Raz do roku zamiast Skiroławek…

– Jadę na kilka dni do Gdańska, masz ochotę zabrać się ze mną?
Pfff…
Syn wie , jak mnie podejść, bo jeśli chodzi o jakiekolwiek wyjazdy, to ja w pięć minut gotowa jestem.
Problemem był nocleg, nie jest łatwo znaleźć pokój nad morzem w pełni sezonu, na kilka dni przed wyjazdem, ale co tam, pożyczyliśmy od Kasi namiot, materace, kuchenkę gazową, gaz. Śpiwory mieliśmy swoje.
Chciałam bardzo, żeby pojechał z nami również młodszy syn, ale to akurat był długi weekend i nie dostał urlopu a za porządny jest, żeby brać “żądło”, czyli dzień na żądanie. Odkąd się wyprowadził, mam niedosyt wspólnego bytowania.

Pole namiotowe, na którym mieliśmy się zatrzymać, okazało się polem namiotowym tylko z nazwy. W nocy (z 12-go na 13-go sierpnia) przeszła nawałnica, wszystko zalane, poprzewracane, zrujnowane. Amba. Trzeba było na siłę szukać czegokolwiek, mieliśmy wiele szczęścia, że trafiliśmy na Rzęsną, do Domu Turystycznego, gdzie załapaliśmy się na całkiem sympatyczny pokoik, tyle, że bez klopa. Węzeł sanitarny na końcu korytarza skręć w lewo…
Przy wypakowywaniu się stwierdziliśmy, że nasze śpiwory spokojnie spoczywają w domu. I dobrze, po co byłoby je wozić, co nie?
Fajnie było, tylko wszędzie daleko. Nie chcieliśmy ruszać auta, bo nie po to jedzie się nad morze, żeby dupę wozić, na nogach nie łaska?
Nabijaliśmy kilometry ile wlazło.
Po co ja to piszę?
Głównie, żeby powiedzieć Wam o Barze Mlecznym.
Zwiedzając gdańską Starówkę, która chyba jest przepiękna, ale my widzieliśmy raczej morze, morze ludzkich głów, jak weszliśmy w tłum, tak z tym tłumem trzeba było się posuwać. Popłynęliśmy na Westerplatte, nie jestem pompatyczna, ale zrobiło wrażenie. Trzeba było wreszcie coś zjeść, w Gdańsku nie było opcji… Na Westerplatte był jeden jedyny kiosk z jakimkolwiek żarciem, w tym ze smażonymi rybami, ale nie był specjalnie oblegany. Był jedynie jeden mężczyzna w sile wieku, niesamowicie psioczący, że czeka już godzinę, że przywiózł dzieci autobusem, że dzieci już zwiedziły co zwiedzić miały a on ciągle czeka.
– Proszę spojrzeć – pokazał dłonią sporą grupę kolonistów – już zjadłem…
Wściekły podziękował obsłudze, że mogą się już dla niego nie trudzić i poszedł, ja zapytałam grzecznie czy w ciągu pół godziny możemy coś zjeść, bo tyle mamy czasu do powrotu na statek. Młodziutka dziewczyna poszła na zaplecze i wróciła z obolałą miną kręcąc głową.
– Co najmniej 40 minut…

Tłum w Gdańsku przyprawiał mnie o zawrót głowy, a kichy domagały się paliwa.
Ni hu hu. Nigdzie palca nie wciśniesz, a do domu kilka kilometrów na nogach. Kiedy w oczy rzucił mi się napis “Bar Mleczny” – prawie mnie zamroczyło! Pamiętam te bary za przebrzydłej komuny, pamiętam podawane tam gołąbki, naleśniki, ziemniaki z kwaśnym mlekiem, kaszę gryczaną. Wiem, że poupadały, że rzucano kłody pod progi nogi – a to zakazano używania nazwy, a to zakazano używania przypraw – w tym soli, pieprzu czy cukru.
W gdańskim barze tłum. Ogon kilkakrotnie pozawijany, reakcja syna mogła być tylko jedna – jeszcze mnie nie pojemało, czy jakoś tak.
Prosiłam, błagałam – nie.
Odeszliśmy kawałek, ale foch matki działa na syna niezwykle mobilizująco i z westchnieniem usłyszałam – no dobra, wracamy.
– Już mi się nie chce.
2

 

 

 

 

 

 

Minęło kilka minut, a kolejka w barze posunęła się i to sporo. Światełko w tunelu!
Faktycznie, staliśmy może kwadrans, kwasy żołądkowe pracowały na podwyższonych obrotach, podchodzimy do lady, pokazujemy palcem co chcemy, a tam i mielone, i zawijane, i kluski, i bigos, i ziemniaki, i kurczak, i GOŁĄBKI. W tym momencie chciało się WSZYSTKIEGO, jednak górę wzięły gołąbki, dwa od razu. I kompot.

1

 

 

 

 

 

 

O mamusiu, jakie to było dobre. No smak dzieciństwa jak znalazł.
Następnego dnia poszliśmy tam na śniadanie, nie uwierzycie, ale zamówiłam bigos i śledzie… Zryty beret? Wiem, ale taki miałam kaprys i zeżarłam to w try miga, było pyszne i zero sensacji.

Ostatni dzień, niedziela, był dniem kłód.
Postanowiliśmy spakować się, zdać pokój i od rana pojechać na plażę do Jelitkowa. Ledwo wyjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu, miły pan w oznakowanym radiowozie nakazał jechać objazdem. Taaa, jak się zna drogę to pikuś, ale jak się nie zna to gorzej. Zabrało nam to trochę czasu, już, już zbliżaliśmy się do Jelitkowa a tam… maraton i wszystkie drogi zamknięte. Muszę coś dodawać?
Zostawiliśmy auto pod Biedronką i ładnych kilka kilometrów zasuwaliśmy na plażę na nogach. Dobrze, że choć pogoda dopisała.

Jaka jest plaża, każdy widzi, ale są miejsca pomiędzy zejściami, gdzie jest spokój i luz, tam też się zainstalowaliśmy. Syn tylko zdjął portki i sru do morza, zdążył mi tylko powiedzieć – będziesz żałować. Spojrzałam na na najbliższą, oddaloną o około 500 m przebieralnię i walczyłam ze sobą – iść nie iść. Poszłam jednak i zimną jak nie wiem co wodę w Bałtyku zaliczyłam.
Kiedy należało pomyśleć o jakimś posiłku i powrocie, zachciało nam się placków ziemniaczanych, które serwowali w nadmorskiej jadłodajni, gdzie kolejka zawsze była długa a małe, ciemne piwo w cienkim szkle kosztowało ponad 12 zł.
Ale o 14.00 placków nie było.Czegoś tam jeszcze też nie było, spojrzeliśmy sobie z synem w oczy i pomyśleliśmy to samo – bez łaski, zjemy w domu. Jak staliśmy, w mokrych kąpielówkach na które tylko wciągnęliśmy spodnie pomaszerowaliśmy pod Biedrę do auta i do domu. Przez całą Polskę, od Bałtyku po Śląsk.

Auto prowadził syn…
Jak mnie wsadził w tym Jelitkowie, około 15.30, w mokrym kostiumie kąpielowym do auta, tak pozwolił wysiąść o 22.30 w Katowicach, na parkingu pod blokiem. Zero postojów.
Po drodze zadzwonił młodszy syn i zapytał gdzie jesteśmy i o której można się nas spodziewać, bo robi dla nas… PLACKI!

Krystyna

Jedna myśl na temat “Raz do roku zamiast Skiroławek…”

  1. Witaj, Krysiu.

    Fajne wakacyjne wspomnienia. Też bardzo lubię morze i tak już chyba zostanie.
    A bary mleczne – ostatnie miejsca, w których można tanio i smacznie zjeść.
    Pamiętam, kilka lat temu odbierano im dotacje właśnie za to, że ośmielały się używać przypraw.
    W konsekwencji powyższego wiele barów splajtowało i musiało zamknąć swoje drzwi – o to właśnie chodziło urzędnikom, którzy te same lokale mogli wynająć po stawkach komercyjnych.
    Starsi, często samotni ludzie, mogli tanio zjeść, o tym, że była to doskonała możliwość do wyjścia z domu, nie ma co wspominać.
    To tylko Polska – syty głodnego nie zrozumie.

    Pozdróweczki.
    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *