Zasłyszane…

Kiedyś sporo jeździłam pociągami, nie miałam jeszcze samochodu i był to jedyny sposób na pokonywanie dłuższych odległości. Kilkugodzinne trasy dłużyły się niemiłosiernie, a wiec na podróż zawsze zaopatrywałam się w książki, krzyżówki, mp3-ki. Rzadko kiedy w przedziale jechał ktoś interesujący, najczęściej byli to beznadziejni podrywacze, politykierzy, albo gawędziarze – chwalipięty. Kiedyś jednak naprzeciw mnie usiadły dwie kobiety, tak na oko koło pięćdziesiątki. Znały się, jechały razem, chyba nawet były zaprzyjaźnione. Starały się rozmawiać szeptem, cichutko, a ja udawałam bardzo zaabsorbowaną lekturą…
Rozmawiały o wszystkim. O tym jak spędziły urlop, o sukcesach dzieci, o tym co która i jak gotuje. Mimochodem podsłuchiwałam z rosnącym zaciekawieniem.
W końcu nastał czas zwierzeń.
Jedna z nich zaczęła mówić o swoim małżeństwie.
 – Wiesz, małżeństwo powinno być kontraktem. Podpisanym na np. 5 lat. Potem, jeśli jest wszystko dobrze, jeśli układa się w nim tak jak powinno, można by było taki kontrakt przedłużać. O kolejne 5 lat, potem następne. Jeśli nie jest dobrze – kontraktu by się nie przedłużyło. Po prostu, żegnaj Genia, świat się zmienia.
Zrozumiałam, że jest tą, która kontraktu by nie przedłużyła, a moje uszy zaczęły się naciągać od podsłuchiwania.
Wiem, to paskudne było… Ale interesujące.
Mówiła o swoim mężu nierobie, którego zainteresowania zamykały się w zaklętym trójkącie – pilot, sport i miarka piwa. Żaliła się, że cały dom i dzieci od zawsze były na jej głowie. Z mało ukrywanym smutkiem chwaliła się swoją „przymusową” zaradnością, mówiła o sobie babochłop, co to i spłuczkę naprawi, i kontakt zainstaluje, i pokój wytapetuje. Była od męża o tyle zależna, że w czasach kiedy on spokojnie wypracowywał swoje lata pracy – ona zajmowała się całą resztą, również pracą zarobkową, ze specjalnym jego rozpieszczaniem w pierwszej kolejności, bo dzieci to sobie pójdą w świat, a ona z nim do końca życia będzie musiała zostać…
I tak, kiedy kichnął, kładła go do łóżka, podawała herbatkę z cytryną, witaminki, obrane z błonek grapefruity, podawała mu śniadania do łóżka…
 – Jaka ja byłam głupia! – mówiła jakby do siebie.
Myślała, że dobro rodzi dobro, że mąż doceni, że też taki dla niej będzie, ale przeliczyła się, wychowała sobie egoistę, faceta z postawą roszczeniową! Doszło do tego, że kupował trzy wafelki, dla siebie i dzieci. Żony w podziale nie uwzględniał.
Kwiatami obdarował ją raz, jakieś ćwierć wieku temu, jak mówił, sama nie chciała, bo szkoda pieniędzy. No faktycznie, tak powiedziała, ale to było dwadzieścia pięć lat temu.
Przez chwilę siedziała zamyślona, druga z pań też chyba z niedowierzaniem układała sobie obraz takiego życia.
Zrobiło mi się jej żal. Cicho padło stwierdzenie…
 – Od dawna ze sobą nie sypiamy, ale myślisz, że mi to przeszkadza? Wcale. Wprost przeciwnie, jest mi to bardzo na rękę. Ja… Ja, nie jestem sama…
Tamta druga wtedy przymknęła oczy mówiąc, że się chyba się domyśla o co chodzi…
 – Nigdy nie szukałam przygód, dwadzieścia lat byłam wierna jak ten pies przy budzie, nie chciałam, nawet nie wiesz, jak ja się broniłam. Długo się broniłam…
Potem opowiadała, jak bardzo pokochała. Pokochała kogoś, kogo kochać nie powinna, bo on też miał żonę i dzieci, ale jakoś dziwnie podobną sytuację rodzinną: zimna żona, absolutny brak zrozumienia, parcie na pieniądze, kogoś, kto był podobnie wykorzystywany do przynieś – wynieś – pozamiataj.
 – Co to za facet – rozmarzyła się.
Zaczęło się banalnie, od kontaktu na jednym z portali społecznościowych.
Przypomnieli sobie o sobie, wymienili numerami telefonów, zaczęły się nieśmiałe sms-y, potem rozmowy telefoniczne, no i wybuchło.
Jak grom z jasnego nieba.
 – Wyobrażasz sobie, że poczułam się jak nastolatka? – rozmarzona uśmiechała się do swoich myśli.
Mówiła, że spotykali się bardzo rzadko, dzieliła ich blisko dwustu kilometrowa odległość. Sporadyczne spotkania były krótkie, a do łóżka poszli po roku tęsknoty. I to w czasie jednego z tych krótkich spotkań szepnął do ucha:
 – Kochaj i pozwól się kochać.
Zabrzmiało to jak zaklęcie…
Tylko raz udało im się spędzić ze sobą czterdzieści osiem godzin, w tym też czasie pokonali wspólnie trasę tam i z powrotem, byli ze sobą cały czas.
 – Wiesz, ta wspólnie pokonana droga to moje najcenniejsze wspomnienie. Taka namiastka normalności, której nigdy wspólnie nie zasmakowaliśmy i zapewne nie zasmakujemy.
Jadąc, wiedziała, i że powrót będzie też wspólny z nim. Tyle godzin razem, tyle godzin!
W aucie śpiewała razem z radiem, dotykała go kiedy tylko miała na to ochotę. Trzymała rękę na jego ręce, na kolanie, gładziła go po twarzy. On przyglądał się jej z czułością, może trochę z rozbawieniem. Chciała, żeby ta droga nigdy się nie skończyła.
Niestety się skończyła.
Jadąc z powrotem, nadłożyli drogi i wstąpili na Jasną Górę. Przed cudownym obrazem przytulając ją szepnął, że będzie ją kochał dopóki mu sił wystarczy, ucałował zwykłą, srebrną obrączkę i założył jej na palec. Wtedy się rozpłakała.
 – Już nic nie będzie takie jak kiedyś – powiedziała.
Kilka wspólnie spędzonych, szalonych nocy sprawiło, że odżyła, zaczęło jej się więcej chcieć. Nawet kawę rano dostała do łóżka, kawę, której małżonek nigdy jej nie zrobił bo, jak twierdził – nie umie…
Wyznała przyjaciółce że ich związek jest bardzo burzliwy, bo nie może być inaczej. Marzenia które bardzo trudno spełnić, rozrywająca tęsknota za dotykiem, tęsknota za oddechem, ciągły niedosyt rodzi frustracje, złość – kiedy ukochanej twarzy nie można dotknąć, choć jest tak blisko, tuż – tuż, ale tylko na ekranie monitora…
I zazdrość…
Zazdrość o wszystko, wszystkich, za wszystkich.
Popatrzyłam na nią znad książki, której nawet strony nie udało mi się przeczytać, przyglądałam się jak urzeczona obracanej palcami srebrnej obrączce, obok której, tkwiła obrączka złota.

 

Jedna myśl na temat “Zasłyszane…”

  1. O kurcze,ze ja w ciągu tamtych 24-lat nie wpadłam na taki pomysł.Przynajmniej wspomnienia by zostały. Czasami podsłuchiwanie dużo daje do myślenia. Pozdrawiam serdecznie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.