Co ja pacze…

Dwa i pół dnia obserwacji w sanatoryjnej stołówce powoduje u mnie odruch ucieczki.
Patrzę i oczom nie wierzę, myślałam, że takie rzeczy już się nie zdarzają.
Przy stolikach siedzi od sześciu do dziesięciu osób i nie uwierzycie – kto pierwszy ten lepszy. Dwóch pierwszych kuracjuszy ma wszystko dla siebie a każdy, kto przyjdzie kilka minut później musi iść do kuchni i prosić o dokładki, mimo, że na stole jest tyle porcji, ile przewidzianych osób.
Kiedy była na kolację fasolka po bretońsku, jeden z panów przy moim stoliku zaaplikował na swój talerz mniej więcej połowę wazy, która była dla wszystkich. Powiedział bezceremonialnie, że to lubi.
Kiedy na śniadanie na talerzu mieliśmy twarożek, potartą rzodkiew, dwa plastry kiełbasy krakowskiej i masło roślinne, a w koszyczku na stole leżały sztućce – ten sam pan, po posmarowaniu chleba zjadał twarożek nożem, mimo, że widelce i łyżeczki leżały obok. Nóż smakowicie wylizał.
Inny z panów, odsunąwszy talerzyk z mielonką, masłem roślinnym i liściem sałaty rozłożył chleb na obrusie, posmarował, nałożył wędlinę, sałatę, nakrył drugą kromką i bez przekrawania wsuwał, zostawiając na stole niesamowity wstyd. Podczas obiadu miał pretensje, że nie podają do zupy chleba.
O usypywaniu cukru do serwetki, o stosach kromek chleba zabieranych do pokoju – już nawet nie wspomnę.
A na łopatki położył mnie jedząc widelcem w prawej a nożem w lewej ręce, bo tak było mu wygodniej. Ręką wyławiał torebki z herbaty, wyciskał w palcach i ciskał nimi na talerz.
Wiem, że się czepiam, ale kiedy byłam z Gabi w październiku w spa, w Długopolu – nie do pomyślenia było, żeby na posiłek ktoś przyszedł w plastikowych czy domowych laczkach!
A tu? Powyciągane i pewnie po przejściach na zabiegach (co wnioskuję z ciągnącej się za gościem woni), za krótkie gacie z dresa – to pewien standard. Dla mnie nie do zaakceptowania.

Posiłki takie sobie, ani dobre, ani niedobre, porcje nie za duże, żeby nie powiedzieć – niewielkie. Za to gospodarka jest tutaj niezła – jak na obiad były buraki, to następnego dnia na śniadanie – pasta z buraków do chleba. Mnie smakowała…

Jednak zrobiłam zdjęcie, ta pasta z buraków mnie urzekła…

Dwa i pół dnia minęło. Do końca turnusu zostało dwa i pół tygodnia. Co jeszcze zaobserwuję? Aż strach się bać.

Krystyna

Ała…

Jakby chciał pałą walnąć. Nawet tu musi być wielki…

Nareszcie. Po trzech latach czekania nadszedł ten wiekopomny dzień, kiedy ogromne torbiszcza zostały spakowane i zawiezione do sanatorium. Wraz z nami, oczywiście.
Szaleństwo rejestracji, płacz, że trójka a nie dwójka, pielęgniarka, lekarz, zabiegi.
Wszystko nowe, nieznane, ostatecznie po raz pierwszy w życiu staraliśmy się o sanatorium licząc na cud wyzdrowienia.
Jakaż byłam dumna ze swojej przezorności, że zadzwoniłam i zarezerwowałam pokój dwuosobowy zaraz po otrzymaniu skierowania, bo wczoraj mogłoby się okazać, że przez trzy tygodnie pomieszkiwalibyśmy we trójkę – mój mąż, ja i ktoś jeszcze.

Od dziś zaczęliśmy zabiegi.
Cztery dziennie, po jednym w soboty.
Kiedy potrzebowałam konkretnej rehabilitacji tych trzy lata temu, bolał mnie kark i kręgosłup, teraz bardziej dokuczają kolana. Problemem zawsze były schody, szczególnie marsz w dół, bo wtedy bolały bardziej niż chodzenie schodami do góry.
Lekarz prowadzący zalecił morze, skierowanie przyszło w góry.
Na miejscu okazało się, że z miejsca zakwaterowania do zabiegowni trzeba schodzić schodami w dół… Jest ich dobrze ponad sto. Kiedy to zostało mi uświadomione nieco pociemniało mi w oczach.
Liczę szybko – sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę na zabiegi, sto dziesięć w dół, sto dziesięć w górę wychodząc czy na spacer czy do centrum. Ciemność widzę…

No to dziś były te pierwsze zabiegi, masaż mechaniczny – super, ćwiczenia ogólnousprawniające – super, godzinka czasu i na zajęcia na basenie solankowym. Wiadomo, woda mój żywioł!
Czekając na basen poczułam pragnienie, wyjęłam więc mineralną gazowaną, bo taką lubię. Delikatnie odkręcałam korek i jak nie piźnie! Przecież nie ruszałam butelką do tego stopnia,żeby musiała zalać mnie, sąsiadkę obok, wszystkie moje rzeczy, kanapę i podłogę. Przecież tej wody nie mogło tyle być! Sorry!
Sąsiadka zaraz się zmyła, a ja miałam tyle czasu, że dżinsy, kanapa i podłoga zdążyły wyschnąć.
Kiedy nadszedł czas basenowy, odbiłam się plastikowym zegarkiem, poznałam trenera i poszłam do szatni się przebierać. Znów zegarkiem otworzyłam sobie szafkę, i wyciągam po kolei z torby długie legginsy do gimnastyki, białe skarpetki, krótkie legginsy do ultrafonoforezy kolan, tenisówki, duży ręcznik, żabkę do włosów, resztę gazowanej mineralki, klapki basenowe… Przekładam to wszystko jeszcze raz i stwierdzam ze wstydem brak stroju kąpielowego. Inne panie ciach, pościągały ciuchy i bez przebierania stoją w kąpielówkach a ja jak ten debil kolejny raz rozgrzebuję swoje rzeczy.
Nie ma, no nie ma!
Wrzuciłam to wszystko w nerwach w torbę i przeprosiłam trenera (przesympatyczny, młody człowiek z ogonkiem na czubku ogolonej głowy), że dziś nic z tego nie będzie. Zapytał dlaczego, ze wstydem przyznałam, że zapomniałam kostiumu kąpielowego, on że nic straconego, mam pójść po kostium i wejdę z następną grupą…
Gwiazdy zobaczyłam… Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół… Zagrałam bohaterkę i powiedziałam, że super, że ok, lecę.

No tak, ale okazało się to trudniejsze logistycznie niż myślałam.
W szatni wisimy z mężem na jednym haku, żeton ma on, a on też na zabiegach bóg jeden wie gdzie, a tu sześć pięter i mrowie ludzi. Jakby było mało, w kieszeni kurtki jego, nie mojej, spoczywa klucz do pokoju.
Skruszona poprosiłam w szatni pana szatniarza o pomoc, powiedział, że szczęście, że mamy razem, bo pojedynczej kurtki męża by mi nie wydał. Dobrze, że zapamiętałam numerek, dobrze, że pan zechciał sięgnąć do mężowej kieszeni po klucz od pokoju.
Byłam naprawdę bardzo wdzięczna, podziękowałam i w drogę…
Sto dziesięć schodów górę, sto dziesięć w dół.
Wróciłam zgrzana. zziajana, ale żywa. Dałam radę.
Po basenie ledwo zdążyliśmy na obiad a byłam głodna jak wilk!

Po obiedzie mąż zapytał, czy idziemy na grzane winko, a ja już wiedziałam, tylko sto dziesięć stopni w dół, sto dziesięć w górę…
Poszliśmy.

Cd. nastąpi.

Krystyna

I z czego się tu śmiać…

Czwartego grudnia 2019, w Barbórkę, zaprosiłam męża na spektakl pt.: Ucho Prezesa czyli SCHEDA.
Ponieważ namiętnie oglądałam odcinki Ucha na youtube, z największą przyjemnością zobaczyłam kabareciarzy na żywo. Udało mi się nawet kupić bilety w drugim rzędzie, a więc przyjemność tym większa, bo wszystko z detalami, z bliska. Każdy kłak sierści na marynarce Prezesa.

Na początku poproszono, aby nie robić zdjęć, żeby nie nagrywać, mam więc tylko jedno zdjęcie pustej jeszcze sceny.

Spektakl był świetny, śmiechu nie dało się opanować, dialogi błyskotliwe i skądś znane, aktorzy rewelacyjni, że o samym Robercie Górskim nie wspomnę.

Scena z perspektywy drugiego rzędu.

Czas przeleciał bardzo szybko, wyszliśmy na świątecznie przystrojone Katowice, jeszcze rozbawieni rozmawialiśmy o tym, co zobaczyliśmy i wiecie co?
Nagle zrobiło mi się smutno.
Zrobiło mi się smutno, bo zapytałam samą siebie – z czego się śmiałaś? Przecież całe to przedstawienie było dokładnym odzwierciedleniem tego wszystkiego, co się u nas dzieje, niby krzywe zwierciadło a wcale nie śmieszne, kiedy się nad tym głębiej zastanowić.
Postacie polityków jedynej słusznej partii przedstawione niby w karykaturze, ale jakże te karykatury były prawdziwe, realistyczne.
A więc z czego się śmialiśmy?

Sami z siebie się śmialiśmy…

Tu krótkie fragmenty, znalezione na youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=INfEmwUUnKU
https://www.youtube.com/watch?v=4GfmSSpgtg0
https://www.youtube.com/watch?v=9xHbLZfV1yM

Krystyna

Małe wielkie przyjemności…

Jakoś tak sobie wymyśliliśmy, że rodzinne święta obchodzimy nie w domu, gdzie trzeba było tylko zapieprzać w kuchni przed i po, a wychodzimy na obiad do wybranej przez solenizanta restauracji, idziemy na kręgle, do kina, albo wyjeżdżamy coś zobaczyć.
Listopadowe urodziny syna, w ramach prezentu, spędziliśmy we wrocławskim zoo, a właściwie w samym afrykarium, bo tam upłynęło nam niezauważenie prawie sześć godzin. Naprawdę.

Kiedy z daleka zobaczyłam wielki wagon kolejowy z dziwnym graffiti pomyślałam, że chyba bez sensu było jechać tu niemal trzysta kilometrów, przy niesprzyjającej, mokrej aurze.
Jakże się myliłam!

Wrocławskie zoo znam teoretycznie od dziecka dzięki programowi “Z kamerą wśród zwierząt”, który prowadziła para dyrektorów – Hanna i Antoni Gucwińscy, których potraktowano, według mnie, bardzo niesprawiedliwie. Znając ich absolutną empatię do zwierząt nie wierzę, żeby znęcali się nad niedźwiedziem Mago.
Antoni Gucwiński został zresztą sądownie z tych zarzutów oczyszczony, ale smród i żal pozostał.

Wracając do tego a’la wagonu, pomyślałam też, że jakiś on mały, i że cóż tam może się zmieścić, jednak za progiem wkroczyliśmy w inny świat.
Czego tam nie było…

Wagon jak się patrzy, przed nim sadzawka, ale w środku…
Hipcie razem z rybami i ptakami w absolutnej symbiozie. Ludzie mają gorzej, ale o tym potem.

 

Wkraczam w podwodny świat. Nie da się tego słowami opisać, to trzeba zobaczyć.
Przepływająca nad głową płaszczka robi wrażenie. Za pierwszym razem człowiek aż kurczy się ze strachu… I te miny – raz uśmiechnięta, raz zawzięta i gotowa do pożarcia…
Dobrze, że szyby są odpowiedniej grubości, takie spotkanie oko w oko budzi respekt.
Karmienie zwierząt odbywa się w określonych przy wejściu godzinach, w towarzystwie opowiadającej o wszystkim pani. Niezwykła lekcja przyrody a na zdjęciu karmienie manatów. Zieloną sałatą. Podsłyszeliśmy panią z mikrofonem: cyt: jeszcze popieprzę trzy godziny a o piętnastej idę na kawę. Oczywiście nie było to dla naszych uszu, a do koleżankowych 🙂
Kaczka? Gęś? Nie mam pojęcia, ale była śliczna.
Wielkość i ogon dużej myszy albo małego szczura, pyszczek z kilkucentymetrową trąbką. Ruchliwe jakby z ADHD i trudno było zrobić lepsze zdjęcie.
Antylopa poskładana chyba z kijowo do siebie pasujących części. Jakby każdy zwierz coś jej podarował…
Rarytas – małe, rude pandy. Padał deszcz, było szaro i brzydko, to i zdjęcie takież.
Ten słoń podejrzanie i jednostajnie kiwał się z nogi na nogę. Albo słyszał wewnętrzną muzykę, albo miał problemy natury psychicznej.
Pantera śnieżna. Stałam przy niej chyba pół godziny, dwukrotnie do niej wracałam. Jest przepiękna. Tylko nerwowa jakaś, bo na papu czekała.
Ostatnia pani nosorożcowa. Chłopa wykończyła i sama sobie dzieci nie zrobi, umrze samotnie. Poważnie mówiąc, niedługo nosorożce będziemy znać tylko ze zdjęć. Białe nosorożce są już gatunkiem wymarłym, na wolności są tylko dwie samice…
O tym wspomniałam przy okazji hipopotamów, bo…
…bo fruwające nad głowami odwiedzających ludzi ptaki, duże przecież, potrafią zostawić pamiątki wielkości sadzonego jajka. Tyle w temacie wolno fruwających ptaków.
No, a to je jo…

Część zwierząt ze zdjęć znajduje się oczywiście na zewnątrz, nie w afrykarium, niemniej aura nie sprzyjała dokumentowaniu i robieniu ładnych fotek. Co tu dużo mówić – padało i to nieźle. Wybrałam według mnie najlepsze zdjęcia, aczkolwiek z żalem odkładałam pozostałe. Warto tam pojechać i zobaczyć na własne oczy.

 

Krystyna

Matka Polka…

Wigilia.
Najpiękniejszy dzień w roku, na który się tak bardzo czeka tyle dni, ba, już po kolacji czuje się żal, że znów rok trzeba czekać…
Zakupy, przygotowania i radość z bycia razem, że ma się najbliższych przy stole.
Czas szybko mija, każdy chwali kapustę z grzybami, karpia w galarecie.
Prezenty.
– Naprawdę wszystko dla mnie? – pyta wzruszony syn.
O 20.00 mama jest już zmęczona, chce wracać do siebie, a więc odwozimy, pakuję jeszcze smażone ryby na zaś.

Ogarniamy bajzel, którego uniknąć się nie da kiedy wyciąga się te lepsze rzeczy na stół, słuchamy kolęd i rozmawiamy. O wszystkim i o niczym. Lubię te dyskusje synów, kiedy dzielą się przeżyciami, doświadczeniami, planami, i tak do 1.00 w nocy. Potem sięgam jeszcze po kolejną książkę Tokarczuk, bo przecież nie mogę zostać w intelektualnym tyle, o 2.00 już decyduję się położyć spać.
Ledwo zasypiam, a przynajmniej tak mi się wydaje, łapie mnie skurcz w nodze, od kolana do góry. Szlag trafił, jaki to ból! Wyskakuję z wyra zgięta w pół, co chcę się wyprostować to kolano z bólu idzie w górę, kolano w dół – zgina mnie w pasie. Jak marionetka na sznurku. Na zegarze 3.30, masuję bolesny mięsień, żeby minął ból musi minąć jakiś czas, jakieś pół godziny.
Szukam wygodnego miejsca w łóżku, kładę się na waleta, zasypiam, ale na krótko, chyba, ze snu wyrywa mnie dźwięk telefonu.
To mama.

– Przewróciłam się, nie umiem wstać, potrzebuję pomocy – mówi.
– Mamuniu, która jest?
– Minęła piąta.

Budzę syna, musi pojechać ze mną, bo sama nie dam rady mamy z podłogi podnieść, zresztą nawet nie wiem jak to się stało i co zastanę. Przy windzie spotykam sąsiadkę, która właśnie wychodzi z psem, pod blokiem spotykamy inną, już spacerującą.

– W śmietniku śpi jakiś bezdomny, matko, jak on chrapie – mówi ta druga, podchodzimy bliżej, faktycznie leży gość w jasnych spodniach, na tekturze, a tu zimno jak diabli i mżawka. Mówię, że trzeba zadzwonić na 112 i myślę o czekającej na podłodze mamie.
– Nie mam przy sobie komórki.
– Ja też nie mam.

No ja mam, trzymam w ręce w razie, gdyby mama zadzwoniła.
Dzwonię, odbiera dyżurny, przedstawiam się, klaruję o co chodzi.
– Śmietnik zadaszony?
– Nie, zbudowany z estetycznych deseczek, bez dachu, człowiek leży przy samym murku.
– Jest przytomny?
– Skoro chrapie – to chyba przytomny.
– Jest z nim kontakt?

Tłumaczę, że nie podchodziłam do niego, nie wiem czy kontaktuje, czy trzeźwy, czy naćpany, śpieszę się do matki, która leży na podłodze u siebie w domu i czeka na moją pomoc. Uważam, że trzeba facetowi pomóc, jest zimno i mokro, dlatego dzwonię.
– Czy numer z którego pani dzwoni, jest numerem kontaktowym?
– Tak, to mój numer.
– Proszę się nie rozłączać, łączę panią z ratownikami medycznymi.

Czekam idąc w stronę parkingu, bo zaczynam się niecierpliwić.

– Słucham – słyszę z tamtej strony głos wybudzonej ze snu zimowego wściekłej niedźwiedzicy.

Znów od początku dokładnie ta sama procedura, te same pytania, czy jest z nim kontakt, czy trzeźwy. Tłumaczę wkurwionej, że ją obudziłam koordynatorce, że nie wiem, że nie mam czasu sprawdzać, bo śpieszę się do leżącej na podłodze mamy a ona wiecie co do mnie?

– Proszę podejść do niego, zagadnąć i sprawdzić czy trzeźwy.

Nie wytrzymuję, dość niegrzecznie odpowiadam, że jestem już na parkingu i właśnie wsiadam do auta, bo ŚPIESZĘ SIĘ DO MATKI, KTÓRA SIĘ PRZEWRÓCIŁA W SWOIM MIESZKANIU I CZEKA NA MNIE. Dodaję, że chcę człowiekowi pomóc, że wszystko rozumiem, ale nic więcej zrobić już nie mogę.

– To wszystko – słyszę i pędzę do mamy.

Jest wczesny, bardzo wczesny świąteczny poranek, nie powiem, że wymarzony, jestem niewyspana, zmęczona, zniesmaczona.
A pies to drapał, po powrocie wskakujemy z powrotem w piżamy, śpimy do południa.
Ostatecznie mamy Boże Narodzenie.

Krystyna

Śliwki…

Bamberg jest przepiękny i spacerując z podopieczną robimy wielkie koło. Jako że teren górzysty, najpierw idziemy w dół a potem z mozołem do góry. Wolałabym odwrotnie, ale to nie koncert życzeń. Takie koło zabiera nam około półtorej godziny, zahaczamy również o kościół Karmelitów.
Droga w dół jest bardzo wąska i pozakręcana, dlatego też zakaz prędkości do 30 km. na godzinę, jak wszędzie tu zresztą. Jeżdżę tu volkswagenem Touran, duże, fajne autko, ale co z tego, kiedy – wierzcie mi, ani razu nie jechałam na trójce! Jedynka i dwójka to całe szaleństwo na jakie mnie stać… Nie ma co ściemniać, do sklepu mam jakieś 800 metrów.
Ale wracam do spacerów w dół, po drodze podziwiam pięknie utrzymane domy, z nowoczesnymi fontannami, ukwiecone na potęgę. Mijamy przedszkole, zza wysokiego żywopłotu słychać dziecięcy gwar, a przy płocie – dwie skrzynki śliwek, takich świeżo zerwanych, jeszcze z nalotem, prawie nie dotykane i skarbonka.
Żadnych ludzi, żadnej wagi, żadnych woreczków.
Śliwki i skarbonka.

Następnego dnia była już tylko jedna skrzynka śliwek i skarbonka.

I wiecie co? Zrobiło mi się smutno, bo pomyślałam, że gdyby ktoś u nas postawił skrzynkę śliwek bez opieki, po kwadransie już by jej nie było, o skarbonce nie wspomnę.
Dlaczego?

Krystyna

Oni wiedzą…

Trudno dziś nie odnieść się do rocznicy tego wydarzenia, którego oby nigdy więcej nie było. To było aż 80 lat temu; a może zaledwie 80 lat temu?

Wczoraj w niemieckiej telewizji obejrzałam ponad trzygodzinny film dokumentalny z 2014 roku , przeplatany wypowiedziami bezpośrednich uczestników, ich dzieci, historyków. Wypowiadał się prof. Bartoszewski, Andrzej Wajda, Roman Polański – oni byli wtedy bardzo młodymi ludźmi, wspominali pożegnania z ojcami, sytuacje z którymi przyszło im się zmierzyć.
Überfall aus Polen. Najazd na Polskę.

Wypowiadał się syn kata z Krakowa – Hansa Franka i wiele, wiele innych osób – po polsku, niemiecku, francusku, rosyjsku, angielsku, bo tam właśnie rzuciła ich wojenna tułaczka. Część z nich została wywieziona do Rzeszy jako dzieci nadające się do zniemczenia, czyli czystej rasy – blond włosy i niebieskie oczy.

Syn kata z Krakowa Hansa Franka – Niklas Frank. No co ma zrobić, że miał takich a nie innych rodziców? To jego wina?
Hans Frank.
Uznany za zbrodniarza wojennego na procesie norymberskim listopad 1945 – październik 1946.

Smutny program, ale jakże rzetelny!
Oni, Niemcy, wiedzą, że to ich wina, że poprzednie pokolenie powierzyło los milionów w jedne, szalone ręce. Wstydzą się tego dziś, niechętnie o tym mówią.
Rozmawiałam na ten temat ze starszą panią, pamiętającą tamte czasy, ona tylko smutno powiedziała:
– Kristina, Hitler obiecywał nam tysiącletnie imperium…
I porwał tłumy.

W programie, który obejrzałam, pokazano atak na Westerplatte, na pocztę w Gdańsku i radiostację w Gliwicach.
Pokazano getto warszawskie.
Pokazano dramaty ludzi, brud, głód, smród.

Tego nigdy nie wolno zapomnieć, nigdy, ale czy nie należałoby wreszcie pomyśleć o teraźniejszości, przyszłości, o przyszłych stosunkach z sąsiadami?
Może dość już tej buty, zarzutów, domagania się reparacji, dziadków z wermachtu?
Może czas na prawdziwe, katolickie pojednanie?
Ileż razy oni mają jeszcze przepraszać we wszystkich językach świata?
Tak naprawdę tamtych już nie ma, są ich potomkowie – ale czy oni są winni działaniom ojców i dziadków?

Jak długo jeszcze, zamiast wspólnie myśleć o przyszłości, o klimacie, o europejskiej gospodarce i dobrobycie ludzi, Polska będzie jątrzyć i rozdrapywać nigdy nie zagojone rany, bo nie na rękę nam wybaczenie?

Oni wiedzą, że są winni mordu milionów, zrównania z ziemią dużej części Polski i wszystkiego najgorszego, co się wtedy wydarzyło, ale na boga! od historii nie uciekniemy, tak było i może czas tworzyć przyjazną przyszłość…

Zdjęcia są kiepskie, robiłam fotki telewizorowi, bo tylko w ten sposób mogłam nieco zatrzymać czas.

Krystyna

Dotyk historii…

Dotknęłam tysiącletniej historii.
Dosłownie.

Wszędzie czytam, że bamberska katedra (Katedra Świętych Piotra i Jerzego) to jedno z najważniejszych miejsc w Niemczech, które trzeba zobaczyć. Faktycznie robi wrażenie. Jej historia sięga XI wieku, kiedy to cesarz Henryk II Święty i cesarzowa Kunegunda ją ufundowali, konsekrowali w maju 1012 roku.

Kiedy jest się tak blisko czegoś, co powstało tysiąc lat temu, jak te mury, szczególnie ten z prawego dolnego rogu zdjęcia – zmuszeni jesteśmy do głębokiego zastanowienia się – a co po nas?

Wiecie, te stare mury są wyeksponowane, można je normalnie dotknąć, co nie powiem, daje kopa, daje do zrozumienia, jak malutcy jesteśmy.

Nie pytać co to jest, nie wiem. Dla mnie krzyżówka manata z psem, ale może kiedyś to był lew?

Nie będę zanudzać architekturą, to można wszędzie przeczytać, powiem tylko, że w środku katedry są pochowani fundatorzy – Henryk II Święty i Kunegunda, mają wspaniały grób z marmuru w dwóch kolorach, ich postaci naturalnej wielkości są z czerwonego.

Niełatwo było to zdjęcie zrobić, zawsze grobu ktoś pilnuje. To sarkofag cesarza Henryka II Świętego i jego żony, cesarzowej Kunegundy. Ich postaci, leżące na górze są naturalnej wielkości.

Za ołtarzem, na którym odbywają się normalne msze, wyeksponowane jest krzesło papieża Klemensa II, który spędził w Bambergu sporą część życia odpoczywając tam. Jako ciekawostkę powiem wam, że do mszy, jako ministrant, służyła kobieta. Zapytałam, czy to normalne, a moi przewodnicy powiedzieli, że tak, że są ferie, dzieci powyjeżdżały i z braku laku jest kobieta. Łaskawcy…

W katedrze znajduje się sporo późnoromańskich i wczesnogotyckich dzieł sztuki, jednak sami Niemcy za najciekawsze uznają dzieło sztuki pomnikowej, Jeźdźca z Bambergu – pełnowymiarowej postaci jeźdźca (po koronie uznają, że to król) na koniu. Jednak nikt nie wie, kto tak naprawdę na tym koniu siedzi.
W czasach nazistowskich, Jeździec z Bambergu uchodził za ikonę germańskiej, męskiej urody – cóż, rzecz gustu.

Naturalnej wielkości gość na koniku. Coś jakby Kopernik…

Wiem, że w katedrze znajduje się jeszcze nagrobek papieża Klemensa II z białego marmuru, ale nie widziałam, może następnym razem.
Są też podziemia, jakby dolny kościół, ze studnią, którą mogłam tylko z góry, w ciemnościach sfotografować.

Wiem, zdjęcie po byku, ale studnię widać, z lewej strony są ławki dla wiernych. Nie wiem, może po mszy niektórych topią?

Ot, Bawaria to nie tylko piwo, skórzane portki i jodłowanie.

Brama Adama przy wieży południowej. Z prawej strony schodów rzeźby Adama i Ewy oraz świętego Piotra, z lewej natomiast rzeźby fundatorów – Henryka II, Kunegundy i świętego Szczepana. Na dole, w czerwonych bamboszkach – skacząca przez płoty, niżej podpisana –

 

Krystyna

Ten pierwszy raz…

Niemcy, w zależności od landów, też obchodzą święto Wniebowstąpienia, tu nazywa się je Maria Himmelfahr. Jak wszędzie – piętnastego sierpnia. Wypadło to w czwartek.
W środę, chciałam jak wszyscy Niemcy, posprzątać trochę w domu i dookoła niego. Usłyszałam: przecież wszędzie jest czysto.

Jednak ganeczek nie dawał mi spokoju, ostatnie deszcze naniosły syfu, liści, poopadały igły z choinek i szyszki zwane tu bardzo szykownie “mokele”, czy jakoś tak. Pomyślałam, że to trzeba zmieść. Poszłam po drapaka, zaczęłam od ganku w domu, takiego niby przedpokoju, żeby śmieci potem wymieść na zewnątrz.
Nie przebierałam się w ciuchy do sprzątania, bo to tylko moment, na nogach miałam moje ulubione laćki w srebrno-różowym kolorze i gacie z dresa.

Zmiotłam w “przedpokoju”, wyszłam przed dom, zostawiając drzwi szeroko otwarte, za mną przydreptała moja podopieczna ze swoją śpiewką – po co, przecież jest czysto.
Nawet nie zdążyłam czegokolwiek odpowiedzieć, kiedy przyszedł przeciąg i drzwi domu – dup!!! – zatrzasnęły się.
Zrobiło mi się gorąco.
Spróbowałam poszarpać, ale bezcelowo, klamki brak, drzwi bardzo solidne, zamek też. Nawet jeśli klucz był włożony od wewnątrz, można było je od zewnątrz otworzyć. No git, ale klucz został w domu.
Komórka też.
Spróbowałam poszarpać bramką do ogrodu – służy do transportu najkrótszą drogą kubłów z sortowanymi śmieciami – bezskutecznie. Albo masz klucz, albo do widzenia, otwiera się jedynie od wewnątrz.
Był jeszcze garaż, ale też bez szans na sukces.

No to stoimy obie – ja, mądra opiekunka i moja demencyjna podopieczna, która śmieje się, że mamy przygodę…
Sytuacji nie pomaga fakt, że sąsiedzkie kontakty są mocno ograniczone, na szczęście niedaleko, jakieś 150 metrów mieszka siostra podopiecznej razem ze swoją opiekunką Jeleną.
Pierwsza myśl – Helmut.
Mocno leciwy, 83-letni pan, szwagier mojej podopiecznej, bardzo pomocny i chętnie pomagający, do którego trzeba zadzwonić i zapytać, kto ma jeszcze klucze od domu. W tym celu, w moich srebrno-różowych laćkach, z podopieczną pod ramię, drepczemy do jej siostry.

Ale Helmut o dodatkowych kluczach nic nie wie… Jeden na pewno ma jedna córka, która akurat w Egipcie na urlopie bawi, a drugi z pewnością druga córka, mieszkająca w przybliżeniu 600 km stąd w Eifel.
Jelena wygrzebała z szuflad kilkanaście różnych kluczy, może akurat któryś się dopasuje. Zabieram klucze, radosną podopieczną pod ramię i w moich srebrno-różowych klapeczkach drałujemy do chaci.
Wszystkie zamki, wszystkie klucze – i szajs.
Ogarniam wzrokiem płoty…

Wracamy do Jeleny, oddaję nieprzydatne klucze a Jelena…
Jelena wzrokiem pokazuje dwie drabiny, jedna mniejsza, lekka aluminiowa, druga duża, drewniana, a mnie w oczach robi się ciemno. Jak skazaniec wybieram tą lżejszą, tej wielkiej nie dałybyśmy rady.
Stan wyższej konieczności zmusił nas, do pozostawienia starszych pań, naszych podopiecznych na chwilkę samych a my z Jeleną zapierdzielamy z drabiną przez spokojny, przedświąteczny Bamberg, prosząc boga, by któremuś z sąsiadów nie przyszło do głowy po polizei zadzwonić.

Przystawiam drabinę do płotu, patrzę błagalnym wzrokiem na młodszą Jelenę a ta mówi, że nie wie gdzie jest klucz i nie zna rozkładu mieszkania. W tym momencie sama siebie chwalę za to, że zostawiłam drzwi od mojego pokoju na taras otwarte.
Tylko hyc, i w torebce mam klucz.
Jednak Jelena pierwsza wchodzi na drabinę i mówi, że nie da rady, że zbyt niebezpieczne. Stoją tam namokłe kartony jeden na drugim, jakieś drewniane skrzynki, jakieś stare, duże, popękane donice. Ja jednak wiem, że stoją też kontenery na śmieci.
Kiedy Jelena poszła szukać innych rozwiązań wlazłam na drabinę. Moment zawahania i przełożyłam jedno kopyto w srebrno-różowym laćku na drugą stronę i stoję w rozkroku. Albo-albo.

Szukam w miarę stabilnego podparcia stopie, żeby przełożyć drugą, żadnej stabilizacji, pierwsza stopa w srebrno-różowym laćku wylądowała w czymś zapełnionym brunatną, śmierdzącą deszczówką, bucik Kopciuszka się mocno zmoczył i zaczął ślizgać. Oparłam stopę o kontener, przełożyłam drugą a w tym czasie Jelena zabrała drabinę i poleciała do domu, do starszych pań. Koniec, musiałam z tej pułapki zleźć i zrobiłam to, nie pytajcie jak, bo nie wiem.
W śliskich klapkach dobiegłam do mojego pokoju, zmieniłam buty, zabrałam klucz i biegusiem za drabiną z Jeleną.
Trzymałam ten zdobyty walką na śmierć i życie klucz w garści, ściskałam go tak mocno, że niemal nie poraniłam dłoni. Po drodze mijałam studzienki odpływowe na ulicy i tak mi przez myśl przeleciało, że gdyby mi tak wpadł…

Nie wiem, czy moja podopieczna ucieszyła się z zakończenia przygody, przy kolacji powiedziała mi, że na myśl przyszedł jej nocleg w hotelu, tylko to trochę pinki-pinki kosztuje a my nawet kieszeni nie miałyśmy, o pinkach już nie wspominając.
Ba, pochwaliła mnie nawet, że jestem odważna, ale ja w takich momentach chyba przestaję racjonalnie myśleć.
Nigdy nie chuliganiłam, nigdy po żadnych płotach nie łaziłam, a teraz niemal szósty krzyżyk na karku a ja po płotach…
– No kiedyś trzeba zacząć – skwitowała Gabrysia.

Rano, nie mogłam wstać z łóżka, coś wlazło mi w lewy półdupek i nie chce puścić, a może by tak spróbować w drugą stronę? Po kontenerach znaczy i na zewnątrz, na prawy półdupek?
Jelenaaaaaaa! Drabinaaaaa!

Krystyna

Dziesięć kilo miłości…

Ależ ten czas leci!
Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ze schroniska małego kota, ja chciałam, żeby to był czarny kot. W schronisku były czarne, ale przysłali nam więcej zdjęć kotów do adopcji. I wtedy syn zobaczył to zdjęcie:

8.11.2008 rok. Mały pensjonariusz schroniska w Sosnowcu, któremu dano na imię Slapcio. Jakże nam się to imię nie podobało, postanowiliśmy je zmienić…

i powiedział – ten, albo żaden!

I pojechaliśmy po te wielkie uszy, po tego trzymiesięcznego wymoczka aż do Sosnowca, do wolontariuszki, u której miał dom tymczasowy. Skradł nasze serca od razu. Miłość od pierwszego spojrzenia. Synowie do dziś wspominają nieprzespane noce, kiedy to maluch buszował, właził w miejsca o których nie mieliśmy pojęcia, że są.

17.11.2008 rok. Kilka dni po tym, jak z nami zamieszkał.

Taki był maluśki…
Wiedzieliśmy, że został sam jeden z całego miotu, który to miot, wraz z matką, zginął pod kołami auta na gierkówce koło Roździenia. Ostał się on sam, miał złamany ostatni krąg ogonka. Szczęściarz jeden!

9.04.2019r. Zmienialiśmy mu imię, zmienialiśmy, i teraz nazywa się Slapo. No co… Bo wyrósł!

Teraz, po ponad dziesięciu latach, mam dziesięć kilo miłości…

W naszym małym mieszkaniu, Jego Wysokość potrzebuje sporo miejsca, żeby się rozwalić…

No co tu napisać?
Dziadek a bawi się jak dziecko.
Czasem nawet z legowiska się wylewa.

 

Krystyna