Wyniki…

Medycznych perypetii ciąg dalszy.
Przed wyjazdem do roboty w Deutschland dostałam skierowania na cykliczne badania, miedzy innymi do ginekologa. Fajnie, nie?
Na szczęście tu akurat za długich kolejek nie ma, czekałam około dwóch tygodni, załapałam się na koniec stycznia.
Pamiętam czasy, kiedy idąc na badania ginekologiczne, już w gabinecie, po haśle – proszę się rozebrać – zostawiało się na krzesełku poskładane ciuchy, buty i torbę, a samej stało się koło łóżka ginekologicznego w samej bluzce, nie wiadomo było co dłońmi przykrywać, zamykało oczy ze wstydu i błagało boga, żeby już było po wszystkim.
Dziś jest inaczej.
Obok gabinetu jest pokój przygotowań, z ubikacją, bidetem, półką z krótkimi spódniczkami z włókniny, z jednorazowymi kapciami, ręcznikami i doprawdy nie pamiętam, co tam jeszcze było. No, ful wypas.

Po badaniu i pobraniu próbek na wymaz podziękowałam, usłyszałam, że wyniki będą za dwa tygodnie. Niestety, wtedy mnie już nie będzie, zapytałam, czy mogę odebrać po powrocie, oczywiście nie ma problemu.
Po powrocie, przed świętami, zadzwoniłam do – nie inaczej – rejestracji specjalistycznej, żeby zapytać, czy do wydawania wyników są jakieś wyznaczone godziny, czy mogę wpaść z marszu. Usłyszałam, że w godzinach przyjmowania lekarza, mogę przyjść i wynik odebrać.
Super. Jadę.

Jak myślicie, czy obyło się tym razem bez problemów?
Racja. Oczywiście, że nie.

Podchodzę do okienka, uśmiecham się, bo ja ogólnie rzecz ujmując sympatyczna persona jestem i mówię grzecznie po co przyszłam. Pani za szybą patrzy na mnie jakbym do niej po serbsko-chorwacku mówiła.
– No ale jak? Ja nie mogę wydać pani wyniku – mówi.
Tym razem ja zgłupiałam.
– Jak nie może pani wydać? Przecież to moje badanie i mój wynik.
A ona pyta czy mam umówiony termin wizyty u lekarza…
– Nie, nie mam. Ja nie chcę do lekarza, u niego już byłam, chcę tylko wynik, z którym muszę pofatygować się do lekarza rodzinnego.
– Niestety takie mamy procedury, z wynikiem musi pani pójść do lekarza i dopiero on go może wydać.

Zaczęłam pomstować, że teraz już wiem skąd takie dupne kolejki do specjalistów! Że to normalnie sztuczny tłok! Poprosiłam, żeby mi tylko powiedziała, że wynik jest dobry i już mnie nie ma.
Nic z tego.
Procedury to procedury, musiałam odczekać dwa tygodnie. Jednak postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przy okazji w pracowni obok zrobić kolejną – co dwa lata – mammografię. Przynajmniej tu nie było problemu, jak na wizytę po wynik wyznaczono mi godz. 12.10, tak do pracowni mammograficznej na ten sam dzień na godz. 13.00. I wszystkie poprzednie zdjęcia mam przynieść.

Kciuki trzymać proszę, bo to dziś.
Badajcie się, nawet jeśli czasem ręce opadają z bezsilności i beznadziejności systemu i procedur.
Życie jest piękne a widok i zapach majowych konwalii i bzów – bezcenny.

Krystyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *