka i nigdy w niej nie zaginę – widać mnie z daleka.

Wkładam buty do wewnętrznych kieszeni kurtki i spaceruję. Zawsze szukam bursztynów, w ciągu całego życie znalazłam tylko dwa, ale za to ładne. Wczoraj znalazłam pięknie wyrzeźbiony przez korniki kawałek drewna , pół gogli pływackich, pęknięty materacyk do pływania i…

Wróci?
Małe dzieło sztuki, bo i artysta mały.

Krótkie przerwy pomiędzy ulewami wykorzystujemy na wypady w teren, żeby choć co ciekawsze rzeczy zobaczyć. Wczoraj zaliczyliśmy muzeum przyrodnicze Słowińskiego Parku Narodowego.
Wstęp cztery złote, wraz ze wstępem do Słowińskiego Parku Narodowego – sześć złotych.
Na razie, ze względu na deszcz – tylko muzeum. Niewielkie, bo mieści się w jednej sali, ale ciekawe, ładne.

Rozmawiałam z rybakiem o fokach, powiedział, że są traktowane jak szkodniki.

Po piętnastej, mimo deszczu, poszliśmy, a jakże, na obiad do Kaszubki, na gołąbki. Jakiż był mój zawód, kiedy okazało się, że gołąbków już nie ma, schabowych, nie ma, drobiu nie ma.
Były pierogi, placki po węgiersku i inaczej nazwane mielone. Ale żurek z jajkiem był wspaniały i kosztował jedynie pięć złotych.
Na gołąbki zostałam zaproszona na jutro.
Potem, z butami w kieszeniach, oczywiście długi spacer plażą.
Na kolację deser. Lody.
Tym razem w innym miejscu, firmowe, podane przez kelnera, w szkle. Wspaniałe!

Ogromne, smak każdej gałki od razu rozpoznawalny, bita śmietana nie za słodka, w środku pokruszony herbatnik i adwokat, wszystko polane musem truskawkowym. Za piętnaście polskich złotych.

Dobrego dnia!

Krystyna

2 myśli na temat “Obiecanek nie było…”

  1. Ja chcę gołąbki z “Kaszubki”, a potem lody :). Fajnie, że są takie miejsca, gdzie człowiek nie jest tylko “portfelem”.
    Nad morzem jest fajnie nawet w niepogodę, przyjemny szum morza nie da się z niczym porównać.
    W moim akwarium też szumi woda, ale to jednak nie jest to samo :).
    Miłego dnia dla Was :).

    1. Gołąbki u Kaszubki są rewelacyjne, bez dwóch zdań.
      Jesteśmy w rozterce, bo chciałoby się i do naszej smażalni, i do Kaszubki. Niestety i żołądek ma swoje ograniczenia.
      Jak nie ma pogody i leje, to nad morzem wcale tak fajnie nie jest. W Słowińskim Parku Narodowym nie dość, że nas doszczętnie zlało, to jeszcze pocięły komary. Szału nie było. Napiszę o tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *