BardzoWażnaPani…

Początek lipca, upał niemiłosierny.
Nigdy nie ukrywałam, że nie lubię lata, że moją porą roku jest zima. Teraz moje odczucia się pogłębiły, bo lata już nienawidzę.
Mam ciepłolubnych przyjaciół, ale nawet oni mówią, że co za dużo to ani świnia nie chce.
Czuję się źle, siedzę jak ten kret w zaciemnionym pokoju, przy wentylatorze. Pogoda odbija się na zdrowiu, kilka dni temu normalnie straciłam przytomność, złe ekg, dostałam skierowanie do kardiologa.
W pierwszej poradni zaleconej przez doktor rodzinną okazało się, że kardiolog przyjmuje tylko prywatnie. W drugiej nie zapisywali na termin ze względu na przepełnienie do drugiej połowy 2019 roku.
W trzeciej kazali przyjść za pół roku, żeby zapisać się na pierwszą połowę 2020 roku, w czwartej było miejsce w styczniu, ale niestety, przez telefon niczego nie da się załatwić, usłyszałam, że trzeba przyjechać ze skierowaniem. Niekoniecznie osobiście, ale oni muszą skierowanie mieć.

Upał nie upał, słabości nie słabości – trzeba jechać. Nie autem – bo w centrum miasta miejsc do parkowania, nawet płatnych – ani na lekarstwo. Autobus na szczęście był klimatyzowany, ale zderzenie z rzeczywistością po wyjściu – masakra. Trzeba było wychodząc pokonać ścianę lepkiego, ciężkiego upału.

Przychodnia jak z początku XX wieku. Moloch z mnóstwem wąskich korytarzy, za mało miejsc na krzesełka. Jak już się zdobędzie miejsce siedzące to trzeba szłapy pod krzesłem trzymać, żeby się ktoś o nie nie potknął.
Muszę się dostać na drugie piętro do rejestracji. Matko, jaka tam była kolejka, ale jak już weszłam – duże pomieszczenie, drewniana lada, kilka szaf z kartotekami ustawionymi tak, że pracujące tam panie mają intymny kącik do picia kawy i nie są obserwowane przez pacjentów. Bo wchodzi się pojedynczo i zamyka za sobą drzwi. RODO.
Kiedy już weszłam i niemal pokornie poprosiłam o taki termin, by nie kolidował z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech, BardzoWażnaPani Rejestratorka popatrzyła na mnie jak na spleśniałą skórę z kiełbasy i powiedziała wyniosłym głosem:
– Proszę pani, to pani musi dostosować się do naszych terminów a nie my do pani.

A ja pinda głupia myślałam, że służba zdrowia jest dla mnie a nie ja dla niej…
Negocjowałam jednak, bo bardzo lubię swoje życie i kolorowy świat.
Udało mi się zapisać na termin za pół roku, na koniec stycznia. Super. Na koniec dostałam karteczkę-niezapominajkę z datą i numerem telefonu do tejże właśnie BardzoWażnejPani, która dodała:
– W wyznaczonym dniu wcześniej proszę zadzwonić i potwierdzić wizytę, a przy okazji sprawdzić czy i o której lekarz będzie przyjmował.
No tak, przecież lekarz też człowiek i może być na urlopie, albo na L4…
Kiedy termin nadszedł, rano dzwonię, żeby się upewnić co i jak. I co słyszę?
– Lekarz już przyjmuje, proszę natychmiast przyjść.

Poprosiłam o wyjęcie kartoteki, ale nic z tego, telefonicznie nie wyciągają, trzeba być osobiście, a ja jeszcze w domu, w piżamie… Dojazd autobusem to godzinne przebijanie się przez korki w centrum.
No to nie ma co – sprint godny Usaina Bolta.

Zdążyłam. W rejestracji, po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, byłam bardzo niemiła. Dałam upust swojemu niezadowoleniu, żeby nie powiedzieć wściekłości, BardzoWażnaPani nie pozostała mi dłużna. Ale dała mi skierowanie na EKG i do pracowni z aparatami Holtera. Nie miałam wątpliwości, że ciśnienie będzie kiepskie, na Holtera muszę czekać cztery miesiące, do maja, bo ogromna przychodnia ma tylko trzy aparaty, z czego jeden jest zepsuty…
Z wynikiem wizyta u kardiologa – 29-go maja. Może po jedenastu miesiącach czekania dowiem się, w jakim stanie jest moje serce, może dożyję, już tylko miesiąc.

A, zanim wyszłam z przychodni – molocha wróciłam do rejestracji i przeprosiłam BardzoWażnaPaną, że się tak uniosłam.
Spłynęło to po niej jak woda po kaczce i nawet na mnie nie spojrzała.

Teraz i po mnie to spływa.

Krystyna

Też na “wy…”

Ilustracja znaleziona w Google.

Jak ja się ucieszyłam, kiedy usłyszałam, że wreszcie nie będę musiała wypisywać uprzykrzonych PIT-ów. Odetchnęłam z ulgą, szepnęłam do siebie – nareszcie.
Ponieważ zawsze rozliczałam się z mężem, wypełnialiśmy PIT-37, bo było to dla nas korzystne rozwiązanie, zawsze był jakiś zwrot nadpłaconego podatku. Nieco infantylnie miałam nadzieję, że skarbówka, skoro ponad trzydzieści lat tak się rozliczamy – tak właśnie nas rozliczy.
Niestety.
Urząd Skarbowy rozliczył osobno męża, osobno mnie. Żadnych zwrotów, żadnych nadpłat, ot zabrali dokładnie tyle ile trzeba.
Postanowiłam więc rozliczyć się sama, bez łaski, tak jak robiłam to przez tych ponad trzydzieści lat – czyli wspólnie z mężem i wiecie co?

Należało nam się ponad pięćset złotych zwrotu.

Zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chcieli zrobić to za mnie.
Zrozumiałam, ile osób skorzysta z ich usługi, nie sprawdzając, wierząc w czyste intencje rządu, na polecenie którego dołożyli urzędnikom rozliczanie każdego płatnika z osobna.
No przecież skądś muszą brać pieniądze na tumanienie swojego elektoratu. Daruję sobie wymienianie tych wszystkich mniej i bardziej niesprawiedliwych przywilejów, ale wiem jedno – że jeżeli ci, którzy nie pracują dostają od państwa (które jak wiadomo swoich pieniędzy nie ma, ma tylko narodową ściepę) więcej pieniędzy niż ci, którzy chcą je uczciwie zarobić a rząd okrada ich z większości tego co zarabiają, by dać niepracującym – w takim państwie dobrze być nie może.
I nie będzie.

Dziękuję ci Urzędzie Skarbowy, że chciałeś mnie wyręczyć, ale ja zrozumiałam, że to co chciałeś zrobić też było na wy…
Wyruchać.

Ilustracja znaleziona w Google

Krystyna

Żeby chorować trzeba końskiego zdrowia…

Humor znaleziony w Google

Co to jest kolonoskopia chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, ale tak pro forma – wtykają w doopę kamerkę i od tamtej strony oglądają co lęgnie ci się w najgrubszym z flaków.

Czekało mnie to po raz trzeci.

Pierwszy raz spoko, zapłaciłam za możliwość uśpienia, pamiętam półmrok, zielone gacie z włókniny z dziurką w odpowiednim miejscu – jednym słowem szybko i bezboleśnie. Za drugim razem, w renomowanym szpitalu wykonali mi badanie bez znieczulenia, na żywca. Twierdzili, że nie mają na to warunków, cokolwiek to znaczyło. Musiałam się poddać, nikt mnie nie pytał o przebyte operacje, o możliwość pooperacyjnych zrostów, toteż badanie było kurewsko bolesne – im bardziej pielęgniarka wbijała mi swoje kolano w brzuch tym nieco mniej mnie bolało. Prosiłam, żeby robiła to jak najmocniej.

Na termin kolejnego badania miałam czekać kilka miesięcy, albo otworzyć portfel i zapłacić, a ponieważ nie mogłam czekać – zdecydowałam na badanie prywatne, gdzie czekałam “jedynie” dwa miesiące. Ceny wahały się w granicach 600 – 1300 zł.

Klamka zapadła, termin ustalony, kwota zabolała, płyny wypite, wnętrze wypucowane niemal do glancu, bo piłam bardzo skrupulatnie i dokładnie według wskazówek.

Syn zawiózł mnie godzinę wcześniej, bo tak go poprosiłam. Nie znałam miejsca ani poradni, nie wiedziałam, czy znajdziemy miejsce do zaparkowania. Szczęściem miejsce było.

Kiedy podeszliśmy do widocznej od wejścia rejestracji ogólnej, po odstaniu w kolejce skierowano mnie do rejestracji specjalistycznej na trzecim piętrze. Na trzecim piętrze, przesympatyczna pani po przewertowaniu kilku wielkich zeszytów stwierdziła, że nie ma mnie wśród dzisiejszych pacjentów. Jutrzejszych i pojutrzejszych zresztą też nie. Zaproponowała przejście na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety prywatne i zasięgnięcie informacji, czy tam mnie na liście nie ma.

Nie było.

Wróciłam na trzecie piętro, gdzie pani rejestratorka walczyła z systemem informatycznym, ale mnie ciągle na listach nie było, powiedziała, żebym zapytała jeszcze tam – i wskazała palcem białe drzwi. Weszłam, grzecznie, jeszcze grzecznie choć za 10 minut powinnam być już na badaniu – podaję swoje nazwisko z nadzieją, że ktoś, coś się nade mną zlituje, ale polska służba zdrowia litości nie ma. Tłumaczę, że zapisywałam się na badanie prywatne, telefonicznie… Siedząca z biurkiem pani zawarczała:

– To pani nam skierowania nie przyniosła???

– No nie, nikt o to nie pytał, zapisywałam się prywatnie – próbuję się tłumaczyć.

Czułam się jak intruz, sądziłam, że skoro jestem prywatnie to skierowanie nie jest potrzebne (aczkolwiek miałam je w torebce przy sobie). Po jaką cholerę ja się tak z tym wypróżnianiem męczyłam, i tak wszystko na nic… Ciśnienie wyraźnie się podniosło, pięści się zaciskały a oczy jakoś dziwnie zaczęły się pocić. Miałam donieść skierowanie, nie doniosłam i koniec tematu.

Zapytałam syna co robić…

Wróciłam po raz trzeci do rejestracji specjalistycznej i to samo pytanie zadałam rejestratorce, która bezradnie rozłożyła ręce, jeszcze raz sprawdziła listy pacjentów i kiwając głową poradziła, żeby jeszcze w Izbie Przyjęć na parterze zapytać.

Było już pięć minut po czasie, pędzimy więc na parter, może akurat.

Kiedy już stałam przy szybie z dziurą na wysokości ust zadzwonił mój telefon, pani po przedstawieniu się zapytała, czy będę na badaniu, bo oni już na mnie czekają! Tłumaczę, że jestem w poradni od godziny i szukam, i że nigdzie mnie na listach nie ma.

Nie uwierzycie, ale w tym momencie pani w Izbie Przyjęć ze zdziwieniem patrzy na mnie i pyta:

– Pani Krystyna G?

Nosz nie…

Mimo, że byłam dziesięć minut spóźniona dostałam plik druków do wypełnienia, nie ma zmiłuj. Przebyte choroby, uczulenia, operacje, wzrost, waga, upoważnienia i milion innych nikomu do niczego nieprzydatnych pytań, podpisów. Potem jeszcze kasa.

Jedno mnie cieszyło – sraczka nie poszła na marne.

W gabinecie, po przebraniu się w gustowne, niebieskie gatki, kiedy już usiadłam na łóżku a sympatyczna grupa lekarzy i pielęgniarek zaczęła mnie badać, okazało się, że moje ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznych wartości – co mnie absolutnie nie zdziwiło – i pół godziny trwała z nim walka, aby badanie z narkozą mogło się odbyć.

Potem już tylko doliczyłam do dwóch i…

– Pani Krystyno, jak się pani czuje?

Czułam się bosko! Cichutka muzyczka, błękitna i milutka pościel, byłam schowana przed ludzkim wzrokiem równie błękitnym parawanem. Na krześle obok łóżka stała moja torebka, na niej poskładane moje majtki, spodnie, a pod krzesłem buty. Wcale ale to bardzo wcale nie chciało mi się budzić, szkoda, że nie pozwolili mi tak z godzinkę podrzemać…

Wtedy jednak do świadomości dotarło, że gdzieś tam na korytarzu czeka przecież mój syn.

Im człowiek starszy, tym częściej zmuszony jest korzystać z usług lekarzy i aż boję się myśleć co mnie jeszcze czeka, bo przy próbie zarejestrowania się na kosmiczny termin do kardiologa rejestratorka nie zamierzała wysłuchać mojej prośby o taki termin, który nie kolidowałby z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech.

Powiedziała mi rozbrajająco szczerze, że to ja muszę się dostosować do ich terminów a nie oni do mojego, ale to temat na osobny post…

Krystyna

To nie koniec!

Proszę moich Czytelników o cierpliwość. Po prostu mam jakieś dziwne problemy z blogiem, dziś po raz pierwszy o niepamiętnych czasów mam możliwość jakiegokolwiek wpisu.

Mam wielbicieli pod postaciami spamerów – około 700 komentarzy-spamu, nie wiem po co im to, kiedy i tak zablokowałam możliwość komentowania. Odblokuję, kiedy zacznę znów normalnie działać.

Póki co – raz jeszcze proszę – cierpliwości. Tematy są, ale złośliwość przedmiotów martwych czasem mnie pokonuje…

Pozdrawiam wszystkich!!!

 

Krystyna

 

A dlaczego nie???

– Zawsze miałam ochotę spędzić święta inaczej, tak na wariackich papierach – powiedziała mi Gabrysia, kiedy świętowałyśmy czterdziestą rocznicę zjedzenia pierwszej w życiu pizzy, jedząc pizzę .
Żadna następna nie smakowała tak, jak ta pierwsza.
– Jak kraść to miliony, jak kochać to księcia, jak spaść to z wysokiego konia – dodała z uśmiechem rozkładając ręce.
Nie do końca skumkałam o jakim upadku mówi, bo konia nie ma, swojego księcia ma od trzydziestu kilku lat a kraść nie musi i jestem przekonana, że nawet nie umie.

– Mówiłam ci, że lecimy do Singapuru?
A więc to jest ten wysoki koń!
Czekałam, aż mi wyjaśni co z tym Singapurem i okazało się, że zamierzają spędzić tam święta Bożego Narodzenia.
– Ja już trzy lata dziecka nie widziałam…
Syn Gabrysi i Franka mieszka i pracuje na stałe w Sydney i żeby było mniej więcej sprawiedliwie zaplanowali spotkać się w połowie drogi – właśnie w Singapurze.
Jak postanowili tak zrobili, spakowali się i zamiast gotować kapuchę z grzybami, zamiast paprać się z karpiami – polecieli na spotkanie z synem, by spędzić świąteczne wakacje w ciepłych krajach.

– Kurde, a co z Wigilią, Gabi!? – wyszła ze mnie śmieszna, konserwatywna tradycjonalistka.
– Wigilia zastanie nas na lotnisku w Kuala Lumpur, barszcz wezmę w tytce a rybę jakąś kupimy – uśmiechnęła się puszczając mi oczko.

Faktycznie, na kolację wigilijną jedli rybę z frytkami popijając barszczem z torebki.
Da się? Da. Zamierzam to samo zrobić w przyszłym roku, jak dożyję. Tylko nie w ciepłych krajach a w domu…

Zapytałam ją nieco zgryźliwie, co poczuła, wychodząc z samolotu na Okęciu w sam środek paskudnej, mokrej zimy a mając w pamięci to, co zostawiła wsiadając do niego – słońce, plaże, palmy, krótkie rękawki i gatki, sandałki.
– Pierwsza reakcja to wsiąść z powrotem i wracać – zaczęła się śmiać.

Po kilku dniach spędzonych w Singapurze, polecieli do Kuala Lumpur, do Malezji.
– Mam ci tyle do opowiadania!

Langkawi w Malezji.

Na gorąco powiedziała tylko, że tak pięknego lotniska, tak usłużnej, cudownej obsługi lotniska nie widziała nigdzie dotąd.
– Masz pojęcie, że cały hol jest wyłożony beżową wykładziną dywanową w czerwono-czarne wzorki? I jest czyściusieńko! Zobacz zdjęcia!

– Próbowałaś duriana? – zapytałam.
– Jadłam. Ale dupy nie urywa.
Ha, ha, ha… Oglądałam kiedyś program, częstowali ludzi tym owocem i wielu z nich po prostu puszczało pawia. Wiem, że zapach, a raczej smród przypomina połączenie rozkładającego się mięsa i starego sera pleśniowego. I że można ten smak albo uwielbiać, albo nienawidzić. Gabrysia spróbowała, ale amatorką nie zostanie, mało tego, jest najdroższym owocem na malezyjskim targowisku.

Durian – jaki drogi taki smrodlawy.
Porcyjka duriana do spróbowania. Wygląda jak lody, albo banan!

– Ty! Mam dla ciebie temat na bloga. Coś ci opowiem – powiedziała tajemniczo, a ja wysłucham z dziką rozkoszą.

Krystyna

Zdjęcia objęte prawami autorskimi.

Pomarańczowy telefon.

Mimo, że od dnia, kiedy zapytała mnie czy wiem co to jest szaleństwo minęło trzydzieści kilka lat – wciąż pamiętam jej gęste, piękne, pofalowane włosy w kolorze trudnym do określenia – ni to brązowo-rudy, ni rudo-brązowy, niebieskie oczy i ładny, lekko zadarty nos.
Szaleństwem był ogórkowy amok, kiedy to mama Gabrysi – bo o niej mowa – zaprawiała co się dało, ile się dało i wszystko co nie uciekło, żeby mieć żelazne zapasy na zbliżające się wesele Gabrysi.
Potem razem z mężem wyjechali za Odrę, nie wnikałam dlaczego, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że w celu poprawienia życia sobie i córkom.

Gabrysia zawsze była bardzo związana z mamą, więc kiedy tylko obie zatęskniły – wsiadali z Frankiem (tym od kawy z pianką na dwa palce) w auto i dawaj, pruli w kierunku Fuldy.
Zawsze cieszyli się na te spotkania, zawsze.
Tym razem, jako że to był akurat czas małyszomanii, zaplanowali wspólny z rodzicami wypad do Willingen, skocznie zobaczyć i trochę świata dzieciom pokazać.
Czas do wyjazdu strasznie jej się dłużył, odliczała dni, aż wreszcie pięknego letniego dnia zapakowali auto, synów i ruszyli.
Tysiąc kilometrów to nie mało. Co prawda niemieckie drogi są dobre, infrastruktura przy nich też, ale wiadomo – długo i daleko.
Spotkanie było wspaniałe, serdeczności nie do opisania, wspólnie spędzony czas minął szybciej niż by chcieli.
Przy pożegnaniu lały się łzy trzech pokoleń…
– Daj znać zaraz jak dojedziecie – prosili rodzice, kiedy dzieci i wnuki już siedzieli w aucie.
Komórek jeszcze wtedy nie było, choć trudno to sobie teraz wyobrazić.

Nie wiedzieć dlaczego droga do domu zawsze wydaje się dłuższa i czas bardziej się ciągnie.
Dzieci marudziły; a to piciu, a to sikać, a to jeść – robili więc przystanki, żeby Franek mógł stawy skokowe wyprostować i mięśnie zregenerować.
Po kilkuset kilometrach postanowili zatrzymać się na parkingu, gdzie były ubikacje, drewniane stoliki i ciepła woda.
Było coś jeszcze – tuż przy drodze, w widocznym, dostępnym miejscu stał telefon. Pomarańczowy.
Gabrysia była zachwycona łatwym dostępem, ucieszyła się, że może teraz do mamy zadzwonić z informacją gdzie są i że jest wszystko w porządku.
Podniosła słuchawkę, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić czy powiedzieć, usłyszała:
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
Gabrysia zna niemiecki, więc od razu zajarzyła, że zamiast z mamą połączyła się z niemiecką Polizei, zdołała więc tylko szybko powiedzieć:
– *Entschuldigung. Fehler.

Nie było już sikania, nie było odpoczynku, za to był pośpiech, by jak najszybciej odjechać z tego miejsca wstydu. Jakby zrobili coś złego.
Cóż, w tamtych czasach w Polsce nawet w mieszkaniach telefon był sporadycznie a tu proszę, przy drodze stał i normalnie prosił się, żeby zadzwonić.
Teraz mamy się z czego śmiać, prawda Gabrysiu?
——————
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
– Dzień dobry, co się stało? Jak możemy pomóc?
– *Entschuldigung. Fehler.
– Przepraszam. Pomyłka.

Krystyna

Kociaki…

Piątkowy, chłodny wieczór.
Małgosia wracała z kursu językowego, nie ma zamiaru biedować w tym podłym kraju do końca życia. Po kursie jeszcze krótki wypad na pizzę w centrum handlowym i zrobiło się bardzo późno a do domu daleko. Jeden autobus nie przyjechał drugi spóźnił się prawie dwadzieścia minut, ale ważne że przyjechał.
Zmarznięta, usiadła obok sympatycznie wyglądającego chłopaka, od razu pomyślała, że pewnie też zmęczony wraca z roboty. Miał króciutko ścięte włosy, trzydniowy zarost i czapkę w ręce. Na kolanie zawiesił plecak. Bawił się komórką, sama też wyjęła z torby telefon i założywszy słuchawki odsłuchiwała dzisiejszą, nagraną na dyktafon lekcję, byle zabić czas jazdy.
Kiedy dojeżdżała do swojego przystanku zwinęła na dłoni kabel słuchawek i razem z telefonem schowała do torby. Wstała i chwyciła się rurki przy drzwiach. Zauważyła, że facet obok którego usiadła wstał również i wydawało się jej, że się jej dziwnie przygląda.
– No super. Ciemno, pusto, ja i on…
Wysiadła i najszybciej jak umiała ruszyła w stronę domu. Kątem oka zauważyła, że on też ruszył za nią. Był bardzo wysoki, dobrze zbudowany. Teraz naciągnął na oczy czapkę i prawie nie było widać jego twarzy. Plecak zarzucił na jedno ramię.
– Kurde, a jak to zboczeniec?
Mimo, że szła szybko tamten coraz bardziej i niebezpieczniej się zbliżał, miał długie nogi to i krok dłuższy od drobiącej kroczki Małgosi.
– Nie ucieknę mu – pomyślała – i tak by mnie dogonił.
Zwolniła kroku, udawała, że zakłada rękawiczki i ogląda wyposażenie sklepu piekarniczego. Wiedziała, że napastnikowi palce do oczu trzeba wsadzić, a kolano miedzy nogi i sru w jaja.
Była gotowa do odparcia ataku, jednak na szczęście chłopak przeszedł obok niej. Popatrzył tylko na nią takim dziwnym, kpiącym wzrokiem. A potem skręcił w osiedlową uliczkę i zniknął Małgosi z oczu.

* * * *

Był chłodny, piątkowy wieczór.
Paweł wracał z drugiej zmiany zmęczony. Został awansowany, dostał brygadę do kierowania, a tym samym musiał się dużo uczyć i nabiegać. Jak na złość, skrzynia biegów w jego aucie odmówiła współpracy i musiał odstawić je na kilka dni na warsztat. Przymusowo więc przesiadł się do komunikacji. No psioczył, bo zamiast jechać do domu kwadrans – tłukł się prawie półtorej godziny z przesiadką.
Żeby zabić czas jazdy czytał sobie co tam na Onecie napisali, sprawdził pocztę, szukał pokemonów.
Zauważył, że w pewnym momencie usiadła koło niego ładna dziewczyna, z burzą włosów do ramion, drobniutka i zmarznięta. Wyjęła komórkę, słuchawki i słyszał, że chyba niemieckiego słuchała, może nawet się uczyła, bo zamknęła oczy, jakby maksymalnie chciała się skupić.
Paweł pomyślał tylko, że szkoda, żeby taka ładna dziewczyna sama chodziła po nocy.
Zaczęła się zbierać do wyjścia na tym samym przystanku co on. Wysiadła jako pierwsza i zaczęła pruć prawie biegiem jakby się bardzo spieszyła.
Paweł wszystkich pasażerów przepuścił i sam wysiadł jako ostatni.
Jego myśli krążyły wokół lodówki i Jaśka, kota, który już zapewne czuje jego powrót i siedzi przy drzwiach na jego kapciach. Jak tylko Paweł otworzy drzwi – Jasiek zapewne wybiegnie na klatkę schodową jakby chciał uciec, by po chwili wrócić do środka.
Rozmyślając nawet nie zauważył, że dogonił współpasażerkę z autobusu, która bardzo zwolniła przy piekarni i zakładała rękawiczki, jakby się do boksowania szykowała. Popatrzył na nią przez moment – miała niby wystraszoną minę, ale i zadziorną.
Pierwsze co mu przyszło do głowy to głośno tupnąć i krzyknąć: HU! jednak odrzucił pomysł śmiejąc się w duchu z siebie i jej ewentualnej reakcji.
Druga myśl – to pomysł zapytania, czy ją odprowadzić – też odrzucona w przedbiegach, żeby się czasem na niego ze strachu nie rzuciła.
Rozbawiony tą sytuacją minął ładną dziewczynę zostawiając ją ze jej strachem i skręcił w osiedle, znów oczami wyobraźni widząc Jaśka robiącego za szal na jego szyi, stęsknionego i domagającego się nie tyle żarcia co pieszczot.

* * * *

– Mamo, czy ja wyglądam jak zboczeniec? – zapytał mnie syn, kiedy wreszcie odebrał auto i przyjechał na kawę i obiad.
– Pawełku, co ty pierdzielisz? – nie do końca zrozumiałam, więc mi wszystko opowiedział…

Krystyna

Życzliwość – a co to jest?

Nie rozumiem tego świata.
Nie rozumiem ludzi.
Nic już nie rozumiem.

 

Jest piątkowe popołudnie, warsztat samochodowy prawie zamknięty, pieniądze rozliczone, kasa fiskalna zamknięta, szef poszedł do domu.
Jeden z pracowników jeszcze się kręci po warsztacie, ale też szykuje się na weekend do domu, kiedy podjechały dwie paniusie i poprosiły o przysługę – któraś z żarówek się nie świeciła.
Nie sądzę, żeby pan mechanik był szczęśliwy z tego powodu, ale jako grzeczny, lubiący kiedy jego zadowoleni klienci wracają, postanawia paniom pomóc i wymienia żarówkę. Panie rzuciły 10 (słownie: dziesięć) złotych. Ponieważ kasa fiskalna jest zamknięta pracownik nie może wydać paragonu, po prostu bierze dychę a tu zonk!
Panie są z Urzędu Skarbowego a sytuacja spreparowaną prowokacją.
Urząd Skarbowy wnosi sprawę do Sądu, pan mechanik nie życzy sobie nawet obrońcy z urzędu.
Sąd uznaje go za winnego, ale nie zasądza kary.
Nie podoba się to skarbówce, wnosi apelację, pracownik nadal odmawia obrońcy, ponieważ jest uczciwy i wydaje mu się, że nie zrobił nic złego. Sąd drugiej instancji utrzymał wyrok ale skarbówka nie dała za wygraną i ponownie wniosła kolejną apelację.
Dopiero kiedy ta sytuacja ujrzała światło dzienne, bo ktoś ją wygrzebał i nagłośnił w telewizji – Urząd Skarbowy wycofuje apelację.

Syn pracuje w firmie, która także musi wydawać paragony.
– Mamo, często zdarza się, że zawiesza się komputer albo kasa fiskalna, bo mamy stary sprzęt a kolejka robi się coraz dłuższa, też muszę więc obejść przepisy, i też odkładam wklepanie kasy do systemu, bo co mam zrobić? A przecież ryzykuję mandatem co najmniej pięćsetzłotowym! Zawsze boję się, że za klientem stoi jakiś urzędnik – kapuś, i że będzie mnie to kosztować! Albo kiedy kasa już rozliczona, system zakończony i jestem gotowy do wyjścia do domu a tu jakiś zagubiony klient bardzo prosi o wydrukowanie mu jakiegoś papierka, który jest dla niego bardzo ważny. Drukuję więc i na klawiaturze zostawiam wiadomość dla zmiennika, który wklepie to rano! Mamo, jak to pogodzić?
– Raz przyszedł do punktu dosłownie lump, wyłożył garść drobniaków na ladę i poprosił o baterię. Pech chciał, że akurat kasa się zacięła i nie mogłem wydrukować paragonu, gość musiał czekać dziesięć minut, kwadrans. Pomstował, kurwował, zwyzywał od wszystkich świętych i mnie, i firmę. Nic jednak nie mogłem zrobić! Paragon muszę wydać szybciej niż resztę, bo takie jest prawo. Facet zgarnął swoje drobniaki i rzucając na mnie i firmę klątwę – odszedł. Kasa nie działała jeszcze godzinę.

Zastanawiam się, co się z nami dzieje?
Jak można żyć w państwie, które robi wszystko, żeby ludzie bali się ludzi?
Gdzie miejsce na grzeczność, na robienie sobie uprzejmości, na życzliwość?
Jaka w tym rola urzędów, które zamiast być nam usłużnymi robią wszystko, żeby nam życie utrudniać, obrzydzać i to za nasze – podatników pieniądze?

No i jak się dziwić, że Polacy to naród sfrustrowany, nerwowy, nieżyczliwy, że jest tyle przypadków depresji, obsesji, samobójstw?
Jak można żyć wśród ludzi i bez przerwy mieć z tyłu głowy, żeby czasem nie zrobić komuś przyjemności, grzeczności, żeby komuś czasem nie pomóc – bo obróci się to przeciwko nam i może słono kosztować ?
Co to za państwo, które nie pozwala nam na życzliwość, bo ta życzliwość może skończyć się sprawą w sądzie i wyrokiem – WINNY?

Co to za państwo, w którym chleb trzeba wyrzucić, bo podzielenie się nim, oddanie za darmo jest przestępstwem i podlega karze?
Jesteśmy państwem represyjnym?
Ludzie – DLACZEGO?
Strasznie to smutne. Nie mówię tu o oszustwach, przekrętach, przestępstwach – bo to zawsze potępiam, ale pomoc w wymianie koła, bo akurat zrobił się kapeć?
To przekracza pojęcie sprawiedliwości społecznej. Przynajmniej moje.
Morda w kubeł, micha ryżu, szczaw i mirabelki.
Czy tak to ma wszystko wyglądać?
Aha, teraz będzie ścigany i postawiony przed oblicze sprawiedliwości ten, który bezczelne temat wymiany żarówki w aucie urzędniczek wygrzebał, zapewne zostanie skazany za działanie na szkodę państwa, okrzyknięty wrogiem narodu, gorszym sortem, nie patriotą, konfidentem, dywersantem i sabotażystą. Coś pominęłam?

Ps. Właśnie doczytałam, że te 10 zł to nie koszt naprawy, a koszt żarówki, która była własnością prywatną pana mechanika (warsztat nie prowadził sprzedaży części zamiennych) i jedynie takiej rekompensaty od zagubionych pań zażądał.

Krystyna

Noc w muzeum…

Tak jak i w Polsce, w Niemczech jeden raz w roku jest Noc Otwartego Muzeum. Napisałam w liczbie pojedynczej, ponieważ nie wiem, czy inne muzea też były w tym samym czasie otwarte, a chcę być wiarygodna.
Inna sprawa, że do tego otwartego muzeum w Traben-Trarbach ludzie parli nie dlatego, że za darmo wstęp, ale dlatego, że można było obejrzeć niemalże spektakl; wejście do tego muzeum jest zawsze bezpłatne. Samo muzeum, to barokowa willa bogatego, niemieckiego handlowca Johanna Adolfa Böckinga.
No to dawaj, idziemy.
Wrześniowy wieczór, otwarcie o 19.00, leje jak z cebra, jednak tłum przed wejściem pozwala mieć nadzieję, że warto moknąć…
Wchodzimy z tłumem. Do obejrzenia parter i trzy piętra.
Spróbuję Was choć trochę zainteresować, pokazać choć część zdjęć, mam ich masę i wiadomo, muszę wybrać. Patrzcie i uśmiechajcie się.

Trzecie piętro to teren Czerwonego Kapturka. Babcia w wielkim, wiklinowym koszu miała kilka flaszek wina i bez skrępowania wciągała lampkę po lampce. Kapturek dokarmiał i dopajał Wilka, na którym dość żałośnie zwisała skóra. Obok była pralnia. Wielka balia a w niej kilka par białych pantalonów i tara do prania, zwana tutaj Waschbrett.
Oglądałam i podziwiałam rzeczy, co do użyteczności których nie miałam i nadal nie mam zielonego pojęcia. Oto jedna z nich – jakby młot, jakby miech. Skute toto łańcuchami, stoi na jakichś szpilach i na tle beczek z winem w piwnicy. Ktoś coś?
Życie Celtów na żywo. Co jedli, jak się ubierali, monety wybijali, jakieś rękodzieła z dziećmi robili. Można było spróbować chleba z czymś tam. Obok stało krosno, na którym kobieta tkała kolorowe pasy, takie krajki. Po terenie tego piętra przechadzał się Rzymianin w hełmie, chętnie pozował do zdjęć, nawet hełm wypożyczał. Metalowej koszuli i spódniczki już nie.
Epoki przemieszane, ale nie szkodzi. Te panie przez wiele godzin układały loki, no ale jak lokówka zimna… Za to atmosferę podgrzewało oczywiście wszędobylskie wino. Ale kapelusik na łóżku zarąbisty, nie?
Przepiękny stojak na olbrzymią karafkę i wiele, wiele pięknych kielichów – pucharów. Wygląda na to, że tu spotykali się myśliwi., na ścianie wisi łeb jelenia, ale tylko rogi prawdziwe, reszta z jakiegoś tworzywa, Paskudztwo.
To sypialnia małżeńska. Nocnik, takie “żelazko” do ogrzewania wyra, kołyska. Z prawej strony stoi szafa pełna bielizny, również damskiej. Tu lądowały wyprane wcześniej i wyprasowane żelazkiem na duszę pantalony, koszule i pościel. Z gościem pykającym faję można było pogadać – tylko na to czekał! Jak cię złapał – przepadłeś bracie…
Ten tam z tyłu – sztuczny, ale ten skryba na przodzie – całkiem żywy. Nie wiem co on tam pisze, liczy ale wszystko jest oryginalne, prawdziwe – i meble, i papierzyska i ubiór uczonego jegomościa.
Jaaa… To moje ulubione miejsce w całym muzeum. Prawdziwy jesienny chleb z kartofli, prawdziwa kiełbasa, prawdziwa szynka parmeńska, sery, jakieś pasztety. Matko, jakie wszystko dobre. Uwierzycie albo nie, ale z powodu tej kuchni zwiedzałam całe muzeum chyba z cztery razy… Za każdym razem dostawałam grubą kromę z czymś tam, zawsze pysznym!
To chyba prawdziwe nie jest, no chyba, że wisi tam już jakieś dwieście lat…
Ekhm, miało być zdjęcie zabytkowego zegara a jest zabytkowej, przykurzonej i lekko spróchniałej matrony. A niech tam, skoro tak wyszło.
Nie wiem co to jest i do czego służy, przed chwilą taki mały, teraz taki duży… Ups, to nie ta bajka. Ale wygląda na jakieś narzędzie tortur, cy cuś.
O, patrzcie, autentyczna uczta. Mają pyszne ciasta i wino, częstowali, ale mnie jednak podobała się bardziej kuchnia… Wnętrza zabytkowe, częściowo stroje, a ksiądz jak wszędzie – najchętniej przy stole. Albo z tacą.
Johann Wolfgang von Goethe. Poeta. Był tam rzeczywiście w listopadzie 1792 roku. Mistrzami drugiego planu jest młoda para, a sam mistrz Goethe – sami widzicie, miał mrówy w pantalonach, nie dało się mu zrobić normalnego zdjęcia i też szukał ofiary do słuchania…
W pokoju, gdzie polowałam na Wolfganga Goethego są cuda techniki. Lunety i… skąd mam wiedzieć co to jest?
I dzidy jakieś. Pamiętacie budowę dzidy? Zadzidzie dzidy, przeddzidzie dzidy, zadzidzie zadzidzia dzidy itd.
To gratka. Autentyk. Dotknęłam jednym palcem ze strachem, że się rozleci. Nie rozleciała. Dotknęłam historii.
Sekretarzyk. Nad nim wiszą portrety tych, którzy z niego korzystali. Ileż tam tajemnic zostało powierzonych…
Na suficie dojrzałam dzwonki. Już widzę, jak pan domu pociąga za szarfę, prawy dzwonek budzi służącą, bo pan chce siku. Albo lewym pani budzi kamerdynera, bo głowa przestała boleć…
Jest i atelier fotograficzne! Wyobraźcie sobie, że asystentka fotografa ubierała chętnych delikwentów, dobierała kapelusze, cylindry, laseczki, binokle, fotograf – niestety aparatem całkiem współczesnym – robił cyk cyk i…
i… tadam! Oto ja.
Nazajutrz, ponieważ w muzeum zrobiło się duszno a pogoda zmieniła o 180 stopni – cała arystokracja wyruszyła na spacer. No tak mnie prosili o zdjęcie, tak mnie prosili, że w końcu uległam…

 

Krystyna

Niedługo…

Oto najnowszy program zajęć w liceum ustalony przez Episkopat na najbliższy tydzień.

Poniedziałek
1. Matematyka: Wyliczanie cudów Jezusa
2. Język polski: Odmiana przez przypadki imion świętych.
3. Geografia: Krainy geograficzne po których stąpał Jezus.
4. Historia: Najważniejsze wydarzenia przed narodzeniem Jezusa.
5. Religia: Zbawienna moc święconej wody.

Wtorek
1. Religia: Sakrament pokuty – Zbawienie przez cierpienie.
2. Biologia: Wpływ Ducha Świętego na rozwój pantofelków.
3. Fizyka: Fizyczne możliwości Trójcy Świętej.
4. Matematyka: Wyliczanie możliwych kombinacji układów scalonych ilości diabłów na główce od szpilki.
5. Religia: Zagadnienie dziewicy w nie-dziewicy.

Środa
1. Język polski: Omawianie twórczości JP II na podstawie sztuki „Przed Sklepem Jubilera”.
2. Historia: Geopolityczna sytuacja Galilei na trzy lata przed urodzeniem Jezusa.
3. Chemia: Wpływ Ducha Świętego na formowanie się zbawiennych związków chemicznych w wodzie święconej.
4. Religia: Wpływ szatana na zniewalanie umysłów młodzieży.
5. Wychowanie fizyczne: Nauka prawidłowego klękania i wstawania podczas mszy świętej.

Czwartek
1. Historia: Wczesny wpływ urodzin Jezusa na historię ziem zamieszkałych przez Niego.
2. Fizyka: Fizyczne właściwości błota z którego powstał pierwszy człowiek.
3. Język polski: Piękno języka polskiego w litanii do najświętszego Serca Jezusowego.
4. Matematyka: Prawdopodobieństwo ponownego przyjścia Zbawiciela na świat.
5. Religia: Sakrament spowiedzi. Czystość duszy po przelaniu grzechów na plecy spowiednika.

Piątek
1. Religia: Cudowne masowe nawracanie się na katolicyzm Indian południowo-amerykańskich, za pomocą bata, kija i stosów.
2. Język polski: Rozwijanie pojęcia o wspaniałym doborze słów w litanii do Najświętszej Marii Panny i Wiecznej Dziewicy w rodzaju: Wieżo z Kości Słoniowej, Bramo Zielona czy Domie Złoty.
3. Fizyka: Fizyczne skutki zamiany wody w wino w Kanie Galilejskiej.
4. Wychowanie fizyczne: Próby marszów z pochodniami w celu obrony krzyża.

Szkoła zamknięta do poniedziałku z powodu przygotowań i obowiązkowego uczestnictwa we mszy świętej.

Nie moje, znalazłam to w necie dobrych kilka lat temu. Znalazłam w swoich szkicach i patrzcie – jak znalazł!

 

Krystyna