Hasz…

Wieczór.
Oddaję się relaksowi, mam włączony komputer, herbatę truskawkową i orzeszki w cieście paprykowym. Milion kalorii, ale lubię, wpieprzam całymi garściami. Raz udało mi się nawet całą paczkę, 170g, pochłonąć na jedno, wieczorne posiedzenie, co przypłaciłam niemal całonocnym posiedzeniem w kiblu, niemniej niczego mnie to nie nauczyło.
No to siedzę i gapiąc w monitor wtryniam orzeszki. Słyszę, że podopieczny kończy długą rozmowę telefoniczną i natychmiast musi podzielić się ze mną wiadomościami.
– Kristina, w piątek mamy gości!
– Super, o której? – pytam przełykając rozgryzione orzeszki.
Zamiast odpowiedzi widzę węszenie nosem – w ten sam sposób ja obwąchuję męża, jak wraca od brata na bańce. Chucham więc…
– Haszysz! – słyszę.

Weźcie dobrego nauczyciela pod skrzydła to nic się przed nim nie ukryje…

Te zielone to niech szlag trafi z wasabi. Mieszam czasem, żeby nadeszło otrzeźwienie. Ostre jak brzytwa.

 

Krystyna

Wiem, pamiętam…

Czy jest ktoś, kto nie lubi smaku poziomek?
Są od chyba dwóch tygodni, może dłużej, jednak ciągle słyszę: nie jedz, możesz zarazić się tasiemcem, tu chodzą lisy.
Kilka spróbowałam, ale teraz już tylko będą do zdjęć pozować i przypominać starą piosenkę:

Wiem, pamiętam, Ty lubiłeś poziomki…

 

Krystyna

Żeby nie było…

Żeby nie było, bo niektórzy (Gabi!) każą mi wracać w trybie natychmiastowym, bo stanę się alkoholiczką – ja nie tylko degustuję wina.
No.
Bywam, raz bywnęłam na koncercie w kościele, w niedzielę.
Przede wszystkim kościół.
Wiecie, jak wyglądają nasze kościoły, kapiące złotem, haftami, frędzlami, bijące w oczy bogactwem. Tu nie. Co prawda, to kościół ewangelicki, mający jednego pastora, żonatego, mają psa, ale kościół piękny w swej prostej stylizacji, bez tego blichtru i kiczu.
Na siedziskach poduchy, na poduchach program koncertu.
Koncert z okazji 90-rocznicy założenia Orkiestry Straży Pożarnej.

Fajnie grali. Rozrywkowo. Prawie wszystkie utwory znałam, bo była i muzyka z filmu “Doktor Żywago”, i melodie rosyjskie z “Kalinką” i “Wołga, Wołga”, była melodia z filmu ” West Side Story” i “Somethin’ Stupid” Robbie Williamsa i Nicole Kidman.
Wracając do muzyki rosyjskiej, nie wiem, ale mnie się to wydawało faux pas, że zaczęto od hymnu narodowego byłego Związku Radzieckiego.
Potraktować hymn, nawet nie istniejącego już państwa jako muzykę rozrywkową? Nie wiem.
No nieważne.
Każdy utwór był omawiany przez pastora parafii, z dowcipem, uśmiechem, pomocą służył mu tablet.

W przerwie koncertu, na zewnątrz, na drewnianych ławach było, a jakże, wino, szampan, piwo, sok jabłkowy, woda mineralna i ponoć tradycyjna buła z parówą.
Nie za darmo, nie. Jedna lampka napoju kosztowała 2,50 euro, buła tyleż samo.
Ja podziękowałam, picie to pełny pęcherz a pewnych miejsc poza domem unikam jak ognia.

Po zakończonym koncercie, powtórka z rozrywki – napitki i buły z kiełbachą. Społeczność wsi, liczącej 700 mieszkańców, rozmawia ze sobą, stuka się szkłem i szturcha bułkami. Śmieją się, wspominają, rozmawiają.
Wino jest wszędzie, ale jakoś nigdy nikogo pijanego nie widziałam. Ot, jest wesoło, spokojnie, powolnie.

Jest fajnie.
Mam krótki filmik, ale niestety, zarejestrowałam go komórką pionowo a teraz filmik leży…
Jeśli uda mi się plik obrócić i zmniejszyć do rozmiaru, który da się wstawić – pokażę wam. Póki co, “Kalinki” mogę słuchać sobie sama…

 

Krystyna

Degustacja…

Palec do góry, kto brał udział w degustacji win.
Bo ja tak, w środę.
W mojej ulubionej piwniczce, z przesympatycznymi właścicielami, których poznałam w trzech pokoleniach.

Najpierw zostaliśmy oprowadzeni po wytwórni przez najmłodsze pokolenie w osobie przystojnego, młodego człowieka, który pokazał nam proces wytwarzania wina i związane z tym informacje, a potem…

Potem już tylko rozpusta.

Każda butelka otwierana na naszych oczach a gospodarz najpierw sam sobie nalewał, wąchał, próbował, a dopiero później rozlewał gościom.

Zaczęło się od win białych, wytrawnych, ciut inaczej zabarwionych, różowych, o różnych bukietach – poczułam nawet w pewnym momencie aromat lekko cytrynowy, mniej lub bardziej słodkawych, a skończyło na czerwonych.

Każde, każdziutkie było dobre, jednak ulubione, czerwone wytrawne stoi jako pierwsze z prawej. Nie, lewej. Mojej prawej, na zdjęciu mojej lewej… Kurka wodna… Pierwsze od ściany. Pierwsze od boazerii…

Nie odpuściłam ani jednej próby, wąchałam, kręciłam kieliszkiem i delektowałam się. Każde następne było lepsze od poprzedniego.

Degustacja zakończyła się sukcesem…

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Święto otwartych piwniczek…

Po raz pierwszy miałam okazję wziąć czynny udział w święcie otwartych piwniczek.
No jasne, piwniczka musi kojarzyć się w winem. Dobrym winem.
I tak było.

Na folderze świątecznym pokazano szkic jedynego takiego domu w Wolf. Zwróćcie uwagę na szerokość, a raczej wąskość uliczek, zaznaczam że dwukierunkowa!

Święto trwało cztery dni, najlepsze były dwa środkowe, bo to dni wolne od pracy i można było oddać się bez reszty degustacji, a było co.
Jedzenia niewiele, zresztą nawet nie cieszyło się jakimś specjalnym powodzeniem, ale za to wina… Tak, to było coś.
Ponieważ chcę zabrać do domu trochę tego szlachetnego trunku, oddałam się smakowaniu. Pierwszego dnia piłam Sekt – czyli szampan – różowy, buzujący, w zaparowanym, zimniutkim szkle. Pycha.
Drugiego dnia degustowałam białe, półwytrawne wina – rieslingi. Tradycyjne i najnowsze.

No, takie bajki…

Nauczono mnie, jak powinno się je degustować – dla mnie, laika, wina różniły się kolorem i tym, że albo były słodkie, albo wytrawne. No, jeszcze te w połowie takie albo takie.
Teraz wiem, że trzeba wsadzić cały nochal do kieliszka, wąchać, pokręcić nim (kieliszkiem, żeby nie było) i dalej wąchać, potem popatrzeć pod światło i docenić kolor i klarowność, następnie przechodzi się do próbowania. Malutki łyczek wina trzyma się w ustach, najlepiej zamknąć wtedy oczy, i rozprowadzać wino w ustach tak, jakby się płukało zęby po myciu. Potem jeszcze jeden taki łyczek i czuje się smak wina.
Niektórzy z gości, dla przykładu Kris – Belg, który władał prócz belgijskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim i trochę włoskim – próbowali zgadywać odmianę, rok i nie wiem, co jeszcze. Czy mu się udało – też nie wiem, bo ja laik jestem.
W każdym bądź razie białe, półwytrawne rieslingi były bardzo dobre i postanowiłam kupić kilka butelek.

Trzeciego dnia dostałam w kieliszku szkarłatne i wytrawne. Wsadziłam nos do szkła, powąchałam (nie rozpoznałam ani rocznika, ani odmiany), pokręciłam kieliszkiem szerszym na dole i węższym u góry, spojrzałam pod światło. Kolor był przepiękny, jak napisałam szkarłatny, ciemny.
Następnie zrobiłam mały łyczek.
O matko, jakie to było dobre! Wytrawne, ale wcale nie kwaśne, jak inne czerwone.
Dość szybko opróżniłam lampkę, poprosiłam o kolejną, taką samą. Już wiedziałam, jaki trunek będzie moim ulubionym.
Jednak te dwie lampki wystarczyły, że świat stał się różowszy a nogi giętkie…

Rocznik 2012. Boski, szkarłatny napitek, po dwóch widzisz różowo a po czterech – nic nie widzisz…

Nie wiem, czy była godzina pierwsza czy druga, kiedy stwierdziliśmy, że chyba pora do domu.
Było ciepło, świat wirował, a że trochę grzmiało? Zresztą czy grzmiało, czy grzmociło – wsio rybka.

Następnego dnia żadnego alkoholu…
Skupiłam się na zrobieniu kilku zdjęć piwniczki, gospodarzy i gości.
Pokazano mi to, co rzadko kto widzi – serce winnicy ze szklaną rurką do bul, bul, bulkania, beczki, półkę z asortymentem.
Coś wspaniałego.

Oto serce winnicy.

– Cały asortyment – powiedziała oprowadzająca mnie gospodyni, pokazując dłonią regał.

A więc mam swoją ulubioną piwniczkę, ulubionych, zaprzyjaźnionych gospodarzy w trzech pokoleniach, ulubione wino i wspomnienia.
Tylu wspaniałych ludzi się w tym krótkim czasie przewinęło – od wspomnianego, przesympatycznego, kochającego trunki Krisa, po inżyniera budującego kilka lat w Afryce, a na pilocie Lufthansy skończywszy. Autentycznie!
I mam coś jeszcze:

Moje i gotowe do podróży. Nie wiem, czy chcę się tym dzielić…

 

Krystyna

Różowe migdały…

Brakuje mi czasu, żeby pokazać Wam wszystko to, co pokazać chciałabym. Ponieważ miejsce jest piękne, to i tych zdjęć trochę mam. Dziś skupię się na migdałach, widzieliście jak rosną?

Nazwałam dróżkę “migdałową aleją”, ale tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej. Zwróćcie uwagę na dzikie gęsi nilowe, równie piękne zresztą jak miejsce, które sobie wybrały.
Tak kwitną migdały, mają piękne różowe kwiecie. Zdjęcie zrobiłam na przełomie marca i kwietnia.
Tu już owoce, zielone, pokryte włoskami jak morela. Zdjęcie zrobione w pierwszych dniach maja.

A to migdały znalezione w tym roku, chyba w marcu, pod jednym z migdałowych drzewek. Muszę się wziąć w garść i je rozmigdalić.

 

Krystyna

Dzieci tu i tam…

Czytam i czytam o niepełnosprawności.
Mam też wiadomości z pierwszej ręki, jeśli pamiętacie historię Matiego, któremu życie nie dało zdrowych nóg, za to głowę, że ho, ho! Absolutnie sprawny intelektualnie, ma cięty, wspaniały dowcip i często wyłapuje moje błędy ortograficzne czy interpunkcyjne na moim blogu.
Tylko z chodzeniem ma ogromne problemy.
– Zobacz – mówi i podsyła mi linki do artykułów – czytaj.

No to czytam. A to post siostry Chmielewskiej, a to wypowiedzi minister Rafalskiej, a to jeszcze coś innego.
Jest rozgoryczony.
Wiem, że jego dochód z tytułu renty to 878zł + 153zł zasiłku pielęgnacyjnego – co daje zawrotną kwotę 1031 zł do ręki miesięcznie.
Solidaryzuje się z matkami i niepełnosprawnymi, którzy w swojej bezsilności, wbrew wszystkim i wszystkiemu rozgościli się w Sejmie, choć słowo “rozgościli” jest bardzo na wyrost, aż dwadzieścia dni temu.

– Czytaj – mówi – kwalifikuję się do pomocy i należą mi się pampersy. Ale ja im za nie dziękuję! Ja ich nie potrzebuję, natomiast bardzo chciałbym taki, no wiesz, trzykołowy rower, tylko się nie śmiej – rozmarza się.

Nosz jasna cholera!
On naprawdę nie potrzebuje pampersów, ale tych parę groszy do tej renciny naprawdę by mu się przydało.

Miałam ogromne szczęście wziąć udział w święcie szkoły dla dzieci niepełnosprawnych, w Bernkastel-Kues w Niemczech.
To przede wszystkim dzieci niepełnosprawne umysłowo, z zespołem Downa.

Chórek a z tyłu zespół i wokalistka Manuela, z którą, mimo bariery językowej, mam świetny kontakt.

Mati, nie chciałabym robić Ci przykrości, ale powiem trochę o tej szkole, ale może nie próbuj porównywać, zresztą skończyłeś normalne szkoły, ponieważ twoja niepełnosprawność jest jedynie fizyczna. Wiem, jak Twój tato walczył o to, bo chcieli Cię w szkole specjalnej umieścić.

Pokój relaksacyjny – dzieci obejmują rękami szklane rury z bąbelkami.
Łóżko wodne w pokoju relaksacyjnym.
Mata dźwiękowa dla dzieci autystycznych, tzw. Klangmatte. Taka klawiatura dla stóp, percepcja i motywacja przez muzykę.

Szkoła w Bernkastel-Kues to miejsce, gdzie każde z powierzonych dzieci jest traktowane wyjątkowo. Każde.
Tam nie ma stresu, strachu, dystansów, jest bardzo ciepła, rodzinna atmosfera. Dzieci są podzielone na cztery stopnie rozwoju, uczą się wszystkiego – od podstawowych czynności higienicznych, samoobsługi, obierania ziemniaków, pracy w warsztacie po normalne lekcje. Wszystkie korzystają z basenu.
Jeżdżą na wycieczki – były min. w berlińskim Bundestagu, spotkały się z politykami niemieckimi.
Jakby było mało, w szkole powstał zespół muzyczny Donnerwetter & Band, który daje dość regularne koncerty, wydaje swoje płyty. Koncerty oczywiście okazjonalne, ale biorący w nich udział uczniowie są niesamowici, całkowicie beztroscy, bezstresowi, zaangażowani.

To już moje! Wspaniałe utwory!

Szkoła może poszczycić się absolwentką, która jest brązową medalistką w karate, ale nie pytajcie mnie na jakim szczeblu. Wiem, że medal zdobyła w Dubaju.

Sama szkoła – coś fajnego. Trudno mi to opisać, żałuję, że nie zrobiłam zdjęć we wnętrzach, w klasach, nie zrobiłam zdjęć łazienek – a są trzy – dostosowanymi do potrzeb osób niepełnosprawnych. No nie zrobiłam zdjęć, bo koparę trzymałam obiema rękami.

Wszyscy są tam tak przyjaźnie nastawieni, że każdego witają serdecznymi uściskami.
Tam, te dzieci z Downem są po prostu piękne!

Teraz tak siedzę, myślę i porównuję sytuację niepełnosprawnych dzieci niemieckich i naszych, i chce mi się wyć – dlaczego i za jakie grzechy? Nie wierzę, że Polska jest taka biedna, po prostu ma gówno wartych gospodarzy, którzy widzą tylko swoją dupę. Zażarcie i fanatycznie walczą o każdą zygotę, nawet tą skazaną na niedotrwanie do rana a jak już się urodzi to srał ją pies.
Pytam się, gdzie jest kościół, który w pierwszej kolejności powinien stać murem za wielokrotnie karanymi matkami dzieci niepełnosprawnych?
Powiem wam gdzie jest – schował się w mysiej dziurze, bo po pierwsze boi się przeciwstawić jedynie słusznej partii ze względu na obawę zakręcenia kurka z milionami, a po drugie nie pozwoli wyszarpać sobie ani feniga z posiadanego już majątku.
Niedobrze mi się robi…

 

Krystyna

Jak mały samochodzik…

Mówcie co chcecie, ale czas zasuwa jak mały samochodzik. Nawet się człowiek nie obejrzy, a tu już myk! Mamy maj.
Bzy, konwalie, kasztany i takie tam.

Gęsi nilowe na wyciągnięcie ręki, żółwie na trawie, lisie pysie z nory się pokazują.

Na śniadanie przylatują zaobrączkowani goście, a z nieba wiosenny śnieżek poprószył, w postaci wiśniowych płatków. Czereśnie wielkie już jak groch.

No i pokazał się świeży jak zapach bzu – młodziutki riesling. No w pączkach jeszcze, ale jest!

A koń model nawet nowe buty założył. Znam bajkę o kocie w butach, ale żeby koń… Cóż, świat idzie naprzód.

 

Krystyna