Przemyślenia: macane – kupione.

adidasyMacie tak, że czasem w sklepie rezygnujecie z zakupu jakieś rzeczy ze względu na obrzydzenie?
Ja kiedyś tak miałam z masłem – widziałam jak facet paznokciem kciuka nabrał trochę masła, spróbował, zapakował i odłożył na półkę. Długo ten sklep omijałam szerokim kołem.
To samo z bułkami, podnosisz klapkę i wybierasz, która Ci się podoba. Ludzie grzebią, przebierają, wybierają – a czy ja wiem, co tymi rękami wcześniej robili? Taaa, są jednorazowe rękawiczki, ale używa ich co któraś osoba.

W jednym z niemieckich marketów, do którego mam wyjątkowy sentyment, bo ten sam prosperuje pod moim blokiem w kraju – kupuję chleb.
Każdy zapakowany, nie ma chlebów bez opakowania i macania, ale ja szukam bułek. Nie znalazłam.
Byłam tam kilka razy i dopiero dziś zauważyłam, że jednak bułki są! Ale! Na przycisk!
Przy każdego rodzaju bułce jest knefel, przyciskasz go i cyk, bułka spada w twoje ręce.

Czysto i higieniczne. Podoba mi się.
Jednakże oceniając cały sklep, ten tu i ten pod moim blokiem – uważam, że lepiej zaopatrzony i łatwiej znaleźć odpowiedni towar w tym pod moim blokiem. I chyba nie jest to sentyment.

Dziś kupiłam sobie tam właśnie sportowe buty; moje się rozpadły.
Wygodne owszem, ale zakładanie to masakra – sznurowadła są jedynie ozdobą, atrapą a adidasy się wsuwa. Bez solidnej, metalowej łyżki do butów ani rusz.

No, to tyle na dziś.
Następnym razem wezmę pod lupę niemieckich kierowców – niby wzór do naśladowania…

Krystyna

Przemyślenia: ups…

werbungWracając ze spaceru wyciągam ze skrzynki pocztowej korespondencję. Otwieram i podaję adresatowi.
– Werbung – i podaje pierwszy list.
– Werbung – podaje drugi.
– Werbung – nie inaczej z trzecim, ostatnim.
Wiem już, że werbung to reklama, więc pytam czy wyepić.

– Wyepić? Was ist das wyepić, Kristina?

Ekhm…

 

Krystyna

Przemyślenia: coś złego?

5aKto był za granicą i musi posługiwać się na co dzień obcym językiem ten wie, jaką radość potrafią sprawić swojsko brzmiące słowa.
Wchodzę we wtorek do marketu i co słyszę?
– Dobra, spróbuję, ale nie wiem, czy mi się to uda…
Dziwne uczucie, ale miłe. Przyglądam się dwóm kobietom, uśmiecham się i mówię – dzień dobry, cześć…

I jedna, i druga spojrzały na mnie jak na zielonego ludzika. Dosłownie, jak na debilkę jakąś! Nie chcielibyście zobaczyć tej pogardy, tej wyniosłości w oczach. Gdyby wzrok zabijał, już by mnie nie było.

Nie to nie, bez łaski.
Zrobiło mi się głupio, bo przecież nie zrobiłam niczego złego. Zajęłam się swoimi zakupami, jedna z tych dwóch kobiet też chodziła między regałami, widziałam, bo wysoka była, ale unikałam jakiejkolwiek konfrontacji.

Kolejne doświadczenie – jeśli nikt nie prosi, trzymaj pysk zamknięty. Teraz już wiem, że nie należy chwalić się swoją tożsamością, choć na jednym ze spacerów i ja usłyszałam – dzień dobry – i było mi z tego powodu bardzo miło! Krystynę, bo tak miała na imię, spotkałam tylko raz i bardzo żałuję, że nie poprosiłam o jakiś kontakt, o numer telefonu.
Bo ja się ucieszyłam, a co tamtym odbiło?
Nie wiem…

 

Krystyna

Przemyślenia: mantra…

1Jedno zdanie wykute na pamięć jak tabliczka mnożenia: ich spreche kein Deutsch. Do tego odpowiedni błagalno-prosząco-przepraszający uśmiech i pomaga. Naprawdę pomaga.
Żetonik do wózeczka i wchodzę do sklepu.
Sklep sklepem, jeden do drugiego podobny, warzywka na początku, ładne, błyszczące. Na twarzy oczywiście wypisałam sobie mądrość i wszechwiedzę. Też mi coś. W ręku trzymam listę co kupić, po niemiecku oczywiście, no przecież.
Ładuję do wózka warzywka, owoce, chleb. Szukam herbaty, zwykłej Earl Grey, a tu nein. Kamelki, mięty, szałwie i wszystkie inne ziołowe, a Earl Grey nie ma. Czyżby w innym miejscu?
Ok, połażę to znajdę. Może.
Co tu jeszcze na tej liście? Jogurty owocowe, masło, wędliny, marmolada lub powidła śliwkowe.
Jogurty do wyboru i koloru, tudzież wielkości i różnej cenie. Wybieram z jednego sortu ale o różnych smakach: truskawka, wiśnia, kokos, morela lub brzoskwinia – nie wiem, podobne na obrazku, czekolada, orzech. Masło – co mnie od razu uderzyło – to wielkość kostki. Normalne 250 gram, cena ciut ponad euro. U nas kostka w tej samej cenie waży 200 gram a spotkałam kiedyś nawet 170 gram. I widać, że masło, margaryna wcale opakowaniem masła nie przypomina. Obracam z salomonową mądrością masło, “czytam” hahahaha cóż tam na opakowaniu interesującego i wkładam do wózka.
Wybieram hahaha wędliny, “czytam” opakowania, ale mniej więcej kumam co kupić mam. Pasta do zębów – taka jak u nas, nawet nazwa ta sama, szampon też, ino drobny druk jest dla mnie mniej zrozumiały ze zrozumiałych względów.
Na liście zostały powidła śliwkowe. Pflaumenmus – bo tak to się tu nazywa.
Wracam na dział z dżemami. Dżemy wszelkiej maści, konsystencji, koloru. Miody i wszelkie inne słodkości, ale pflaumen marmelady ni ma. Slalomem pokonuję regały jeden po drugim, wracam z odwrotnej strony, potem wzdłuż.
Ni ma.
No pięknie, nie ma pflaumen marmelady – nie ma śniadania! Kupić muszę.
Widzę, że jedna z pań tam pracujących coś sobie parafuje, podlicza. Robię wdech i raz kozie śmierć.
– Entschuldigung Sie bitte!
Też wykute jak mantra, ale co dalej?
– Marmelade.
– Bitte? – pani spojrzała na mnie trochę dziwnie. No to ja brnę dalej:
– Ich spreche kein Deutsch, bitte hilfe, Pflaumen Marmelade…
Pani, w moim mniej więcej wieku uśmiechnęła się i zachęciła ręką, żebym poszła za nią. Trzy regały w stronę wyjścia były moje powidła i nie tylko śliwkowe.
Podziękowałam bardzo serdecznie i z rozkoszą wzięłam się za wyszukiwanie odpowiednich powideł.

Teraz do kasy.
Jak wszędzie, towar wykłada się na taśmę, wiem, że nie muszę kasjerki słuchać, bo i tak nie zrozumiem, muszę patrzeć na ekranik jaka jest należność. Git, pokazało się, wyciągam euro, wyszukuję nawet drobne, które wcześniej w domu starałam się przynajmniej powierzchownie poznać.
Zapłaciłam, pani o coś tam pyta, z pewnością o jakiś program lojalnościowy albo punkty, więc mówię – nein, danke.
A pani zabiera mój paragon i chyba do kosza wrzuca!
Matko, co to to nie, paragon to ja potrzebuję!
Zaczęłam rozpaczliwie machać rękami mówiąc nein, nein!
No powiedz, żeby oddała paragon! Mówią moje ręce… I paragon odzyskały.

Teraz już tylko wrócić.
Zrobić z siebie głupa, przejechać na zakazie, 20km/h.

Wjechałam do garażu, pozamykałam, zakupy w koszyczku i idę do domu. Na schodach wita mnie trzymając się za serce mój podopieczny.
– Gut Kristina, gut.
Widzę, że oddycha z nieskrywaną ulgą…

 

Krystyna

Przemyślenia: nowości…

1No to siedzę sobie na niemieckiej wsi, budzi mnie co rano kos a nie gwar wczesno-porannej ulicy; co najwyżej traktor od czasu do czasu przejedzie w drodze do swoich winorośli.
Ciężko z tymi winoroślami w tym roku, już były takie ładne, duże pąki ale niestety natura musiała pokazać swoje – chwycił przymrozek pod koniec kwietnia i winorośle kaput. Nadzieja, że nie wszystkie.
Codzienne spacery pozwalają mi obserwować przyrodę – co ja, mieszczuch z dużego miasta zawsze miałam w deficycie i skromnie dawkowane – witam się z końmi, kucykami, kozami i owcami. Jak głupi do sera uśmiecham się na widok pobliskich ruin, na widok błękitnego nieba pooranego smugami samolotów z pobliskiego lotniska sportowego, uśmiecham się do kępek szczypiorku i dmuchawców. Psów i kotów.
Uśmiecham się do innych spacerowiczów, bo oni uśmiechają się do mnie i pozdrawiają.
Spokój, cisza i życzliwość.

Dwa razy w tygodniu jeżdżę na drugą stronę Mozeli do miasteczka po zakupy.
– Langsam Kristina, langsam!
No tak, przyzwyczajona do wiecznego pośpiechu szybko wrzucam dwójkę, trójkę, czwórkę, ręka już gotowa na wrzucenie piątego biegu a tu nie ma tak! Wolniej!
Wąskie uliczki na dwójeczce, z ogromną uwagą, wjazdy pod dość strome podjazdy, dyskretna trójeczka i 30/h. Dopiero nieco dalej czwóreczka i jaaaazdaaa! Całe 70/h…
Mam w pamięci gierkówkę, moje mitsubishi i popierdzielanie 150, 160/h. Ale ok, trzeba się dostosować.
Drogi niemieckie, ale prowadzi polski gps.
Dobrze prowadzi, ale co z tego, kiedy wczoraj jeszcze tego nie było a dziś jest! Znak zakazu i UMLAUTUNG.
No super…
Jednak objazd nie dotyczy dojazdu do kempingów, a kto wie, że moje auto na niemieckich tablicach nie jedzie właśnie na kemping? Hę?
Polizei nie widzę, więc wolniutko, rżnąc głupa, z premedytacją łamię przepisy. Niby jak mam przeczytać wskazówki czy zapytać kogokolwiek? Zresztą i tak nikogo nie ma na widoku.

Kiedy dojechałam pod market, wyłączyłam guzikiem silnik – bo jeżdżę autem na guzik zamiast kluczyka – wychodzę a tu gradobicie…
Ja w cienkim sweterku, tenisówkach, cienkich gaciach. No co, jak wyjeżdżałam było niemal lato!

Biegusiem po wózek i wjeżdżam do niemieckiego marketu, gdzie mam zrobić pierwsze za granicą zakupy i zapłacić za nie nową walutą zamiast złotówkami.
Pogratulujcie mi odwagi, bo nie znam niemieckiego…

 

Krystyna

Trudna decyzja.

aSłowo się rzekło.
Zbrzydło mi w kraju, spakowałam się i po kilkunastu godzinach jazdy znalazłam się w baśniowym świecie…
Niech kto nazywa taką pracę jak chce, ale mieszkam w pięknym domu, mam swój przytulny pokój, dostęp do cywilizacji, samochód do dyspozycji. I rower.
Osoba oddana pod moją opiekę jest niezwykle kulturalna, wyrozumiała i cierpliwa względem mojego, jakże kalekiego języka.

Mieszkam w zakolu rzeki, gdzie już ustawiają się przyczepy campingowe, rezerwując miejsca na wakacje.
Nie zabraknie pewnie wśród nich smakoszy wina, bo dookoła same winnice! Na razie badyle poprzyczepiane do palików, setki, tysiące, setki tysięcy palików tworzących niesamowite szachownice.
Cisza, spokój, konie, kozy, śpiewające ptaki.

Nie oglądam telewizji.
Nie chcę wiedzieć co lepszy sort znów wymyślił, by móc finansować 500+. Nic nie chcę wiedzieć. Mam dość rozbijanych limuzyn, łamania prawa, kłamstw, panoszenia się nepotyzmu i robienia z ludzi idiotów.
Dość Smoleńska i pomników, apeli, żenujących wystąpień. Dość liczenia każdej złotówki.
Teraz mam wodę czystą i trawę zieloną a w tej chwili już kwitnie bez.

Więcej nie skomentuję…
b

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna

Jak torba na zakupy

1

 

 

 

 

 

 

 

 

wyciągam chleb cebulę masło
serce powietrze ból
co jeszcze kupiłam i wrzuciłam do torby
przyjaźń miłość talenty
czas się rozliczyć i pozwracać długi
a może za coś będę miała zapłacone?
dług wdzięczności
nienawiści
przypadnie dopłacić za mądrość
czy starać się o odszkodowanie
za głupotę

 

Krystyna
2016

Wiosna pełnym pyskiem…

1Wiosna wiosną, krokusy krokusami, temperatura dodatnia a jednak wiatr tak zacinał, że spacerując z psem musiałam nałożyć kaptur.
Rundka wokół bloku i pawilonu handlowego to jakieś dwadzieścia minut niuchania i obsikiwania wszystkiego na drodze.
Kiedy dochodziliśmy do pawilonu, takiego wiecie, rodem z PRL-u, piętrowego, ze schodami z każdego rogu, zauważyłam kręcącego się faceta po sześćdziesiątce. Wyraźnie szukał miejsca, żeby się wysikać.
No tak, drzewa powycinali a do restauracji Mieszko, znajdującej się na piętrze – za daleko. No to upatrzył sobie miejsce pod schodami i już zaczął gmerać przy rozporku rozglądając się, czy ktoś nie widzi.
Pewnie że nie! Co tam osiemnastopiętrowy blok vis-a-vis, co tam sklepy, kwiaciarnia, co tam ja, stojąca i wlepiająca w niego wzrok bazyliszka.
Zdjęłam kaptur, żeby lepiej widzieć i żeby on widział, że ja patrzę, a gapiłam na bezczelnego. Pies usiadł i gapił również.
Po chwili odwrócił się w moją stronę po raz drugi, pewnie myślał, że mnie zawstydzi i pójdę sobie. Eee, nie poszłam.
Po kolejnej chwili gmerania w rozporku odwrócił się i zrobił krok w moim kierunku.
– Ani kropka nie poleciała! Zadowolona?!

Myślałam, że się przewrócę.
– Człowieku, może na drzwi im nasikasz? Bezwstydnik!

Demonstracyjnie zapiął rozporek i odwróciwszy się na pięcie odszedł.
Długo nie mogłam ochłonąć ze złości a potem zachciało mi się śmiać. No biedaczek, ani kropki nie mógł ulać żeby sobie ulżyć.

Jakże żałowałam, że idąc z psem nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego czy choćby komórki. Muszę to zmienić, bo czasem aż ręce opadają na zachowania ludzkie a wtedy nic tylko obśmiać…

Pozdrawiam wszystkie Panie!

Krystyna

Mała rzecz a cieszy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW ramach pomocy sąsiedzkiej robię czasem zakupy sąsiadce, która czeka na endoprotezę kolana. Jesteśmy otoczeni marketami, więc daleko nie noszę. Najbliżej jest Biedronka i tam właśnie najczęściej te zakupy robię. Nie powiem żebym tego nie lubiła, zdarza się, że wypatrzę tam jakąś perełkę.
Wchodząc o tej porze roku do sklepu najpierw rozpinam płaszcz, rozluźniam szalik, ściągam czapkę, zakładam okulary i szukam kosza, takiego z wysuwaną rączką, na kółeczkach.
Tak było i dziś.
Sporo miałam dziś do kupienia – ziemniaki, pomidory, pieczarki, pomarańcze, paprykę, babkę, serek klinek, czekolady z okienkiem, mielone z szynki i jeszcze trochę innych drobiazgów.
Stanęłam w kolejce do kasy i czekała mnie gimnastyka wyjmowania z kosza i układania na taśmie; było mi ciepło.

I wtedy zdarzyło się coś, co sprawiło, że kopara mi opadła.

Za mną stał młody człowiek, trzydziestokilkuletni, przystojny, w wełnianym płaszczu – dyplomatce, szatyn z zarysem ciemnego zarostu na twarzy. Ładniutki no.
Wiecie co zrobił?
Podniósł mój kosz z zakupami, żebym nie musiała aż do podłogi do niego się schylać i sięgać. Trzymał go blisko taśmy, żeby mi jak najbardziej ułatwić wykładanie zakupów. Potem po prostu mój kosz odstawił na stos innych koszy.
Podziękowałam, rzecz jasna.

Popatrzcie, niby nic, po prostu był grzeczny, pomocny i domyślny, a mimo to byłam zaskoczona.
Miło zaskoczona.
Więc może nie warto jeszcze umierać? Na samo wspomnienie uśmiecham się sama do siebie.

Hej, młody człowieku, sprawiłeś mi dziś niesamowitą radość! Dziękuję Ci!

Krystyna