Exclusive…

Bywam czasem na polu golfowym. Rzadziej niż częściej, ale bywam. I powiem wam, że wszędzie można się nieźle ubawić – na przykład czytając tablicę – co prawda po ichniemu, ale znaczy tyle co:

Uwaga!

Latające piłki golfowe!
Wejście na pole golfowe tylko dla członków i gości
(na własne ryzyko)

Prócz tych latających piłek golfowych należy również liczyć się z atakami innego gatunku, czego dowodem jest tablica. Swoją drogą klub bardzo ekskluzywny, ale na mnie jakoś specjalnego wrażenia nie zrobił – upierdolony brudny stół, poduszki na krzesłach pod tyłkiem też jakieś nie do końca czyste.
Za to kelnerka miodzio. Śliczna, młoda mulatka o cudownym uśmiechu, w garniturku perłowo-białych ząbków – i mówię to ja, kobieta w przekwitłym kwiecie wieku, żona, matka, jeszcze nie babcia – z pełnym uznaniem.

Ceny kosmiczne, mam wrażenie, że doliczają bardzo wysoką marżę za przepiękne widoki – te na horyzoncie, i te się krzątające.

Niestety, zdjęcie nawet w połowie nie oddaje uroku tego miejsca. Szkoda.

 

Krystyna

Goodbye, bye, bye…

Koniec.
Urlop nad morzem stał się historią, wspomnieniem. Ze względu na pogodę skróciliśmy go nawet o jeden dzień, bo jeśli kolejny dzień mieliśmy przesiedzieć w pokoju i czekać na zmiłowanie, a każda próba wyjścia kończyła się zmoknięciem – lepiej spasować.
Trudno.
Niewiele było słońca, morze kaprysiło – a to parafina na brzegu, a to za wysokie fale, a to mgła, a to podejrzenie sinic. Biała flaga jeździła w górę na przemian z czerwoną.

Kocham morze.
Uwielbiam spacery mokrym piaskiem na granicy wody. Pokonałam wiele, wiele kilometrów w te i we wte. Obserwowałam ludzi, ptaki, ślady. Uciekałam przed łabędziem, któremu nie spodobała się zbyt bliska odległość, na jaką ośmieliłam się zbliżyć. Obserwowałam zachody słońca.

…idę brzegiem, ku jesieni…
Plaża i dla ptaków…
…i dla psiaków.

Nie mogłam przestać się dziwić, jak wspaniałe są teraz smażone ryby nad morzem! Nie wiem czy wszędzie, ale tam gdzie się stołowałam ryby nie miały praktycznie panierki, jadłam wspaniałą, świeżą rybę, na świeżym oleju. Jadłam opiekanego dorsza w zalewie, dokładnie smakował tak, jakby zrobiła go moja mama! Śledź w śmietanie z czosnkiem był naprawdę w śmietanie, a nie żelatynowatym, tłustym majonezie. Tatar z łososia – czysty artyzm kulinarny. Kiedy poprosiłam o dwa, wcale nie duże plastikowe pojemniki, które zamierzałam zawieźć mamie do spróbowania – pani powiedziała, że tyle nie ma, ale jeśli poczekam chwilkę, szybko go dla mnie zrobi.

O gołąbkach, placku po węgiersku, pierogach i żurku już wspominałam, dodam jedynie, że żurek z dnia na dzień zamiast pięciu złotych skoczył na siedem. Cóż popyt i podaż…
Lody? Nie licząc pierwszych, smakujących i wyglądających jak potarte kartofle na placki – rewelacyjne.

Miejscowi ludzie są tam przesympatyczni. Wiem, powiecie, że oni z tego żyją, ale i tak uważam, że są wyjątkowi, jak moja gospodyni, sołtys Rowów – pani Jadzia, jej mąż, jej synowie.
Jej pies Majki, jej dwa koty, z których jeden przychodził pod drzwi naszego pokoju na drugie piętro.
Jej dwumetrowe lilie o niesamowitym burakowym kolorze, pachnące tak pięknie i tak intensywnie, że zapach docierał nawet na nasze drugie piętro.
Czas niestety jest nieubłagany, czekasz, czekasz, planujesz a tu pyk! I po ptakach.
Z pewnością jeszcze niejedną notatkę poświęcę przemyśleniom związanym z pobytem w Rowach, ale na razie – dziękuję.
Dziękuję pani sołtys i życzę zdrowia i sił do walki z sypiącymi się klifami.
A ty, morze – bądź nieco łaskawsze, bo piękne już jesteś…

 

Krystyna

Się nie udało…

Kiedy nadszedł mniej słoneczny dzień, postanowiliśmy pójść do Słowińskiego Parku Narodowego. Około osiemnasto-kilometrowa trasa zaplanowana była na około cztery godziny.
Park jest piękny, niemal dziewiczy, widoki zapierające dech.
Słyszeliśmy tylko śpiew ptaków i dzwonki przy rowerach, które nas w masowych ilościach mijały.
W poprzek ścieżki maszerowały, również w masowych ilościach małe żabki, które robiły wszystko, żeby je zadeptać.

Kiedy znalazłam wzdłuż ścieżki pierwszego, pięknego podgrzybka – obudził się we mnie zew grzybiarza, niestety, niczego zerwać nie mogłam.

Ukrył się w korzeniach powalonego drzewa, trudno było zrobić mu zdjęcie.
To podgrzybek nie jest, ale ładny.

Co jakiś czas, pogoda dawała o sobie znać lekkim deszczykiem, dobrze, że lekkim, bo byliśmy bez parasoli, zaopatrzeni jedynie w kurtki z kapturami.
Widoki z tarasów widokowych rekompensowały niedogodności pogodowe.
Widzieliśmy dzięcioła czarnego, w czerwonym berecie, mrowiska mrówek rudnic i ropuchę.

Mała ropuszka.

Ludzie na rowerach mijali nas, wracali, a my uparcie szliśmy na nogach. W połowie drogi (droga oznakowana kodami obrazkowymi do skanowania telefonem komórkowym – na jakim etapie drogi się jest, ile kilometrów przeszliśmy), po około dziewięciu kilometrach, zaczęło padać.
A tam padać, zaczęło lać! Ściana deszczu.
Jakby było mało, komary wielkie jak mutanty jakieś, cięły bez opamiętania.
Tak więc miło już było.
Konsternacja – iść dalej nie zważając na ulewę, przeczekać pod niewielkim zadaszeniem wśród kilku innych przemoczonych osób i chmary komarów, chętnych na naszą krew, czy zawrócić.

Nie było jednomyślności, było spięcie. Cóż, wyprawa się nie udała. Jeden z synów w ulewie poszedł dalej sam argumentując, że nie da się żywcem zeżreć komarom, z drugim zdecydowałam przeczekać nawet kosztem śmierci przez zaciukanie przez komarze mutanty. Po jakiejś
pół godzinie, kiedy ulewa trochę odpuściła, postanowiliśmy wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy. Osiem kilometrów mokrego powrotu, błotnistą, leśną, rozjeżdżoną przez rowery drogą.
Już nie dało się piękna obserwować. Już tylko jak najszybciej do domu.
I drapać, drapać, drapać.
Wyschnąć.

Ukąszenia komarów bolesne i długo się utrzymujące. Czerwone i swędzące miejsca utrzymują się od kilku dni.

Kiedyś może da się przejść całość, na pewno nie w czasie tego urlopu, przepadło, pogoda nie dopisała a ślady po komarach swędzą do tej pory.

Krystyna

Krowie na rowie…

Cenię logikę.
Sama, jak nie dotknę to nie uwierzę, przesądy i wierzenia są mi obce. Tak jak czarny kot… Moja czarna kicia jest najprzymilniejszym kotem pod słońcem i śpi mi na głowie. I tak od chyba siedmiu lat. Ci co mówią o pechu, mają źle w głowach.
Bywają rzeczy tak logiczne, że aż chce się powiedzieć: jak krowie na rowie, jasne jak słońce czy proste jak drut.
Bywa, że logika zwala z nóg, powala na łopatki – jak w tym przypadku!
Popatrzcie!

Proste jak budowa cepa.

Krystyna

Zeskok z telemarkiem…

Jako że spacerowanie granicą wody i piasku należy do najmilszych czynności nad morzem, szczególnie kiedy nie ma pogody do plażowania i kąpieli, korzystamy z tego tak często, jak tylko się da, czytaj – jak nie pada.
Lubię obserwować wszystko co mijam, wyciągam wnioski, podziwiam, chwalę albo obśmiewam.
Pisałam wcześniej, że przeszliśmy plażą z Rowów, mijając Dębinę do Poddąbia. W te i we wte ponad piętnaście kilometrów. Wtedy podziwiałam kamienie w Dębinie i klify.
Dziś zwróciłam uwagę na coś innego…

Ostatnie zejście z plaży w Rowach, następne już w Dębinie. Piękne schody i betonowy zjazd, wydawać by się mogło dla wózków czy niepełnosprawnych.

Zjazd?
Może zeskok?
Moi dwumetrowi i sprawni synowie, zanim nań weszli, zastanawiali się chwilę, jak to zrobić. Betony bowiem kończą się sporym, kilkunastocentymetrowym uskokiem.
Wózek z dzieckiem można zrzucić, niepełnosprawny może zeskoczyć. Z telemarkiem.

Domyślam się, że to wina morza, które zabiera nie tylko piasek, ale całe połacie ziemi wdzierając się w ląd, co widać podziwiając klify, ale musiałam. No musiałam.
Rzuciło mi się w oczy i już.

A, i tak przy okazji. Na plażę chodzę mając minimum rzeczy przy sobie. Mata, leżak i ręcznik. Olejek w kieszeni. Precz z zegarkiem i komórką.
Kiedyś chodziło się z kocem i olejkiem.
Potem z kocem, ręcznikiem, olejkiem.
Potem z kocem, ręcznikiem, olejkiem, leżakiem.
Następnie z kocem, ręcznikiem, leżakiem, olejkiem, parawanem.
Potem z kocem, ręcznikiem, leżakiem, olejkiem, parawanem, parasolem.
Potem z kocem, ręcznikiem, leżakiem, olejkiem, parawanem, parasolem, dmuchanym  materacem.
Potem z kocem, ręcznikiem, leżakiem, olejkiem, parawanem, parasolem, dmuchanym materacem, namiotem.
Teraz z kocem, ręcznikiem, leżakiem, olejkiem, parawanem, parasolem, dmuchanym materacem, namiotem, łopatką do okopywania parawanu, młotkiem do wbijania palików parawanu i jeden bóg wie czym jeszcze.
No to pakują ci ekstremiści cały ten majdan na wózek bagażowy, czy raczej platformę na dwóch kółkach i ciągną ze sobą na plażę. Męczą się na zjazdach (czasem skoczniach właśnie) a potem pocą przez pół plaży, żeby się zainstalować, rozbić obozowisko, co zajmuje chyba sporo czasu. Jak już skończą, to czas się pakować, i na obiad. Co za bezsens i obciach!

Krystyna

Gość…

Wieczorem słyszałam miauczenie pod drzwiami. Wiem, to omamy, bo tęsknię za moimi kotami.
Jednak kiedy drapanie w drzwi i miauczenie usłyszałam ponownie tuż po szóstej rano, musiałam uchylić drzwi, coś zrobiło szuuu, i kociak gospodarzy już był u nas. Wiedział, pod którymi drzwiami ma warować!

– Weź się z tym aparatem i głaszcz!
– Piotr robi to lepiej. Patrz i się ucz!
– I tej szynki jeszcze daj, kobieto!

Furceniu nie było końca!
Radość obopólna, mały załapał się na plasterek szynki, czuł się jak u siebie. Co ja gadam, przecież on jest u siebie!
Posprawdzał wszystkie kąty, nakazał odkurzyć i usiadł pod drzwiami, ze wzrokiem utkwionym w klamkę na znak, że audiencja skończona.

– Główka proszę bardzo, ale od brzucha wara!
Nie mógł mi tego wcześniej powiedzieć? Musiał ugryźć i podrapać?

Jak ja kocham koty!

Krystyna

Obiecanek nie było…

Wstaję rano razem z sąsiadem zza ściany – budzi mnie jego budzik o szóstej. Słyszę każdą jego pięciominutową drzemkę.
Pogoda nie rozpieszcza, cóż nikt nie obiecywał, że będą upały. Po deszczu, rano, morze wygląda dokładnie tak samo jak przed, tylko ludzi brakuje na niej, a górna warstwa piasku jest mokra.

Kormorany. Od zawsze w głowę zachodzę po co siedzą tak z rozpostartymi skrzydłami. Wiatr, deszcz, nieważne. Suszą pióra?
Uwielbiam tą kurtkę, bo ma same zalety: do kieszeni wewnętrznych wejdą buty, do zewnętrznych komórka, paczka chusteczek higienicznych, ma kaptur, jest leciutka i nigdy w niej nie zaginę – widać mnie z daleka.

Wkładam buty do wewnętrznych kieszeni kurtki i spaceruję. Zawsze szukam bursztynów, w ciągu całego życie znalazłam tylko dwa, ale za to ładne. Wczoraj znalazłam pięknie wyrzeźbiony przez korniki kawałek drewna , pół gogli pływackich, pęknięty materacyk do pływania i…

Wróci?
Małe dzieło sztuki, bo i artysta mały.

Krótkie przerwy pomiędzy ulewami wykorzystujemy na wypady w teren, żeby choć co ciekawsze rzeczy zobaczyć. Wczoraj zaliczyliśmy muzeum przyrodnicze Słowińskiego Parku Narodowego.
Wstęp cztery złote, wraz ze wstępem do Słowińskiego Parku Narodowego – sześć złotych.
Na razie, ze względu na deszcz – tylko muzeum. Niewielkie, bo mieści się w jednej sali, ale ciekawe, ładne.

Rozmawiałam z rybakiem o fokach, powiedział, że są traktowane jak szkodniki.

Po piętnastej, mimo deszczu, poszliśmy, a jakże, na obiad do Kaszubki, na gołąbki. Jakiż był mój zawód, kiedy okazało się, że gołąbków już nie ma, schabowych, nie ma, drobiu nie ma.
Były pierogi, placki po węgiersku i inaczej nazwane mielone. Ale żurek z jajkiem był wspaniały i kosztował jedynie pięć złotych.
Na gołąbki zostałam zaproszona na jutro.
Potem, z butami w kieszeniach, oczywiście długi spacer plażą.
Na kolację deser. Lody.
Tym razem w innym miejscu, firmowe, podane przez kelnera, w szkle. Wspaniałe!

Ogromne, smak każdej gałki od razu rozpoznawalny, bita śmietana nie za słodka, w środku pokruszony herbatnik i adwokat, wszystko polane musem truskawkowym. Za piętnaście polskich złotych.

Dobrego dnia!

Krystyna

Co ma młotek do gołąbków…

Morze jest kapryśne.
Bardzo kapryśne.
Raniutko było pięknie, słonecznie, w zabudowaniach niemal bezwietrznie, a takiej pogody się nie przepuszcza. Dziś jest a jutro jej nie ma.
No więc bez namowy wdzialiśmy kąpielówki, zabraliśmy leżaki, ręczniki, ja wzięłam do kieszeni moje pareo i poszliśmy na plażę. W pokoju mamy parawan, ale jakoś mamy do niego awersję widząc, jak na plaży tworzą się zagrody jak dla zwierząt, czasem kilkupokojowe apartamenty. Tylko śmieci lecą za ściany, pety, dzieci na siku wychodzą za parawan. Czasem pieski.
Nie bierzemy parawanu tłumacząc światu, że nie mamy młotka do wbijania palików.
Na plaży rozkładamy leżaki, maty i walczymy z tym, bo wieje jak diabli, leżaki wydęte w drugą stronę, maty fruwają. Przyciskamy butami, na maty stawiamy leżaki. Przeklinamy wiatr, który siecze piaskiem po ciele, ale na razie jest jeszcze w miarę ciepły.
Morze, morze, morze!
Idziemy w trójkę, moczymy stopy, wchodzimy do kolan. Wcale nie jest to proste!
Woda zimna jak cholera, każda rozpryskująca się fala powoduje zatrzymanie akcji serca i krótki bezdech, ale nic to, jest lato, jest urlop, jest morze – trzeba wejść. Tym bardziej, że po trzech ładnych dniach odczuwa się mrowienie czerwonej skóry na ramionach i karku, którą trzeba schłodzić.
Nie ma totamto, zanurzam się po szyję. Chwilowy hercszlag rekompensuje się po chwili, kiedy woda już taka zimna nie jest, ba, jest nawet przyjemna.
Ale nie za długo, po jakichś dwudziestu minutach na rękach i nogach pokazuje się pokrzywka a ciało zaczyna sinieć.
Wyjście w takim stanie na brzeg, przy słusznym wietrze – to wyzwanie ekstremalne. Staram się szybko pobiec do leżaka, ale ruchy, przy zapadających się w miałkim piasku stopach – są strasznie paralityczne. Ręcznik nieco rozgrzewa, skaczę na prawej nodze przechylając głowę, żeby wypłynęła woda, która podstępnie wdarła się do ucha i do płuc, kiedy nie zauważyłam nadpływającej fali.
Jezu, jak piździ. Jak zimno.
Widzę, że synowie też wyłażą, też trzęsą się jak nie powiem co w trawie.. Wycierają się i kładą na leżakach.
Obserwuję jak sinieją, jak zaczyna ich trzepać, choć bardzo starają się to ukryć. Na naolejkowane, mokre ciało zaczyna się przyklejać drobny piasek, który za chwilę stworzy skorupkę. Może będzie w niej cieplej.
Jeszcze kilka minut i podejmujemy męską decyzję – spie…my.

W domu zdjęłam mokry kostium kąpielowy, założyłam suche rzeczy i poszłam pomyszkować w bazarowym badziewiu, czasem można tam całkiem fajne rzeczy wypatrzeć.

Około piętnastej trzydzieści ponownie wybieramy się na spacer po plaży. Pogoda śmierdzi deszczem, ostrzegam, żeby nie oddalać się za bardzo od zejścia, ale kto by tam starej matki słuchał…
Niedługo potem zaczęło kropić, ewakuacja z plaży, schronienie pod markizą jednego z butików.
Matko, jak lało! Ulewa!

Kiedy zdawało się przechodzić, biegusiem i boso śmignęliśmy do Kaszubki, chwalonego baru w Rowach. Oczywiście, przed deszczem schroniło się tam pół Rowów, ale na szczęście znaleźliśmy wolny skrawek podłogi. Wyziębieni, wygłodzeni, zamówiliśmy pierogi ruskie z okrasą, placek po węgiersku i podwójną porcję gołąbków dla mnie – cztery sztuki plus ziemniaki, które nie zmieściły się na talerzu i dostałam je osobno, z koperkiem.

Młody człowiek, dziwnie mi się przyglądał, kiedy zamawiałam dla siebie tą podwójną porcję gołąbków. Nie dowierzał.
Kiedy zjedliśmy i poszłam regulować rachunek, młody, przesympatyczny kelner popatrzył na mnie i zapytał:
– Pokonała pani te gołąbki?
Zawstydzona odpowiedziałam, że spokojnie.
Rachunek wyniósł pięćdziesiąt siedem złotych za cztery słuszne porcje obiadowe.

Nażarliśmy się do porzygu, a potem, mimo że jeszcze padało, boso poszliśmy do domu. Jak dziecko, szłam po spływającej ulicą wodzie, rozchlapywałam wodę i nuciłam “Deszczową piosenkę”.

P.S. Uciekając przed deszczem z plaży, syn znalazł… młotek. Do wbijania palików parawanu.

Krystyna

Plaża, dzika plaża, morze dookoła…

No przecież nad morze nie jedzie się kąpać! Nad morze jedzie się po to, żeby nad nim być! Przecież nie od dziś wiadomo, że nad morzem WIEJE! A jak wieje, to opalanie się jest rzeczą nader śmieszną, pozostają spacery plażą.
Wczoraj pokonaliśmy plażą, boso, dystans od Rowów, przez Dębinę do Poddąbia. Niestety, nie udało mi się dokładnie ustalić odległości, myślę, że było około siedem, osiem km w jedną stronę (daje razem czternaście – szesnaście kilosów!). Właściwie to szliśmy z intencjami – chcieliśmy pod świętym obrazkiem, pozostawionym na pamiątkę przez pielgrzyma, zostawić symboliczne kamienie niesione z Rowów; taka sobie pielgrzymka bezbożników. Przyjemność bardziej dla siebie niż bozi.
Po drodze (czyt: plaży) podziwialiśmy piękno wybrzeża i czyniliśmy dobre uczynki.
Syn uratował od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia biedronkę, którą niósł przez kilka kilometrów (może raczej ona sama się niosła, bo uczepiła się jego ręki i ani myślała odfrunąć), do szukanego przez nas miejsca, nazywając ją całą drogę “pielgrzymem”.

Biedra – pielgrzym. Może chciała samobója popełnić?

Ja uratowałam od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia rybkę, która rzucała się nerwowo na piasku, nie mogąc trafić z powrotem do wody.
Nie pomyślałam jednak o trzech życzeniach, trudno. Może ona mnie zapamięta.

Może to malutka makrela, którą zjem jak już będzie duża?

Uratowałam też żuczka, który jeśli nie zostałby rozdeptany, to zapewne usechłby w piaskach Poddąbia.

Miał chyba ze 2,5 cm. Może szedł do biedronki?

Klifowe wybrzeże w tym miejscu jest przepiękne.
Wyraźnie widać, jak morze wykrada podstępnie kolejne metry lądu. Krótka, kamienista plaża, jest podobno namagnesowana tak bardzo, że niektóre urządzenia potrafią wariować.
W klifie wydłubały sobie gniazda jaskółki, jak zauroczeni staliśmy i patrzeliśmy na uwijające się wokół swoich domków ptaki.

Morze wdziera się w ląd. Ot, siła natury.
Magnetytowe pole. Ponoć elektronika dostaje świra. Mój gps nakazywał iść w odwrotną stronę, a ja tak bardzo bałam się zabłądzić…
Jaskółki nieuwięzione.

Niestety, magicznego miejsca w Poddąbiu nie znaleźliśmy. Pytaliśmy mieszkańców – ale też nie byli zorientowani. Nasze kieszenie opróżniliśmy z kamieni pod jednym z drzew niedaleko TOY TOY-ki, biedronka – pielgrzym również została oddana naturze.
Zmęczeni wracaliśmy tą samą drogą, dostrzegając już te brzydsze rzeczy – padłe mewy, wyrzuconą na brzeg śniętą flądrę, pety i wszędobylskie plastiki.

Syn był tak zniesmaczony, że złapawszy pierwszą lepszą broń, nie zawahał się jej użyć…

Ze zmęczenia zrezygnowaliśmy nawet z obiadu. Ale było warto, klif jest piękny!

To tam malutkie, różowiutkie – to ja. Jestem dumna, że dotrzymałam kroku dzieciom. No dobra, w końcówce marudziłam, do domu doszłam na bosaka, bo nie miałam siły zakładać sandałów, powłóczyłam szłapami, ale doszłam!

Nie mieliśmy sił już na nic prócz meczu Belgia – Francja.

 

Krystyna