Plaża, dzika plaża, morze dookoła…

No przecież nad morze nie jedzie się kąpać! Nad morze jedzie się po to, żeby nad nim być! Przecież nie od dziś wiadomo, że nad morzem WIEJE! A jak wieje, to opalanie się jest rzeczą nader śmieszną, pozostają spacery plażą.
Wczoraj pokonaliśmy plażą, boso, dystans od Rowów, przez Dębinę do Poddąbia. Niestety, nie udało mi się dokładnie ustalić odległości, myślę, że było około siedem, osiem km w jedną stronę (daje razem czternaście – szesnaście kilosów!). Właściwie to szliśmy z intencjami – chcieliśmy pod świętym obrazkiem, pozostawionym na pamiątkę przez pielgrzyma, zostawić symboliczne kamienie niesione z Rowów; taka sobie pielgrzymka bezbożników. Przyjemność bardziej dla siebie niż bozi.
Po drodze (czyt: plaży) podziwialiśmy piękno wybrzeża i czyniliśmy dobre uczynki.
Syn uratował od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia biedronkę, którą niósł przez kilka kilometrów (może raczej ona sama się niosła, bo uczepiła się jego ręki i ani myślała odfrunąć), do szukanego przez nas miejsca, nazywając ją całą drogę “pielgrzymem”.

Biedra – pielgrzym. Może chciała samobója popełnić?

Ja uratowałam od niechybnej śmierci przez rozdeptanie, utonięcie i ze zmęczenia rybkę, która rzucała się nerwowo na piasku, nie mogąc trafić z powrotem do wody.
Nie pomyślałam jednak o trzech życzeniach, trudno. Może ona mnie zapamięta.

Może to malutka makrela, którą zjem jak już będzie duża?

Uratowałam też żuczka, który jeśli nie zostałby rozdeptany, to zapewne usechłby w piaskach Poddąbia.

Miał chyba ze 2,5 cm. Może szedł do biedronki?

Klifowe wybrzeże w tym miejscu jest przepiękne.
Wyraźnie widać, jak morze wykrada podstępnie kolejne metry lądu. Krótka, kamienista plaża, jest podobno namagnesowana tak bardzo, że niektóre urządzenia potrafią wariować.
W klifie wydłubały sobie gniazda jaskółki, jak zauroczeni staliśmy i patrzeliśmy na uwijające się wokół swoich domków ptaki.

Morze wdziera się w ląd. Ot, siła natury.
Magnetytowe pole. Ponoć elektronika dostaje świra. Mój gps nakazywał iść w odwrotną stronę, a ja tak bardzo bałam się zabłądzić…
Jaskółki nieuwięzione.

Niestety, magicznego miejsca w Poddąbiu nie znaleźliśmy. Pytaliśmy mieszkańców – ale też nie byli zorientowani. Nasze kieszenie opróżniliśmy z kamieni pod jednym z drzew niedaleko TOY TOY-ki, biedronka – pielgrzym również została oddana naturze.
Zmęczeni wracaliśmy tą samą drogą, dostrzegając już te brzydsze rzeczy – padłe mewy, wyrzuconą na brzeg śniętą flądrę, pety i wszędobylskie plastiki.

Syn był tak zniesmaczony, że złapawszy pierwszą lepszą broń, nie zawahał się jej użyć…

Ze zmęczenia zrezygnowaliśmy nawet z obiadu. Ale było warto, klif jest piękny!

To tam malutkie, różowiutkie – to ja. Jestem dumna, że dotrzymałam kroku dzieciom. No dobra, w końcówce marudziłam, do domu doszłam na bosaka, bo nie miałam siły zakładać sandałów, powłóczyłam szłapami, ale doszłam!

Nie mieliśmy sił już na nic prócz meczu Belgia – Francja.

 

Krystyna

4 myśli na temat “Plaża, dzika plaża, morze dookoła…”

  1. Pieknie piszesz Krysiu, uwielbiam czytac Twoje relacje. Pozdrawiam Cie cieplutko i mam nadzieje,ze urlop sie udal . buziaczki kasia

  2. Super fotki – plaża, morze, natura i las, to coś, co naprawdę lubię.
    Gratuluję wytrwałości w spacerowaniu – 16. kilometrów zasługuje na uznanie.
    Duże wrażenie zrobił na mnie Wojownik i jego broń :).
    Miłego dnia :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *