Miło już było…

niebo

Basia pojechała do pracy do Niemiec po podjęciu szybkiej decyzji.
– Nie masz ochoty zarobić? – zapytała ją znajoma i Basia właściwie się nie zastanawiała.
Miała szczęście, bo trafiła na fajnych i życzliwych ludzi, problemem był język, bo go nie znała, ale wszyscy powtarzali, że da radę. No to raz kozie śmierć. I od razu na dwa miesiące.
Dawała radę, niemniej strasznie się męczyła, mózg parował od ciągłego kombinowania z ichnią mową, łatwo więc sobie wyobrazić radość Basi, kiedy pewnego razu usłyszała od mijającej ją ładnej dziewczyny – dzień dobry.
Szczerze mówiąc, Basia nie szukała znajomości, miała wszystko czego jej trzeba było – książki do nauki języka, szydełko do robótek, auto do wypadów na zakupy i zwiedzanie ciekawych miejsc. Uwielbiała zamykać się w swoim ładnym apartamencie i oddawać błogiemu wypoczynkowi po pracy, własne towarzystwo jej zupełnie wystarczało. Jako mieszczuch dużego miasta upajała się spokojem miejsca, ciszą, śpiewem ptaków, obserwacją przepięknego nieba. Chciała zapomnieć o tętniącym życiem mieście, o głośnej muzyce zza ścian, o regularnych alarmach w samochodach, tłumach w sklepach i komunikacji. Po prostu odpoczywała psychicznie.
Niemniej miło i fajnie jest wiedzieć, że w pobliżu jest ktoś, z kim możesz pogadać po swojemu, ktoś, kto może ci czasem w czymś pomóc, ktoś z kim możesz połazić po sklepach.

No i było fajnie, ale krótko.
Zażyłość szybko zaczęła Baśkę męczyć, doszło do tego, że nawet na taras nie miała ochoty wychodzić, żeby nie zostać zauważoną przez koleżankę. Za dużo, za często, niesłownie. Koleżanka spóźniała się na spotkania, bo albo dłużej w pracy musiała zostać, albo zasiedziała się u przyjaciół, którzy raczyli ją alkoholem.

Kiedy w miasteczku zaczęło się lokalne świętowanie, wybrały się obie na spacer popatrzeć.
Wiadomo, Niemcy kochają Wurst, Wein i Bier, kochają muzykę i tańce, są wyluzowani na maksa i mają w nosie, czy ktoś się przygląda, czy komuś się podoba. Po prostu piją i się bawią.
Jakaż to mogła być zabawa dla Baśki, która nic nie rozumiała, czuła się trochę jak zaszczuty pies unikający wzroku ludzi, żeby czasem ktoś o coś nie zapytał, bo ani rozumie, ani powie a tamta podrygiwała w rytm muzyki, ciągle miała na coś ochotę, podczas gdy Baśka była już po kolacji.
Czuła się więc mało komfortowo i chciała wrócić do domu.
– Nie jestem rozrywkowa – powiedziała do swojej towarzyszki i obie, po zrobieniu jeszcze kilku zdjęć, wróciły do swoich domów.

Po kilku dniach ciszy, Basia zadzwoniła do koleżanki, ale ta nie miała dla niej czasu. Po jakimś czasie znów wysłała smsa – z tym samym skutkiem – nie mam czasu.
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że tamta jej unikała, ignorowała, co nawet Baśce było na rękę, pytanie jednak – dlaczego?
Na to pytanie Baśka odpowiedzi nie znalazła. Nie zrobiła nic, co mogłoby tamtą obrazić, urazić, wpędzić w kłopoty a mimo to, tamta usunęła ją ze znajomych na fejsbuku.
Ale to Basię jedynie rozbawiło, bo wydawało się, że ma do czynienie z osobą inteligentną. Teraz mimo że nadal mieszkają niedaleko siebie, od ponad roku wcale się nie widują, to znaczy Basia koleżanki nie widuje, mimo iż często przechodzi pod jej oknami. Jakby się pod ziemię zapadła. A może po prostu jej nie poznaje po jakiejś operacji plastycznej, bo Basia pamięta, że największym jej problemem było pozbycie się brązowych plam starczych z rąk.

PS.
Czasem podkradam słówka i pomysły Klarce Mrozek, jednej z moich ulubionych blogerek. Tak jest i tym razem – nie denerwuj autorki, bo cię opisze. Sto lat, Klarko!

Krystyna

Stein…

Pamiętacie post o kamieniu, który przepowiada pogodę?
Znalazłam taki i u naszych zachodnich sąsiadów, jest jednak nieco bogatszy w prognozowaniu.
Równie śmieszny jak nasz.

Stein trocken – Sonne
kamień suchy – słońce

Stein naß – Regen
kamień mokry – deszcz

Stein weiß – Schnee
kamień biały – śnieg

Stein nicht zu sehen – Nebel
kamienia nie widać – mgła

Stein unter Wasser – Hochwasser
kamień pod wodą – powódź

Stein wackelt – Sturm
kamień się chwieje – burza

Stein fällt runter – Erdbeben
kamień spada – trzęsienie ziemi

Stein verschwommen – 1 Promille
kamień zamazany – 1 promil

Stein doppelt – 2 Promille
kamień podwójny – 2 promile

Stein vierfach- Notruf 112
cztery kamienie – połączenie alarmowe 112

Uśmiechnijcie się!

Krystyna

Odpowiedź: bo nie…

Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego chusteczki higieniczne są tak durnowato składane?
Bez względu na to w którym zakątku świata je kupisz – wszędzie to samo! Żeby wysmarkać nos, wytrzeć ręce czy dziecku buzię, musisz najpierw rozłożyć i poskładać po swojemu – czyli na pół, na ćwierć i jeszcze raz.
DLACZEGO NIE MOŻNA ICH TAK POSKŁADANYCH Z OPAKOWANIA WYJĄĆ???

Krystyna

Darłówko…

Jestem przybita i rozbita czytając coraz to nowe wiadomości o dramacie, który rozegrał się w Darłówku. Serce pęka na milion kawałków – trudno mi sobie nawet wyobrazić koszmar, jaki przeżywają teraz rodzice.
Pojechali z czwórką dzieci na wakacje nad morze a wrócili z jednym, najmłodszym, dwuletnim.

Moja pierwsza myśl – pincet plus pojechało na wakacje. Wredne to, ale tak pomyślałam i nie przepraszam.

Żal mi tych rodziców.
Tragedią jest stracić jedno dziecko, a troje w jednym momencie – słów brak i trudno to nawet nazwać. Nie wiem, jak toczyła się tam ta cała akcja, niemniej efekt kuli śniegowej robi swoje. Czytam, że matki na plaży nie było, bo poszła z najmłodszym sikać, czytam, że ojciec na plaży był i pilnował, że była czerwona flaga, i że jej nie było, że dzieci weszły do wody w miejscu niestrzeżonym przy falochronie, czyli przy tzw. czarnym punkcie. Jak było naprawdę powinien rozstrzygnąć prokurator.
Ale…
Ja też byłam nad morzem z małymi dziećmi.
Dzieci są nieprzewidywalne i dlatego na zmianę z mężem pilnowaliśmy ich jak oka w głowie – albo ja na brzegu a mąż z nimi w wodzie, albo odwrotnie. Nie powiem, było to męczące i człowiek niewiele sam odpoczął, ale to były nasze dzieci, które miały wtedy 9 i 13 lat, czyli tyle, ile te, które teraz opłakujemy.
Duże dzieci? Gówno prawda, to były małe dzieci.
Synowie też chcieli mniej kontroli, zawsze chcieli zrobić jeden krok dalej niż pozwalaliśmy, też powtarzali, że nic im się nie stanie. Oni mówili swoje, a my z mężem swoje.

Ale wiecie co? Ostatnio byliśmy nad morzem w lipcu tego roku i my się nadal pilnujemy, nawet jeśli to zabrzmi śmiesznie. Kąpiemy się tylko w miejscu strzeżonym, nigdy nie przekraczamy boi, choć synowie są dobrymi pływakami.
Kiedy oni są w morzu – staram się nie tracić ich z oczu, choć teraz już bardziej z przyjemności i dumy niż z obawy. Kiedy ja wchodzę – oni patrzą na mnie, choć teraz ja się buntuję, żeby dali se siana.
I dlatego kochamy morze, wracamy zawsze z przyjemnością i w komplecie.

Rodzice tragicznie zmarłych dzieci odsuwają od siebie odpowiedzialność za ich śmierć. Szukają za pośrednictwem adwokata kozłów ofiarnych, choć myślę, że nikt z nich odpowiedzialności nie zdejmie. Odpowiedzą za swoją niefrasobliwość przed sądem.
I choć jest mi ich żal i staram się ich zrozumieć, to jednak równie żal mi ratowników, bo to na nich skupi się nagonka, bo będą musieli udowadniać, że nie są wielbłądami.

Moim synom dziękuję, że byli posłuszni, i że jest jak jest. To najlepsi synowie na świecie.

Krystyna

Za a nawet przeciw…

Hanka jest rozżalona. A tam rozżalona, wkurzona i rozgoryczona. Podczas rozmowy, w której psioczy na masonów, Żydów i cyklistów – pytam, co jej tak burzy krew.
– Wszystko – odpowiada – wszystko.
Mówi, jakby trochę z zażenowaniem, że głosowała na PiS, a teraz jej wstyd i żałuje.
PiS nigdy nie był moją partią i nigdy tego nie ukrywałam, brak w niej tolerancji, panuje dupolizusostwo i bezwzględne poddaństwo. Jej hasłem jest absolutyzm – poddaństwo i władza za wszelką cenę – poświęcą wszystko dla władzy i dlatego nie moja to bajka.
Dlaczego Hanka głosowała na tą partię? A bo chciała dobrze dla wnuków i synowych, by te mogły wcześniej na emeryturę przejść.
– No to masz to, co chciałaś, co cię tak buzuje? – pytam.

I tu Hanka nie wytrzymała!
– Bo za dużo tych pieniędzy rozdają, nie wszystkim się należy a tym, co by się należało nie dają…
I tu nastąpił słowotok. Że bogaci, którzy opływają w dobrobycie dostają kasę, że miało być na pierwsze dziecko a jej synowa nie dostaje, że nie powinni wszystkim, bez względu na dochody rozdawać. I powiedziała coś jeszcze, co mnie zastanowiło: jak ja swoją Gosię wychowywałam, to mi nikt niczego nie dał, musiałam pazurami swoje wyrywać…
O tak, Haniu, tu się z tobą zgadzam. Pamiętam czasy, kiedy nadchodzący wrzesień spędzał sen z powiek, moja dwójka też chodziła do szkoły naście lat temu i wiem, jaki to był horror, żeby we wszystko, w tym podręczniki, które zawsze były horrendalnie drogie – wyposażyć. Zęby w ścianę i zażalenie do pana boga, w którego zresztą nie wierzę.
Teraz na wyprawkę do szkoły dzieci dostają dodatkowo po 300 zł i to bez względu na dochody. Kiedyś zasiłek rodzinny obliczany był co do grosza.
Szczerze? To teraz mi już wisi jak kilo kitu ile kto dostaje. Dzięki zaradności jakoś udało mi się wychować swoich synów na wspaniałych, serdecznych ludzi, nie dostawałam żadnych pieniędzy od państwa, miałam tyle ile zarobiłam. Ale może powinnam pójść do sądu po zadośćuczynienie? Po to, czego ja nie dostawałam – 500 x 18 lat i x 2, bo mam dwoje dzieci a studia i tak trwają dłużej? Sorki, pierwsze dziecko nie dostaje…
Czy naprawdę nie powinno być żadnych kryteriów? Dla posłów, których dochód przekracza 10 tys też nie? Dla pani prezes klubu piłkarskiego z kilkorgiem dzieci i pensją dużo, dużo wyższą? To nie jest w porządku.

Ok, nie ciągnę tematu, bo to nudne.
Wiem jedno, dobrze już było.

Jednak moja Jo powiedziała mi niedawno mniej więcej tak:
– Krysiu, mam jedno życie i nie obchodzi mnie polityka! Chcę iść na emeryturę mając 60 lat, bo jestem już bardzo zmęczona! I zagłosuję na PiS choć ich nie cierpię, bo oni mi to zagwarantują!

Nic dodać nic ująć, Trudno się z tym nie zgodzić, ale trudno się z tym pogodzić.
A wycinki Białowieży nie wybaczę nigdy. I skoku na sądy. I wielu innych rzeczy.

Krystyna

Lepiej późno niż wcale…

Podobno na naukę nigdy nie jest za późno.
Tym razem padło na drożdże, których unikałam jak ognia po tym, jak moje ciasto drożdżowe z własnoręcznie zbieranymi jagodami, okupione bólem krzyża i kolan, żałobą za paznokciami przez kilka dni – wyrosło na wysokość jagód. Wtedy powiedziałam sobie – nigdy więcej.
Minęło jednak powiedzmy ~dzieścia lat i spróbowałam ponownie.
Tym razem, jako dojrzała kuchara, która wykarmiła bardzo dojrzałych już synów, i którym zawsze mamine obiady i wypieki smakowały – sięgnęłam po drożdże ponownie.
Po prostu miałam śliwki, z którymi trzeba było coś zrobić.
Raz więc kozie śmierć, podeszłam do tego problemu nadzwyczaj profesjonalnie, na wadze niemal laboratoryjnej.
Udało się!
Ciasto drożdżowe ze śliwkami – pół na pół węgierki z mirabelkami – udało się znakomicie, zniknęło zanim zdążyłam sfotografować.
Skoro wyszło jedno, powinno wyjść i drugie – pizza.
No ba. Jak na starą wygę (wayginę?) przystało, już mniej laboratoryjnie, bardziej na wyczucie, wzięłam drożdże, ciepłą wodę, szczyptę soli, cukier, dodałam szczyptę aromatycznych, suchych ziół i (oszczędzę detali) wyrobiłam ciasto.
Zrobiło się go na dwa razy, połowę włożyłam do lodówki na zaś.
Na wierzch wiadomo, sos pomidorowy, pieczarki, cebula, salami, ogórek. I oregano. I tarty ser.
Matko, co za zapach poszedł z pieca…

Pizza wyszła cieniutka, brzegi wyrośnięte u chrupiące. Jednym słowem niemal doskonała nie chwaląc się.
Smacznego!

Połowa ciasta poszła do lodówki na zaś. Tyle, że głupie rośnie w tym foliowym worku jak… na drożdżach 🙂

 

Krystyna

Exclusive…

Bywam czasem na polu golfowym. Rzadziej niż częściej, ale bywam. I powiem wam, że wszędzie można się nieźle ubawić – na przykład czytając tablicę – co prawda po ichniemu, ale znaczy tyle co:

Uwaga!

Latające piłki golfowe!
Wejście na pole golfowe tylko dla członków i gości
(na własne ryzyko)

Prócz tych latających piłek golfowych należy również liczyć się z atakami innego gatunku, czego dowodem jest tablica. Swoją drogą klub bardzo ekskluzywny, ale na mnie jakoś specjalnego wrażenia nie zrobił – upierdolony brudny stół, poduszki na krzesłach pod tyłkiem też jakieś nie do końca czyste.
Za to kelnerka miodzio. Śliczna, młoda mulatka o cudownym uśmiechu, w garniturku perłowo-białych ząbków – i mówię to ja, kobieta w przekwitłym kwiecie wieku, żona, matka, jeszcze nie babcia – z pełnym uznaniem.

Ceny kosmiczne, mam wrażenie, że doliczają bardzo wysoką marżę za przepiękne widoki – te na horyzoncie, i te się krzątające.

Niestety, zdjęcie nawet w połowie nie oddaje uroku tego miejsca. Szkoda.

 

Krystyna

Goodbye, bye, bye…

Koniec.
Urlop nad morzem stał się historią, wspomnieniem. Ze względu na pogodę skróciliśmy go nawet o jeden dzień, bo jeśli kolejny dzień mieliśmy przesiedzieć w pokoju i czekać na zmiłowanie, a każda próba wyjścia kończyła się zmoknięciem – lepiej spasować.
Trudno.
Niewiele było słońca, morze kaprysiło – a to parafina na brzegu, a to za wysokie fale, a to mgła, a to podejrzenie sinic. Biała flaga jeździła w górę na przemian z czerwoną.

Kocham morze.
Uwielbiam spacery mokrym piaskiem na granicy wody. Pokonałam wiele, wiele kilometrów w te i we wte. Obserwowałam ludzi, ptaki, ślady. Uciekałam przed łabędziem, któremu nie spodobała się zbyt bliska odległość, na jaką ośmieliłam się zbliżyć. Obserwowałam zachody słońca.

…idę brzegiem, ku jesieni…
Plaża i dla ptaków…
…i dla psiaków.

Nie mogłam przestać się dziwić, jak wspaniałe są teraz smażone ryby nad morzem! Nie wiem czy wszędzie, ale tam gdzie się stołowałam ryby nie miały praktycznie panierki, jadłam wspaniałą, świeżą rybę, na świeżym oleju. Jadłam opiekanego dorsza w zalewie, dokładnie smakował tak, jakby zrobiła go moja mama! Śledź w śmietanie z czosnkiem był naprawdę w śmietanie, a nie żelatynowatym, tłustym majonezie. Tatar z łososia – czysty artyzm kulinarny. Kiedy poprosiłam o dwa, wcale nie duże plastikowe pojemniki, które zamierzałam zawieźć mamie do spróbowania – pani powiedziała, że tyle nie ma, ale jeśli poczekam chwilkę, szybko go dla mnie zrobi.

O gołąbkach, placku po węgiersku, pierogach i żurku już wspominałam, dodam jedynie, że żurek z dnia na dzień zamiast pięciu złotych skoczył na siedem. Cóż popyt i podaż…
Lody? Nie licząc pierwszych, smakujących i wyglądających jak potarte kartofle na placki – rewelacyjne.

Miejscowi ludzie są tam przesympatyczni. Wiem, powiecie, że oni z tego żyją, ale i tak uważam, że są wyjątkowi, jak moja gospodyni, sołtys Rowów – pani Jadzia, jej mąż, jej synowie.
Jej pies Majki, jej dwa koty, z których jeden przychodził pod drzwi naszego pokoju na drugie piętro.
Jej dwumetrowe lilie o niesamowitym burakowym kolorze, pachnące tak pięknie i tak intensywnie, że zapach docierał nawet na nasze drugie piętro.
Czas niestety jest nieubłagany, czekasz, czekasz, planujesz a tu pyk! I po ptakach.
Z pewnością jeszcze niejedną notatkę poświęcę przemyśleniom związanym z pobytem w Rowach, ale na razie – dziękuję.
Dziękuję pani sołtys i życzę zdrowia i sił do walki z sypiącymi się klifami.
A ty, morze – bądź nieco łaskawsze, bo piękne już jesteś…

 

Krystyna

Się nie udało…

Kiedy nadszedł mniej słoneczny dzień, postanowiliśmy pójść do Słowińskiego Parku Narodowego. Około osiemnasto-kilometrowa trasa zaplanowana była na około cztery godziny.
Park jest piękny, niemal dziewiczy, widoki zapierające dech.
Słyszeliśmy tylko śpiew ptaków i dzwonki przy rowerach, które nas w masowych ilościach mijały.
W poprzek ścieżki maszerowały, również w masowych ilościach małe żabki, które robiły wszystko, żeby je zadeptać.

Kiedy znalazłam wzdłuż ścieżki pierwszego, pięknego podgrzybka – obudził się we mnie zew grzybiarza, niestety, niczego zerwać nie mogłam.

Ukrył się w korzeniach powalonego drzewa, trudno było zrobić mu zdjęcie.
To podgrzybek nie jest, ale ładny.

Co jakiś czas, pogoda dawała o sobie znać lekkim deszczykiem, dobrze, że lekkim, bo byliśmy bez parasoli, zaopatrzeni jedynie w kurtki z kapturami.
Widoki z tarasów widokowych rekompensowały niedogodności pogodowe.
Widzieliśmy dzięcioła czarnego, w czerwonym berecie, mrowiska mrówek rudnic i ropuchę.

Mała ropuszka.

Ludzie na rowerach mijali nas, wracali, a my uparcie szliśmy na nogach. W połowie drogi (droga oznakowana kodami obrazkowymi do skanowania telefonem komórkowym – na jakim etapie drogi się jest, ile kilometrów przeszliśmy), po około dziewięciu kilometrach, zaczęło padać.
A tam padać, zaczęło lać! Ściana deszczu.
Jakby było mało, komary wielkie jak mutanty jakieś, cięły bez opamiętania.
Tak więc miło już było.
Konsternacja – iść dalej nie zważając na ulewę, przeczekać pod niewielkim zadaszeniem wśród kilku innych przemoczonych osób i chmary komarów, chętnych na naszą krew, czy zawrócić.

Nie było jednomyślności, było spięcie. Cóż, wyprawa się nie udała. Jeden z synów w ulewie poszedł dalej sam argumentując, że nie da się żywcem zeżreć komarom, z drugim zdecydowałam przeczekać nawet kosztem śmierci przez zaciukanie przez komarze mutanty. Po jakiejś
pół godzinie, kiedy ulewa trochę odpuściła, postanowiliśmy wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy. Osiem kilometrów mokrego powrotu, błotnistą, leśną, rozjeżdżoną przez rowery drogą.
Już nie dało się piękna obserwować. Już tylko jak najszybciej do domu.
I drapać, drapać, drapać.
Wyschnąć.

Ukąszenia komarów bolesne i długo się utrzymujące. Czerwone i swędzące miejsca utrzymują się od kilku dni.

Kiedyś może da się przejść całość, na pewno nie w czasie tego urlopu, przepadło, pogoda nie dopisała a ślady po komarach swędzą do tej pory.

Krystyna