Granice empatii…

– O ja pierdziu – zaklęła Rita próbując wstać z podłogi.
Wrogiem okazał się być brzeg dywanu, w który kobieta zahaczyła stopą i straciła równowagę. Kiedy jest się po siedemdziesiątce i po złamaniu nogi w okolicach kostki kilka lat temu się wie, że każde złamanie jest niebezpieczne. Dlatego usiadła i chwilę zastanawiała się co się stało, stwierdziła, że nie biodro a noga boli, ta sama, która wtedy była złamana.
Próbowała wstać, bezskutecznie.
– Ja pierdziu – powtórzyła.
Był piątek, przed Ritą była perspektywa weekendu z bólem a mieszkała sama, więc zdecydowała się zadzwonić na pogotowie, gdzie usłyszała, żeby zadzwonić po transport sanitarny i nawet numer telefonu jej podali. Koordynator transportu odmówił, powiedział że z bólem to Rita może sobie na własną rękę pojechać na pogotowie.
Obolała Rita znów zadzwoniła na pogotowie i powiedziała, że transport odmówił a opuchnięte kolano coraz bardziej boli.
– Mamy swoje procedury, jeździmy tylko do zagrożenia życia a tu takiej sytuacji nie mamy – usłyszała.

Co było robić, Rita wwlokła się na łóżko i postanowiła przeczekać weekend, zresztą może przejdzie.
Nie przeszło.
W poniedziałek, kiedy kolano było już niemal granatowe i wielkie jak piłka, zadzwoniła na pogotowie po raz kolejny i tym razem hura, łaskawie przyjechali. Na widok kolana, z miejsca, bez zbędnych słów zabrali ją do szpitala, gdzie od razu przeszła test na COV19.
Wynik wyszedł negatywny, we wtorek rano Rita trafiła na stół operacyjny, bo okazało się, że kontuzja kolana jest poważniejsza niż początkowo wyglądało.
Po operacji założono jej lekką, plastikową szynę, jakby chciano zadośćuczynić niepotrzebną zwłokę i ból.
W środę na obchodzie ordynator stwierdził, że nie ma sensu dłużej trzymać Rity w szpitalu, leżeć może i u siebie, więc na czwartek zaordynował wypis ze szpitala, co Ritę w zasadzie ucieszyło.

W czwartek, godzinie dziesiątej Rita była spakowana i gotowa do wyjścia ze szpitala, czekała jedynie na transport sanitarny jednej z trzech firm, z którymi szpital miał kontrakt.

O czternastej transportu jeszcze nie było, obiadu też nie a łóżko już zajęte przez kolejną pacjentkę. Co któraś z pań pielęgniarek się pokazywała Rita grzecznie i pokornie pytała – jak długo jeszcze. Dowiadywała się, że ta dopiero zaczyna dyżur i jeszcze nic nie wie, że ta kończy dyżur, że transport wozi pacjentów od godziny dziewiątej do szesnastej i że ma cierpliwie czekać. Była całkowicie unieruchomiona, szyna sięgała od kostki do samej pachwiny, więc siedzenie było mało komfortowe, żeby nie rzec mocno uciążliwe.
Kiedy minęła siedemnasta a ona dalej czekała zażądała, ażeby sprawdzić u źródła, w firmie transportowej, kiedy wreszcie się zjawią. Okazało się, że firma nie miała odnotowanego zlecenia na transport Rity.

O osiemnastej zaczęła szukać transportu sanitarnego na własną rękę, co nie było łatwe, bo o osiemnastej kończą pracę. Nieważne, że koszt takiej przejażdżki kosztuje trzysta dwadzieścia złotych, co przy nauczycielskiej, po trzydziestu latach pracy, emeryturze rzędu tysiąc trzysta sześćdziesiąt złotych polskich jest kwotą bardzo wysoką.
Zasięgnąwszy rady przyjaciółki, Rita poprosiła ordynatora o zaświadczenie, że szpital nie jest w stanie zapewnić jej bezpiecznego transportu po operacji do domu. Dostała je od ręki, bez słowa.

I tak nasza Rita wybłagała w jednej z innych niż te przypisane szpitalowi przewóz.
O dwudziestej pierwszej, po niemal dwunastu godzinach czekania – otwierała drzwi swojego mieszkania i pragnęła tylko jednego: pić.
Dobrze, że choć z kolacją się w szpitalu zlitowali.
Do tej pory jest totalnie unieruchomiona, więc pomieszkuje u syna.

Z całą sympatią do służby zdrowia, czy naprawdę nie dało się wykrzesać odrobiny empatii? Odrobiny dobrej woli? Czy nie było obowiązkiem ażeby dopilnować, by unieruchomiona pacjentka, skoro już wywalają ją ze szpitala, bezpiecznie znalazła się w domu?
Aż taka znieczulica?

Krystyna

2 myśli na temat “Granice empatii…”

  1. Kochana, w tym kraju? Człowiek? PROCEDURA najważniejsza. W moim mieście na ortopedii pacjentka dostała zawału. Oddział kardiologiczny znajduje się w innym budynku, około 150 m dalej. PROCEDURA nakazuje, żeby pacjenta przewiozła karetka. Karetka przyjechała z miasta wojewódzkiego, oddalonego o 75 km po półtorej godzinie, bo musiała być S-ka, a na miejscu takowej nie było. Kobieta zmarła, bo PROCEDURA zabraniała przewieźć ja na wózku na te pieprzoną kardiologię…
    Polska, XXI wiek, który kiedyś w przyszłości będzie nosił nazwę PROCEDURA UNIJNA.

    1. Idę o zakład, że gdyby się uparła, pacjentka te 150m doszłaby na własnych nogach. I masz rację, wszystko co ma nazwę “procedura” przyprawia o skręt jelit, bo te procedury są z reguły debilocedurami. Jacy kompetentni urzędnicy to i procedury takież.
      Procedury nakazują pacjenta przytrzymać w szpitalu minimum trzy dni, bo za dwa NFZ nie zapłaci. Szkoda Mario gadać…
      Gdyby tak zamiast procedur wprowadzono chłopski rozum… Pomarzyć…
      Pozdrawiam!!!

Pozostaw odpowiedź Krystyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *