Żeby chorować trzeba końskiego zdrowia…

Humor znaleziony w Google

Co to jest kolonoskopia chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, ale tak pro forma – wtykają w doopę kamerkę i od tamtej strony oglądają co lęgnie ci się w najgrubszym z flaków.

Czekało mnie to po raz trzeci.

Pierwszy raz spoko, zapłaciłam za możliwość uśpienia, pamiętam półmrok, zielone gacie z włókniny z dziurką w odpowiednim miejscu – jednym słowem szybko i bezboleśnie. Za drugim razem, w renomowanym szpitalu wykonali mi badanie bez znieczulenia, na żywca. Twierdzili, że nie mają na to warunków, cokolwiek to znaczyło. Musiałam się poddać, nikt mnie nie pytał o przebyte operacje, o możliwość pooperacyjnych zrostów, toteż badanie było kurewsko bolesne – im bardziej pielęgniarka wbijała mi swoje kolano w brzuch tym nieco mniej mnie bolało. Prosiłam, żeby robiła to jak najmocniej.

Na termin kolejnego badania miałam czekać kilka miesięcy, albo otworzyć portfel i zapłacić, a ponieważ nie mogłam czekać – zdecydowałam na badanie prywatne, gdzie czekałam “jedynie” dwa miesiące. Ceny wahały się w granicach 600 – 1300 zł.

Klamka zapadła, termin ustalony, kwota zabolała, płyny wypite, wnętrze wypucowane niemal do glancu, bo piłam bardzo skrupulatnie i dokładnie według wskazówek.

Syn zawiózł mnie godzinę wcześniej, bo tak go poprosiłam. Nie znałam miejsca ani poradni, nie wiedziałam, czy znajdziemy miejsce do zaparkowania. Szczęściem miejsce było.

Kiedy podeszliśmy do widocznej od wejścia rejestracji ogólnej, po odstaniu w kolejce skierowano mnie do rejestracji specjalistycznej na trzecim piętrze. Na trzecim piętrze, przesympatyczna pani po przewertowaniu kilku wielkich zeszytów stwierdziła, że nie ma mnie wśród dzisiejszych pacjentów. Jutrzejszych i pojutrzejszych zresztą też nie. Zaproponowała przejście na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety prywatne i zasięgnięcie informacji, czy tam mnie na liście nie ma.

Nie było.

Wróciłam na trzecie piętro, gdzie pani rejestratorka walczyła z systemem informatycznym, ale mnie ciągle na listach nie było, powiedziała, żebym zapytała jeszcze tam – i wskazała palcem białe drzwi. Weszłam, grzecznie, jeszcze grzecznie choć za 10 minut powinnam być już na badaniu – podaję swoje nazwisko z nadzieją, że ktoś, coś się nade mną zlituje, ale polska służba zdrowia litości nie ma. Tłumaczę, że zapisywałam się na badanie prywatne, telefonicznie… Siedząca z biurkiem pani zawarczała:

– To pani nam skierowania nie przyniosła???

– No nie, nikt o to nie pytał, zapisywałam się prywatnie – próbuję się tłumaczyć.

Czułam się jak intruz, sądziłam, że skoro jestem prywatnie to skierowanie nie jest potrzebne (aczkolwiek miałam je w torebce przy sobie). Po jaką cholerę ja się tak z tym wypróżnianiem męczyłam, i tak wszystko na nic… Ciśnienie wyraźnie się podniosło, pięści się zaciskały a oczy jakoś dziwnie zaczęły się pocić. Miałam donieść skierowanie, nie doniosłam i koniec tematu.

Zapytałam syna co robić…

Wróciłam po raz trzeci do rejestracji specjalistycznej i to samo pytanie zadałam rejestratorce, która bezradnie rozłożyła ręce, jeszcze raz sprawdziła listy pacjentów i kiwając głową poradziła, żeby jeszcze w Izbie Przyjęć na parterze zapytać.

Było już pięć minut po czasie, pędzimy więc na parter, może akurat.

Kiedy już stałam przy szybie z dziurą na wysokości ust zadzwonił mój telefon, pani po przedstawieniu się zapytała, czy będę na badaniu, bo oni już na mnie czekają! Tłumaczę, że jestem w poradni od godziny i szukam, i że nigdzie mnie na listach nie ma.

Nie uwierzycie, ale w tym momencie pani w Izbie Przyjęć ze zdziwieniem patrzy na mnie i pyta:

– Pani Krystyna G?

Nosz nie…

Mimo, że byłam dziesięć minut spóźniona dostałam plik druków do wypełnienia, nie ma zmiłuj. Przebyte choroby, uczulenia, operacje, wzrost, waga, upoważnienia i milion innych nikomu do niczego nieprzydatnych pytań, podpisów. Potem jeszcze kasa.

Jedno mnie cieszyło – sraczka nie poszła na marne.

W gabinecie, po przebraniu się w gustowne, niebieskie gatki, kiedy już usiadłam na łóżku a sympatyczna grupa lekarzy i pielęgniarek zaczęła mnie badać, okazało się, że moje ciśnienie podskoczyło do niebezpiecznych wartości – co mnie absolutnie nie zdziwiło – i pół godziny trwała z nim walka, aby badanie z narkozą mogło się odbyć.

Potem już tylko doliczyłam do dwóch i…

– Pani Krystyno, jak się pani czuje?

Czułam się bosko! Cichutka muzyczka, błękitna i milutka pościel, byłam schowana przed ludzkim wzrokiem równie błękitnym parawanem. Na krześle obok łóżka stała moja torebka, na niej poskładane moje majtki, spodnie, a pod krzesłem buty. Wcale ale to bardzo wcale nie chciało mi się budzić, szkoda, że nie pozwolili mi tak z godzinkę podrzemać…

Wtedy jednak do świadomości dotarło, że gdzieś tam na korytarzu czeka przecież mój syn.

Im człowiek starszy, tym częściej zmuszony jest korzystać z usług lekarzy i aż boję się myśleć co mnie jeszcze czeka, bo przy próbie zarejestrowania się na kosmiczny termin do kardiologa rejestratorka nie zamierzała wysłuchać mojej prośby o taki termin, który nie kolidowałby z moimi wyjazdami do pracy w Niemczech.

Powiedziała mi rozbrajająco szczerze, że to ja muszę się dostosować do ich terminów a nie oni do mojego, ale to temat na osobny post…

Krystyna

Dodaj komentarz