Za późne refleksje…


Jak to jest, że mało kto myśli o przyszłości, o starości. Żyjemy tu i teraz, wydaje się nam, że tak będzie zawsze.
Niestety.

Dorota, mimo swoich kompleksów, była tak zadufana w sobie, że na wszystkich patrzyła z góry. Zawsze wszystko wiedziała najlepiej, każdemu dawała dobre rady i według niej z tych rad należało korzystać. Pewnie, że nie zawsze miała rację, pewnie, że nie wszystko co gotowała, każdemu smakowało. Bo ona wszystko na śmietanie gotowała, traktowała ją jak wodę.
Dziwne? Dziwne.
Ale według niej tak miało być, i koniec dyskusji.
Kiedy wyszła za mąż za wziętego lekarza psychiatrę, kiedy sodówka na dobre jej namieszała w głowie, postanowiła nawet zmienić swoje jakże plebejskie imię Dorota – na lepiej brzmiące – Dorothea.

Tomasz, jej mąż, był na tyle w niej zakochany, że nie robił sobie nic z jej wyniosłości, a ona nie pracując, bo on zarabiał na tyle dużo, mogła oddawać się kosmetyczkom, fryzjerom, pedicurzystkom, masażystom, krawcowym. Pozwalała sobie na “umordowanie się” zakupami.
Sprzątaniem domu, praniem i prasowaniem zajmowała się kobieta z Ukrainy. Dotothea potrafiła stać nad Nadią i patrzeć jej na ręce jak prasuje, pokazywała palcem gdzie i jak żelazkiem wjechać. I tak nigdy nie była zadowolona z niczego, mimo, że kobieta ze skóry wyłaziła, żeby sprostać wymaganiom. Dogryzała jej na każdym kroku, jak wszystkim zresztą, kto stanął na jej drodze.
Kiedy mąż zabierał ją ze sobą na różne sympozja zagraniczne, nooo, wtedy mogła błyszczeć! Ubierała się szykownie i przyklejała się do Tomka jak plaster na odcisk.
Wisiała na nim jak szalik, co budziło niesmak kolegów, dziennikarzy, znajomych, którzy chcieli sobie z nim pogawędzić, albo zwyczajnie zaprosić na wódkę. Niestety, Tomek miał za krótką smycz, tak więc znajomości i przyjaźnie zaczęły się mocno przerzedzać i kruszyć, a jej niestrawna wyniosłość utwierdzała ich w przekonaniu, że nic tam po nich.

I tak Dorothea owinęła sobie wokół palca nie tylko Tomasza, ale wszystkich dookoła nich. Dzieci chodziły jak w zegarku, nie miały praktycznie prawa głosu w domu – jak mama powiedziała, to tak musiało być. I bez dyskusji.
Lata mijały, Tomasz pracował coraz intensywniej i dłużej, z córki zrobiła balerinę, syn został sędzią, a panie pomagające jej prowadzić dom zmieniały się jak rękawiczki, jedynie Nadia wpadała do niej przez te wszystkie lata dwa razy w tygodniu, żeby nowym paniom pokazywać co i jak, choć jak sama mówi, samo patrzenie na Dorotheę sprawia jej ból i przykrość. Powtarza, że jeszcze troszkę i odejdzie, bo ma dość upokorzeń. Żal jest jej tych nowych, które są całkowicie zdezorientowane wymaganiami gospodyni, która palcem pokazywała który garnek wyjąć, jaką łyżką i w którą stronę zamieszać zupę. Jadła tylko to, co zostało sporządzone pod jej dyktando, niczego innego nie tknęła.

Kiedy skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła zauważać u siebie dziwne zmiany, kubek z kawą dziwnie drżał, a łyżka z zupą zanim dotarła do ust – rozlewała się. Diagnoza – Parkinson.
Potem Tomek dziwnie na nią patrzył, kiedy mówiła, że z obiadem muszą czekać aż dzieci wrócą ze szkoły, a pracującym tam dziewczynom kazała ścierać z podłogi klejącą się marmoladę, której nie było. Kwiaty na parapetach podlewała kilkanaście razy na dzień a po domu chodziła w kozakach, mimo, że były lipcowe upały. Wspierała się na chodziku, żeby wstać z krzesła ktoś musiał jej pomóc. Demencja.
Tomasz zatrudniał do całodobowej opieki nad żoną dwie osoby, bo Dorothea była bardzo absorbująca i choć dobrze płacił, nikt tam nie wytrzymywał dłużej niż miesiąc. Nikt sobie nie radził z jej uporem i chęcią dominacji nad wszystkim i wszystkimi. W głowie zostało jej tylko rządzenie i szykowny wygląd, a więc do każdego posiłku musiała być  inaczej ubrana, zresztą Parkinson nie pozwalał o sobie zapomnieć i i tak była wiecznie zaplamiona.
Wiecznie szukano okularów, aparatów słuchowych, wiecznie naprawiano szczękę, która ciągle jej wypadała.
Kiedy przyjaciel zapytał Tomasza, jak sobie z tym wszystkim daje radę, przyznał, że była dobra w te klocki. Tyle.
W jeden z upiornie upalnych dni Tomasz pojechał do pracy, do kliniki, i do domu już nie wrócił. Rozległy zawał, nie było ratunku.

Gdy w domu zabrakło jedynej dobrej duszy tak i cała służba podziękowała i zniknęła, a Dorothea wylądowała w domu opieki. Dobrze, że Tomasz zabezpieczył ją na tyle, że mogła sobie na taki luksus pozwolić i mieć opłaconą pielęgniarkę praktycznie tylko dla siebie na każde zawołanie.
– Nie chcesz jeść? Nie smakuje ci? – zabierano obiad bez skrupułów z wnioskiem, że jak zgłodnieje to sama poprosi.

W głowie Dorotheii zalęgła się natomiast jedna myśl – jestem ładna, jestem bogata i muszą robić to, za co im płacę. Teraz już jednak otoczenie nie cacka się z nią tak jak w domu, dzieci owszem, przyjeżdżają często, ale z zimnym wyrachowaniem regulują należności, pytają czego potrzeba i tyle ich widziano.

– Dlaczego nikt do mnie przychodzi? Przecież tyle wszystkim płaciłam! – kobieta dopiero teraz zaczęła odczuwać samotność, i być może doceniać to, co minęło.
Choć osobiście bardzo w to wątpię.

Krystyna

Jedna myśl na temat “Za późne refleksje…”

  1. Hejka, Krysiu :).

    Myślę, że jeśli ktoś za młodych lat, w sile wieku był wyniosły dla innych, zerkał na nich z wysoka, taki będzie i na starość, a choroba tylko uwypukli jego negatywne cechy charakteru.
    Co z tego, że ktoś był zamożny, jeśli jego jedynym wsparciem na starość będzie dom opieki ?
    Zdążył wszystkich zrazić do siebie, więc do kogo będzie tam miał pretensje ? Do czterech ścian swojego pokoju ?
    Są ludzie starsi, często poważnie chorzy, ale mimo swoich niedomagań, złożeni chorobą, uśmiechają się i dziękują wszystkim za wszystko. Oni byli pełni serca i życzliwości dla innych również wtedy, gdy nie potrzebowali pomocy.

    Serdecznie pozdrawiam i przesyłam uśmiechy :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *