Jestem wściekła!

Dacie wiarę, że sama pisząc o niemoralności przy wymuszaniu wszelkich zgód na tzw. przetwarzanie danych osobowych, a tak naprawdę na handel nimi za duże pieniądze – sama pomyłkowo kliknęłam na zgodę.
Rozumiecie?
No i dupa blada, bo jak się z tego wycofać?

“Wyrażenie tej zgody jest dobrowolne i możesz ją dowolnym momencie wycofać, z tym, że wycofanie zgody nie będzie miało wpływu na zgodność z prawem przetwarzania na podstawie zgody, przed jej wycofaniem.” (Pisownia oryginalna, pogrubienie moje, żeby zwrócić szczególną uwagę.)

Jestem wściekła.

Krystyna

Tylko fb?

Starzeję się, czy jak…
Gdzie wlezę, tam wnerw.
Latam sobie po facebooku i szczerze mówiąc, coraz bardziej mnie przeraża.
Zapytacie dlaczego.
Staram się rozsądnie korzystać z profilu, nie wrzucam setek zdjęć, niewiele o sobie udostępniam. Jednak natknęłam się na coś takiego, że mogę zapoznać się z tym wszystkim, co fb chomikuje z moich danych. Pewnie, że się zainteresowałam, a wkurw przyszedł w momencie, kiedy doczytałam, że muszą to najpierw popakować a potem prześlą na maila. Przeczytałam też, co mogę tam znaleźć.

– Udostępnione przez Ciebie posty, zdjęcia i filmy
– Twoje wiadomości i rozmowy na czacie
– Informacje z sekcji “Informacje” z Twojego profilu
– I inne
Czyli wszystko.

Tak to wygląda

Najbardziej włos zjeżył mi się przy “Twoje wiadomości i rozmowy na czacie”, zresztą nie dziwota, nikt nie chce powrotu cenzury, a tym bardziej archiwizowania prywatnych rozmów, bez wyraźnej prośby.

Ale nic. Poprosiłam o przysłanie mi tego wszystkiego, co jest przechowywane przez fb. Czekałam do następnego dnia, potem jeszcze około 5 godzin, zanim wszystko się zapisało a ZIP-y rozpakowały.

I wiecie co?
Oni mają wszystko. Przysłali mi WSZYSTKO to, co od lat robię na fb. Każde zdjęcie, każdy filmik, każdy post – od samego początku obecności na profilu. Nie ma co się łudzić, że rezygnacja, ucieczka z mediów coś da, nic nie da, ponieważ jeśli coś raz jest wrzucone do internetu – zostaje tam na zawsze. No i pytanie – po jaką cholerę oni to zbierają? Po jaką???
Dlatego apeluję do rozsądku – nie wrzucajcie bezmyślnie zdjęć dzieci, wnuków – choćbyście kochali najbardziej na świecie, nie pokazujcie wszystkim wszystkiego co macie, nie chwalcie się, bo to wszystko może się kiedyś niestety, zemścić…
Ostrożności nigdy dość.

Krystyna

I tak nas rżną…

Już trochę obżarłam z cieńszego brzegu…

Zdarzyło się Wam kiedyś, że wracacie ze sklepu, rozpakowujecie świeżo kupioną wędlinę, a tam pośrodku, ukryty przez wzrokiem ludzkim – stary plaster , jakaś niedokrojona dupka, kawałek czegoś innego, albo wysuszonego?
Nie mówcie że nie, bo nie uwierzę.
Kiedyś zwróciłam na to uwagę obsługującej mnie pani, ale ta ofuknęła, że przecież ona musi coś z tym zrobić. Powiedziałam, że mnie nie interesuje co z tym zrobi, i że albo tą dupkę zabierze, albo dziękuję za zakup. Niestety, musiałam podziękować, bo ona nie ustąpiła.
Dziś byłam w niemieckim markecie, kupowałam 30 dkg. wędliny (pierś z kurczaka z warzywami), poprosiłam o pokrojenie. Pani pokroiła, ale niestety nie było 300 gram a jakieś 280. Została mała dupka.
Pani zważyła moje plasterki, wydrukowała cenę i uśmiechając się do mnie powiedziała, że tą resztkę dokłada bez ważenia. Grzecznie podziękowałam, ale za chwilę zbierałam koparę z podłogi.

Pierś z kurczaka z warzywami

Wracając na rodzime podwórko, czy mieliście kiedyś zamiast śledzi w zalewie z cebulą – cebulę w zalewie z niewielkim dodatkiem śledzia? Retoryczne pytanie, wiem.
Koreczki śledziowe w plastikowych, płaskich pudełeczkach, gdzie śledzikami obklejona ścianka pudełka, a w środku, zaklejonym zresztą nalepką, żeby nic nie było widać – była sama cebula?
Kupowaliście kiedyś mrożone krewetki?
Syn powiedział, że wybierając się po krewetki, trzeba iść kilka godzin wcześniej, włożyć do kosza, poczekać aż się roztopią i dopiero wtedy iść ważyć. Czemu? Ano temu, że wszystko co zamrożone, to 40 % wody! A nikt nie ma ochoty płacić za wodę.
Wpadł mi w oczy artykuł o jednym z marketów, gdzie w komentarzach czytelnicy dzielą się spostrzeżeniami na tenże temat. A więc o bombonierach, w których praliny są tak rzadko poukładane, że jest ich dosłownie kilka sztuk, że czekolada z orzechami orzechy ma tylko w okienku, że części kurczaka na tacce są tak porolowane, że dopiero jak się je otworzy, to widać, że mięsa niewiele, a za to skóry i tłuszczu nie brakuje. Że jogurty i serki mają takie cudaczne kształty i wklęśnięte dna, żeby do środka weszło jak najmniej zawartości, że ptasiego mleczka jest wagowo coraz mniej a czekolada na nim coraz cieńsza – za tą samą cenę. Że kiedyś kostka masła ważyła 250 g a dziś 200, albo i 180 a kosztuje tyle samo.
O sławetnych opakowaniach powietrza ze śladową domieszką chipsów – już nie wspomnę.
I tym, że to co chcą ukryć (np. datę przydatności do spożycia) najnormalnie zakleja się etykietą. Smutne to.
Człowiek człowiekowi świnią.

Wspomniałam, że byłam dziś w niemieckim markecie, potrzebowałam bowiem również drobne drewno na rozpałkę w kominku. Takie rzeczy zazwyczaj są na zewnątrz sklepu, tak było i tym razem, ale… Na jednym wózku były worki z małymi i dużymi kawałkami drewna, z tym, że te małe na dole i przygniecione dużymi. Żeby się do niego dostać, musiałabym zdjąć kilka dość ciężkich worków z góry. Nie zrobiłam tego, wjechałam do sklepu i poprosiłam młodego pracownika o pomoc. Zanim zrobiłam zakupy, moje drewienka, pięknie ułożone w worku, czekały na mnie przy kasie. Podziękowałam młodemu człowiekowi, a on się do mnie uśmiechnął i ukłonił. Czy to nie fajne?
Choć nie mówię, że i u nas nie ma w handlu ludzi z kulturą, bo są! Żeby nie było, że cudze chwalę! No.

Krystyna

Nie zgadzam się.

Ponieważ nie znoszę reklam – już telewizji nie oglądam ze względu na reklamy właśnie – wyłączam je, gdzie tylko się da. Kiedyś lubiłam wiadomości na Onecie, przy wyłączonych reklamach dało się je czytać, pomimo różnych artykułów plotkarsko-szambiarsko-beznadziejnych, które pomijałam. Modowe wpadki, kto, z kim i kiedy oraz umieranie na widok damskich pośladków najnormalniej mnie nie interesuje. Poczta i wiadomości, tyle.
Ale widać, za dużo chciałam.
Albo włączysz reklamy (które dla nich nie są takie złe, ale dla mnie to ogromna strata czasu i irytacja, bo często włączają się nawet na nie nie kliknąwszy – dlatego są bardzo złe), albo nie przeczytasz.
Nie to nie. Bez łaski. Nie odblokuję.

Przeniosłam się na Wirtualną Polskę. Co prawda, nie blokowałam reklam, jeszcze do tego nie doszło, choć zaczynały irytować, a tu znów:


Zwróćcie proszę uwagę na ostatnie zdanie:

“Wyrażenie tej zgody jest dobrowolne i możesz ją (Krystyna: w) dowolnym momencie wycofać, z tym, że wycofanie zgody nie będzie miało wpływu na zgodność z prawem przetwarzania na podstawie zgody, przed jej wycofaniem.”

Jednym słowem – dopóki się nie zgodzisz, będziemy ci tak uprzykrzać czytanie wiadomości, że w końcu z wściekłości ustąpisz i wyrazisz zgodę, a jak już wyrazisz to możesz sobie wycofywać, ale i tak gówno zrobisz, my mamy prawo handlować twoimi danymi – ponieważ się zgodziłeś przed wycofaniem. Jest ZGADZAM SIĘ i Nie teraz. A gdzie NIE ZGADZAM SIĘ? Ktoś myśli, że przed monitorem analfabeci siedzą, nie umiejący czytać?

Dla mnie to ewidentne robienie z ludzi durniów, pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Co mnie obchodzi, że oni na tym zarabiają? Przecież, żeby cokolwiek czytać – muszę mieć komputer, muszę za niego słono zapłacić, żeby mieć dostęp do internetu – muszę płacić abonament, też wcale niemały. Za prąd też płacę. Dlaczego jeszcze muszę znosić te pieprzone reklamy w internecie?
Nie jestem z tych, co są podatni na reklamy, o nie. Ja sama wiem najlepiej czego mi potrzeba i nikt nie musi się trudzić, ażeby dopasować reklamy do mnie, zgodnie z moimi zainteresowaniami. A wypchajcie się! Nigdy nie kupuję rzeczy reklamowanych, wprost przeciwnie, działają na mnie jak płachta na byka.
Nie wyrażę zgody na takie wymuszanie. Nigdy. Prędzej również z WP zrezygnuję tak, jak z Onetu.

Będąc na urlopie na Słowacji, dostawałam na komórkę prośby o wyrażenie zdania o miejscu, gdzie teraz jestem. Nosz kurna mać! Namierzyli mnie w termach Meanderpark w Vitanowej!
Albo: czy jest dostęp do ubikacji w kawiarni Leon, w maleńkiej, niemieckiej miejscowości, gdzie akurat byłam.
Globalizm. Totalna inwigilacja. Nie wiem, do czego to doprowadzi, ale ja czuję do takich sytuacji obrzydzenie.

Krystyna

Ratunku!

Jaś, po uśmierzeniu bólu spał 8 godzin.
Jaśko na parapecie, Michalina szafce.

W czerwcu ubiegłego roku, do moich trzech kotów dołączył czwarty – Jasiek.
Kluczowe było tu zdanie syna, ale on zadecydował – są trzy – wykarmimy i cztery.
Najpierw pomyślałam o domu na chwilę, do momentu znalezienia odpowiedniego, dobrego i empatycznego w stosunku do kociarzy, ale syn stwierdził, że kot to nie zabawka (ot! sama go tego uczyłam!) i że jak się już u nas znajdzie, to na zawsze, że nie pozwala na dalszą poniewierkę.
Pamiętacie moje koty? Pierwszy, najstarszy Slapmen (9 lat), druga Michasia (8 lat), Czarnulka (7 lat). Moja ukochana banda.
Doszedł Jasio – wypisz-wymaluj Michasia, i do tego w tym samym wieku. Różnica jedynie w pochodzeniu – Michalina wyrzucona i uratowana jako osesek, trafiła do mnie jak ważyła niespełna dwieście gram, a Jasio to owoc mezaliansu rodowodowej matki, leśnej norweżki i ojca NN, a z rasy dostał mu się jedynie charakter – jak powiedziała właścicielka Jasia, która mimo rozpaczy, musiała się z nim rozstać.

Jaś to chuligan, kradnie wszystko, tu z około półkilogramowym kawałkiem szynki drobiowej.

No. Cztery koty.
Wszystkie ukochane.
Ale sielanki nie ma. Wprost przeciwnie, są problemy i mam nadzieję, że ktoś mi podpowie co robić.

Otóż Michasia, zawsze najsłabsza psychicznie, mimo że z naszej strony nie spotkała jej żadna krzywda nie lubi być brana na ręce, przychodzi wtedy kiedy ona chce, dziwaczka trochę – nie akceptuje Jasia. Nie i już.
Mimo, że Jasiek jest z nami już 10 miesięcy, mimo, że były tygodnie lepsze i gorsze, ostatnimi czasy jest zdecydowanie gorzej.

Nikt nie zostanie niezauważony. Jaśko na posterunku.

Na początku dziwactwa Michasi polegały na prychaniu na Jasia, na posikiwaniu w różnych miejscach; a to na pralce w łazience, a to na wykładzinie w przedpokoju, a to na lodówce. Dopóki było to sporadyczne – dawaliśmy radę, no trudno, kicia ma cięższe chwile, jednak w pewnym momencie, na przełomie stycznia i lutego rozchorował się Jaś. Myślałam początkowo, że to fochy w stosunku do Michasi, ale potem zauważyłam, że Jasio kropelkuje, i że robi to w bólu, a więc coś z pęcherzem. W tym czasie instalował się w takim miejscu w mieszkaniu, żeby mieć widok na obie kuwety, wchodził do nich dosłownie co 5 minut. Tego Michasia już nie zniosła…
Jaś został wyleczony, ale jej się pogorszyło.
Sika gdzie popadnie…

Jedyny moment, kiedy jest porozumienie.

Nasikała nawet na szafce z chlebem, a siki poleciały na półkę z kaszami, ryżem i makaronem, bokiem spływając również do szuflady z apteczką.
My patrzymy na nią, ona na nas, usztywni ogon i wio, leje aż miło.
Nigdy na nią nie krzyczymy, po prostu od razu łapiemy mocz, ścieramy, dezynfekujemy, utylizujemy zapach, pierzemy. Póki co, udaje nam się widzieć gdzie to się wydarza, ale kiedyś nie zauważymy…
Kilka dni temu, nawet uszczęśliwiła syna kupą na pościeli.
Czasem są 2, 3 dni spokojne (albo nie zauważone), a czasem to dzieje się codziennie.
Co robić?

Mam wrażenie, że wojna toczy się o nasze względy – Jaś zajmuje mój fotel, moje kolana, w nocy przychodzi pod kołdrę a Michasia przychodziła na kołdrę..
Niektórzy mają więcej kotów, ale takie problemy są im obce. Moje pomysły ratunku są na wyczerpaniu.

Podsuwajcie porady, bardzo tego potrzebuję, ale jednak:

– nie akceptuję oddania żadnego kota
– nie ufam behawiorystom – odpadają
– nie działają feromony (ani do prądu, ani w aerozolu)
– nie działa obróżka uspokajająca
– nie działają kapsułki-pasty uspokajające od weterynarza
– nie pomogło przeniesienie kuwety w pobliże jej ulubionego miejsca, gdzie sikała na podłogę.

Chwilo trwaj! To Slapmen, 10 kg miłości.

 

 

 

 

 

 

 

Ratunku! Krystyna

Dla naszego dobra?

Właściwie to nie mam zdania w sprawie zakazu handlu w niedziele, mam namieszane w głowie. No bo co mi przeszkadza, że ktoś chce iść do sklepu akurat w niedzielę? Sama często umawiałam się z przyjaciółką na kawę w pasażu i szybkie zakupy właśnie w niedzielę.
Dlaczego?
Ano dlatego, że nie mogłyśmy zgrać się w czasie w tygodniu, bo praca, bo obowiązki. Nawet nie było kiedy pogadać!
Z drugiej strony, niedobrze, kiedy pracownik po prostu zmuszany jest grafikiem do pracy w niedziele, w dzień ustawowo wolny od pracy. Przecież to był jeden ze słynnych postulatów – wolna od pracy sobota i niedziela.
Przecież wielu z nas pamięta, że kiedyś sobotni handel toczył się do godziny ok. 15.00, potem zamykano, a w niedziele jedynie odpust pod kościołem!
Ale to było w obrzydliwym przecież PRL-u. Teraz mamy demokrację, ale nie dla mas, demokracja jest dla elit, to oni robią co chcą.

Mam wrażenie, że zakaz handlu w niedziele – docelowo we wszystkie – przyniesie więcej szkody niż pożytku. Już dziś czytam, że wszystko da się obejść, że zmienia się godziny handlowania – z czym nie zawsze po drodze pracownikom, że szczególne atrakcje szykuje się w soboty, żeby przyciągnąć jak największą liczbę klientów.
Zastanawiam się, w jakim celu przyczepiono się do tego handlu. Bo co? Zamiast do sklepu, to do kościoła ma się chodzić?
Sorry, ale kto chodzi do kościoła ten i tak pójdzie, a kto nie – zamknięty sklep tego nie zmieni!
Podobno mają na tym zyskać osiedlowe sklepiki. Hahaha.
Nie zyskają, bo tam po prostu jest za drogo! Klient, jeśli będzie musiał zrobić zakupy to nie pójdzie na nie w niedzielę do sklepiku, tylko pojedzie w sobotę do marketu i zrobi większe za mniejsze pieniądze. W markecie niestety jest więcej i świeższe wbrew pozorom, osiedlowy sklepik zaoferuje nam uwiędłe rzodkiewki i sałaty i wcale nie jestem przekonana, że lepsze i bez chemii.
W niedzielę w sklepie osiedlowym co najwyżej loda albo lizaka dla dziecka się kupi.
I gdzie tu sens?
Nie wierzę, że nie będzie zwolnień, już kryzys przeżywają pracownicy ochrony, których dotknie to jako pierwszych. Nie lepiej po prostu zapytać pracowników, kto ma chęć pracować w niedziele?
Aaa, trzeba więcej zapłacić? I czyż nie tu jest pies pogrzebany?
Czy nie bardziej ludzkie pany powinny zadbać o ogólny dobrobyt polskiego pracownika (czytaj: pozwolić mu zarobić, a nie dawać jałmużnę, żeby nie zdechł) i wtedy w niedzielę pojedzie z dziećmi do aquaparku, albo na kręgielnię czy do planetarium, nie będzie musiał po sześciodniowym tygodniu pracy szukać taniej karmy – bo trudno to, co jest w sklepach nazwać zdrową żywnością, bo będzie go na to stać.
Naprawdę ktoś myśli, że zakupy w niedziele to sposób na spędzanie czasu? Nikt nie pomyśli, że może akurat jest taka konieczność?
Czy takie uszczęśliwianie na siłę, nie jest przypadkiem bumerangiem, który idealnie omija prawdziwe problemy i tylko udaje troskę o człowieka? Komu potrzebne jest takie uszczęśliwianie na siłę, włażenie buciorami w każdą sferę życia, zakazywanie i nakazywanie?

Polityka staje się najbardziej znienawidzoną dziedziną zainteresowań. Polityka jest brudna, doprowadza do białej gorączki i podnosi ciśnienie. Skłóca ze sobą nawet najbliższych.
Politycy pokazują najbardziej chamskie swoje oblicza, są aroganccy i kłamią w oczy. Nawet “wystarczy nie kraść” ma swoje drugie dno.

Ot, katolicy. Katolicki, bogobojny rząd.
Jeszcze nie ochłonęłam z chęci skoku elity na kasę WOŚP-u a tu codziennie, codziennie jakieś nowe wkurwy.
Obyś żył w ciekawych czasach.
I jeszcze jedno, dobro wraca, zło też. Jak ten bumerang. Różnica tylko taka, że kiedy wróci bumerang da się przewidzieć.

Krystyna

Kumpel kumpla kumplem…

Małgosię znam od wielu lat. I jej labradorkę, Gaję, która w styczniu skończyła 14 lat.
Gaja weszła z nami na Równicę, z Małgosią i Gają zwiedziłyśmy zamek w Siewierzu, uwielbiałam spacerować z nimi po parku.

Teraz Gaja jest psią babunią i najchętniej spędza czas w domu, spacery już ją bardzo męczą, problemy sprawiają schody, mimo iż mieszkają na parterze. Na świeżym powietrzu najczęściej bywa na balkonie.

Małgosia ma ładny i zadbany balkon, usytuowany w rogu domu, osłonięty od wiatru i deszczu, nie dziwota więc, że upodobał go sobie Maniek. Kiedy zaczął na balkonie bywać regularnie, pojawiła się tam budka i miseczki na wodę i karmę.


Pewnego dnia Maniek wszedł do mieszkania Małgosi i został. Gaja kota zaakceptowała, zaprzyjaźnili się na dobre i na złe. Maniek poczuł koniunkturę i rozgościł się jak jakieś panisko, sypiał nawet w dziecięcym wózku. Jest szczęśliwcem – chce – siedzi w domu, ma ochotę wyjść – ma uchylony balkon. Wraca brudny i wytarzany, ale wraca zawsze. Padnięty.




Ostatnio jednak przesadził, przyprowadził kumpla.

Małgosiu, budka i miseczki na wodę i karmę wracają na balkon?

Krystyna

Gdzie to sumienie?

Co sądzicie o klauzuli sumienia w aptece?
Bo mnie trafia szlag.
Co rusz telewizja pokazuje nam materiał o znalezionym martwym noworodku – a to gdzieś w polu, a to w jakimś kanale, w reklamówce w śmietniku. Wszyscy litujemy się nad losem zabitego dziecka, złorzeczymy matce. Jasne. To najprostsze, choć doskonale wiadomo, że za takimi czynami kryją się ludzkie dramaty.
Bo dziecko (tak się je nazywa nawet wtedy, kiedy jest zlepkiem komórek, gametą, zygotą) musi się urodzić, bez względu na stan fizyczny czy psychiczny, na okoliczność w jakiej do zapłodnienia doszło.
Ma się urodzić, przy niewyobrażalnym cierpieniu jego i rodziców – umrzeć i zostać pochowane. To ostatnie jest chyba najważniejsze!

A tak a’propos – skoro dla kościoła dziecko jest dzieckiem od chwili poczęcia, to dlaczego nie chcą pochować samoistnie poronionego płodu, które (poronienie) jest często dla wyczekujących rodziców niebywałą traumą?

Idźmy dalej. Brak dostępu do antykoncepcji, która zresztą nie jest refundowana, tabletka dzień po, którą można kupić jedynie na receptę.
Powtórzę – tabletka dzień po – a więc trzeba ją zażyć w ciągu 24 godzin po wpadce, ale żeby ją kupić trzeba iść do ginekologa i poprosić o przepisanie, a terminy bywają najczęściej powyżej miesiąca.
Oficjalny komunikat Ministerstwa Zdrowia pierdzieli o względach bezpieczeństwa:

“Wydawanie leku na receptę to procedura, która ma na celu zapewnienie pacjentom maksymalnego bezpieczeństwa farmakoterapii. Tymczasem obecnie już bardzo młode osoby (nawet po 15. roku życia) mogą bez kontroli lekarskiej kupić i stosować ten środek”.

Jasne! Przecież każda piętnastolatka nosi w kieszeni około stówy, w razie gdyby tabletka była potrzebna.

Jednak lekarz może odmówić przepisania i zasłonić się klauzulą sumienia, choć wie, że nie jest to preparat powodujący poronienie, a na zagnieżdżony już zarodek nie ma żadnego wpływu.
Idąc do apteki z ciężko zdobytą receptą, też nie mamy gwarancji, że lek wykupimy, bo może się okazać, że aptekarz pokaże nam swoją wyższość i zasłaniając się wspomnianą klauzulą, leku nam nie wyda.

Względy bezpieczeństwa, ochrony życia i sumienie…
Sranie w banie.
Do tanga trzeba dwojga, co nie? Jednak nic nie stoi na przeszkodzie nie tylko zażywać, ale reklamować w telewizji specyfiki, ażeby męski korzeń płonął! Co za obłuda! Co za cynizm!

Wracając do klauzuli sumienia, czy nie brniemy w ślepy zaułek?
Czy za chwilę w sklepie nie kupimy ciemnego chleba, bo to rasizm? Odmówą nam zakupu kiełbasy, bo sumienie nie pozwala sprzedawać metki? Nie kupimy masła, bo to produkt z którego ograbione zostało biedne cielątko? Butów ze skóry, bo to z zamordowanych zwierząt?
O ile rozumiem lekarza odmawiającego wykonania aborcji (musi jednak wskazać kolegę, który to legalnie zrobi), o tyle aptekarz nie ma w tym względzie nic do powiedzenia!
To skandal, to niemoralne, żeby odmówić realizacji recepty.

Ponadto w kraju, w którym zadeklarowanych jest bodaj 90% katolików, czy takie ustawy są konieczne i na miejscu? Przecież każdy ma swoje sumienie, za które sam odpowiada. Prawdziwa chrześcijanka nie zabije swojego dziecka, nawet wiedząc, że Bóg dał ludziom WOLNĄ WOLĘ.

Jak w krzywym zwierciadle można teraz spojrzeć na sprawę in vitro. Raz chcą jak najwięcej dzieci, mamią banknotem pięćsetzłotowym, każą się parzyć i mnożyć jak króliki, a tym którym to nie wychodzi odmawia się jakiejkolwiek pomocy.
Aaa, przecież chodzi o bruzdę na czole…

 

Krystyna

Christina, warum?

Powoli, powoli, ale wracam na bloga. Z ogromną pomocą syna i jego mobilizującą zachętą mam nowy, choć robię wszystko, żeby był jak najbardziej podobny do starego, którego bez dwóch zdań lubiłam.
Czytelników tym bardziej.

Zwlekałam, zwlekałam, bo obiecałam sobie i Czytelnikom, że politykę będę omijać bardzo szerokim kołem, ale nie da się. No nie da!

Trzeba ruszyć ten temat, bo przecież tym się niestety żyje. Codzienny słowotok skłóconych ze wszystkimi i wszystkim polityków, nie kończące się dyskusje przemądrzałych przypałów podnoszą ciśnienie do niebezpiecznych wartości.

Coraz częściej uświadamiam sobie, jak wielu spośród naszych reprezentantów jest zwyczajnie niespełna rozumu, psychicznie rozchwianych czy zwyczajnie głupich. Wielu nigdy nie potrafi spojrzeć w oczy rozmówcy (Jackowski, Pięta).

Jest mi smutno.
Ostatnie dyskusje (o wywołanym przez mocno nie trafioną ustawę konflikcie z Tel Awiwem) utwierdzają mnie w tym, że kondycja psychiczna rządu i parlamentarzystów jest mocno nadszarpnięta.
Pomysł byleJakiego, by za sformułowanie “polskie obozy śmierci” sadzać niemal na krześle elektrycznym, i to cały świat – powinien śmieszyć, niestety jest tragiczną wtopą. Nikt nie przewidział konsekwencji, ponieważ ludzi trzeźwo myślących wśród rządzących po prostu brak.

Patrzę, słucham i analizuję. Drogą dedukcji, eliminacji i skojarzeń widzę tylko jedno – chęć zemsty i pokazania, że będzie tak jak JA chcę.
Wbrew prawu, logice, zdrowemu rozsądkowi, wbrew autorytetom – kraj został przeorany.
Jak mam teraz rozmawiać z moimi przyjaciółmi Niemcami?
Jak im tłumaczyć co się u nas dzieje i dlaczego tak długo nie było reakcji na odradzający się nazizm, który świętuje urodziny Hitlera?
Co mam opowiedzieć na pytanie: – Christina warum???

Opuszczę głowę, rozłożę ręce i spłonę ze wstydu.

Krystyna

Siema. Sumienie…

Jak złym, jak podłym trzeba być
człowiekiem, żeby dyskredytować
działalność Owsiaka i WOŚP-u?
Naprawdę lepiej dać księdzu na tacę?
Co trzeba mieć w głowie, żeby w telewizji publicznej robić wszystko, żeby
wzmianki o tym ogólnopolskim,
corocznym zrywie powiedzieć jak
najmniej, żeby maksymalnie ukrywać serduszka, które mają przyklejone zaproszeni goście?
Dlaczego?

Wyjaśnił to Patryk Jaki, którego zdaniem pieniądze przeznaczane są na znienawidzony przez niektórych Przystanek Woodstock. Prawie natychmiast głos zabrał Jerzy Owsiak i człowiek z jego sztabu.
Pokazali rozliczenia, powiedzieli gdzie można je znaleźć w sieci i udowodnili, że ani grosz, z zebranych pieniędzy nie został przeznaczony na Woodstock.
Nie mam powodu, żeby im nie wierzyć.
Jaki zripostował, że jego zdaniem Owsiak manipuluje, bo jest przekonany, że jednak satanistyczne koncerty, promujące śmierć i aborcje, cytuję: …”Owsiak dopuszcza się manipulacji. – Woodstock jest organizowany z tego, że pieniądze z WOŚP są “przeciągane”, nie wydawane. I z tych odsetek jest finansowany Przystanek Woodstock.
Całe szczęście można wspierać fundacje, które nie promują wartości aborcyjnych – powiedział”.
Te inne fundacje to Caritas i tace w kościołach.

Pamiętam rozmowę z Jerzym Owsiakiem w jego mieszkaniu – można to znaleźć na YouTube, podczas której, kamera wielokrotnie
pokazywała ładną, srebrną cukiernicę, w której był cukier do słodzenia kawy czy herbaty.
Nosz to dopiero bogactwo! Srebrna cukierniczka! Z pewnością kupił ją z pieniędzy zbieranych przez wolontariuszy do puszek. Złodziej
jeden, no.

Gdzieś padła propozycja, ażeby ci, którzy tak zawzięcie i nieładnie atakują działalność WOŚP-u, do portfela włożyli sobie karteczkę, że nie życzą sobie pomocy ze sprzętu z serduszkiem.
Ale nic z tego, nie ma chyba miejsca, gdzie pomoc WOŚP-u nie
dotarła.
Jerzy Owsiak apelował i prosił, że jeśli ktoś nie chce brać udziału w zbiórce, to nie musi, ale niech nie przeszkadza!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ja przyłączyłam się do akcji. Mam osiem serduszek i czuję się z tym bardzo dobrze.
To dla mnie bardzo wzruszająca sytuacja, kiedy kwestują dzieci,
które sprzętowi z serduszkiem zawdzięczają zdrowie i życie.

Powtórzę pytanie – jak małym i podłym trzeba być człowiekiem, żeby atakować i rzucać kłody pod nogi takiej akcji?
Nie chcesz pomagać? Twoja wola, ale NIE PRZESZKADZAJ!!!

 

 

 

 

 

 

Krystyna