Pomarańczowy telefon.

Mimo, że od dnia, kiedy zapytała mnie czy wiem co to jest szaleństwo minęło trzydzieści kilka lat – wciąż pamiętam jej gęste, piękne, pofalowane włosy w kolorze trudnym do określenia – ni to brązowo-rudy, ni rudo-brązowy, niebieskie oczy i ładny, lekko zadarty nos.
Szaleństwem był ogórkowy amok, kiedy to mama Gabrysi – bo o niej mowa – zaprawiała co się dało, ile się dało i wszystko co nie uciekło, żeby mieć żelazne zapasy na zbliżające się wesele Gabrysi.
Potem razem z mężem wyjechali za Odrę, nie wnikałam dlaczego, ale chyba nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że w celu poprawienia życia sobie i córkom.

Gabrysia zawsze była bardzo związana z mamą, więc kiedy tylko obie zatęskniły – wsiadali z Frankiem (tym od kawy z pianką na dwa palce) w auto i dawaj, pruli w kierunku Fuldy.
Zawsze cieszyli się na te spotkania, zawsze.
Tym razem, jako że to był akurat czas małyszomanii, zaplanowali wspólny z rodzicami wypad do Willingen, skocznie zobaczyć i trochę świata dzieciom pokazać.
Czas do wyjazdu strasznie jej się dłużył, odliczała dni, aż wreszcie pięknego letniego dnia zapakowali auto, synów i ruszyli.
Tysiąc kilometrów to nie mało. Co prawda niemieckie drogi są dobre, infrastruktura przy nich też, ale wiadomo – długo i daleko.
Spotkanie było wspaniałe, serdeczności nie do opisania, wspólnie spędzony czas minął szybciej niż by chcieli.
Przy pożegnaniu lały się łzy trzech pokoleń…
– Daj znać zaraz jak dojedziecie – prosili rodzice, kiedy dzieci i wnuki już siedzieli w aucie.
Komórek jeszcze wtedy nie było, choć trudno to sobie teraz wyobrazić.

Nie wiedzieć dlaczego droga do domu zawsze wydaje się dłuższa i czas bardziej się ciągnie.
Dzieci marudziły; a to piciu, a to sikać, a to jeść – robili więc przystanki, żeby Franek mógł stawy skokowe wyprostować i mięśnie zregenerować.
Po kilkuset kilometrach postanowili zatrzymać się na parkingu, gdzie były ubikacje, drewniane stoliki i ciepła woda.
Było coś jeszcze – tuż przy drodze, w widocznym, dostępnym miejscu stał telefon. Pomarańczowy.
Gabrysia była zachwycona łatwym dostępem, ucieszyła się, że może teraz do mamy zadzwonić z informacją gdzie są i że jest wszystko w porządku.
Podniosła słuchawkę, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić czy powiedzieć, usłyszała:
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
Gabrysia zna niemiecki, więc od razu zajarzyła, że zamiast z mamą połączyła się z niemiecką Polizei, zdołała więc tylko szybko powiedzieć:
– *Entschuldigung. Fehler.

Nie było już sikania, nie było odpoczynku, za to był pośpiech, by jak najszybciej odjechać z tego miejsca wstydu. Jakby zrobili coś złego.
Cóż, w tamtych czasach w Polsce nawet w mieszkaniach telefon był sporadycznie a tu proszę, przy drodze stał i normalnie prosił się, żeby zadzwonić.
Teraz mamy się z czego śmiać, prawda Gabrysiu?
——————
– *Guten Morgen, was ist passiert? Wie können wir helfen?
– Dzień dobry, co się stało? Jak możemy pomóc?
– *Entschuldigung. Fehler.
– Przepraszam. Pomyłka.

Krystyna

Jedna myśl na temat “Pomarańczowy telefon.”

  1. Jesteśmy z tego pokolenia, dla którego nowością były nawet schody ruchome na Dworcu Centralnym w Warszawie ( pierwszy raz widziałem je mając jakieś 10-11 lat ), więc telefon łączący z policją autostradową równie mocno by mnie wówczas zaskoczył :).
    A gdy mając lat 14. wszedłem do centrum handlowego w Niemczech, nie wiedziałem gdzie mam pójść najpierw. Wszystko kolorowe, wszystko można wziąć do ręki…
    Kogo dziś jara piórnik z wyposażeniem ?
    Wtedy było to moje marzenie :).
    Uśmiechy :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *