Zawsze coś…

Zawsze musi być jakieś “ale”. Jakieś “coś”.
Na zbiórkę o 8.50 nie przyszły dwie osoby, dwie inne liczyły, że może znajdzie się dla nich miejsce na wycieczkę do Wisły. Dziesięć minut studenckiego, planowane się nie zgłosiły, nieplanowane wsiadły i pojechaliśmy, bo plan wycieczki był dość napięty.
Pierwszy krok skierowany był na wiślański rynek, zwany tu Placem Hoffera. Oczywiście najważniejsze ciekawostki to Małysz z czekolady, cukiernia, gdzie serwują ciastka z małym czekoladowym Adamem jako wisienka, aleja gwiazd sportu, amfiteatr z Hadyną z brązu, Muzeum Narciarstwa. Galerię Adama Małysza widzieliśmy tylko zza szyb, bo czasu za mało, główna atrakcja czekała nas o godz. 12.00.

Stanisław Hadyna. Zimno jak diabli a on tak siedzi i siedzi.
No jeździli kiedyś na czymś takim.

Krótki spacer parkiem wzdłuż Wisły, kontrowersyjne miniatury budowli. Pani przewodniczka cały czas starała się ogarnąć naszą nie za dużą, kilkunastoosobową grupę sanatoryjnej młodzieży, i ciągle jedna z pań zostawała w kilkudziesięciometrowym ogonie. Sama, wolniutko, spacerkiem szła sobie za nami, nie zważając na to, że cała grupa co chwilę musi przystanąć, by ona jedna do nas dobiła. Czas, czas, czas.

Wszyscy czekaliśmy na spotkanie ze skocznią w Wiśle Malince, która dostała za patrona Adama Małysza. Na parkingu przewodniczka od razu zapytała kto wjeżdża kolejką na górę a kto zostaje z kierowcą na dole. I tu wlecząca się pani skorzystała z okazji i razem z dwojgiem innych osób została. Były tam sklepiki z pamiątkami, cukiernia, wc, a reszta dawaj! Pojechaliśmy na skocznię kolejką a potem jeszcze schodami na szczyt wieży skąd widok na Wisłę był nieziemski. Skocznia z góry też robi wrażenie.

Tak, kurna! To zdjęcie zrobiłam osobiście. Stałam tam u góry i czekałam, aż mnie zdmuchnie…
Nie zdmuchnęło, zjechałam kolejką.

Znów schody w dół, kolejka linowa w dół i zbiórka przy autokarze. Kiedy wsiedliśmy, zmarznięci i nieco zmęczeni, pani przewodniczka policzyła swoje “kotki” i stwierdziła, że jednego brakuje.
Nie było pani, która tak strasznie spowalniała nasze zwiedzanie…
– Jak to nie ma? Przecież stała przy drzwiach, kiedy wchodziliśmy!
Pani przewodniczka wybiegła i zaczęły się poszukiwania. Może poszła sikać? Może zasłabła? Jak sikać, przecież miała na to godzinę, kiedy my byliśmy na górze! Co jest!?

Po dziesięciu minutach nerwówki patrzymy, a poszukiwana pani wychodzi sobie z cukierni z lodem.
Idzie w naszą stronę wolniutko, spokojnie i wpier.nicza se lodzika. Weszła z nim do pojazdu, czekaliśmy aż się usadowi i dopiero wtedy ruszyliśmy dalej, jakiś kwadrans w plery.
Współpasażerowie głośno wyrażali swoje niezadowolenie, ale babka nic sobie z tego nie robiła, tylko delektowała się lodami, choć było -4 a odczuwalna -6.
Pogoda nam jednak dopisała a kolejnym punktem, żeby nie powiedzieć – gwoździem programu był pałac prezydencki w Wiśle i msza w kaplicy na terenie rezydencji. W gratisie od pani przewodniczki dostaliśmy wizytę w dolnym pałacyku prezydenckiej rezydencji, mogliśmy wyjść na taras i zobaczyć zaporę i zbiornik z wodą pitną dla Śląska, mogliśmy skosztować mioduli, wybornego trunku z miodu, przechowywanego w beczkach prezydenckich piwnic.

Pałac prezydencki w Wiśle Malince. Tam nawet jak nie ma śniegu, to jest.

Żeby wejść do prezydenckiej kaplicy trzeba było przejść przez wykrywacze, znaczy plecak wjechał do telewizorka a ja musiałam opróżnić kieszenie; miałam tylko komórkę i chusteczki higieniczne.
Potem wytyczoną drogą, żadne prawo, żadne lewo – tak jak kierowali prezydenccy żołnierze – do kaplicy, gdzie mszę celebrował ksiądz o posturze Barbapapy.
Zero polityki.

Prezydent ma prywatną zimę, prywatny śnieg.
Cel – prezydencka kapliczka. Piękna. I niezwykle strzeżona.

Powrót wiślanką do Ustronia to jakiś żart. Zamiast kwadransa jechaliśmy niemal 40 min., a więc nieco spóźniliśmy się na obiad.
Głodni jak wilki dopadliśmy tego, co jeszcze zostało…
Kartofli reszta, po kapustę kopnęłam się do kuchni, tylko policzone kotlety schabowe czekały.

Kiedy wysiadaliśmy z busa podziękowałam pani przewodniczce za cudownie spędzony czas i zapytałam, jak ma na imię.
– Teresa – usłyszałam.
Pytajcie o nią, to pasjonatka i kocha nad życie swój region.

Dzień więc minął wspaniale, gdyby nie to malutkie “coś”, malutkie “ale”.

Krystyna

2 myśli na temat “Zawsze coś…”

  1. Witaj, Krysiu.

    Fajne widoki, można odnieść wrażenie, że jesteś w innym kraju bo u mnie tylko śnieg w sprayu jest dostępny – jaki mi rym wyszedł, normalnie Mickiewicz :).
    A poważnie, od kiedy pamiętam, cenię lokalnych przewodników, dla przeważającej większości z nich praca jest jednocześnie pasją.
    Jasne, że doceniam Małysza za sportowe dokonania, ale irytuje mnie wszędzie tylko biznes i biznes – ciastko z Małyszem to podobna bzdura jak w Wadowicach papieskie kremówki.
    Przynajmniej wiem od czego ten Małysz tak tyje. Za kilka, kilkanaście lat, z racji jego coraz większej okrągłości ktoś wpadnie na pomysł bombek choinkowych z jego podobizną.
    Baloniki z Małyszem też zapewne były.
    Prywatny złoty medal masz ode mnie za zdjęcie z góry skoczni :).
    Pani jedząca loda na mrozie i opóźniająca wycieczkę zajmuje pierwsze miejsce w kategorii ” Niezapomniana Turystka Tygodnia” – hardcorowa z niej babka, raz, że jadła loda na mrozie, a dwa, że dostojnie zwiedzała, dzięki czemu podniosła wszystkim uczestnikom wycieczki ciśnienie, poprawiła krążenie, a jednocześnie zapadła im wszystkim w pamięć – przynajmniej do końca turnusu – zatem same plusy :).

    Pozdro z jesiennej i deszczowej krainy, miłego dnia :).

    1. Nie jestem pamiętliwa i w momencie, kiedy podnosząca ciśnienie pani zniknęła z pola mojego widzenia – zapomniałam o sprawie. Przypominać będzie tylko post na blogu.
      Pamiętać będę za to skocznię, szczególnie, kiedy w telewizji zobaczę na niej zawody, a co do Małysza, cóż, dał nam radości co niemiara. nadal jest człowiekiem lubianym, skromnym i nie ma się co dziwić, że teraz spija śmietankę swojej popularności. A że inni grzeją się w blasku jego sławy, że chcą coś uszczknąć dla siebie? Tak było zawsze, jest i będzie. On na zawsze pozostanie atrakcją Wisły, choć tam już nie mieszka.
      Pozdrawiam Jarząbku serdecznie!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *