Życzliwość – a co to jest?

Nie rozumiem tego świata.
Nie rozumiem ludzi.
Nic już nie rozumiem.

 

Jest piątkowe popołudnie, warsztat samochodowy prawie zamknięty, pieniądze rozliczone, kasa fiskalna zamknięta, szef poszedł do domu.
Jeden z pracowników jeszcze się kręci po warsztacie, ale też szykuje się na weekend do domu, kiedy podjechały dwie paniusie i poprosiły o przysługę – któraś z żarówek się nie świeciła.
Nie sądzę, żeby pan mechanik był szczęśliwy z tego powodu, ale jako grzeczny, lubiący kiedy jego zadowoleni klienci wracają, postanawia paniom pomóc i wymienia żarówkę. Panie rzuciły 10 (słownie: dziesięć) złotych. Ponieważ kasa fiskalna jest zamknięta pracownik nie może wydać paragonu, po prostu bierze dychę a tu zonk!
Panie są z Urzędu Skarbowego a sytuacja spreparowaną prowokacją.
Urząd Skarbowy wnosi sprawę do Sądu, pan mechanik nie życzy sobie nawet obrońcy z urzędu.
Sąd uznaje go za winnego, ale nie zasądza kary.
Nie podoba się to skarbówce, wnosi apelację, pracownik nadal odmawia obrońcy, ponieważ jest uczciwy i wydaje mu się, że nie zrobił nic złego. Sąd drugiej instancji utrzymał wyrok ale skarbówka nie dała za wygraną i ponownie wniosła kolejną apelację.
Dopiero kiedy ta sytuacja ujrzała światło dzienne, bo ktoś ją wygrzebał i nagłośnił w telewizji – Urząd Skarbowy wycofuje apelację.

Syn pracuje w firmie, która także musi wydawać paragony.
– Mamo, często zdarza się, że zawiesza się komputer albo kasa fiskalna, bo mamy stary sprzęt a kolejka robi się coraz dłuższa, też muszę więc obejść przepisy, i też odkładam wklepanie kasy do systemu, bo co mam zrobić? A przecież ryzykuję mandatem co najmniej pięćsetzłotowym! Zawsze boję się, że za klientem stoi jakiś urzędnik – kapuś, i że będzie mnie to kosztować! Albo kiedy kasa już rozliczona, system zakończony i jestem gotowy do wyjścia do domu a tu jakiś zagubiony klient bardzo prosi o wydrukowanie mu jakiegoś papierka, który jest dla niego bardzo ważny. Drukuję więc i na klawiaturze zostawiam wiadomość dla zmiennika, który wklepie to rano! Mamo, jak to pogodzić?
– Raz przyszedł do punktu dosłownie lump, wyłożył garść drobniaków na ladę i poprosił o baterię. Pech chciał, że akurat kasa się zacięła i nie mogłem wydrukować paragonu, gość musiał czekać dziesięć minut, kwadrans. Pomstował, kurwował, zwyzywał od wszystkich świętych i mnie, i firmę. Nic jednak nie mogłem zrobić! Paragon muszę wydać szybciej niż resztę, bo takie jest prawo. Facet zgarnął swoje drobniaki i rzucając na mnie i firmę klątwę – odszedł. Kasa nie działała jeszcze godzinę.

Zastanawiam się, co się z nami dzieje?
Jak można żyć w państwie, które robi wszystko, żeby ludzie bali się ludzi?
Gdzie miejsce na grzeczność, na robienie sobie uprzejmości, na życzliwość?
Jaka w tym rola urzędów, które zamiast być nam usłużnymi robią wszystko, żeby nam życie utrudniać, obrzydzać i to za nasze – podatników pieniądze?

No i jak się dziwić, że Polacy to naród sfrustrowany, nerwowy, nieżyczliwy, że jest tyle przypadków depresji, obsesji, samobójstw?
Jak można żyć wśród ludzi i bez przerwy mieć z tyłu głowy, żeby czasem nie zrobić komuś przyjemności, grzeczności, żeby komuś czasem nie pomóc – bo obróci się to przeciwko nam i może słono kosztować ?
Co to za państwo, które nie pozwala nam na życzliwość, bo ta życzliwość może skończyć się sprawą w sądzie i wyrokiem – WINNY?

Co to za państwo, w którym chleb trzeba wyrzucić, bo podzielenie się nim, oddanie za darmo jest przestępstwem i podlega karze?
Jesteśmy państwem represyjnym?
Ludzie – DLACZEGO?
Strasznie to smutne. Nie mówię tu o oszustwach, przekrętach, przestępstwach – bo to zawsze potępiam, ale pomoc w wymianie koła, bo akurat zrobił się kapeć?
To przekracza pojęcie sprawiedliwości społecznej. Przynajmniej moje.
Morda w kubeł, micha ryżu, szczaw i mirabelki.
Czy tak to ma wszystko wyglądać?
Aha, teraz będzie ścigany i postawiony przed oblicze sprawiedliwości ten, który bezczelne temat wymiany żarówki w aucie urzędniczek wygrzebał, zapewne zostanie skazany za działanie na szkodę państwa, okrzyknięty wrogiem narodu, gorszym sortem, nie patriotą, konfidentem, dywersantem i sabotażystą. Coś pominęłam?

Ps. Właśnie doczytałam, że te 10 zł to nie koszt naprawy, a koszt żarówki, która była własnością prywatną pana mechanika (warsztat nie prowadził sprzedaży części zamiennych) i jedynie takiej rekompensaty od zagubionych pań zażądał.

Krystyna

Noc w muzeum…

Tak jak i w Polsce, w Niemczech jeden raz w roku jest Noc Otwartego Muzeum. Napisałam w liczbie pojedynczej, ponieważ nie wiem, czy inne muzea też były w tym samym czasie otwarte, a chcę być wiarygodna.
Inna sprawa, że do tego otwartego muzeum w Traben-Trarbach ludzie parli nie dlatego, że za darmo wstęp, ale dlatego, że można było obejrzeć niemalże spektakl; wejście do tego muzeum jest zawsze bezpłatne. Samo muzeum, to barokowa willa bogatego, niemieckiego handlowca Johanna Adolfa Böckinga.
No to dawaj, idziemy.
Wrześniowy wieczór, otwarcie o 19.00, leje jak z cebra, jednak tłum przed wejściem pozwala mieć nadzieję, że warto moknąć…
Wchodzimy z tłumem. Do obejrzenia parter i trzy piętra.
Spróbuję Was choć trochę zainteresować, pokazać choć część zdjęć, mam ich masę i wiadomo, muszę wybrać. Patrzcie i uśmiechajcie się.

Trzecie piętro to teren Czerwonego Kapturka. Babcia w wielkim, wiklinowym koszu miała kilka flaszek wina i bez skrępowania wciągała lampkę po lampce. Kapturek dokarmiał i dopajał Wilka, na którym dość żałośnie zwisała skóra. Obok była pralnia. Wielka balia a w niej kilka par białych pantalonów i tara do prania, zwana tutaj Waschbrett.
Oglądałam i podziwiałam rzeczy, co do użyteczności których nie miałam i nadal nie mam zielonego pojęcia. Oto jedna z nich – jakby młot, jakby miech. Skute toto łańcuchami, stoi na jakichś szpilach i na tle beczek z winem w piwnicy. Ktoś coś?
Życie Celtów na żywo. Co jedli, jak się ubierali, monety wybijali, jakieś rękodzieła z dziećmi robili. Można było spróbować chleba z czymś tam. Obok stało krosno, na którym kobieta tkała kolorowe pasy, takie krajki. Po terenie tego piętra przechadzał się Rzymianin w hełmie, chętnie pozował do zdjęć, nawet hełm wypożyczał. Metalowej koszuli i spódniczki już nie.
Epoki przemieszane, ale nie szkodzi. Te panie przez wiele godzin układały loki, no ale jak lokówka zimna… Za to atmosferę podgrzewało oczywiście wszędobylskie wino. Ale kapelusik na łóżku zarąbisty, nie?
Przepiękny stojak na olbrzymią karafkę i wiele, wiele pięknych kielichów – pucharów. Wygląda na to, że tu spotykali się myśliwi., na ścianie wisi łeb jelenia, ale tylko rogi prawdziwe, reszta z jakiegoś tworzywa, Paskudztwo.
To sypialnia małżeńska. Nocnik, takie “żelazko” do ogrzewania wyra, kołyska. Z prawej strony stoi szafa pełna bielizny, również damskiej. Tu lądowały wyprane wcześniej i wyprasowane żelazkiem na duszę pantalony, koszule i pościel. Z gościem pykającym faję można było pogadać – tylko na to czekał! Jak cię złapał – przepadłeś bracie…
Ten tam z tyłu – sztuczny, ale ten skryba na przodzie – całkiem żywy. Nie wiem co on tam pisze, liczy ale wszystko jest oryginalne, prawdziwe – i meble, i papierzyska i ubiór uczonego jegomościa.
Jaaa… To moje ulubione miejsce w całym muzeum. Prawdziwy jesienny chleb z kartofli, prawdziwa kiełbasa, prawdziwa szynka parmeńska, sery, jakieś pasztety. Matko, jakie wszystko dobre. Uwierzycie albo nie, ale z powodu tej kuchni zwiedzałam całe muzeum chyba z cztery razy… Za każdym razem dostawałam grubą kromę z czymś tam, zawsze pysznym!
To chyba prawdziwe nie jest, no chyba, że wisi tam już jakieś dwieście lat…
Ekhm, miało być zdjęcie zabytkowego zegara a jest zabytkowej, przykurzonej i lekko spróchniałej matrony. A niech tam, skoro tak wyszło.
Nie wiem co to jest i do czego służy, przed chwilą taki mały, teraz taki duży… Ups, to nie ta bajka. Ale wygląda na jakieś narzędzie tortur, cy cuś.
O, patrzcie, autentyczna uczta. Mają pyszne ciasta i wino, częstowali, ale mnie jednak podobała się bardziej kuchnia… Wnętrza zabytkowe, częściowo stroje, a ksiądz jak wszędzie – najchętniej przy stole. Albo z tacą.
Johann Wolfgang von Goethe. Poeta. Był tam rzeczywiście w listopadzie 1792 roku. Mistrzami drugiego planu jest młoda para, a sam mistrz Goethe – sami widzicie, miał mrówy w pantalonach, nie dało się mu zrobić normalnego zdjęcia i też szukał ofiary do słuchania…
W pokoju, gdzie polowałam na Wolfganga Goethego są cuda techniki. Lunety i… skąd mam wiedzieć co to jest?
I dzidy jakieś. Pamiętacie budowę dzidy? Zadzidzie dzidy, przeddzidzie dzidy, zadzidzie zadzidzia dzidy itd.
To gratka. Autentyk. Dotknęłam jednym palcem ze strachem, że się rozleci. Nie rozleciała. Dotknęłam historii.
Sekretarzyk. Nad nim wiszą portrety tych, którzy z niego korzystali. Ileż tam tajemnic zostało powierzonych…
Na suficie dojrzałam dzwonki. Już widzę, jak pan domu pociąga za szarfę, prawy dzwonek budzi służącą, bo pan chce siku. Albo lewym pani budzi kamerdynera, bo głowa przestała boleć…
Jest i atelier fotograficzne! Wyobraźcie sobie, że asystentka fotografa ubierała chętnych delikwentów, dobierała kapelusze, cylindry, laseczki, binokle, fotograf – niestety aparatem całkiem współczesnym – robił cyk cyk i…
i… tadam! Oto ja.
Nazajutrz, ponieważ w muzeum zrobiło się duszno a pogoda zmieniła o 180 stopni – cała arystokracja wyruszyła na spacer. No tak mnie prosili o zdjęcie, tak mnie prosili, że w końcu uległam…

 

Krystyna

Niedługo…

Oto najnowszy program zajęć w liceum ustalony przez Episkopat na najbliższy tydzień.

Poniedziałek
1. Matematyka: Wyliczanie cudów Jezusa
2. Język polski: Odmiana przez przypadki imion świętych.
3. Geografia: Krainy geograficzne po których stąpał Jezus.
4. Historia: Najważniejsze wydarzenia przed narodzeniem Jezusa.
5. Religia: Zbawienna moc święconej wody.

Wtorek
1. Religia: Sakrament pokuty – Zbawienie przez cierpienie.
2. Biologia: Wpływ Ducha Świętego na rozwój pantofelków.
3. Fizyka: Fizyczne możliwości Trójcy Świętej.
4. Matematyka: Wyliczanie możliwych kombinacji układów scalonych ilości diabłów na główce od szpilki.
5. Religia: Zagadnienie dziewicy w nie-dziewicy.

Środa
1. Język polski: Omawianie twórczości JP II na podstawie sztuki „Przed Sklepem Jubilera”.
2. Historia: Geopolityczna sytuacja Galilei na trzy lata przed urodzeniem Jezusa.
3. Chemia: Wpływ Ducha Świętego na formowanie się zbawiennych związków chemicznych w wodzie święconej.
4. Religia: Wpływ szatana na zniewalanie umysłów młodzieży.
5. Wychowanie fizyczne: Nauka prawidłowego klękania i wstawania podczas mszy świętej.

Czwartek
1. Historia: Wczesny wpływ urodzin Jezusa na historię ziem zamieszkałych przez Niego.
2. Fizyka: Fizyczne właściwości błota z którego powstał pierwszy człowiek.
3. Język polski: Piękno języka polskiego w litanii do najświętszego Serca Jezusowego.
4. Matematyka: Prawdopodobieństwo ponownego przyjścia Zbawiciela na świat.
5. Religia: Sakrament spowiedzi. Czystość duszy po przelaniu grzechów na plecy spowiednika.

Piątek
1. Religia: Cudowne masowe nawracanie się na katolicyzm Indian południowo-amerykańskich, za pomocą bata, kija i stosów.
2. Język polski: Rozwijanie pojęcia o wspaniałym doborze słów w litanii do Najświętszej Marii Panny i Wiecznej Dziewicy w rodzaju: Wieżo z Kości Słoniowej, Bramo Zielona czy Domie Złoty.
3. Fizyka: Fizyczne skutki zamiany wody w wino w Kanie Galilejskiej.
4. Wychowanie fizyczne: Próby marszów z pochodniami w celu obrony krzyża.

Szkoła zamknięta do poniedziałku z powodu przygotowań i obowiązkowego uczestnictwa we mszy świętej.

Nie moje, znalazłam to w necie dobrych kilka lat temu. Znalazłam w swoich szkicach i patrzcie – jak znalazł!

 

Krystyna

Co strusie widziały…

Do strusi mam stosunek ambiwalentny.
Z jednej strony podziwiam majestat i siłę – kopnięcie strusia porównuje się z kopnięciem konia, potrafi biegać z prędkością 60 – 70 km na godzinę, z drugiej jednak mam w pamięci historię ze strusiem w roli głównej, którą opisałam wierszem w 2009 roku, niby śmieszna a jednak kosztowała mnie kilka siwych włosów, i do dziś pamiętam bluzkę, która się strusiowi spodobała – bo chyba nie ja. Była granatowa, z żółto-złotymi, zajebutnymi gwiazdami i księżycami. Byłam świadkiem, kiedy to struś, wcale nie wielki, pchany rządzą żarcia – porwał bardzo młodemu człowiekowi bułkę z ręki. Razem ze skórą z palca.
Kiedy więc usłyszałam – jedziemy na farmę strusi – pierwsze było: NIE, beze mnie.
Potem konsternacja – chciałaby a boi się, jednak ciekawość wzięła górę.
Piękna, wrześniowa pogoda, dzień otwarty, bulić za wstęp nie trzeba. No to jedziemy.
Gospodarz sympatyczny, oprowadzał po farmie i interesująco, ze swadą, opowiadał o swoich mających imiona pupilach, których życie i tak się kończyło na talerzach.
Ja widziałam jednak coś zgoła innego. Niemal je słyszałam…

– Te, ryknij no, niech reszta przyjdzie, ludzie idą, zaś się pośmiejemy…
– Patrz, gapią się na nas jakby mieli na co, pajace jedne hłe, hłe, hłe…
– Jacy oni śmieszni, krótkie nogi, krótkie szyje, kolorowi jak ta tęcza na Placu Zbawiciela… Totalne bezguścia.
…i po co im te pióra na głowach? Ta ma białe, tamta jakieś czerwone, o, a ten wcale nic nie ma. Dziwaki…
– Trzeba się od płotu odsunąć, będą pióra nam wyrywać…
…tyłki macać czy jaja mamy… Potem będą mięso próbować, wysuszone gnaty podziwiać, kanibale jedne…
…skórę sprawdzać, czy już się na torby nadaje… A PALCA DO OKA WSADZIĆ NIE CHCECIE??? Albo do … No.
Eksponaty… Jedno strusie jajo to 26 jaj kurzych! Obcięta stopa też robi wrażenie.
Pióra. Są piękne i wcale nie dziwota, że największe gapy wśród strusi świecą gołą skórą!
Skóra strusia jest niezwykle miękka, z charakterystycznymi wzorami po piórach i nie dziwota, że torebka kosztuje ok. 800 euro.

Pożegnawszy się bez specjalnej czułości, ruszyliśmy w drogę powrotną. To, że okolica jest tu niezwykle malownicza nie muszę już chyba przypominać. Najczęściej wszystko oglądam z dołu, z perspektywy brzegu rzeki Mosel, jak na przykład tą białą, maleńką kapliczkę na górze:

Kapliczka, jak się okazuje wcale taka malutka nie jest, to raczej niewielki kościółek, do którego można normalnie autem dojechać, przy którym jest ławka z widokiem…

…takim widokiem na wieś, w której teraz pomieszkuję. No tak mam – raz na górze, raz na dole. Na górze pięknie, jednak pewniej czuję się na dole i mimo wszystko – chętnie na te doły wracam…

 

Krystyna

Takie tam ruiny…

Sobotnie popołudnie, piękna, słoneczna pogoda, w sam raz na wyprawę. Tym razem w górę, może nie za wysoko, ale ja na góry lubię patrzeć z dołu, wchodzić nie za bardzo. Ale to była nie lada atrakcja i gratka.
Ruiny Grevenburg niemal codziennie oglądałam z dołu, z perspektywy auta, i zawsze sobie obiecywałam, że kiedyś tam wlezę – i słowo ciałem się stało.

Tak ruiny wyglądają w dzień, w nocy są przepięknie podświetlone.
No to Kryśka dawaj…
…w górę i w górę. Przy okazji obserwowałam, jak zbiera się winogrona z takich stromych zboczy. Żadnych maszyn, niewielki traktorek wciąga linę z pojemnikiem pełnym ręcznie ścinanych kiści.
Pierwsza atrakcja, pierwszy krótki odpoczynek.
Nie ma totamto, widoki wspaniałe, ale tych winorośli nie chciałabym tak uprawiać, jest naprawdę stromo.
Jeszcze trochę w górę…
…i oczom ukazał się ten widok!
Ruiny Grevenburg – twierdza powstała około 1350 roku, w 1734 roku wysadzona przez Francuzów.
Selfi musi być, a jakże.

Armata niby, ale jakaś nieproporcjonalna…
I dla tego widoku warto było tu wleźć…
Droga w górę była trudniejsza ale krótsza, było więcej schodów, w dół serpentynami… Trasa chyba z dziesięć razy dłuższa, ale równie piękna.
Zachowały się skały – fundamenty niegdysiejszej świetności.
I już na dole. Brama za którą jest most na Mozeli, niezwykle malownicza. Ino że most jest w ciągłym remoncie…
Traben, też piękne.

I to by było na tyle. Czy nie nudzą Was te moje zdjęcia?
Podobają się? Mam jeszcze relację z farmy strusi…

 

Krystyna

Kolejny rok…

Znowu muszę się przyzwyczaić do faktu, że suma przeżytych lat podniosła się o rok.
Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali, bo na fb daty nie ma.
Dziękuję Mamie, cioci, wujkowi, bratu, bratowej, Gabrysi, Kasi, Zosi, Karinie, Ewie, Jarkowi, Pawłowi.
Mężowi i synom.
DZIĘKUJĘ, ŻE WAS MAM.
Dziękuję tym, którzy teraz, czytając te słowa powiedzą – o matko, zapomniałam… Tak, tak, będą tacy, mnie też się tak zdarza.

Dziękuję moim niemieckim przyjaciołom.
Dziękuję mojemu podopiecznemu, który z tej okazji zaprosił mnie do restauracji na obiad. Jakże by inaczej, tyle, że dziś nie pole golfowe a korty tenisowe. Właścicielem restauracji jest od kilkudziesięcioleci przyjaciel rodziny, Włoch z pochodzenia – Sereno Giuseppe.
Kiedy dowiedział się z jakiej okazji tam jesteśmy, po obiedzie, na koszt firmy, dostaliśmy kawę i lody. A potem…
Potem Sereno wyjął z wazonu purpurowe róże, zwinął w sreberko i złożył mi życzenia.

Po obiedzie zwiedzanie Bernkastel.
Ci, którzy w tych rejonach mieszkają, nie jestem pewna, że są do końca świadomi, w jak pięknym miejscu przyszło im żyć. Zrobiłam dziś około stu pięćdziesięciu zdjęć, chciałam wybrać kilka, nie dało się, wybrałam kilkanaście. Resztę z bólem serca zostawiam tylko dla siebie.

Popatrzcie i zachwycajcie się ze mną.

Na drugim piętrze, między oknami, czai się drewniany, czarno-biały kot, a na pierwszym…
…a na pierwszym siedzi podglądacz z lornetą! Też drewniany.
Skrzynka na pocztę, reklamy. TEŻ CHCĘ TAKĄ!!!
Wszędzie podglądacze. Przed takimi nic się nie ukryje.
Cóż powiedzieć? Ładnie no.
Za mną miśki żrą brązowe winogrona. Z brązu, no.

Podziwiałam detale, estetykę i czystość.
Kościół katolicki. Można bez kapiącego złota i przepychu? Można.

Przeczytałam dziś na którymś z szyldów, że wino i przyjaciele, im starsi tym lepsi.
Gabi z kolei przypomniała mi moją osiemnastkę, którą świętowałyśmy we dwie, czterdzieści (nie wierzę!) lat temu. Młodziutkie, zagubione, rzucone w wielki świat innego miasta, znalazłyśmy malutki lokalik, idealny dla nas, z cichuteńką muzyką, nazywał się Pizzeria.
Nie wiedziałyśmy co to jest, weszłyśmy do środka i na zawsze zakochałyśmy się w smaku dobrej pizzy. Pierwsza pizza, pierwsza lampka czerwonego wina. I na zawsze w pamięci tamten dzień.
Gabrysiu, nawet nie wiesz, ile dziś ta nasza rozmowa dla mnie znaczyła.
Wózki, rollatory, pampersy – nieważne. Co czterdzieści lat, będziemy chodzić na pizzę i czerwone wino.
Hej!

Krystyna

A w górach już jesień…

Pamiętacie moją migdałową aleję? Piękne, różowe kwiaty i potem zawiązki owoców. Z czasem owoce dojrzały, zrobiły się podobne do moreli.

To zdjęcie zrobiłam 18-go sierpnia. Jeszcze twarde, omszałe owoce, jakby morele, ale z wyraźną linią pękania.
Po dziesięciu dniach dojrzewające migdały wyglądały już tak:
Już, już chcą wypadać, ale jeszcze nie pora…

Teraz na potęgę pękają i mam trochę tego smakołyku.

Tak wyglądają migdały zebrane pod drzewem 20-go września. Żółta skóra jest miękka, łatwo ją rozłamać na pół i wydobyć pestki. Trzeba je podsuszyć a potem dobrać się do wnętrza, czy ktoś ma pomysł – JAK?

Czy ktoś może mnie uświadomić, jak dostać się do środka? Jak je rozmigdalić? Bo ja już nie mam pomysłu a młotek to chyba zagłada…

Migdały to jedna sprawa a winogrona to druga. Było tak:

Jedne z ostatnich wiszących jeszcze winogron, myślę, że nie długo nacieszą oko.
Dacie wiarę, że minuta (MINUTA!) pracy tej żółtej maszyny zbierającej winogrona kosztuje 6 e (słownie: sześć euro)?
I tyle po winogronach zostało… Fakt, wyjątkowo słoneczne i suche lato sprawiło, że winogrona są słodkie jak miód! Będzie wspaniały riesling.
Urzekło mnie to miejsce –
– popatrzcie na szczegóły!

A swoją drogą niestety już prawie jesień, i tak mi się skojarzyło…
W górach już jesień…

 

Krystyna

Na wulkanie…

Zaliczyłam dziś wspaniałą wyprawę szlakiem wygasłych wulkanów na terenie płaskowyżu Eifel w niemieckiej Nadrenii, sprzed 12-tu tysięcy lat. Podziwiałam trzy: największe jezioro stworzył wygasły wulkan Pulvermaar, Weinfelder Maar i Totenmaar.

Jezioro powstałe w kraterze kalderowym wulkanu Pulvermaar. Przepiękne!
Również Pulvermaar.
Mimo, że ogólnie pogoda dopisała, takie 30st. C, to tam, przy wodzie, było chłodniej. Wiał wietrzyk, więc nawet słońce nie było takie nachalne.
Trzymam w ręku kamień wulkaniczny, leciutki, więc chyba to pumeks.
Skały wulkaniczne. Korzenie drzew szukają miejsc między kamieniami, niektóre drzewa są tak skarlałe, że wyglądają jak bonsai.

Do następnych jezior powulkanicznych prowadziła malownicza droga urokliwymi, niemieckimi wioskami.

Miejscowość Schalkenmeren. Wierzcie mi, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca…
Takie perełki też są. Mają swój urok.
To drugie w kolejności widziane przeze mnie jezioro w kraterze wulkanu Weinfelder Maar. I chyba najpiękniejsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić…
Malownicza ścieżka prowadziła do wieży Dronket. Została zbudowana w 1902 roku na wysokości 560 metrów n.p.m. Ma 11 metrów wysokości. Jako materiał do jej budowy posłużyły wulkaniczne bloki bazaltowe, co jest dowodem na to, że wulkany w Eifel były kiedyś aktywne. Wieża ma podstawę sześciokąta.
Z wieży Dronket rozpościera się widok zapierający dech. To trzeci zaliczony wygasły wulkan – Totenmaar. No bajka po prostu…
Po drodze minęliśmy przepiękny kościół, zwany Kirche ohne Dorf – czyli kościół bez wsi, przy którym znajduje się niewielki cmentarz. Całkiem współczesny. Czapeczka i pejcz świadczą chyba o tym, że gość lubił konie i wyścigi…
Kozy i osiołki żyją sobie w naturalnych warunkach. Jest bardzo sucho i doprawdy nie wiem, co one tam skubały…

To by było na tyle.  I tak jakoś skojarzyło mi się to dzisiejsze podziwianie piękna z piosenką Marka Grechuty. Posłuchajcie ze mną…

Zastrzegam prawa autorskie do zdjęć.

Krystyna

Krwiopijca…

Ostatnie 10 sekund przed śmiercią. Niech się cieszy, że mu nóżek i skrzydełek po kolei nie wyrywałam, tylko zrobiłam to humanitarnie.

Jest po dwudziestej drugiej, w domu pachnie świeżo upieczonym jabłecznikiem, mam śliczną cieniowaną włóczkę i próbuję z niej zrobić czapkę – kapelusik.
Mija półtorej godziny robótek i jednak trzeba spać.
W wyrku jeszcze zabawa komórką, a jakże, nabijam punkty w pasjansie. Ponieważ jedynym źródłem światła jest ekran komórki, z daleka słyszę bzzzzzzz…
Cierpliwa jestem, czekam aż franca gdzieś sobie siądzie, ale nie, lata i bzyczy między moimi oczami a ekranem telefonu. Siada z wrednym bzyczeniem koło ucha, walę więc z liścia, mało nowych, progresywnych bryli nie łamię i głuchnę na kilka minut.
Przeżył.
Włączam latarkę w komórce i jasnym snopem szukam go na ścianach pokoju. Gdyby mnie ktoś zobaczył w takiej sytuacji – miałby niezły ubaw, łażę jak nawiedzony inspektor Gadżet z kreskówki i tropię komara.
Niestety nie znajduję. Kładę się więc, rozwalam w łóżku, bo ja normalnie spać nie umiem, tyłek na wierzchu a ręce zwisają po bokach. Już, już zasypiam a tu z daleka słyszę bzzzzz…
Bzzzzzz…
Nie ruszam się, może odleci. Za chwilę czuję, że fuck you u prawej ręki swędzi i puchnie w zgięciu. Potem swędzi przedramię. Nie ma rady, albo przykryję się po uszy i utonę we własnym pocie, albo muszę wstać i go ukatrupić.
Wbrew miłości do stworzeń wszelkich, dużych i małych – wybieram to drugie. Ukatrupić znaczy.
Zapalam wszystkie światła i łażę jak somnambulik. Szukam małego komara w dużym pokoju – śmieszne, nie? Wiem, wiem, też tak macie. Niestety nie znalazłam. Pogasiłam światła i znów się położyłam, ale wiadomo – bzzzzz nie znikło. W pewnym momencie słyszę bzyczenie bardzo blisko, w okolicach twarzy i już nie eksperymentuję, że może wyparował, tylko kiedy nastała cisza włączyłam latarkę w komórce i znów jak ten Gadżet…
Raz mając komara w pokoju pomyślałam, że teraz ja dam mu spokój, napije się do syta tej mojej słodkiej krwi i potem on da spokój mnie.  Jakże się myliłam! Napił się raz, potem drugi i trzeci, na czwarty i kolejne nie czekałam, tylko udało mi się rozgnieść krwiopijcę na białej piżamie. No.
Aha, no to szukam go. Jest! Na ścianie tuż przy mojej głowie. Co robię pierwsze?
Nie, nie, nie łapię za lacia tylko za komórkę i zdjęcie robię, naprawdę. Lać zaraz potem.
Zabiłam gada i wcale mi z tego powodu nie było żal, drodzy miłośnicy zwierząt.

I tyle z niego zostało. Drugi zginął w podobnych okolicznościach i pozie, oszczędzę więc szczegółów.

Niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, wystarczy jednemu, malutkiemu komarkowi zrobić kuku.
Kładę się, po swojemu oczywiście jak samolot, z porozrzucanymi częściami niezamiennymi, niczym tupolew w ruskim hangarze. Kołderka między nogi, na dziobie błogi uśmiech – jest pierwsza w nocy i mogę spać. Już, już Morfeusz przywołuje mnie palcem, podaje mi rękę, taką piękną i wypielęgnowaną, widzę jego przystojną twarz, wyciągam rękę do niego i…
Bzzzz. Bzzzzz. Bzzzzzzzzzzzzzzz.
Nie chcielibyście słyszeć tego, co wyszło z mojej krtani. Znów – albo się przykryć razem z oczami, albo wstać i szukać.
Odezwał się we mnie zew mordu. Przy okazji dostało się bogu ducha winnemu pająkowi, ale po co pcha mi się do oczu jak mendę komara tropię? Hę?
Bzzzzzzzzzzzzzz…
O drugiej miałam wreszcie spokój z komarami.
O trzeciej rozpętała się burza z piorunami, a na tarasie miałam rozwieszone pranie.
Teraz piję trzecią kawę i nawet jabłecznik nie podchodzi tak, jak powinien.

Krystyna